Spacerkiem w południe

W pracy okołoświąteczne (wczoraj było święto Dziękczynienia) luzy, pozwoliłam więc sobie ostatnio na nieco dłuższy niż mój standartowy, 45-minutowy, spacer w przerwie obiadowej. Za naszym biurem jest kawałek dzikiej przyrody. Postanowiłam zrobić dużą rundę na górce. Stwierdziłam, że zobaczę, czy da się już może znowu przeskoczyć nad tym strumykiem, co ostatnio wezbrał i woda tak go poszerzyła, że nie miałam odwagi robić nad nim susa w stroju biurowym. Okazało się, że wyrwa w ścieżce pozostała co prawda taka, jaka była, ale wody ubyło i dwa metry dalej można już było przekicać po kamieniach na drugą stronę. Idę sobie tak przez las, sprężystym krokiem wśród chaszczy i wiem, że niedługo powinnam już zacząć schodzić stromym zboczem nad potok, który doprowadzi mnie do wyasfaltowanej drogi dojazdowej, którą z kolei dotrę z powrotem do cywilizacji. Idę, piórko mi się migoce, a ścieżka w dół nie opada. Czas upływa, las gęstnieje, z liściastego robi się mieszany, wydatnie redukując ilość szarego listopadowego światła, ciemno jeszcze nie jest, wietrzno też nie, ale i owszem, ponuro. Widać tu ślady ludzkiej obecności, widziałam przechodząc dwa miejsca z ułożonymi kamieniami i patykami, oraz zasadzonymi chryzantemami (tak – w środku lasu!). Ładne, ale mam nadzieję, że nie były to groby biurowych spacerowiczów. Powoli zaczynają do mnie dochodzić odgłosy drogi szybkiego ruchu, co oznacza, że dotarłam już zdecydowanie za daleko. Nie chcę zawracać tą samą drogą, bo to miała być pętla. Przeskakuję nad jednym zwalonym drzewem, przechodzę pod drugim, nie do końca zwalonym, tylko zawieszonym pod kątem 30 stopni, robię to możliwie szybko, na wypadek, gdyby właśnie w tej chwili miało się dowalić. Wreszcie dochodzę do ściany – bardzo stromego zbocza, przed którym ścieżka się urywa. Na prawo i lewo nieprzebyte zielsko, na wprost barykada – teraz już mogę zawrócić z czystym sumieniem. Nie da się iść dalej bez maczety. Albo ciupagi. Albo liny z kotwiczką.

Zawracam, przechodzę przez czarny zagajnik, pod nie całkiem zwalonym drzewem, nad całkiem zwalonym drzewem, wiem, że powrót tą samą drogą zajmie mi więcej czasu, niż sobie na przerwę obiadową liberalnie wyznaczyłam, znowu będę musiała przeskakiwać po kamieniach, aż tu widzę ukryte za zakrętem odgałęzienie ścieżki, prowadzące trawersem stromego zbocza w dół! Na to cały czas czekałam! Tylko wszystko tak tu zarosło, że idąc ścieżką z drugiej strony, bardzo łatwo to zejście przegapić. Oddycham z ulgą i zaczynam tracić wysokość. A dużo jest do stracenia, bo pagórek niewielki, ale stromy. Docieram nad potok, widzę, że linia brzegowa płynna jak sama woda – co bardziej poleje, to bardziej podgryza. Dochodzę do asfaltowej drogi i wracam do biura. Cała wyprawa zajęła 70 minut.

A wszystko to w bezpośrednim sąsiedztwie biur, osiedla mieszkaniowego, restauracji, stacji benzynowej, drogi szybkiego ruchu – wystarczy wyjść z biura lub samochodu i przejść kawałek dalej i, jak po drugiej stronie którejś z furtek u Pana Kleksa, człowiek znajduje się nagle w zupełnie innej bajce. W lesie, na stromym zboczu, wśród zwalonych drzew i dziwnych mini-ogródków z chryzantemami.

Buszująca w Internecie

Jadąc w czwartek do pracy słuchałam podcastu, w którym Tomasz Stawiszyński pytał Jana Chwedeńczuka, czy sztuczna inteligencja może zastąpić naukowców. Myśl niepokojąca, po próbę odpowiedzi odsyłam do tej fascynującej rozmowy, podczas której padło odniesienie do artykułu Chomskiego o czacie GPT, który ukazał się jakiś czas temu w New York Times i opowiadania Borgesa „Biblioteka Babel”. Odszukałam w czeluściach Internetu i karnie przeczytałam. Od artykuł Chomskiego zaś, w magiczny sposób (czytaj: buszując dalej w Internecie), doszłam do następnego artykułu, w którym Evelina Fedorenko* podejmuje próbę odpowiedzi na pytanie, które od bardzo dawna zajmuje filozofów i lingwistów: czy język (mowa, nie organ) konieczny jest dla procesu myślenia? Opierając się na najnowszych wynikach badań aktywności różnych, tych odpowiedzialnych za mowę oraz innych, rejonów mózgu, podczas rozwiązywania zarówno angażujących mowę, jak i pozajęzykowych (np. problemy matematyczne, sudoku, etc.) zadań, stawia tezę, że nie. Dodatkowo uzasadnia swój wniosek obserwacjami, które prowadzone są już od dawna: ludzie, którzy z jakichś powodów utracili zdolność mowy, np. pacjenci po wylewie, u których występuje afazja, nadal są w stanie myśleć (co mieliśmy okazję zaobserwować u naszego przyjaciela, nauczyciela tanga, który, uciekłszy grabarzowi spod łopaty, długo nie był w stanie odzyskać kontroli nad językiem, używał słów, które nie miały sensu, zapominał słów etc., ale gestami jak najbardziej był w stanie nie tylko komunikować się z otoczeniem, ale i żartować, do czego potrzebne jest poza myśleniem także i poczucie humoru). Z drugiej strony, są ludzie, którzy posługują się językiem w sposób swobodny i bezbłędny, ale z myśleniem u nich gorzej. Autorka nie ma tu na myśli niektórych polityków, tylko zdiagnozowane osoby cierpiące na choroby umysłowe (schizofrenia), u których zaburzenia w procesie myślenia nie mają wpływu na swobodę wypowiedzi. Biorąc to wszystko pod uwagę, wysuwa wniosek, że język jest narzędziem komunikacji, w tym komunikacji myśli, ale do myślenia jako wewnętrznego procesu przebiegającego w mózgu nie jest konieczny. Przynajmniej jak na dzisiejszy stan wiedzy. Tyle artykuł.

Teraz, żeby nie podawać bezmyślnie dalej, dodam coś od siebie. Oczywiście, można się zastanawiać, czy możliwe jest myślenie o abstrakcyjnych fenomenach (takich jak wolność, autorytaryzm,) bez używania słów. Być może możliwe, po tym, jak uprzednio wprowadzone one zostaną do naszego zakresu rozumienia za pomocą języka. Dalsze dywagacje na tematy abstrakcyjne mogłyby wtedy następować już w obszarze pozajęzykowym. I dopiero na następnym etapie, gdy chcemy przekazać swoje przemyślenia otoczeniu, musimy znowu użyć języka co przyznajmy, czasami jest trudne. Nierzadko zdarza mi się, że dokładnie wiem, co mam na myśli, ale wyrażenie tego, to osobne wyzwanie. Bez względu na to, którego języka chcę użyć. I dlatego* , między innymi, piszę tego bloga.

* Evelina Fedorenko: „Language is primarily a tool for communication rather than thought” w: Nature Vol630 20 June 2024, dostęp 13 listopada 2025

* Nie żebym była jak Słowacki, który, jak się wydaje, podzielał zdanie pani Fedorenko już dwieście lat temu (dla przypomnienia: „Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa”), ale coś w tym jest.

Nieoczywisty związek maku i listopada

Dziki, coraz dzikszy kraj, w którym mieszkam, nie obchodzi Wszystkich świętych, tutaj w przeddzień jest Halloween. U mnie w pracy można przyjść w przebraniu i w przerwie na lunch wziąć udział w konkursie na najfajniejszy kostium. Trzy pierwsze miejsca otrzymują nagrody. Kiedyś się przebierałam, raz nawet wygrałam, ostatnio jednak koncentruję się na robieniu zdjęć – trochę przez zbieg okoliczności, a bardziej przez zainteresowanie, stałam się fotografką firmy. Ale pierwszego listopada próżno tu oczekiwać grobbingu (przepiękne słowo, którego nauczyłam się przez Insta – ha, taka jestem młodzieżowa!) Tyle już lat mieszkam poza krajem, a każdego roku mi żal, że nie mogę sobie pójść na rozświetlony zniczami cmentarz. Nie myślałam, że tak kiedyś będzie, ale teraz bardziej mi żal, że nie jestem w Polsce na Wszystkich świętych, niż na Wigilii. Z rodziną widuję się w lecie, barszcz sobie ugotuję, Mojemu oszczędzę jedzenia dziwnych potraw (pamiętam, jak dawno temu, jeszcze na studiach, przywiozłam na polskie Boże Narodzenie koleżankę z Argentyny, zachwalając jej polskie wigilijne potrawy. Niestety, okazało się, że z wyjątkiem pierogów, jak to się teraz mówi, ukraińskich, nic jej nie smakowało – buraków, czyli barszczu nie lubi, ryb też nie, ani maku, a wszystko, co z kiszoną kapustą, było jej za kwaśne. Obie byłyśmy kulinarnie bardzo rozczarowane).

Ponieważ w tym roku Wszystkich świętych przypadło na sobotę, mogłam sobie spędzić ten dzień jak chciałam, bo nie trzeba było iść do pracy. Wstałam skoro świt (o dziewiątej) i pognałam do Longwood Gardens (wielki ogród botaniczny, którego obejście żwawym krokiem zajmuje ponad dwie godziny). Pogoda była przepiękna, z ekspozycji czasowych pozachwycałam się wystawą chryzantem, pouśmiechałam do dyniowych dekoracji, popatrzyłam na mieniące się w słońcu kolorami drzewa, obeszłam ogromną łąkę i już po trzech godzinach medytacyjnego spaceru, we wspaniałym nastroju, wstąpiłam jeszcze do sklepu przy wyjściu (tu wszędzie jest sklep przy wyjściu) i widząc cebulki tulipanów uświadomiłam sobie, że to czas na posadzenie, w moim przypadku nie tulipanów, bo sarny mi je wszystkie zjedzą, ale żonkili, które sarnom wybitnie nie smakują. Mam ich już dużo i robi się ich coraz więcej, bo, w odróżnieniu od tulipanów, żonkile i narcyze (oraz sarny) same się rozprzestrzeniają, ale chciałam dosadzić jeszcze tych dużych żółtych. Poza cebulkami, kupiłam jeszcze przepiękny album o ziołach, ze zdjęciami, rysunkami, nazwami łacińskimi, opisami botanicznymi i kulturowo-historycznymi. W ramach walki z ciemnotą, bo, jak stwierdził już w XI wieku cytowany z tyłu okładki Avicenna (Ibn Sina): „Nie ma bezwartościowych ziół – jest tylko brak wiedzy.”

A dlaczego mak? Bo Meksykanie (tak, oni obchodzą Wszystkich świętych, można sobie zobaczyć w internetach) na Dia de los muertos pieką słodkie chlebki drożdżowe (pan de los muertos). W tym roku zdecydowałam się połączyć wschód z zachodem upiekłam moją własną odmianę chleba dla zmarłych, tyle że nie w oryginalnej formie, ale jako makowiec. Bo mak, drodzy Państwo, ma, ugruntowane kulturowo, znaczenie symboliczne.

Wróżby i wróżbici

Dawno, dawno temu, na najstarszym niemieckim uniwersytecie, jeden z moich profesorów od literatury był z zamiłowania astrologiem. W praktykowaniu owego hobby posuwał się tak daleko, że stawiał osobiste horoskopy swoim ulubionym studentom. Mnie też taki zaszczyt kopnął i miałam okazję dowiedzieć się, co mówią gwiazdy. Bawiłam się przy tym świetnie, a mój astrolog wydawał się być pod dużym wrażeniem owego horoskopu, przy czym, w odróżnieniu ode mnie, traktował go zupełnie poważnie.
Minęło czasu mało-wiele, przeprowadziłam się na inny kontynent. Wiele firm, zresztą nie tylko w tej zwariowanej Hameryce, w której przyszło mi żyć, przeprowadza swoim potencjalnym pracownikom, albo takim, których podejrzewa o możliwości awansu, testy na osobowość. I ten zaszczyt mnie kopnął (najpierw zrobili mi jeden test i przyjęli mnie do roboty, a teraz robią inne, ulepszone testy większej grupie osób – patrz punkt drugi). Z mającej miejsce po tym drugim teście indywidualnej rozmowy z panią psycholog dowiedziałam się… mniej więcej tego, co dawno, dawno temu powiedziały mi gwiazdy ustami niemieckiego specjalisty od Rilkego i Hofmannsthala. 

Ci, co widzieli, mówią

że w Afganistanie jest pięknie. Góry widać przeogromne, a gwiazdy można zbierać rękami. I na Drogę Mleczną, zdaje się, że można wejść jednym krokiem.

Sprzedają tam płaskie chlebki nan i posypują je cynamonem i curry, co wbrew pozorom tworzy wspaniałą kompozycję.

I tylko pola makowe ciągle trzeba palić.

Mesjasz Händla i niedobre powietrze

W krajach anglojęzycznych Mesjasz Händla grany i śpiewany jest w okolicach Bożego Narodzenia, w odróżnieniu od krajów kontynentalnej Europy, gdzie wykonuje się go raczej na Wielkanoc. Zgodnie z początkowym założeniem zresztą, bo pierwsze jego wykonanie miało miejsce na Wielkanoc w Dublinie, w 1742 roku.

Teraz chciałam usłyszeć go na żywo i poszliśmy na koncert, o tyle interesujący, że wykonywany z użyciem instrumentów barokowych, jak za czasów kompozytora. Koncert był w kościele katolickim, a dokładniej w opactwie klasztornym. Gdy słyszę słowo "opactwo", staje mi przed oczami budowla z poźnego gotyku. Zabudowania klasztorne z zasady zaś nie powinny być nowsze od Dzwonu Zygmunta. Jak łatwo sobie wyobrazić, to ukształtowane Królewskim Miastem oczekiwanie nie może być spełnione w kraju, w którym trzystuletnie budynki stanowią odpowiednik naszej Osady w Biskupinie.

Podjechaliśmy więc na parking wśród zieleni (lub tego, co w lecie jest zielenią) i mijając ciekawa architekturę z drugiej połowy XX wieku weszliśmy do kościoła w podobnym stylu. W odróżnieniu od współczesnych cudów architektury sakralnej, jakie można oglądać w Podobno Coraz Mniej Katolickim Kraju Środka Europy, ten był w dobrym guście. Usiedliśmy w drewnianej ławce i z jękostęku, jaki wydał z siebie Mój, wiedziałam już, że nie będzie to łatwe siedzenie. Ławka zaprojektowana była tak przemyślnie, żeby w żaden sposób nie można było w niej zasnąć – jak tylko człowiek się trochę rozluźniał, to zaraz się z niej zsuwał. Ku mojej ortodoksyjnej zgrozie, nie było też klęcznika!

Po krótkiej chwili stwierdziłam, że brakuje mi powietrza. Jeśli natychmiast ktoś nie otworzy tu okna, to zemdleję. Od eskalacji paniki uchronił mnie nie dokończony komentarz Mojego:

– Tu czuć…

Taaak – naftaliną i zastałym kadzidłem! No to jesteśmy w domu; myśląc logicznie, nie może brakować mi powietrza, bo siedzimy niedaleko otwartych drzwi. Przypomniałam wiec sobie ulgę, z jaką w wieku 19 lat stwierdziłam, że drogi moje i zinstytucjonalizowanej ideologii teraz już jawnie rozejść się mogą (i nie mam tu na myśli upadku komunizmu).

Duszność ciągle jeszcze trochę mnie męczyła, ale na szczęście zaraz zaczął się koncert, który odwrócił uwagę diabła, przez którego najwyraźniej jestem opętana, od zawartości moich płuc i kazał skupić na muzyce.

Byłam daleko, ale już wróciłam II

Na Ojczyzny łonie miło mi było. Przez dwa tygodnie zjadłam około 20 litrów barszczu i dopiero pod koniec pobytu przerzuciłam się na żurek. Ponadto pochłaniałam wszystkie inne przyciężkawe artykuły spożywcze w ilościach ogromnych, żeby odbic sobie za nie wiem już ile lat niebywania TAM w zimie. Krewni i Znajomi Królika stanęli na wysokości zadania i, korzystając z tej urzędowej drogi, oficjalnie wszystkim obwieszczam, że nie, nie wyszłam od Was głodna i wszystko niesłychanie mi smakowało!!!

Cóż, Ojczyzna ma w zimie niebywały wprost urok. Nawet przy tych  minus 15 Celsjusza, jakimi dane mi się było rozkoszować. Pod warunkiem, że nie pojedziemy na przeszywające nas orzeźwiającym zefirkiem prosto z Syberii równiny Mazowsza, lecz rozsądnie zatrzymamy się w jednym lub drugim Mieście Królewskim, które od zimnych wiatrów, tudzież co bardziej porywczych wiatrów historii, odpowiednio są osłonięte. 
Jadąc z mniejszego do większego Miasta Królewskiego zbudowaną za c.k. czasów trasą kolejową i słuchając niepowtarzalnej melodii rozmów tutejszego ludu, po raz kolejny utwierdzilam się w przekonaniu, że miejsce, z którego pochodzę, to może i Jeszcze Polska, ale chyba już Górne Węgry.
W dużym Królewskim otoczył mnie inny akcent i dane mi było odnowić kontakt z europejską kinematografią za pomocą jednego filmu polskiego, jednego czeskiego i jednego niemiecko-polskiego. Otulające nas grubym płaszczem zimy wieczory, spędzałam zaś na piciu alkoholu i (biernym) paleniu papierosów w, ach jakże bliskich sercu, a rodowymi maszynami do szycia, lub też ukrytymi w szafach do następnych pomieszczeń przejściami, zdobionych miejscach. 
Wracając zaś spacerem pod niebem pełnym gwiazd i wietrząc płuca z dymu tytoniowego rześkim powietrzem przetykanym igiełkami mrozu, po raz kolejny doszłam do wniosku, że cywilizowany człowiek nie powinien mieszkać w większej odległości od gospody, niż jest ją w stanie pokonać na własnych chwiejnych nogach. Nie bez znaczenia jest tu też infrastruktura, albowiem co przyszłoby nam z gospody mieszczącej się w pobliżu, gdy po drodze chodnika nie ma i nawet absolutnie trzeźwi spacerowicze narażeni są na natychmiastową śmierć przez przejechanie!

Dla Hadarech

Nie wiem, w czym rzecz, ale nie udaje mi sie komentowac cudzych blogow – ciagle dostaje wiadomosc, ze URL jest niepoprawny, albo prosze mnie o podanie poprawnego kodu z obrazka.

Na blogu Hadarech wpisalam ten kod z milion razy i nie chwycilo, a chcialam powiedziec w kontekscie ostatniej notki:

Hadarech,

A wiesz, ze to Twoje wyjaśnienie do mnie przemawia? Tzn. wyjaśnia. I jakkolwiek przestrzeganie koszernosci jedzenia nie byloby dla mnie, to uwazam, ze nikomu nie zaszkodziloby zastanowic sie chwile nad tym, co i jak sie je i czemu/komu sie zawdziecza to, ze nie burczy nam w brzuchach. Pozdrowienia.

Dygresja – Barcelona

Ja tu na obczyźnie jestem i nie wszystkie bestsellery od razu po ukazaniu się czytam, no ale przecież to "Lubiewo" w końcu jednak, a dokładniej w ciągu ostatnich dwóch dni, przeczytałam. Przeczytałam, pochłonęłam i wciągłam.*

Czytając przypomniała mi się taka jedna Emerytka, com ją widziała w Barcelonie. Był koniec wieku, świat jawił się jako miejsce bezpieczne i otwarte, ja byłam go strasznie ciekawa (nie, żebym teraz była mniej ciekawa, ale z niesmakiem muszę przyznać, że się o wiele ostrożniejsza zrobiłam. Nie będziemy tu zgłębiać zagadnienia, jaki wpływ na to miała Hameryka, w ogóle na czas tego wpisu zostawimy Hamerykę na uboczu, czyli tam, gdzie, poniekąd, jej miejsce:-)

Zanim napiszę o Emerytce, muszę trochę rozwinąć wstęp. Byliśmy w Barcelonie i nie chcąc ograniczać się do oglądania zapierających dech w piersiach zabytków i absolutnie odjechanego Gaudiego (kto nie był w Barcelonie, ten nie wie, ale jak ma szansę, to niech pojedzie), w porze obiadowej zeszliśmy ze szlaków turystycznych w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia i Kolorytu Lokalnego. Ponieważ kolega, który miał dwa metry wzrostu i ćwiczył karate stwierdził, że z wariatami szukać guza nie będzie, ostaliśmy się we trójkę z równie jak ja ciekawą świata koleżanką i kolegą wzrostu, jak sam o sobie mówił, siedzącego psa. Cóż – ducha nie wedle powłoki cielesnej się mierzy. Szliśmy sobie tak, szli podejrzanymi zaukami, aż w końcu jedna z obszczanych uliczek doprowadziła nas na niewielkich rozmiarów plac, na którym rosły palmy, stał kontener na śmieci i młodzi tubylcy grali w piłkę. W rogu placu zauważyliśmy krzesła i stoliki – knajpa z ogródkiem! Miejsce zdało egzamin na nieturystyczność, więc usiedliśmy przy stoliku, dogadując się po części na migi (mój hiszpański był jeszcze wtedy w powijakach, a karty dań w tym zajeździe w ogóle nie mieli, trzeba było zamawiać z tego, co wypisano kredą na czarnej tablicy u wejścia) i dostali całkiem przyzwoite jedzenie i wino.

Ludzie siedzący w ogródku byli miejscowi i trochę się nam przyglądali, a trochę nie. My przyglądaliśmy się im, oczywiście zachowując europejskie standarty dobrego wychowania, ile wlezie. Emerytka siedziała dwa stoliki dalej. Miała pełną fryzurę ułożoną w fale i pofarbowaną na kolor czarno-rudawy. Na palcach dzikie pierścienie. Koszulę letnią hawajską, długie lniane spodnie. Na nogach klapusie plastikowe, brudnoróżowe, z kwiatkiem typu margaretka też w brudnym różu, już cokolwiek schodzone. Najprawdopodobniej nie jest łatwo dostać podobne obuwie w takim rozmiarze. A może były to po prostu jego ulubione klapusie i nie ważne, że już podniszczone? Jednak najważniejszym akcentem był wąs. To musi być coś hiszpańskiego. Ostatecznie Salvador Dali też miał bardzo ważne wąsy. I inni. Franco? No dobrze, zostawmy historię Iberii. Wąs emerytki przypominał mi jako żywo tę małą szczotkę do nakładania czarnej pasty na buty, co jest w domu moich rodziców. Taki był gęsty, czarny i szeroki. Widać było, że jest jej dumą i ukochaniem, najprawdopodobniej też znakiem firmowym. Założę się, że o fryzurę na głowie, też przecież zadbaną, nie troszczyła się ani w połowie tyle, co o tego wąsa. Jasne było, że go sobie farbuje, nie byłam tylko pewna, czy również szczotkuje.

Zjedliśmy, wypili, posiedzieli tak jeszcze trochę w miłym towarzystwie, ale że nie mieli tam deserów (knajpa była nastawiona na zaspokajanie li tylko bardzo podstawowych potrzeb), zebraliśmy się, żeby iść dalej. Po drodze jeszcze widzieliśmy, jak mieszkaniec trzeciego piętra jednej z kamienic otaczających plac rzuca pustą flaszką i mało nie trafia przechodzącego akurat koło kontenera na śmieci faceta o hebanowym kolorze skóry.

*Dla purystów: wiem, że poprawna forma, to "wciągnęłam", to tutaj to stylizacja, zainspirowana zresztą genialnym językiem książki.