Dziki, coraz dzikszy kraj, w którym mieszkam, nie obchodzi Wszystkich świętych, tutaj w przeddzień jest Halloween. U mnie w pracy można przyjść w przebraniu i w przerwie na lunch wziąć udział w konkursie na najfajniejszy kostium. Trzy pierwsze miejsca otrzymują nagrody. Kiedyś się przebierałam, raz nawet wygrałam, ostatnio jednak koncentruję się na robieniu zdjęć – trochę przez zbieg okoliczności, a bardziej przez zainteresowanie, stałam się fotografką firmy. Ale pierwszego listopada próżno tu oczekiwać grobbingu (przepiękne słowo, którego nauczyłam się przez Insta – ha, taka jestem młodzieżowa!) Tyle już lat mieszkam poza krajem, a każdego roku mi żal, że nie mogę sobie pójść na rozświetlony zniczami cmentarz. Nie myślałam, że tak kiedyś będzie, ale teraz bardziej mi żal, że nie jestem w Polsce na Wszystkich świętych, niż na Wigilii. Z rodziną widuję się w lecie, barszcz sobie ugotuję, Mojemu oszczędzę jedzenia dziwnych potraw (pamiętam, jak dawno temu, jeszcze na studiach, przywiozłam na polskie Boże Narodzenie koleżankę z Argentyny, zachwalając jej polskie wigilijne potrawy. Niestety, okazało się, że z wyjątkiem pierogów, jak to się teraz mówi, ukraińskich, nic jej nie smakowało – buraków, czyli barszczu nie lubi, ryb też nie, ani maku, a wszystko, co z kiszoną kapustą, było jej za kwaśne. Obie byłyśmy kulinarnie bardzo rozczarowane).
Ponieważ w tym roku Wszystkich świętych przypadło na sobotę, mogłam sobie spędzić ten dzień jak chciałam, bo nie trzeba było iść do pracy. Wstałam skoro świt (o dziewiątej) i pognałam do Longwood Gardens (wielki ogród botaniczny, którego obejście żwawym krokiem zajmuje ponad dwie godziny). Pogoda była przepiękna, z ekspozycji czasowych pozachwycałam się wystawą chryzantem, pouśmiechałam do dyniowych dekoracji, popatrzyłam na mieniące się w słońcu kolorami drzewa, obeszłam ogromną łąkę i już po trzech godzinach medytacyjnego spaceru, we wspaniałym nastroju, wstąpiłam jeszcze do sklepu przy wyjściu (tu wszędzie jest sklep przy wyjściu) i widząc cebulki tulipanów uświadomiłam sobie, że to czas na posadzenie, w moim przypadku nie tulipanów, bo sarny mi je wszystkie zjedzą, ale żonkili, które sarnom wybitnie nie smakują. Mam ich już dużo i robi się ich coraz więcej, bo, w odróżnieniu od tulipanów, żonkile i narcyze (oraz sarny) same się rozprzestrzeniają, ale chciałam dosadzić jeszcze tych dużych żółtych. Poza cebulkami, kupiłam jeszcze przepiękny album o ziołach, ze zdjęciami, rysunkami, nazwami łacińskimi, opisami botanicznymi i kulturowo-historycznymi. W ramach walki z ciemnotą, bo, jak stwierdził już w XI wieku cytowany z tyłu okładki Avicenna (Ibn Sina): „Nie ma bezwartościowych ziół – jest tylko brak wiedzy.”
A dlaczego mak? Bo Meksykanie (tak, oni obchodzą Wszystkich świętych, można sobie zobaczyć w internetach) na Dia de los muertos pieką słodkie chlebki drożdżowe (pan de los muertos). W tym roku zdecydowałam się połączyć wschód z zachodem upiekłam moją własną odmianę chleba dla zmarłych, tyle że nie w oryginalnej formie, ale jako makowiec. Bo mak, drodzy Państwo, ma, ugruntowane kulturowo, znaczenie symboliczne.