ZAGWOZDKA

Długi intensywny program indywidualnej nauki angielskiego. Uczniem jest pracownik jednej z firm Wielkiej Piątki. Wielkiej Szóstki? A może Siódemki? Zależy kto liczy.

Facet jest z Południowej Korei, angielski zna dobrze, ale ma znać lepiej. Posiedzi u nas półtora miesiąca po siedem godzin dziennie. Przeważnie dajemy mu dwóch nauczycieli dziennie – jednego rano, drugiego po południu. No a nasi nauczyciele to przecież panoptikum (sama też uczę, więc wolno mi tak mówić). Jest taki jeden, nazwijmy go Jack. Jack jest po sześćdziesiątce, niespełniony artysta i wielki łakomczuch. Ma gargantuiczny brzuch, kręcone siwe włosy, nieco żabie niebieskie oczy, wiecznie zroszoną potem otwartą twarz, zasób słownictwa Wielkiego Słownika Webstera, płynną wymowę (pluje, jak mówi) i niczym nieuzasadnione powodzenie u kobiet (jego aktualna dziewczyna wygląda jak Grace Kelly na emeryturze). Jackowi przytrafiają się różne katastrofy. Ostatnio pękł mu mostek podtrzymujący dolne przednie zęby, wymowa stała się więc jeszcze bardziej płynna, a jej nauczanie groteskowe. Jack wydziela dziwny zapach, znany mieszkańcom Wielkich Hamerykańskich Miast – jest to trochę zapach tutejszego metra, przewodów wentylacyjnych, zastałej wody w kałużach i nie wiem czego jeszcze. Na jednostki zapachowo wrażliwe działa odstręczająco, ale co bardziej toporne nosy w ogóle go nie zauważają. Są jednak dni, kiedy powietrze poruszone przez Jacka owiewa człowieka miłą wonią olejku sandałowego. Prawidłowości żadnej nie stwierdzono.

Ostatnio Jack uczył Koreańczyka po południu. Uczeń wyszedł na chwilę. Po piętnastu minutach Jack się zaniepokoił. Po pół godzinie zaczął go szukać. Po trzech kwadransach był już na skraju wyczerpania nerwowego. Po godzinie dorwał go na dole budynku, gdzie pocąc się w dwójnasób wyczekiwał na jego powrót. Koreańczyk przeprosił i wytłumaczył, że przypomniało mu się, iż zostawił portfel w hotelu. Pobiegł poń i nie zauważył, że minęło aż tyle czasu. W rozmowie z naszym koordynatorem mówił, że jest z lekcji zadowolony i żeby źle go nie zrozumieć, bo naprawdę lubi Jacka. Kolejnego popołudnia podczas zajęć z Jackiem źle się jednak poczuł i musiał pójść wcześniej do domu.

Albo mieliśmy do czynienia ze zbiegiem okoliczności, albo nie może znieść przydługawego sam na sam z Jackiem, a będąc człowiekiem Dalekiego Wschodu za nic w świecie nie powie nam tego wprost, bo nie chce żeby Jack stracił twarz. Sprawa nie jest prosta, bo mieliśmy już też do czynienia z jego rodaczką, która bez obciachu po dwóch lekcjach zażądała zmiany nauczycielki dokładnie nam wyłuszczając, co się jej nie podobało. Ot zagwozdka.

Na wszelki wypadek postanowiliśmy dawać mu innych nauczycieli, nie Jacka. Przynajmniej w najbliższym czasie, dopóki mostek nie zostanie naprawiony…

Dodaj komentarz