Nie tak dawno były moje urodziny, a że konstelacja gwiazd sprzyjała, tzn. w Mieście była milonga* z muzyką na żywo, a grali nasi ukochani muzycy z Buenos Aires, postanowiłam zrobić sobie prezent. Normalnie nie jeździmy na bale w środku tygodnia, bo jak tu następnego ranka wstać do pracy o szóstej, gdy poszło się spać między drugą a trzecią? To już lepiej byłoby się nie kłaść! Tym razem jednak postanowiłam pojechać. Sama, bo Mój ma akurat absolutne urwanie głowy w pracy i naprawdę potrzebuje snu.
Plan był prosty: zabrać ze sobą do pracy ciuchy do przebrania, kosmetyczkę, ręcznik i klapki, bo przed balem, a po całym dniu w biurze, trzeba się wszak wykąpać. W pracy mamy niewielką siłownię i miłe prysznice, więc to na szczęście nie problem. Trochę większy problem ukazał się moim oczom, gdy wykąpana, pachnąca, pięknie ubrana i umalowana wyszłam z łazienki i spojrzałam przez okno. Powiedzieć, że deszcz pada, wietrzyk wieje, ciemno, wietrzno, ponuro, to nic nie powiedzieć.** Z nieba lała się, ograniczająca widoczność do piętnastu metrów, ściana wody. Wiedziałam, że będzie kropić i miałam ze sobą parasol. Do auta też nie było daleko, udało mi się nawet jako-tako ochronić przed wodą górną część ciała. Za to nogi od połowy ud w dół miałam tak mokre, jakbym właśnie przechodziła w bród przez płynącą w pobliżu rzeczkę. Nic to, jak powiedział pan Wołodyjowski, że odniosę się do kolejnego źródła literackiego. Pioruny waliły, wycieraczki nie nadążały z usuwaniem wody, jadąc w ślimaczym tempie po pełnej o tej porze autostradzie i podziwiając błyskawice, regulowałam temperaturę i nawiew powietrza na spódnicę i stopy tak, żeby jak najbardziej wyschnąć, ale ani się nie spocić, ani też nie zmarznąć. Zastanawiałam się, po co, bo przecież jak dojadę na miejsce, to parasolowa szermierka z deszczem powtórzy się a wynik będzie identyczny. Gdy jednak zjeżdżałam z autostrady, zobaczyłam skrawki niebieskości między ciężkimi jak z ołowiu pokrywa*** chmurami. Znalezienie miejsca do parkowania przy takiej pogodzie to wyzwanie, zajęło mi trochę czasu, ale jak widać dokładnie tyle, by móc zobaczyć przepiękną, wyraźną tęczę. Deszcz ustał i wyszło, chylące się ku zachodowi, słońce.
Wieczór był cudowny. Jak spełnienie marzeń: muzyka, taniec, przyjaciele. Wróciłam z baletów, gdy cała okolica już dawno spała. Endorfiny utrzymywały mi się w krwiobiegu jeszcze przez następny dzień, co trochę pomogło w pracy. Wspaniały prezent urodzinowy sobie zrobiłam.
* Bal, na którym tańczy się tango argentyńskie
**Oto, jak w jednym zdaniu można odnieść się do dwóch źródeł literackich, zupełnie bez pomocy sztucznej inteligencji
*** Dzisiejszy wpis bazuje na literaturze nie tylko polskiej, jak widać