Podróż do krajów zamorskich (jeszcze bardziej zamorskich od tych, w których teraz jesteśmy) zakończono. Przywieziono ze sobą dziwne rzeczy i przeze mnie zamówioną herbatę. Herbatę zieloną w trzech rodzajach, w pięknym, zielonym pudełku, przypominającym trochę bombonierkę. Ponadto zielonoherbaciane cukierki. Zwykłe takie landrynkopodobne, tylko że smakują zieloną herbatą. Nie wiedziałam, że można zrobić cukierki zielonoherbaciane, albo w ogóle herbaciane. W tajemniczej puszeczce tajemnicza zawartość. Po otwarciu – acha, suszona trawa morska. Można sobie posypać jedzenie. W tajemniczych torebeczkach tajemnicza zupka w proszku. Po zalaniu wrzątkiem pachnie nagrzanym oceanem i tak też smakuje. Porcelanowy kot z cyklu durnostojka, ale z tabliczką z tajemniczymi napisami w jednej łapie, oraz uniesioną wysoko do góry drugą łapą – to kot na szczęście. Trzeba go było zaraz umieścić poza zasięgiem naszych biegających szczęść. Które zresztą sprawiały wrażenie bardzo zadowolonych, że już nie będą zdane wyłącznie na mnie. Nie, żebym je zaniedbywała, ale zawsze to jedna osoba więcej do obgryzania stóp o trzeciej w nocyJ
Na polu (tj. na zewnątrz dla czytelników z innych rejonów niż Południe) zrobiło się zimno, ale teraz to już nic nie szkodzi. To niesamowite, jak niektórzy przynajmniej, faceci grzeją. Kiedy jechałam odebrać go z lotniska miałam ogrzewanie w samochodzie włączone na cały regulator z nawiewem, a kiedy go już zapakowałam i wiozłam do domu, musiałam nie tylko wyłączyć dmuchawę, ale i temperaturę skręcić na połowę. No i nie muszę już spać z pluszowym Kapitanem Niebieskim Misiem, który w prawdziwym życiu jest termoforem. Ogólnie, życie zmieniło się na lepszeJ