Jest takie zdjęcie

Jest takie zdjęcie, zrobione przez Chrisa Niedenthala w grudniu 1981 roku. Wozy opancerzone w śniegu przed kinem Moskwa w Warszawie, na którym widnieje billboard z tytułem filmu – Czas Apokalipsy.

Może nie tu, gdzie mieszkam, choć śnieg teraz pada w poprzek i będzie padać przez następne kilkanaście godzin. Nie tu, gdzie jestem, choć temperatura spada i firmy zarządzają na jutrzejszy poniedziałek pracę zdalną. Ale trzy godziny lotu na północny zachód, w lodowatym stanie Minnesota, już tak. Nie wozy opancerzone. Kryminaliści duchem, albo i przeszłością, przebrani za funkcjonariuszy urzędu imigracyjnego. Takie tutejsze, dzisiejsze ZOMO. Mordują wielokrotnymi strzałami. Matkę małych dzieci usiłującą odjechać własnym samochodem z miejsca zamieszek, pielęgniarza, powalonego już na ziemię, więc bezbronnego. To nie są pojedyncze strzały. To nie są strzały w obronie własnej. To są egzekucje uliczne. Wymierzone w społeczeństwo obywatelskie. W inaczej myślących. W mających czelność sprzeciwić się oszołomionym władzą szumowinom, którym wybrani w wolnych wyborach kryminaliści gwarantują bezkarność, a przesiąknięta strachem, rasizmem i uprzedzeniami wobec inaczej myślących, żyjących i wyglądających część społeczeństwa popiera. To ta inna, długo skrywana twarz Hameryki wyszła na światło dzienne.

W kwestii świąt

święta, rzecz umowna. Niektórzy spotykają się na wigilię już w połowie grudnia, bo 24 grudnia ktoś z nich jest w pracy, a inni…

O tym, jak to było w tym roku u jej rodziny w Buenos Aires opowiada moja, od lat mieszkająca w Niemczech, argentyńska przyjaciółka. Spotkali się 24-go u jej żydowskiej mamy. Karnie zjawili się wszyscy: obie córki-ateistki, nieochrzczony mąż jednej z nich tudzież jego brat, patrz wyżej. A dlaczego? Ano dlatego, że katolicka część rodziny, która do tej pory obchodziła Boże Narodzenie i organizowała wigilię, wymarła, albo poszła w siną dal, albo jedno i drugie. W związku z tym, najukochańszemu i jedynemu, aczkolwiek bynajmniej nieochrzczonemu, wnuczusiowi nie miał kto zrobić wigilii z choinką i prezentami. No i bobe, czyli babcia w jidisz, musiała stanąć na wysokości zadania. Spędzili wieczór w miłej, rodzinnej atmosferze, z całą masą jedzenia i lodami na deser. Bo, gdyby ktoś zapomniał – w Buenos Aires jest teraz upalne lato, jak w każde Boże Narodzenie. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam – święta, to rzecz umowna.

Buszująca w Internecie

Jadąc w czwartek do pracy słuchałam podcastu, w którym Tomasz Stawiszyński pytał Jana Chwedeńczuka, czy sztuczna inteligencja może zastąpić naukowców. Myśl niepokojąca, po próbę odpowiedzi odsyłam do tej fascynującej rozmowy, podczas której padło odniesienie do artykułu Chomskiego o czacie GPT, który ukazał się jakiś czas temu w New York Times i opowiadania Borgesa „Biblioteka Babel”. Odszukałam w czeluściach Internetu i karnie przeczytałam. Od artykuł Chomskiego zaś, w magiczny sposób (czytaj: buszując dalej w Internecie), doszłam do następnego artykułu, w którym Evelina Fedorenko* podejmuje próbę odpowiedzi na pytanie, które od bardzo dawna zajmuje filozofów i lingwistów: czy język (mowa, nie organ) konieczny jest dla procesu myślenia? Opierając się na najnowszych wynikach badań aktywności różnych, tych odpowiedzialnych za mowę oraz innych, rejonów mózgu, podczas rozwiązywania zarówno angażujących mowę, jak i pozajęzykowych (np. problemy matematyczne, sudoku, etc.) zadań, stawia tezę, że nie. Dodatkowo uzasadnia swój wniosek obserwacjami, które prowadzone są już od dawna: ludzie, którzy z jakichś powodów utracili zdolność mowy, np. pacjenci po wylewie, u których występuje afazja, nadal są w stanie myśleć (co mieliśmy okazję zaobserwować u naszego przyjaciela, nauczyciela tanga, który, uciekłszy grabarzowi spod łopaty, długo nie był w stanie odzyskać kontroli nad językiem, używał słów, które nie miały sensu, zapominał słów etc., ale gestami jak najbardziej był w stanie nie tylko komunikować się z otoczeniem, ale i żartować, do czego potrzebne jest poza myśleniem także i poczucie humoru). Z drugiej strony, są ludzie, którzy posługują się językiem w sposób swobodny i bezbłędny, ale z myśleniem u nich gorzej. Autorka nie ma tu na myśli niektórych polityków, tylko zdiagnozowane osoby cierpiące na choroby umysłowe (schizofrenia), u których zaburzenia w procesie myślenia nie mają wpływu na swobodę wypowiedzi. Biorąc to wszystko pod uwagę, wysuwa wniosek, że język jest narzędziem komunikacji, w tym komunikacji myśli, ale do myślenia jako wewnętrznego procesu przebiegającego w mózgu nie jest konieczny. Przynajmniej jak na dzisiejszy stan wiedzy. Tyle artykuł.

Teraz, żeby nie podawać bezmyślnie dalej, dodam coś od siebie. Oczywiście, można się zastanawiać, czy możliwe jest myślenie o abstrakcyjnych fenomenach (takich jak wolność, autorytaryzm,) bez używania słów. Być może możliwe, po tym, jak uprzednio wprowadzone one zostaną do naszego zakresu rozumienia za pomocą języka. Dalsze dywagacje na tematy abstrakcyjne mogłyby wtedy następować już w obszarze pozajęzykowym. I dopiero na następnym etapie, gdy chcemy przekazać swoje przemyślenia otoczeniu, musimy znowu użyć języka co przyznajmy, czasami jest trudne. Nierzadko zdarza mi się, że dokładnie wiem, co mam na myśli, ale wyrażenie tego, to osobne wyzwanie. Bez względu na to, którego języka chcę użyć. I dlatego* , między innymi, piszę tego bloga.

* Evelina Fedorenko: „Language is primarily a tool for communication rather than thought” w: Nature Vol630 20 June 2024, dostęp 13 listopada 2025

* Nie żebym była jak Słowacki, który, jak się wydaje, podzielał zdanie pani Fedorenko już dwieście lat temu (dla przypomnienia: „Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa”), ale coś w tym jest.

Nieoczywisty związek maku i listopada

Dziki, coraz dzikszy kraj, w którym mieszkam, nie obchodzi Wszystkich świętych, tutaj w przeddzień jest Halloween. U mnie w pracy można przyjść w przebraniu i w przerwie na lunch wziąć udział w konkursie na najfajniejszy kostium. Trzy pierwsze miejsca otrzymują nagrody. Kiedyś się przebierałam, raz nawet wygrałam, ostatnio jednak koncentruję się na robieniu zdjęć – trochę przez zbieg okoliczności, a bardziej przez zainteresowanie, stałam się fotografką firmy. Ale pierwszego listopada próżno tu oczekiwać grobbingu (przepiękne słowo, którego nauczyłam się przez Insta – ha, taka jestem młodzieżowa!) Tyle już lat mieszkam poza krajem, a każdego roku mi żal, że nie mogę sobie pójść na rozświetlony zniczami cmentarz. Nie myślałam, że tak kiedyś będzie, ale teraz bardziej mi żal, że nie jestem w Polsce na Wszystkich świętych, niż na Wigilii. Z rodziną widuję się w lecie, barszcz sobie ugotuję, Mojemu oszczędzę jedzenia dziwnych potraw (pamiętam, jak dawno temu, jeszcze na studiach, przywiozłam na polskie Boże Narodzenie koleżankę z Argentyny, zachwalając jej polskie wigilijne potrawy. Niestety, okazało się, że z wyjątkiem pierogów, jak to się teraz mówi, ukraińskich, nic jej nie smakowało – buraków, czyli barszczu nie lubi, ryb też nie, ani maku, a wszystko, co z kiszoną kapustą, było jej za kwaśne. Obie byłyśmy kulinarnie bardzo rozczarowane).

Ponieważ w tym roku Wszystkich świętych przypadło na sobotę, mogłam sobie spędzić ten dzień jak chciałam, bo nie trzeba było iść do pracy. Wstałam skoro świt (o dziewiątej) i pognałam do Longwood Gardens (wielki ogród botaniczny, którego obejście żwawym krokiem zajmuje ponad dwie godziny). Pogoda była przepiękna, z ekspozycji czasowych pozachwycałam się wystawą chryzantem, pouśmiechałam do dyniowych dekoracji, popatrzyłam na mieniące się w słońcu kolorami drzewa, obeszłam ogromną łąkę i już po trzech godzinach medytacyjnego spaceru, we wspaniałym nastroju, wstąpiłam jeszcze do sklepu przy wyjściu (tu wszędzie jest sklep przy wyjściu) i widząc cebulki tulipanów uświadomiłam sobie, że to czas na posadzenie, w moim przypadku nie tulipanów, bo sarny mi je wszystkie zjedzą, ale żonkili, które sarnom wybitnie nie smakują. Mam ich już dużo i robi się ich coraz więcej, bo, w odróżnieniu od tulipanów, żonkile i narcyze (oraz sarny) same się rozprzestrzeniają, ale chciałam dosadzić jeszcze tych dużych żółtych. Poza cebulkami, kupiłam jeszcze przepiękny album o ziołach, ze zdjęciami, rysunkami, nazwami łacińskimi, opisami botanicznymi i kulturowo-historycznymi. W ramach walki z ciemnotą, bo, jak stwierdził już w XI wieku cytowany z tyłu okładki Avicenna (Ibn Sina): „Nie ma bezwartościowych ziół – jest tylko brak wiedzy.”

A dlaczego mak? Bo Meksykanie (tak, oni obchodzą Wszystkich świętych, można sobie zobaczyć w internetach) na Dia de los muertos pieką słodkie chlebki drożdżowe (pan de los muertos). W tym roku zdecydowałam się połączyć wschód z zachodem upiekłam moją własną odmianę chleba dla zmarłych, tyle że nie w oryginalnej formie, ale jako makowiec. Bo mak, drodzy Państwo, ma, ugruntowane kulturowo, znaczenie symboliczne.

Niepojęte

W piątek, po przyjeździe z pracy, Mój ujrzał jak, przypłaszczona do podłogi w kuchni, kijem od miotły, wygarniam spod kuchenki zaginione skarby niekoniecznie Azteków. Oraz wieloletni brud. Wśród skarbów dominowały kocie piłeczki-grzechotki, jedyne na tyle małe wśród zabawek, że mieściły się pod kuchenką. Było tam też kilka małych orzechów, w okrągłych oczach kotów równie interesujących co piłeczki, oraz stary czek, którym usiłowaliśmy zapłacić za jakąś usługę jeszcze w 2007 roku. Na czole miałam latarkę do biegów nocnych lub pobytów kempingowych, która w połączeniu z prowadzonymi kijem działaniami wydobywczymi, nasuwała skojarzenia z górnictwem. Kuchenka była moim kolejnym przystankiem. Od przyjazdu z pracy zdążyłam już, z zapaloną czołówką,* wydając z siebie kilkupiętrowe bluzgi w rozmaitych językach, przetrząsnąć kawałek jednej i drugiej szafy, oraz łazienkę. Wokół mnie krążyły trzy zachwycone koty, bawiąc się grzechoczącymi piłeczkami, rolując orzechy i badając wszelkie małe, a niespodziewane elementy, które po latach znów mogły ujrzeć światło dzienne.

Powitałam Mojego z ulgą, z jaką wita się człowieka, na którego można liczyć w momentach kryzysowych. – Szukam obrączki – zakomunikowałam – a najgorsze, że jestem głupia. – Z drugą częścią zdania się nie zgadzam – odparł Mój, na którego, jak mówię, można liczyć w momentach kryzysów, w tym tych dotyczących zdrowia psychicznego – a chodzi ci o obrączkę ślubną? – Tak, zgubiłam. A głupia jestem, bo rano tak było gorąco i duszno, że mi palce spuchły i nie chciałam zakładać jej na siłę, więc nasunęłam na mały palec. Pomyślałam sobie, że bardzo luźno na nim siedzi i żeby mi się tylko nie zsunęła. No i głupia jestem, bo powinnam była zostawić ją w pudełku. Zorientowałam się, że jej nie mam, w samochodzie do pracy. Czyli jest gdzieś albo w domu, albo może w samochodzie, czy garażu. – No to zobaczę w garażu – powiedział. – A jak jej nie znajdziemy, to będziemy musieli kupić Ci nową. I wtedy będę jedną obrączkę do przodu – dodał z uśmiechem Mój, który od ponad dwudziestu lat żyje w strachu, że sam zgubi obrączkę.

Wrócił z garażu. – Nie widziałem jej tam, ale zobacz w środku w aucie. – Zaraz, tylko jeszcze tu sprawdzę – odparłam wyjmując po kolei z plecaka, który noszę do pracy, wszystkie na codzień mi potrzebne, niepotrzebne, oraz takie, o których istnieniu nie wiedziałam, przedmioty. Nic. Rozstąp się ziemio. Poszłam bezskutecznie przetrząsać wnętrze pojazdu. Po chwili z wnętrza domu usłyszałam głos Mojego. – Chodź, zobacz tutaj! – Ha! Czyżby znalazł?! – Weszłam do kuchni. Na podłodze, w prominentnym, także i bez użycia latarki turystycznej dobrze oświetlonym miejscu, lśniła obrączka. – Moja? – Zapytałam podnosząc ją z niedowierzaniem. – Nie moja – odparł Mój, pokazując swoją zaobrączkowaną dłoń. Przymierzyłam. Moja. Popatrzyłam na Mojego z mieszaniną podziwu, niedowierzania i podejrzliwości. On pewnie zobaczył w moim wzroku głównie to ostatnie – ja nic nie zrobiłem! Wszedłem do kuchni i ona tu leżała!

Dziwne. Żeby nie powiedzieć – niepojęte.

* Włączoną lampką górniczą – tutaj umocowaną na czole latarką turystyczną.

Gdzie by tu?

Znaczna część Hamerykanów jest na tyle zdegustowana, czy wręcz przerażona, rządami jakie nam niemiłościwie nastały, że zaczynają rozglądać się po świecie. Znajoma rodzina ma dziecko, które urodziło się jako dziewczynka, ale nie chce swojego życia tak kontynuować. Są na bardzo wczesnym etapie znajdowania właściwej drogi, ale ogólne założenie jest takie, że będą bezwarunkowo wspomagać dziecko w decyzji, którą podejmie. W obecnym kontekście polityczno-społecznym może to być jednak o wiele trudniejsze niż było jeszcze rok temu. Wymyślili więc, że emigrują. Kontekst: są bardzo dobrze wykształceni, od dawna świetnie zarabiają, mają więc zakumulowany kapitał, przynajmniej jedno z nich mogłoby pracować nadal zdalnie z zagranicy. Chcą żyć w kraju, który umożliwia tranzycję i gdzie panuje atmosfera tolerancji, a asymilacja jest możliwa. Wymyślili więc… że kupią posiadłość w Bordeaux, znajdą tam liberalną, międzynarodową szkołę dla dzieci i po początkowym etapie aklimatyzacji będą żyć szczęśliwie w progresywnym otoczeniu ludzi podobnie myślących. Ojciec rodziny pojechał na przeszpiegi. Wrócił. Przedyskutowali. Wyciągnęli wnioski: chcieliby żyć w równościowym społeczeństwie, mieć poczucie przynależności. A jak się tam na wyżej opisanych warunkach przeniosą, to będą zimnymi od pieniędzy amerykańskimi Żydami, którzy właśnie kupili sobie zamek za gotówkę, a dzieci posyłają do szkoły w której czesne wynosi tyle, ile utrzymanie przeciętnej rodziny. Równościowo nastawieni normalnie żyjący Francuzi na pewno tylko czekają, żeby się z nimi serdecznie zaprzyjaźnić. Co prawda nie mówią słowa po francusku, nie znają kultury, ale przecież będą jak równi wśród równych. Nie wspominając o atrakcjach dnia codziennego, jak np. długość oczekiwania na obsługę w restauracji, tak bardzo innych w Europie i Stanach. Dodali dwa plus dwa. Zostają. Biorą na przeczekanie.

Kolega w pracy Mojego, czarny były koszykarz wzrostu dobrze ponad dwa metry, ostatnio zagadał go w przerwie:

– Wiesz, przeprowadzam się do was.

– Do naszej mieściny, czy na nasze osiedle? – Zapytał Mój.

– Nie, do południowych Włoch! – Fakt, Włochy są w Europie, znaczy „u nas”.

– Cóż tak?

– Mam dość. – W dzisiejszym politycznym kontekście Mój nie musiał pytać, czego kolega ma dość. – Nigdy o tym nie mówiłem i nie wyglądam na to, ale moja babcia była Włoszką. Z południa. – Część tej wypowiedzi nie dziwi, bo większość tutejszych włoskich babć i dziadków pochodziła z południa, tam była największa nędza, więc i największa emigracja. Nie wszyscy jednak doczekali się dwumetrowych czarnych wnuczków. – Staram się o papiery i przeprowadzam.

– A byłeś ty kiedyś na południu Włoch, albo we Włoszech w ogóle?

– Nie.

– To zrób mi przysługę: staraj się dalej o te papiery, to nigdy nie zaszkodzi, ale zanim się przeprowadzisz na stałe, pojedź tam na jakiś dłuższy urlop, zobacz, czy ci się spodoba.

Kolega sprawę przemyślał, starania o papiery są w toku, ale póki co pomysł niezwłocznej przeprowadzki „do nas” zarzucił.

Moja koleżanka z pracy urodziła się, gdy jej rodzice mieszkali przez krótki czas w Kanadzie. Ma więc podwójne, hamerykańskie i kanadyjskie obywatelstwo. Ostatnio wystarała sią o kanadyjski paszport dla swojej małej córeczki, na wszelki wypadek, albo żeby mała miała możliwość wyboru gdy będzie duża. Hecne w całej sprawie było to, że ponieważ Kanadyjczycy nie wymagają poświadczenia dokumentu potwierdzającego tożsamość dziecka przez notariusza – może to zrobić każda niezainteresowana (czyli nie rodzic) osoba, mająca kanadyjskie obywatelstwo, moja koleżanka poprosiła o tę przysługę naszego kolegę w biurze, który też ma kanadyjski paszport. Przyszła któregoś dnia z małą i wujek, którego rodzice mieszkają w swoich rodzinnych Indiach, podpisał papier poświadczający, że dziecko które ma przed sobą jest tym samym dzieckiem co na zdjęciu w dokumentach.

Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, świat jest bardziej urozmaicony niż się niektórym wydaje.

Transatlantycko

Zajęło mi trochę czasu, żeby ochłonąć po piątkowych wydarzeniach. Napiszę tylko tyle, że mój szacunek do prezydenta Zeleńskiego wzrósł kilkukrotnie. Po tym, jak trzy lata temu poprosił o amunicję, a nie podwózkę, tym razem wykazał się taką władzą nad sobą, że nie splunął w twarz ani pomarańczowemu indywiduum, ani jego, nawet nie wiem jak go nazwać, no tej, pożal się boże, istocie, która nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności pełni funkcję wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych. Niech za cały mój komentarz do obecnej sytuacji transatlantyckiej posłuży ten wiersz Czesława Miłosza, napisany w 1950 roku w, tu chichot historii, Waszyngtonie:

Który skrzywdziłeś

Który skrzywdziłeś człowieka prostego,
śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
Gromadę błaznów koło siebie mając
Na pomieszanie dobrego i złego,

Choćby przed tobą wszyscy się skłonili,
Cnotę i mądrość tobie przypisując,
Złote medale na twoją cześć kując,
Radzi, że jeszcze dzień jeden przeżyli,

Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta.
Możesz go zabić – narodzi się nowy.
Spisane będą czyny i rozmowy.

Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy
I sznur, i gałąź pod ciężarem zgięta.

Co tam, panie, w polityce?

Jeśli ktoś chce rzeczowej i przystępnej analizy, odsyłam do artykułów Anne Applebaum. Pisze zwieźle i na temat. Lektura obowiązkowa. Ja zajmę się zaś mini-studium przypadku z Hameryki w trumpalnym (neologizm ukuty na potrzebę tego wpisu) chaosie.

Znajoma mojej koleżanki pracuje na uczelni. Dziewczyna w okolicach trzydziestki. W ostatnich wyborach głosowała na sprawców obecnego upadku. W minionym tygodniu dane jej było dowiedzieć się, jaki procent jej pensji pokrywany jest, no a teraz to już właśnie był, z funduszy federalnych, wspierających badania naukowe. Jej przerażenie jest o tyle mocne, że powiązane z zupełnym zaskoczeniem: jak to, to oni po dojściu do władzy naprawdę robią to, co zapowiadali?!

Kurtyna.

Psia nadzieja

Moja Koleżanka od zawsze miała psy, ulubione wilczury lub inne duże, dobrze ułożone i szczęśliwe. Jakiś czas temu zaczęła współpracę z organizacją ratującą psie życie nieszczęśnikom, którzy, z powodu jakiegoś zachowania w przeszłości, a czasami wcale nie podeszłego wieku, nie mieli szans na adopcję i czekało ich uśpienie. Taki pies, po ostrożnym wprowadzeniu, dołączał do jej domowego stadka i miał szansę żeby zaprezentować swoją osobowość. Przebywanie w przyjaznym otoczeniu dobrze na nie wpływało, szybko uczyły się od domowych psów reguł zachowania i odnoszenia się do innych. Po kilku tygodniach – czasem po kilku dniach, a czasem po kilku miesiącach – psy szły do adopcji i w absolutnej większości wypadków były to adopcje udane. W przeciągu tych, już dobrych kilku lat, zdarzyło się parę razy, że któryś pies do niej wracał, ale powód był zawsze ten sam – nie sprawdzili się adoptujący. Po znalezieniu innych chętnych, pies znajdował dobry dom na stałe.

Jakiś czas temu o działaniu organizacji dowiedzieli się pseudohodowcy – Amisze. Organizacja zajmuje się ratowaniem psów z problemami w zachowaniu (dlatego to, że Moja Koleżanka ma kilka własnych psów, jest takie ważne – to one w znacznej mierze korygują ewentualne skrzywienia w psychice nowoprzybyłych), a tu zaczęły się telefony od tych chrześcijan, którzy chcą się pozbyć: szczeniaków, które za bardzo wyrosły, zanim zdążyli je sprzedać, szczeniaków z problemami zdrowotnymi, za leczenie których ani myślą płacić (pies ma być dla nich źródłem zarobku, a nie wydatków) i, najczęściej, psich matek, które nie mogą już na okrągło mieć szczeniaków i których dalsze trzymanie (w klatkach, w stodołach, bez wybiegu, bo tak się tam te psy trzyma) przestaje być dla nich opłacalne. Od tej pory Moja Koleżanka częściej niż psy z problemami w zachowaniu, przygotowuje do adopcji psy spokojne, nieśmiałe, nierzadko wycofane. Jej domowe psy mają znów pełne łapy roboty, tylko teraz nieco innej.

Niedawno zagościła u niej cocker-spanielka (a, bo te wszystkie amiszowe psy są oczywiście „rasowe”) niewidząca na jedno oko i niesłysząca. Dopóki dawała zdrowe szczeniaki, to ją trzymali, a jak już nie może, to telefon jak zwykle – albo ją weźmiecie, albo sam zastrzelę. Organizacja bierze, choć robi bokami, bo bogobojna sekta dba o ruch w interesie. Spanielka ląduje u Mojej Koleżanki. Głuchego psa nie można zawołać, bo nie usłyszy. Jak przywołać ją z podwórka? Wieczorem – kreśląc wokół psa koła snopem światła z latarki. Szybko się nauczyła, że to oznacza powrót do domu i kolację. A w dzień? Wysyłaniem drugiej psiny, adoptowanej jakiś czas temu pseudo cavalier king charles. Mówi się jej – przyprowadź i ta sunia, choć kanapowa, a nie zadaniowa, jak wilczury, biegnie i tak długo biega w kółko dookoła spanielki, aż ta zrozumie, że trzeba biec za koleżanką.

Tylko jakie są szanse znalezienia domu dla głuchego i ślepego na jedno oko pseudo cocker-spaniela? Po kilku tygodniach pojawiło się małżeństwo, które miało dwa psy, jamnika, który dużo szczeka (to taka rasa, one są głośne z natury) i… głuchą cocker-spanielkę. Cocker-spanielka dożyła ostatnio swoich dni i teraz jamnik jest smutny. Szukali więc podobnego psa, któremu nie przeszkadzałoby częste ujadanie współmieszkańca, a tu takie szczęście – nie dość, że też niesłysząca, jak poprzedniczka, to jeszcze i spanielka! A że niedowidzi na jedno oko, to w tej sytuacji naprawdę drobiazg. Pies poszedł do ludzi mających doświadczenie w opiece nad inwalidką, towarzyski jamnik jest szczęśliwy, a u Mojej Koleżanki zwolniło się miejsce dla kolejnego psa w potrzebie. I jak tu nie wierzyć w cuda?

Zanim rok się skończy – 2

Słowo się rzekło, kobyłka u płota. Obiecałam śmieszniejszy, a w każdym razie bardziej optymistyczny wpis przed końcem roku. Oto on.

Tuż przed świętami mieliśmy ostatnią w tym roku milongę – zabawę taneczną, na której tańczone jest tango argentyńskie. Wiosną pisałam o naszym koledze i nauczycielu tanga, który miał wylew i mało nie pożegnał się z tym światem, przeżył, ale miał sparaliżowaną połowę ciała i afazję. Jednak, jak to mówią, jeszcze nie była jego pora. Zawziął się i bardzo ciężko pracował na rehabilitacji. Efekt przerósł oczekiwania lekarzy, bo co prawda jak dotąd nie doszedł do 100 procentowej sprawności sprzed wylewu, ale zrobił takie postępy, że nie tylko tańczy, ale powoli wraca też do uczenia tańca. Jak na razie nie sam, z pomocą innej nauczycielki, ale ostatnie słowo nie zostało jeszcze powiedziane.

Milonga poprzedzona była kolacją składkową, na którą zobowiązałam się przygotować dwie wegańskie potrawy, z których jedna była bezglutenowa. Wegańskie jedzenie to żaden problem. Grzyby z kapustą kiszoną – w takiej proporcji, więcej grzybów niż kapusty – zapiekane w cieście filo, nie tylko smakowały, ale i prezentowały się bardzo pięknie (to często problem z potrawami typu bigos – smak boski, ale wygląd dość szarobury i dla osób nieznających się na rzeczy mało zachęcający). Potrawą bezglutenową była zaś kasza gryczana z prażonymi orzechami włoskimi podsmażonymi z porem i przyprawami. Największym fanem tego wynalazku okazał się facet rodem z Nowej Zelandii, czyli kawałka świata sprawiedliwie najbardziej oddalonego od ojczyzny gryki, którą jest Europa środkowo-wschodnia. Jak to nigdy nie wiadomo, co komu będzie smakowało.