W sobotę dzień wstał deszczowy i szary. Mimo to zerwaliśmy się z łóżka bladym świtem tuż po ósmej, żeby przed wyruszeniem na zamorskie podboje spokojnie zjeść środkowoeuropejskie śniadanie w których jajka, co prawda nie w szklance, ale jednak na miękko, grały główną rolę. Ze względu na różnicę czasu po drugiej stronie oceanu, wybory odbywające się w Polsce w niedzielę, w Hameryce mają miejsce w sobotę. Od kiedy tu głosuję, a zaczęłam dobrze przed upadającym na naszych oczach reżimem, tylko dwa razy robiłam to w jednym i tym samym miejscu. Nasze lokale wyborcze lubią wędrować. Tym razem lokalizacja komisji bardzo mi odpowiadała, bo nie dość, że mogłam głosować w Wielkim Hamerykańskim mieście, to jeszcze stosunkowo niedaleko szkoły tanga, w której o pierwszej po południu zaczynały się czterogodzinne zajęcia. Chytroplan Mojego, który jako jawna opcja niemiecka co prawda w polskich wyborach nie głosuje, a tylko mnie na nie tym razem zawiózł, eliminując w ten sposób aktywny udział osoby niezdrowo podnieconej polityką w ruchu drogowym, polegał na znalezieniu w okolicach lokalu wyborczego piekarni i zakupieniu w nim ciastek, którymi będzie można poczęstować uczestników zajęć tangowych.
Gdy dojechaliśmy w okolice lokalu wyborczego, okazało się, że nie bardzo jest gdzie zaparkować, bo wąskie ulice spokojnej dzielnicy zastawione są pojazdami osób uczestniczących w wydarzeniach politycznych stulecia. Wychodząc z samochodu w nieprzerwanie siąpiący deszcz, zauważyłam trzy idące dziarskim krokiem dziewczyny, z których jedna trzymała w ręku czerwony europejski paszport. To jest ta demografia, której nam potrzeba, ucieszyłam się i pogalopowałam za nimi. Lokal był duży i jasny, a w środku ruch największy, jaki do tej pory w odbywających się za granicą polskich wyborach widziałam. Ludzie też młodsi niż starsi (dotąd bywało odwrotnie), więcej kobiet niż mężczyzn. W komisji przemiła pani skrzętnie odnotowała, że nie biorę karty do referendum, parafując swoją przy moim podpisie adnotację. Wybrałam swojego kandydata do senatu i kandydatkę do sejmu, wrzuciłam karty do urny i w drzwiach zderzyłam się ze spieszącymi wziąć udział w życiu politycznym naszej zamorskiej ojczyzny ludźmi. Już na zewnątrz, gdy tylko wyjęłam telefon w celu uwiecznienia tej wiekopomnej chwili, idąca naprzeciwko młoda kobieta zaproponowała, po polsku oczywiście, że mi zrobi zdjęcie. Co też, na tle lokalu wyborczego, uczyniła.
Ciastka w piekarni Bałtyckiej wykupiłam prawie wszystkie – rogaliki z półkruchego ciasta z trzema rodzajami nadzienia owocowego, orzeszki z takowego z masą karmelową (te szczególnie przypadły do gustu Argentyńczykom kochającym swoje dulce de leche), zawijane półkruche fifki z orzechami, i babkę drożdżową z serem. I wszystkie te kalorie spaliliśmy bez śladu, do upadłego ćwicząc tango argentyńskie. Zgodzą się Państwo ze mną, że dzień ten był bardzo owocny.