Samemu jeść

Tak się złożyło, że Mój ostatnio dużo podróżował służbowo. Siedział sobie tak na lotnisku wyruszając na kolejnych pięć dni i układał plan wieczorów: w środę będzie jedna kolacja służbowa, w czwartek dojedzie szefowa i znowu będzie bankiet, czyli że do pracy nad figurą zostaje mu poniedziałek i wtorek. Wtedy pójdzie na siłownię i ograniczy się wieczorem do drobnej przekąski (Mój musi uważać, bo jak jeszcze trochę urośnie mu brzuszek, to nie zmieści się w swój kombinezonik do nurkowania…) Zadowolony, że rozsądnie podzielił sobie tydzień, usłyszał, że ktoś radosnie woła jego imię – w niewielkiej odległości stał Kolega Meksykanin, udający się służbowo do tego samego miasta, choć innego klienta. Dobrze, że Kolega Meksykanin ma uszy, w przeciwnym bowiem razie szczęśliwy uśmiech okrążyłby jego głowę:
– Ale się cieszę, że cię widzę!!! Pójdziemy wieczorem na przyzwoitą kolację! Nie masz pojęcia, jak ja nie lubię samemu jeść!!!
Poszli więc wieczorem do mięsodajnej restauracji (Kolega Meksykanin wybierał) i zjedli, miło gwarząc, po pół krowy każdy. Tak było miło, że Kolega Meksykanin nie popuścił i na następny wieczór zaplanował kolejne kulinarne wyjście. Mój wrócił do domu w piątek z ubrankiem sportowym równo ułożonym w walizce jeszcze przed wyjazdem. 
Spotkawszy Kolegę Meksykanina zagadnęłam go o ostatni wyjazd:
– Nawet nie wiesz, jak się ucieszyłem widząc Twojego! Ja nienawidzę, absolutnie nienawidzę jeść samemu. To takie deprymujące, być tym jedynym smutnym gościem, który siedzi sam przy stoliku w restauracji.
– W czym problem? – nie rozumiał Mój – ja też nie chcę siedzieć samemu w restauracji i dlatego zamawiam jedzenie do pokoju w hotelu.
– O Boże, tylko nie to! – wykrzyknął przerażony Kolega Meksykanin – to jest pierwszy krok to samobójstwa: całkiem sam w moim głuchym hotelowym pokoju z kolacją jak w karcerze…
Mój tylko machnął ręką, a Kolega Meksykanin ciągnął dalej:
– Ja muszę mieć ludzi koło siebie. Dlatego jak jestem sam w podróży służbowej, to przeważnie jadę do centrum handlowego* pochodzę po sklepach, wejdę w końcu do jakiejś restauracji, zjem kolację, zawsze w innym miejscu, bo inaczej mnie zapamiętają, że to ten smutny facet, co zawsze przychodzi sam, no i wracam do hotelu…
Zastanawiałam się nad tak różną potrzebą towarzystwa u różnych ludzi. Mój przeważnie zamawia kolację do pokoju i zjada ją bezstresowo oglądając sport w telewizji. Ja specjalnie nie lubię chodzić sama do restauracji, ale jak się już tak złoży, to idę i jem, nie cierpiąc przy tym jakichś katuszy. Jedna moja koleżanka, która swego czasu też bywała ciągle w drodze, podziela opinię Kolegi Meksykanina na temat jedzenia w hotelowym pokoju – zdażyło się jej mianowicie kilka razy nie dokończyć takiej kolacji, bo się poryczała. Od tego czasu, gdy ma jeść sama, idzie do restauracji i zamawia jedzenie siadając przy barze – kelner nie pyta, czy jeszcze na kogoś czeka, czy podać dwie karty dań…
Oczywiście można sobie z takim stresem samotnych wieczorów poza domem radzić i w inny sposób, z czego znanych jest kilku kolegów Mojego (który utrzymuje, że pochodzą oni w większości z kraju położonego na wschód od Białorusi). Tyle, że przyroda nie zna próżni i redukując jeden stres wytwarza się drugi. 
* Nie zapominajmy, że miejsca docelowe tych podróży służbowych to przeważnie Głęboka Hameryka, gdzie opcja: wyjść na miasto nie istnieje, bo miasto nie istnieje…

Dodaj komentarz