Buenos Aires 3

Jadąc autobusem w Buenos Aires czujemy się jak w domu. Nie widziałam tam co prawda napisów: w czasie jazdy należy trzymać się uchwytów, ale najpóźniej na pierwszym zakręcie dla każdego staje się jasne, że jak najbardziej należy trzymać się uchwytów i to mocno. Część kierowców  to niezrealizowani mistrzowie Formuły 1, a druga część – Rajdu Paryż-Dakar. Ich ambicją jest jechać najszybciej jak się da, błyskotliwie pokonując każdą możliwą przeszkodę. Nawet, jeżeli jest nią pieszy.
Przyzwyczajony do ustatkowanych niemieckich autobusów Mój po pierwszej takiej przejażdżce stał się wielkim fanem taksówek. Z niezrozumiałych przyczyn doszedł do wniosku, że są one bezpieczniejsze.
Komunikacja autobusowa w Buenos Aires przypomina naszą jednakże jedynie do momentu, gdy trzeba kupic bilet i zabraknie nam bilonu. Po pierwsze, bilety kupuje się zawsze wyłacznie w autobusie (czasem, w godzinach szczytu, w celu usprawnienia wsiadania na przystankach wychodzą z autobusu umyślni, czyli rodzaj konduktorów, ale to w gruncie rzeczy też kupowanie w autobusie). Nie można kupić większej ilości biletów na zapas, zawsze tylko ten jeden na dany przejazd. Za bilety płaci się bilonem. Choć znajdujący się w autobusie automat z biletymi w razie potrzeby wydaje resztę, nie przyjmje on jednak banknotów. Nie można jechać na gapę, bo wsiada się tylko przednimi drzwiami i trzeba powiedzieć kierowcy, dokąd się jedzie, żeby mógł wstukać odpowiednią taryfę w maszynę połączoną z automatem z biletami znajdującym się za nim. Następnie idzie się do automatu i wrzuca drobniaki. Nie da się uniknąć płacenia tak, żeby kierowca tego nie zauważył. Nie można też zapłacić bezpośrednio kierowcy (można konduktorom o których była mowa powyżej, ale oni jeżdżą tylko czasami). Słowem – żeby pojechać, trzeba kupić bilet, żeby kupić bilet, trzeba mieć monety. 
A monet w Buenos Aires brak. Nie ma ich wystarczająco dużo w obiegu. Sprzedawcy dwa razy się zastanowią, zanim wydadzą człowiekowi resztę bilonem. Sprawy nie ułatwia fakt, że istnieją banknoty o bardzo drobnych nominałach (np. dwa peso istnieje jako moneta i jako banknot) i bardzo często się zdaża, że portfel wypchany mamy drobnymi pieniędzmi, ale są one papierowe, więc z punktu widzenia użytkownika kumunikacji autobusowej nieużyteczne. 
Cały ten obłęd bierze się stąd, że komunikacja miejska, lub też jej część autobusowa (bo na metro można kupić bilety wielokrotnego przejazdu i płacić za nie, czym się chce) to nie komunikacja miejska. Autobusy nie należą do miasta, tylko do wielu różnych, zupełnie niezależnych przedsiębiorców. To wyjaśnia, dlaczego biletów nie można kupić w kiosku i dlaczego nie istnieją bilety miesięczne na autobus. Nie wiadomo jednakże, dlaczego w istniejącej, jakby nie było dalekiej od monopolu sytuacji, niemożliwe jest zainstalowanie w autobusach automatów przyjmujących pieniądze papierowe. 
Łatwo sobie jednak wyobrazić, że w związku z opisaną powyżej paranoją realna wartość monet może i od czasu do czasu przekracza ich wartość nominalną. Mam na myśli kupowanie monet – ich wymianę za banknoty nominałami je przewyższające. Są to operacje finansowe nieco mniej abstrakcyjne od tych, które na Wall Street doprowadziły do ostatniego kryzysu i ich reperkusje mają zdecydowanie mniejszy zasięg, ale reakcja zdenerwowanego istniejącą sytuacją sytuacją podmiotu gospodarczego jest podobna: przecież ktoś, do cholery, powinien coś z tym zrobić!   

Dodaj komentarz