Siedzimy przy stole. Spoglądam na prostokąt papieru leżący przed Moim. Macham ogólnie w tym kierunku ręką (nie pokazuj palcami!):
– To twoje stopy?
– Co? – W weekendowe poranki (no dobrze, raczej późne przedpołudnia) Mój bywa powolny.
– Do twoich stóp? – Cierpliwie ponawiam pytanie i gestykuluję nieco dokładniej wskazując papier na stole.
– ? – Dalej nie jarzy.
– Ojej, no czy to wizyta?
– ??? – Zamiast krótkiej odpowiedzi tak lub nie, obdarzona zostaję spojrzeniem człowieka, który zastanawia się nad kondycją umysłową interlokutorki. Nie ma rady, pochylam się nad stołem i eleganckim gestem pokazuję leżącą tam karteczkę oraz wyjaśniam:
– Czy to jest termin twojej kolejnej wizyty u lekarki, która wypala ci ciekłym azotem, albo czymś podobnym, narośla, jakie stworzyły ci się ostatnio na podeszwach stóp i u której byłeś już w zeszłym miesiącu i teraz będziesz szedł na kolejny zabieg?
– Aaaaa, taaak! – Odpowiada uszczęśliwiony, że jednak nie zwariowałam. Ile to się człowiek musi nagadać, żeby prostą odpowiedź usłyszeć!