Tytuł 8

Byłam w Zaczarowanym Ogrodzie. Tak długo już tam bywam, a coraz to się czymś zachwycę. Tym razem poszłam do lilii wodnych. Surrealistyczne rośliny. Jedne mają liście jak ogromne tortownice z bardzo niskim brzegiem, tak wielkie, że nie tylko baśniowa Calineczka, ale i zwykłe dziecko mogłoby na nich posiedzieć. Kwiaty wielkości piłki nożnej każdego dnia kwitnienia zmieniają kolor. Te które kwitną w dzień, bo są jeszcze takie, co kwitną w nocy. Obok nich z czarnej wody wynurza się roślina przypominająca gigantyczny mak ze snu narkomana. Okazuje się, że to lotos:-)

Potem poszłam do żywopłotów przyciętych w wielkie ptaki, smoki i wykwintne europejskie czekoladki jak od Guliwera (może nie wszystkim się te kształty z czekoladkami kojarzą, tym niemniej dla mnie są ewidentne…) No i jeszcze moje ulubione Święte Dęby. Spotkałam tam czwórkę tutejszych, ubranych w kolorowe szatki emerytów. Babcie wybiegły mi naprzeciw pytając, czy wiem jak stąd wyjść. Wielu zwiedzających gubi się w Ogrodzie. Dziadki stwierdzili, że w zwątpieniu zaczęli już sprawdzać, z której strony jest mech na drzewach. Takie zaawansowane sztuczki znają, a z planu ogrodu korzystać nie umieją:-)

W dzień powszedni można się w Ogrodzie skupić na roślinach i pobyć w ciszy (o tej porze roku co prawda względnej, bo orkiestry smyczkowe obsiadły drzewa i chaszcze i rżną ile wlezie. Strasznie głośne tu są te cykady, świerszcze i coś jeszcze:-) W weekend natomiast lepiej jest nastawić się na obserwację ludzkości. Bo do Ogrodu przychodzi cała Ludzkość. Wszyscy od Adama i Ewy się wywodzący. Białych Amerykanów w jaskrawych, dresopodobnych ubrankach jest oczywiście najwięcej, ale są też trochę elegancko ubranych Czarnych, bywają głośni Latynosi, biegający zdyscyplinowanymi grupami przybysze z Dalekiego Wschodu, Bliski Wschód zresztą też jest, a jakże, wyzawijany w chusty i na oko powściągliwy. Całe rodziny chasydzkie z pejsatym tatą o delikatniutkich białych dłoniach których jedynym przeznaczeniem jest trzymanie wskaźnika do czytania Tory, zaradną mamą w peruce i licznym potomstwem w zawsze dobrym humorze przyjeżdżają mikrobusikami z Nowego Jorku. Zdarzają się mnisi buddyjscy o zgolonych głowach, w pomarańczowych szatach i boso. I dużo Rosjan. Nasi rodacy zresztą też są dość licznie reprezentowani, stanowią formę przejściową pomiędzy odstrzelonymi w jak szczur na święto kanału Rosjanami, a nieco wygodniej ubraną resztą Europy. Do amerykańskiego luzu im wszystkim dość daleko. Chyba jednak na szczęście.

Przez te rozkwitające nocą lilie przyszedł mi do głowy szczeniacki przenocowania w Ogrodzie. Do urzeczywistnienia tak genialnego planu potrzebna byłaby mi jednak czynna pomoc Mojego – musiałby mnie tam zawieźć, a potem wrócić samochodem do domu. W przeciwnym razie służby porządkowe zaalarmowane pozostałym na parkingu wozem przetrząsną Ogród w poszukiwaniu zwłok. Mój jednak w życiu do tak nielegalnego przedsięwzięcia, które potencjalnie może doprowadzić mnie za tutejsze kratki, ręki nie przyłoży… A szkoda, byłby to wyczyn na miarę zdobycia sprawności trzech piór! I bym se te lilie w spokoju obejrzała…

Dodaj komentarz