W lutym byliśmy przez dwa tygodnie w Argentynie, tym razem nie tylko w Buenos Aires. Natańczywszy się przez dziesięć dni tanga, zrobiliśmy sobie czterodniowy urlop od wszystkiego w Mendozie. Od wszystkiego z wyjątkiem wina, ma się rozumieć, bo to w Mendozie robiona jest znakomita większość argentyńskiego wina. Wyjazd w lutym na półkulę południową już przez sam fakt wjechania tam w sam środek dojrzałego lata, jest, dla wymrożonych przez kilka zimowych miesięcy mieszkańców północnej części świata, balsamiczny. Tak było i tym razem, a pobyt w zielonych oazach Mendozy jeszcze wrażenie to wzmocnił. Piszę o oazach, bo prowincja ta jest właściwie półpustynią, z której wyrastają bujną zielonością winnice. A wyrastać i zielenić się mogą tylko dlatego, że dawno temu Inkowie nauczyli miejscowych, jak budować kanały nawadniające, sprowadzające wodę z lodowców w Andach.
Rośliny endemiczne to półpustynne srebrzyste krzaczki. Pozostałe są przywiezione z innej części świata. Dopóki nawadniane – rośną przepięknie, bo dużo tam bardzo mocnego (patrz wysokość nad poziomem morza) słońca, ale nie mają szans stać się roślinnością inwazyjną, bo bez nawadniania zginą. Tak to w Chacras de Corria, zieloniusieńkim przedmieściu miasta Mendoza, mamy aleje wysadzane wielkimi platanami, widać palmy, ale i lipy – wygląda na to, że co kto chciał i pamiętał z miejsca w którym się urodził, przywiózł ze sobą i zasadził. Dotyczy to także winorośli.
Lot z Buenos Aires do Mendozy trwa około dwóch godzin. Lot z Buenos Aires do miejsca w którym mieszkam trwałby godzin jedenaście, albo dwanaście, ale ponieważ aktualnie nic bezpośredniego nie lata, trzeba wkalkulować czas na przesiadkę, na przykład w Miami na Florydzie (dwie godziny to jest na styk, lepiej dać sobie trzy). Bilety na lot z Hameryki (Północnej, bo, uwaga, Argentyna to też Ameryka) kupowaliśmy oddzielnie, a te na lot do Mendozy oddzielnie. Uważałam tylko, żeby samolot przywożący nas z powrotem to Buenos Aires lądował na tym samym lotnisku, z którego będzie odlatywał ten na Północ. Nic to jednak nie dało, bo od czasu kupowania biletu do naszej podróży zmieniono miejsce lądowania. Na szczęście mieliśmy bardzo dużo czasu i trzeba było tylko odpowiednio wcześniej zamówić kierowcę, który nas z Aeroparque (malutkiego lotniska przypominającego mi to w Balicach) przewiezie na duże lotnisko Ezeiza.
Teraz muszę zjeść śniadanie. Ciąg dalszy nastąpi.