Ja tu na obczyźnie jestem i nie wszystkie bestsellery od razu po ukazaniu się czytam, no ale przecież to "Lubiewo" w końcu jednak, a dokładniej w ciągu ostatnich dwóch dni, przeczytałam. Przeczytałam, pochłonęłam i wciągłam.*
Czytając przypomniała mi się taka jedna Emerytka, com ją widziała w Barcelonie. Był koniec wieku, świat jawił się jako miejsce bezpieczne i otwarte, ja byłam go strasznie ciekawa (nie, żebym teraz była mniej ciekawa, ale z niesmakiem muszę przyznać, że się o wiele ostrożniejsza zrobiłam. Nie będziemy tu zgłębiać zagadnienia, jaki wpływ na to miała Hameryka, w ogóle na czas tego wpisu zostawimy Hamerykę na uboczu, czyli tam, gdzie, poniekąd, jej miejsce:-)
Zanim napiszę o Emerytce, muszę trochę rozwinąć wstęp. Byliśmy w Barcelonie i nie chcąc ograniczać się do oglądania zapierających dech w piersiach zabytków i absolutnie odjechanego Gaudiego (kto nie był w Barcelonie, ten nie wie, ale jak ma szansę, to niech pojedzie), w porze obiadowej zeszliśmy ze szlaków turystycznych w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia i Kolorytu Lokalnego. Ponieważ kolega, który miał dwa metry wzrostu i ćwiczył karate stwierdził, że z wariatami szukać guza nie będzie, ostaliśmy się we trójkę z równie jak ja ciekawą świata koleżanką i kolegą wzrostu, jak sam o sobie mówił, siedzącego psa. Cóż – ducha nie wedle powłoki cielesnej się mierzy. Szliśmy sobie tak, szli podejrzanymi zaukami, aż w końcu jedna z obszczanych uliczek doprowadziła nas na niewielkich rozmiarów plac, na którym rosły palmy, stał kontener na śmieci i młodzi tubylcy grali w piłkę. W rogu placu zauważyliśmy krzesła i stoliki – knajpa z ogródkiem! Miejsce zdało egzamin na nieturystyczność, więc usiedliśmy przy stoliku, dogadując się po części na migi (mój hiszpański był jeszcze wtedy w powijakach, a karty dań w tym zajeździe w ogóle nie mieli, trzeba było zamawiać z tego, co wypisano kredą na czarnej tablicy u wejścia) i dostali całkiem przyzwoite jedzenie i wino.
Ludzie siedzący w ogródku byli miejscowi i trochę się nam przyglądali, a trochę nie. My przyglądaliśmy się im, oczywiście zachowując europejskie standarty dobrego wychowania, ile wlezie. Emerytka siedziała dwa stoliki dalej. Miała pełną fryzurę ułożoną w fale i pofarbowaną na kolor czarno-rudawy. Na palcach dzikie pierścienie. Koszulę letnią hawajską, długie lniane spodnie. Na nogach klapusie plastikowe, brudnoróżowe, z kwiatkiem typu margaretka też w brudnym różu, już cokolwiek schodzone. Najprawdopodobniej nie jest łatwo dostać podobne obuwie w takim rozmiarze. A może były to po prostu jego ulubione klapusie i nie ważne, że już podniszczone? Jednak najważniejszym akcentem był wąs. To musi być coś hiszpańskiego. Ostatecznie Salvador Dali też miał bardzo ważne wąsy. I inni. Franco? No dobrze, zostawmy historię Iberii. Wąs emerytki przypominał mi jako żywo tę małą szczotkę do nakładania czarnej pasty na buty, co jest w domu moich rodziców. Taki był gęsty, czarny i szeroki. Widać było, że jest jej dumą i ukochaniem, najprawdopodobniej też znakiem firmowym. Założę się, że o fryzurę na głowie, też przecież zadbaną, nie troszczyła się ani w połowie tyle, co o tego wąsa. Jasne było, że go sobie farbuje, nie byłam tylko pewna, czy również szczotkuje.
Zjedliśmy, wypili, posiedzieli tak jeszcze trochę w miłym towarzystwie, ale że nie mieli tam deserów (knajpa była nastawiona na zaspokajanie li tylko bardzo podstawowych potrzeb), zebraliśmy się, żeby iść dalej. Po drodze jeszcze widzieliśmy, jak mieszkaniec trzeciego piętra jednej z kamienic otaczających plac rzuca pustą flaszką i mało nie trafia przechodzącego akurat koło kontenera na śmieci faceta o hebanowym kolorze skóry.
*Dla purystów: wiem, że poprawna forma, to "wciągnęłam", to tutaj to stylizacja, zainspirowana zresztą genialnym językiem książki.