Buszująca w Internecie

Jadąc w czwartek do pracy słuchałam podcastu, w którym Tomasz Stawiszyński pytał Jana Chwedeńczuka, czy sztuczna inteligencja może zastąpić naukowców. Myśl niepokojąca, po próbę odpowiedzi odsyłam do tej fascynującej rozmowy, podczas której padło odniesienie do artykułu Chomskiego o czacie GPT, który ukazał się jakiś czas temu w New York Times i opowiadania Borgesa „Biblioteka Babel”. Odszukałam w czeluściach Internetu i karnie przeczytałam. Od artykuł Chomskiego zaś, w magiczny sposób (czytaj: buszując dalej w Internecie), doszłam do następnego artykułu, w którym Evelina Fedorenko* podejmuje próbę odpowiedzi na pytanie, które od bardzo dawna zajmuje filozofów i lingwistów: czy język (mowa, nie organ) konieczny jest dla procesu myślenia? Opierając się na najnowszych wynikach badań aktywności różnych, tych odpowiedzialnych za mowę oraz innych, rejonów mózgu, podczas rozwiązywania zarówno angażujących mowę, jak i pozajęzykowych (np. problemy matematyczne, sudoku, etc.) zadań, stawia tezę, że nie. Dodatkowo uzasadnia swój wniosek obserwacjami, które prowadzone są już od dawna: ludzie, którzy z jakichś powodów utracili zdolność mowy, np. pacjenci po wylewie, u których występuje afazja, nadal są w stanie myśleć (co mieliśmy okazję zaobserwować u naszego przyjaciela, nauczyciela tanga, który, uciekłszy grabarzowi spod łopaty, długo nie był w stanie odzyskać kontroli nad językiem, używał słów, które nie miały sensu, zapominał słów etc., ale gestami jak najbardziej był w stanie nie tylko komunikować się z otoczeniem, ale i żartować, do czego potrzebne jest poza myśleniem także i poczucie humoru). Z drugiej strony, są ludzie, którzy posługują się językiem w sposób swobodny i bezbłędny, ale z myśleniem u nich gorzej. Autorka nie ma tu na myśli niektórych polityków, tylko zdiagnozowane osoby cierpiące na choroby umysłowe (schizofrenia), u których zaburzenia w procesie myślenia nie mają wpływu na swobodę wypowiedzi. Biorąc to wszystko pod uwagę, wysuwa wniosek, że język jest narzędziem komunikacji, w tym komunikacji myśli, ale do myślenia jako wewnętrznego procesu przebiegającego w mózgu nie jest konieczny. Przynajmniej jak na dzisiejszy stan wiedzy. Tyle artykuł.

Teraz, żeby nie podawać bezmyślnie dalej, dodam coś od siebie. Oczywiście, można się zastanawiać, czy możliwe jest myślenie o abstrakcyjnych fenomenach (takich jak wolność, autorytaryzm,) bez używania słów. Być może możliwe, po tym, jak uprzednio wprowadzone one zostaną do naszego zakresu rozumienia za pomocą języka. Dalsze dywagacje na tematy abstrakcyjne mogłyby wtedy następować już w obszarze pozajęzykowym. I dopiero na następnym etapie, gdy chcemy przekazać swoje przemyślenia otoczeniu, musimy znowu użyć języka co przyznajmy, czasami jest trudne. Nierzadko zdarza mi się, że dokładnie wiem, co mam na myśli, ale wyrażenie tego, to osobne wyzwanie. Bez względu na to, którego języka chcę użyć. I dlatego* , między innymi, piszę tego bloga.

* Evelina Fedorenko: „Language is primarily a tool for communication rather than thought” w: Nature Vol630 20 June 2024, dostęp 13 listopada 2025

* Nie żebym była jak Słowacki, który, jak się wydaje, podzielał zdanie pani Fedorenko już dwieście lat temu (dla przypomnienia: „Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa”), ale coś w tym jest.

Chorych nawiedzać

Sobotni poranek. Bez otwierania oczu, po rodzaju delikatnego, acz stanowczego drapania w bark poznaję, który kot, stojąc na mnie, dopomina się śniadania. Nie ruszam się, w nadziei, że zniechęci go brak mojej reakcji i zacznie molestować Mojego. Trochę mi głupio, bo już przecież nie śpię, a Mój ciągle jeszcze oddycha miarowo w objęciach Morfeusza. A gdyby tak był w podróży, to wstałabym teraz i nakarmiła bestie? A skąd! Nie spać, a wstać i zacząć działać, to dwa zupełnie różne stany i przejście z jednego w drugi nie odbywa się natychmiast. Gdybym była sama w domu, tygrysy musiałyby jeszcze z pół godziny pohałasować, zanim mi kości stwardnieją i mięśnie się ukonstytuują. Dzisiaj jest jednak jeszcze jeden powód, dla którego nie spieszę się z zaczynaniem dnia.

Pisałam już o naszym przyjacielu, nauczycielu tanga, który miał wylew i spędził dobrych parę tygodni na intensywnej terapii. Teraz jest w ośrodku rehabilitacyjnym. Nie może jeszcze sam chodzić – dopiero zaczął ćwiczenia z pomocą butów-robotów. Technologia naprawdę idzie do przodu. W dosłownym tego słowa znaczeniu. Nasz kolega prawie nie ma kontroli nad prawą połową ciała, ale ciężko pracuje i robi postępy. Oprócz ciała ćwiczy też i mowę. Mówi wyraźnie, powoli, gramatycznie i… używając słów, które niekoniecznie mają sens. Afazja. Jest już jednak na takim etapie powracania do życia, że rozeszła się wieść, iż można go odwiedzać. Szczególnie cenne są wizyty osób, które mówią po hiszpańsku i mogą rozmawiać z nim w jego ojczystym języku (najpierw trzeba uporządkować hiszpański, a potem zajmiemy się angielskim). Nie byłam pewna, jak przedstawić możliwość wizyty Mojemu, który pacjenta również zna i bardzo lubi, ale na samą myśl o szpitalach i procedurach medycznych robi się blady i słaby, w czym, jak się dzisiaj dowiedziałam, przypomina mojego dziadka, który podobno też kiedyś wjechał pod stół słuchając opowieści zaprzyjaźnionego lekarza. Nie chcąc stawiać go w trudnej sytuacji, oświadczyłam więc, że ja planuję odwiedziny w sobotę, i czy chciałby pójść ze mną? Reakcja była taka, jak przewidywałam – lekka panika i pytanie, czy uważam, że to dobry pomysł? Dałam mu więc do przeczytania ostatnią relację z rehabilitacji, w której mówią o pożądanych wizytach. Stanęło na tym, że mnie tam zawiezie i poczeka, a potem odwiezie z powrotem do domu: „bo ja nie wiem, w jakim stanie ty będziesz, jak stamtąd wyjdziesz”. Też prawda.

Teraz jednak leżę jeszcze i udaję przed kotami i światem, że śpię, a przed sobą samą, że wcale się nie denerwuję. Połowicznie mi to wychodzi – kot przeskakuje zręcznie na brzuch Mojego. Wiem jednak, że takie zaklinanie rzeczywistości może mieć krótkie nogi. Jeśli nie oddam ciału, co cielesne, ono upomni się o uwagę taką migreną, że po oddaniu zawartości żołądka w łazience, będę tylko leżeć w ciemnym pokoju i czekać, aż mi przejdzie. Do tego jednak nie można dopuścić – zapowiedziałam się już, w lodówce gotowy do zabrania flan, słońce świeci. Trzeba wstać i pójść na rześki spacer przed wyjazdem na akcję.

Przez cały ranek udawałam bohaterkę przed Moim tak skutecznie, że trochę samą mnie to uspokoiło. Gdy dotarliśmy na miejsce, trzeba było zacząć działać – czytaj, prowadzić konwersację w języku, który znam najsłabiej, z osobą, która układa zdania gramatyczne, ale niekoniecznie mające sens. Było trochę jak w opowiadaniach Schulza, trochę jak u Cortazara. Jednocześnie nasza dwugodzinna rozmowa przypominała mi nauczanie języka obcego. Gdy dawno temu pracowałam w zawodzie i prowadziłam konwersacje ze studentami, podobnie one wyglądały – rozmówcom brakuje słownictwa ale mają za zadanie radzić sobie opisując słowa innymi. Efekt nie zawsze jest zrozumiały, choć bywa olśniewający. Przykład? Rozmawialiśmy o kotach – mam trzy – i pokazywałam mu ich zdjęcia. Potem zmieniliśmy temat, a potem znowu zeszło na koty i w pewnym momencie nasz przyjaciel mówi: ten kot elektryczny. Jaki kot elektryczny??? Bo mowa o kotach, nie urządzeniach mechanicznych. Po nitce do kłębka, zadając pomocnicze pytania, doszłam, że chodziło mu o tego z moim kotów, który ma charakterystyczne pręgi przypominające trochę zygzaki albo błyskawice którymi oznacza się prąd elektryczny. Logiczne przecież!

Tłumaczenia tłumaczenia

W moim spisie książek do przeczytania od dłuższego czasu figurował Sandor Marai. Znajomy, którego gust literacki bardzo sobie cenię, zachwycał się kiedyś publicznie jego powieścią Żar. Ponieważ nie znam węgierskiego, skazana jestem na tłumaczenia, a ponieważ mieszkam w Hameryce, kupiłam angielskie. W zeszły weekend tę niewielką objętościowo powieść przeczytałam. Byłam zachwycona. Jak ktoś lubi Josepha Rotha i klimaty z czasów Nieboszczki Austrii, ma szansę podzielić moje odczucia.

Rozczarowanie nastąpiło już po skończonej lekturze, gdy z moich nowo-zawodowych przyczyn (projektowanie graficzne) szczegółowo analizowałam informacje podane drobnym drukiem. Zauważyłam wtedy, że książka jest tłumaczeniem nie węgierskiego oryginału, ale… niemieckiego tłumaczenia! Mało mnie szlag nie trafił – gdybym wiedziała, że pozycja dostępna na anglojęzycznym rynku jest przekazem z drugiej ręki, to zamówiłabym sobie niemieckie wydanie! Kilka kliknięć w internecie pokazało mi wystarczająco dużo wpisów innych, równie jak ja oburzonych, anglojęzycznych czytelników. Wychodzi na to, że teraz zamawiając książki, trzeba będzie sprawdzać, czy aby na pewno tłumaczone są bezpośrednio z języka oryginału…

Przy okazji dowiedziałam się także, że tytuł Żar po polsku, jak i Embers po angielsku, pochodzi najwyraźniej z niemieckiego tłumaczenia, w którym powieść zatytułowana jest Die Glut. Przeprowadziłam krótkie dochodzenie z którego wynikło, że wersja polska tłumaczona jest z węgierskiego i najwyraźniej tylko tytuł wzięty został z niemieckiego. W oryginale brzmi on A gyertyák csonkig égnek, co, według źródeł internetowych znaczy: świece dopalają się do końca. To chyba obecnie niemodne nadawać książkom przydługie tytuły i pewnie dlatego tłumacze, czy też może wydawcy, zdecydowali się na krótki, jednowyrazowy. Moim zdaniem bardzo szkoda, bo choć oba można rozumieć na dwa sposoby, to oryginalny lepiej oddaje sens utworu. Widać do wyraźnie, gdy doczyta się powieść, nomen omen, do końca.

Tytuł 2

Moja mieszkająca od szesnastu lat w Anglii przyjaciółka tegoroczne wakacje spędziła w krajach niemieckojęzycznych. Wraz ze świetnie mówiącym po polsku mężem Anglikiem i dwojgiem dzieci przejechali z północy na południe przez Niemcy, zatrzymując się w kilku miastach, a w Szwajcarii odwiedzili w Zurychu znajomych, z którymi nie widzieli się od ładnych paru lat. On jest Szwajcarem o słoweńskich korzeniach, ona Węgierką, a ponieważ poznali się na studiach w Krakowie, obydwoje mówią po polsku. Zobaczywszy jeszcze kawałek Austrii, i zawitawszy na chwilę do Polski, moja przyjaciółka z rodziną wróciła do Londynu. Niedługo później ich z kolei odwiedzili znajomi z Argentyny. Ona mówi po angielsku, on natomiast nie bardzo. Przygotowując dzieci na tę wizytę, moja przyjaciółka zaproponowała starszemu, żeby próbował rozmawiać z gościem po hiszpańsku, którego od niedawna uczy się w szkole. Młody człowiek, nie bardzo widać wierząc w swoje hiszpańskojęzyczne kompetencje, odpowiada szczerze:

– Ale jak się nie dogadam po hiszpańsku, to zawsze przecież będziemy mogli mówić po polsku!

Dla tego młodego Anglika oczywistym jest, że każdy cudzoziemiec, nawet jeśli nie mówi po angielsku, to przecież płynnie posługuje się polskim.

Szczygieł

Opowiadam Mojemu Znajomemu w Polsce o lokatorach na ganku: 
– Porównując je z obrazkami w książce stwierdziłam, że to szczygły. Takie niewielkie ptaszki. Zachowują się, jakby miały ADHD. Przylatuje. Zagląda do gniazda. Odwraca się. Wygląda z gniazda. Kręci łebkiem. Wreszcie siada. Posiedzi kilka minut i już wylatuje. Siada na rosnącym nieopodal drzewie. Przeskakuje na inną gałąź. Odlatuje. Po dwóch minutach przylatuje. Siada w gnieździe. Wstaje. Wylatuje. Siada na rynnie. Podlatuje do gniazda… Obserwując je skacze mi ciśnienie, takie są nerwowe.
– O, to na pewno szczygły – przyznaje mi rację Mój Znajomy – szczygły się tak właśnie kręcą, nie mogą usiedzieć spokojnie. Zresztą myślisz, że skąd się wzięło powiedzenie, że ktoś ma szczygła w zadku? 
Nie miałam pojęcia.

Ptaki

Siedząc przy niedzielnym śniadaniu, widzę przez okno, że gniazdo pod powałą ganku cieszy się zainteresowaniem.

– Co to za ptaki tam zaglądają? – Pyta Mój. Jest Niemcem i rozmowa toczy się w jego ojczystym języku.
– Nie wiem, jak jest "szczygieł" po niemiecku – odpowiadam – wygugluj sobie.
Mój patrzy na mnie swoimi przepastnymi oczami.
– No dobrze – lituję się – po angielsku jest "finch", wygugluj sobie "finch".
– Fink – poprawia mnie Mój, zupełnie nie wiem, dlaczego.
– Finch – obstaję przy swoim – Fink to nazwisko naszego znajomego. A ten ptak, to finch.
– Fink – mówi Mój. Wyraźnie chce mnie zdenerwować.
– Finch, jestem pewna. Czegoś ty taki śporny*?
– Jaki śporny? Ja nie jestem śporny – odpowiada spokojnie Mój i idzie dokroić chleba.
Ma rację. Jest człowiekiem niezwykle cierpliwym i dążącym do harmonii. Ostatecznie wytrzymał ze mną już tyle czasu. Tym bardziej nie rozumiem jednak, co go teraz napadło.
– Wyguglujeszże** wreszcie, jak ten finch jest po niemiecku? – Pytam, bo chcę poszerzyć swoje słownictwo, a poza tym mam dość tej głupiej gadki.
– Fink – powtarza jak automat Mój, a mnie zalewa krew. – Finch to po niemiecku fink. To nie moja wina, że Hamerykanie używają niemieckich słów dziwnie je wymawiając…
Gdy napad śmiechu nieco zelżał, byłam w stanie wytłumaczyć Mojemu, dlaczego tak mnie, zupełnie nieświadomie, zirytował. A po wypiciu łyka herbaty dodałam:
– Ale ty zdajesz sobie sprawę, że tak właśnie wybuchają wojny?
*Wyrażenie gwarowe, na południu Polski oznacza osobę szukającą zwady, za wszelką cenę obstającą przy swoim. Słowo użyte na potrzeby tekstu polskiego.
**Użycie partykuły "że" charakterystyczne dla gwar południowopolskich. 

Języki i pamięć

Babcia pewnego mojego znajomego w Polsce cierpiała na zanik pamięci. Choroba postępowała i pod koniec nie można już się z nią było porozumieć. To znaczy, ona jeszcze mówiła. Ale tylko w jidisz. Polski, jako język, którego nauczyła się później, ulotnił się pierwszy. 
Gdy pamięć zawodzi, zaczyna się od tej krótkoterminowej – najpierw zapominamy rzeczy, które zdarzyły się niedawno, a wspomnienia z dzieciństwa towarzyszą nam najdłużej. Prawidłowość ta dotyczy też znajomości języków – gdy dotknie nas Alzheimer, najpierw do kosza pójdą języki obce, pierwszy zapomniany będzie ten, którego nauczyliśmy się ostatnio, a ojczysty zostanie nam do dyspozycji najdłużej. 
Dlatego, jak mnie tu ktoś pyta, czy planuję zostać, mówię, że nie da rady, bo na starość nikt się tu ze mną nie dogada. Nawet Mój (który jest Niemcem).
Ostatnio przeczytałam artykuł o sędziwych Japonkach na Wyspach Brytyjskich. Kobiety, które dawno temu wyszły za mąż za Brytyjczyków, spędziły tam całe dorosłe życie, owdowiały, zaczynają im się problemy z pamięcią i… zapominają angielskiego, angielskich zwyczajów, angielskiego jedzenia…
No przecież wiem, co mówię, że przed emeryturą muszę się stąd zwinąć!

Równik, Wittgenstein i GPS

Pytanie, w jaki sposób język, jakim się posługujemy, wpływa na nasz sposób myślenia, pojawiło się w filozofii i lingwistyce najpóźniej za czasów Wittgensteina. Że używany język wpływa bezpośrednio na sposób zapamiętywania, a być może w ogóle uczenia się, prześledzić można na następującym przykładzie z dzisiejszej naszej rozmowy przy śniadaniu, na temat Ameryki Łacińskiej. Wymiana zdań miała miejsce po niemiecku:
Ja: – Zabawne, zawsze wydaje mi się, że Peru leży bardziej na północ, bliżej równika. – Za to z położeniem Ekwadoru nie mam problemów od czasu, gdy mieliśmy ucznia z Quito i nawiedziło nas trzęsienie ziemi.*
Mój:- Z Ekwadorem nie mam problemu, bo leży na równiku 
(Tutaj trzeba usłyszeć oba słowa po niemiecku: Ekwador to po niemiecku Ecuador, a równik – podobnie brzmiące Äquator.)
Ja: – Ha! Jasne, to tak, jak ja dzięki polskiemu od razu wiem, że wschód słońca jest na wschodzie, a zachód na zachodzie.
(Po niemiecku wschód jako kierunek geograficzny – Osten, ma ze wschodem słońca – Sonnenaufgang, równie mało wspólnego, co Westen z Sonnenuntergang – odpowiednio zachód jako kierunek i zachód słońca.)
Natychmiastowe (a nie dopiero po półtorasekundowym namyśle – to może być za późno, żeby wjechać na właściwy pas) kojarzenie kierunków jest umiejętnością bardzo przydatną podczas jazdy samochodem w nieznanych okolicach w Hameryce. Ważniejsze drogi i autostrady oznaczone są numerami, a na drogowskazach oprócz numeru drogi, widnieje kierunek geograficzny. Na przykład dojeżdżamy do wjazdu na autostradę, wjazd na prawo oznaczony jest I90 Wschód, a na lewo I90 Zachód. No i teraz trzeba wiedzieć, że droga na wschód prowadzi do Bostonu, a na zachód – do Buffalo. Nazwy miast pojawiają się na drogowskazach dopiero na kilkanaście mil przed wjazdem do miasta – wcześniej trzeba znać stronę świata, w jakiej się w stosunku do nich znajdujemy.
Dzisiaj GPS ułatwia zadanie bez względu na nasz język – nawet jeśli nie zrozumiemy co do nas automatyczny głos mówi, na monitorku pokaże się strzałka pokazująca odpowiedni kierunek. Czy to kolejny przykład na demokratyzację świata?
*Trzęsienia ziemi nie zdarzają się właściwie w rejonie, w którym mieszkam, są natomiast  chlebem powszednim w Ekwadorze. Gdy niespotykane tutaj zjawisko miało u nas miejsce kilka lat temu, nasz uczeń stał się dla nas cennym źródłem informacji. Poczynając od rozpoznania sytuacji. Całe 17-te piętro drży, sprzęty podskakują: – Mamy trzęsienie ziemi. – Nieee, tu nie ma trzęsień ziemi. – O tak! To jest trzęsienie ziemi! – Ależ skąd, u nas nie ma trzęsień ziemi! – To jak najbardiej jest trzęsienie ziemi!!! 
(W tym momencie włącza się alarm i wszyscy proszeni są o niezwłoczne opuszczenie budynku schodami pożarowymi.) – A mówiłem wam, że to jest trzęsienie ziemi?!

Obce akcenty

0
false

18 pt
18 pt
0
0

false
false
false

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0in 5.4pt 0in 5.4pt;
mso-para-margin-top:0in;
mso-para-margin-right:0in;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0in;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:12.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ascii-font-family:Cambria;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Cambria;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;}

Gość miał akcent, który z miejsca
określiłabym, jako rosyjski. W celu 
zweryfikowania tej teorii użyłam najbardziej nieinwazyjnego, w moim przekonaniu, sposobu na wyjawienie pochodzenia interlokutora: jaki znasz jeszcze język, poza angielskim? Popatrzył
na mnie z niedowierzaniem i, jakby chciał powiedzieć, co się głupio pytasz, kiwając
głową, mruknął: rosyjski. Ponieważ nie lubię asymetrii w grzecznych towarzyskich
kontaktach, od razu powiedziałam, że jestem Polką. Kiwnął głową w sposób dający
do zrozumienia, że nie jest to dla niego żadną rewelacją.

Jedyną osobą, która zdała się
przywiązać do naszej konwersacji jakąkolwiek wagę, był stojący obok tubylec,
który z miejsca poczuł się w obowiązku stwierdzić, że on jest tylko "głupim
Amerykaninem" (to cytat, nie mój brak szacunku do mieszkańców goszczącego mnie kraju!) i żadnych obcych języków nie zna. Nigdy nie jest za późno – użyłam
zawodowej frazy. Tutaj nastąpiła opowieść o tym, jak był ostatnio na Karaibach
i nauczył się po hiszpańsku zamawiać piwo, i ta wiedza okazała się
wystarczająca do przetrwania. Widzisz, początki już masz za sobą. I to jakie
praktyczne – zachowałam się iście po tutejszemu.

No i teraz nie wiem, czy motywacją gadatliwego
Amerykanina była zmiana tonu tej lakonicznej polsko-rosyjskiej wymiany
informacji (jakby na to nie patrzeć, w pełni udana) czy też sprowadzenie tematu
rozmowy na swoją osobę?

Dzieci (nie) mówią językami

Przeczytać o tym można w fachowych książkach i potwierdzą to wychowani w podobnych warunkach znajomi: wielojęzyczne rodzeństwo zawsze używa w rozmowach między sobą języka jakim mówi otoczenie (czytaj: inne dzieci) bez względu na to, jaki nacisk kładą rodzice na rozmowy w języku przez nich samych preferowanym. Co innego wiedzieć, a co innego zaobserwować. Ostatnio miałam okazję wziąć pod moją lingwistyczną lupę polskie rodzeństwo (5, 8 i 12 lat) mieszkające przez ostatnich 5 lat w Hameryce, którego rodzice zwracają się do nich wyłącznie po polsku i wymagają używania w domu tylko polskiego. I co? Młodzi ludzie w rozmowach między sobą, gdy tylko czujne uszy rodziców nieco się oddalą, natychmiast przechodzą na angielski.

Gdy ich słuchałam, stał się dla mnie jasny dość oczywisty (tym nie mniej w mądrych książkach które czytałam nie wyłożony kawę na ławę) powód takiego lingwistycznego zachowania. Otóż dzieci mówią między sobą innym językiem, niż z dorosłymi. Te wszystkie wyrażenia, odzywy i skróty, składają się na odmienny kod, w rozmowach z rówieśnikami niezbędny. Moja mała grupa badawcza nie zna takiego dziecięcego kodu w języku polskim, więc nie może w nim skutecznie wyrazić komunikatu skierowanego do brata, żeby przestał się zgrywać, bo zaraz dostanie w ten zakuty łeb. Czy jakoś podobnie, bo ja też przecież od wielu lat odcięta jestem od źródła, a w szkolnym slangu zaszły przez ten czas z pewnością wielkie zmiany. 
Za których przykłady będę niezwykle wdzęczna.