Niepojęte

W piątek, po przyjeździe z pracy, Mój ujrzał jak, przypłaszczona do podłogi w kuchni, kijem od miotły, wygarniam spod kuchenki zaginione skarby niekoniecznie Azteków. Oraz wieloletni brud. Wśród skarbów dominowały kocie piłeczki-grzechotki, jedyne na tyle małe wśród zabawek, że mieściły się pod kuchenką. Było tam też kilka małych orzechów, w okrągłych oczach kotów równie interesujących co piłeczki, oraz stary czek, którym usiłowaliśmy zapłacić za jakąś usługę jeszcze w 2007 roku. Na czole miałam latarkę do biegów nocnych lub pobytów kempingowych, która w połączeniu z prowadzonymi kijem działaniami wydobywczymi, nasuwała skojarzenia z górnictwem. Kuchenka była moim kolejnym przystankiem. Od przyjazdu z pracy zdążyłam już, z zapaloną czołówką,* wydając z siebie kilkupiętrowe bluzgi w rozmaitych językach, przetrząsnąć kawałek jednej i drugiej szafy, oraz łazienkę. Wokół mnie krążyły trzy zachwycone koty, bawiąc się grzechoczącymi piłeczkami, rolując orzechy i badając wszelkie małe, a niespodziewane elementy, które po latach znów mogły ujrzeć światło dzienne.

Powitałam Mojego z ulgą, z jaką wita się człowieka, na którego można liczyć w momentach kryzysowych. – Szukam obrączki – zakomunikowałam – a najgorsze, że jestem głupia. – Z drugą częścią zdania się nie zgadzam – odparł Mój, na którego, jak mówię, można liczyć w momentach kryzysów, w tym tych dotyczących zdrowia psychicznego – a chodzi ci o obrączkę ślubną? – Tak, zgubiłam. A głupia jestem, bo rano tak było gorąco i duszno, że mi palce spuchły i nie chciałam zakładać jej na siłę, więc nasunęłam na mały palec. Pomyślałam sobie, że bardzo luźno na nim siedzi i żeby mi się tylko nie zsunęła. No i głupia jestem, bo powinnam była zostawić ją w pudełku. Zorientowałam się, że jej nie mam, w samochodzie do pracy. Czyli jest gdzieś albo w domu, albo może w samochodzie, czy garażu. – No to zobaczę w garażu – powiedział. – A jak jej nie znajdziemy, to będziemy musieli kupić Ci nową. I wtedy będę jedną obrączkę do przodu – dodał z uśmiechem Mój, który od ponad dwudziestu lat żyje w strachu, że sam zgubi obrączkę.

Wrócił z garażu. – Nie widziałem jej tam, ale zobacz w środku w aucie. – Zaraz, tylko jeszcze tu sprawdzę – odparłam wyjmując po kolei z plecaka, który noszę do pracy, wszystkie na codzień mi potrzebne, niepotrzebne, oraz takie, o których istnieniu nie wiedziałam, przedmioty. Nic. Rozstąp się ziemio. Poszłam bezskutecznie przetrząsać wnętrze pojazdu. Po chwili z wnętrza domu usłyszałam głos Mojego. – Chodź, zobacz tutaj! – Ha! Czyżby znalazł?! – Weszłam do kuchni. Na podłodze, w prominentnym, także i bez użycia latarki turystycznej dobrze oświetlonym miejscu, lśniła obrączka. – Moja? – Zapytałam podnosząc ją z niedowierzaniem. – Nie moja – odparł Mój, pokazując swoją zaobrączkowaną dłoń. Przymierzyłam. Moja. Popatrzyłam na Mojego z mieszaniną podziwu, niedowierzania i podejrzliwości. On pewnie zobaczył w moim wzroku głównie to ostatnie – ja nic nie zrobiłem! Wszedłem do kuchni i ona tu leżała!

Dziwne. Żeby nie powiedzieć – niepojęte.

* Włączoną lampką górniczą – tutaj umocowaną na czole latarką turystyczną.

Wesele w Hameryce

W miniony piątek, trzynastego, byłam na weselu. Wcześniej dane mi było gościć tylko na jednym hamerykańskim weselu, mało tradycyjnym, bo gejowskim i u Kwakrów. To ostatnie również nie należało do całkiem standartowych. Już po dacie poznać można, że państwo młodzi nie są przesądni. Dla panny młodej jest to drugie małżeństwo, dla jedenaście lat od niej młodszego pana młodego, pierwsze. Mieszkają ze sobą już z siedem albo osiem lat, więc zakładamy, że wiedzą, co czynią. W piątek po południu, eleganccy, pachnący, spóźnieni i zdenerwowani, z prezentem w kopercie tudzież szampanem w butelce, siedzieliśmy w Uberze i wyobrażali sobie, jak to ceremonia się rozpocznie, zebrani goście w absolutnym skupieniu słuchać będą cichych słów płynących z ust stremowanych narzeczonych, aż tu z hukiem otworzą się ciężkie podwoje i wejdziemy my, nawet raz w życiu nie umiejący się zachować i przybyć na czas. Wyruszyliśmy bowiem z domu nieco później, bo nam zeszło. Na miejscu uniknęliśmy obciachu nie tylko dlatego, że nie było tam ciężkich drzwi – uroczystość miała miejsce pod gołym niebem. Uber zajechał przed wejście do country clubu (nie znam polskiego odpowiednika, w Polsce instytucja country club nie występuje) na minutę przed godziną wu. Z ulgą spostrzegliśmy poruszających się przed nami żwawo w określonym kierunku elegancko ubranych ludzi – nie byliśmy jedynymi spóźnialskimi. Ogród, w którym miała się odbyć ceremonia, zaprojektowany był specjalnie w celu goszczenia podobnych wydarzeń. Ładnie tam było. Front, czyli to, co w budynkach służących celom religijnym nazwalibyśmy ołtarzem, rajskimi wrotami albo arką przymierza, ale co nie było żadną z tych rzeczy, przystrojony był gustownie. Na zielonej trawie ustawiono białe krzesła, z których połowa, w znacznej mierze wypełniona gośćmi, znajdowała się w cieniu, a druga, niemal całkiem pusta, ciągle jeszcze skąpana była w złotym, wrześniowym słońcu. Po krótkim wahaniu wybraliśmy stronę pustą, a ciepłą i zajęli miejsca blisko proscenium. Wkrótce dołączyli do nas nasi meksykańscy przyjaciele. Siedzieliśmy sobie w przypiekającym popołudniowym słońcu, oni wycierając sobie coraz to pot z czoła, Mój, któremu rzadko jest za gorąco, dumny i blady i ja, jeszcze bardziej dumna, bo udało mi się nie zapomnieć z domu wachlarza, z którego teraz robiłam energiczny użytek. Ceremonia, jak ceremonia, dla mnie cokolwiek przydługa, choć ciekawa i niereligijna.

W części drugiej wydarzenia przeszliśmy z ogrodu na taras budynku klubu, gdzie miało miejsce przyjęcie koktajlowe. Tutaj odkryliśmy stolik na którym stała przepiękna walizeczka-dekoracja, do której wkładało się koperty. Po wypiciu kilku kieliszków szampana i zjedzeniu różnych ilości świetnych przekąsek, zostaliśmy poproszeni o przejście na główny taras z ustawionymi stołami oraz parkietem do tańca. Droga wiodła przez barek i tam mieliśmy okazję docenić jakość obsługi. Gdy nasza przyjaciółka poprosiła o koktail prawie jak dla dzieci, czyli ze śladową ilością alkoholu, ale za to dobry, słodki, barmanka pomieszała kilka różnych soków owocowych, dolała łyczek rumu i czegoś jeszcze mówiąc: proszę się nie martwić, niczego pani nie poczuje. A jakby tak pani tak jednak poczuła, to będzie się pani świetnie bawić. Goście ledwo zdążyli usiąść przy stołach, gdy Didżej puścił nowoczesną, tym niemniej odpowiednio skoczną, wersję Hava Nagila. Jasne było, że trzeba niezwłocznie się poderwać i w podskokach biec na parkiet. Weselnicy utworzyli krąg i trzymając się za ręce tańczyli, wyrzucając przy tym nogi wyżej lub niżej, ale niezależnie od wieku, zawsze sprawnie. W pewnym momencie pojawiła się Panna Młoda, a Didżej zakrzyknął: potrzebujemy pięciu mężczyzn i krzesło! Na środku parkietu natychmiast pojawiło się pięciu mniej-więcej równych wzrostem weselników, z kąta ktoś wyciągnął specjalnie ustawione tam wcześniej krzesło, na którym usiadła Panna Młoda. Wtedy grupa pięciu dziarsko uniosła je w górę i zaczęła poruszać się z nim w rytm muzyki. Reszta weselników tańczyła dalej w kręgu, tylko teraz z jeszcze większą werwą, faceci tańczyli z krzesłem, na którym pod gwiazdami szybowała Panna Młoda. Trwało to dobrą chwilę, po czym krzesło z podróżniczką płynnie postawione zostało na podłodze, a miejsce na nim zajął Pan Młody. Wyćwiczona grupa pięciu dziarsko uniosła go pod nieboskłon, a on, zachowując twarz pokerzysty, trwał na tym kulturowo dla siebie odmiennym posterunku i tylko po tym, jak mocno ściskał dłońmi siedzenie i jak starannie owijał łydki wokół krześlanych nóg, poznać można było, że z każdym większym podskokiem śmierć zagląda mu w oczy. Wreszcie i jego postawiono na ziemi, dotańczono utwór do końca i spocone towarzystwo, wśród śmiechów i radosnych okrzyków, rozeszło się do stołów, żeby zjeść kolację. No ja myślę, że taki taniec to trzeba uskutecznić PRZED kolacją!

Po kolacji były dalsze tańce, już do współczesnej, mniej-więcej, muzyki, potem krojenie tortu w holu klubu. Jeszcze nie zdecydowaliśmy się, czy napić się kawy, czy dalej sączyć zimne napoje, gdy z głośników dobiegły nas dźwięki muzyki nieklasyfikowalnej. Aaaa, to muszą być te ormiańskie kawałki, o których mówiła Panna Młoda (część jej rodziny jest żydowska, stąd ta Hava Nagila i loty na krześle, a część ormiańska). Nie czekając ani chwili, pognałam na parkiet, na którym weselnicy znowu tworzyli okrąg i znów trzymając się za ręce, tańczyli wymachując nogami. Był to taniec (jeden? dwa? trzy?) nieco bardziej skomplikowany, ale nie mniej ucieszny. Byliśmy mokrzy od potu. Potem zjadłam tort, na który w ferworze podrygów nie miałam wcześniej czasu i dalej pląsaliśmy, aż Didżej zapowiedział ostatnią rundę zamówień w barze i w chwilę potem zaprosił wszystkich na parkiet, by jeszcze raz zatańczyć dookoła Państwa Młodych.

Specyfiką Hamerykańskich, nie tylko wesel, ale wszelkich przyjęć, jest precyzyjne określanie i trzymanie się godziny zakończenia. Która jak na nasze rozumienie przeważnie jest zbyt wczesna. I tak to, bardzo udane zresztą, wesele, kończyło się o godzinie… 22-giej. I o dziesiątej wieczorem obsługa zaczęła składać krzesła. Wiemy, że tak tu jest i jesteśmy na to przygotowani, nikt się nie obraża, ale przy każdej takiej okazji ktoś z nas – Europejczyków albo Latynosów – nieodmiennie skomentuje: u nas to zabawa dopiero by się rozkręcała! Tak i tym razem nasza przyjaciółka powiedziała: w Meksyku, jak orkiestra (bo na tam weselach przeważnie muzyka jest na żywo) przestaje grać, to ludzie zaczynają zbierać pieniądze, żeby pograli jeszcze godzinę dłużej. Jak dobrze ich rozumiem!

Szerokie horyzonty

Przez ostatni tydzień brałam, już po raz czwarty, wirtualny udział w corocznej konferencji dla projektantów graficznych. Dzięki niej wiem, co w trawie piszczy, jakie są nowinki w graficznych programach komputerowych, jak udoskonalić swoją pracę od strony technicznej, oraz skąd brać natchnienie od strony artystycznej. Ta edycja była jednak wyjątkowa. Gdy przyszła pandemia, duża część marketingowego światka stwierdziła, że reklama papierowa to przeżytek, bo już nikt nigdy nie będzie chciał dotykać rzeczy – tu: papieru – której dotknął ktoś inny. Przerzuciliśmy więc wszystkie moce przerobowe do internetu i tam promowali produkty. Po jakimś czasie okazało się, że szum wirtualny jest tak duży, skasowanie nieprzeczytanego emaila łatwiejsze niż jego przeczytanie, a ignorowanie pojawiającej się na ekranie laptopa czy smartfona reklamy warunkiem funkcjonowania w sieci. Wtedy druk, oraz inne namacalne formy promocji, zaczął wracać do łask. Jednocześnie pojawiła się, choć to termin nieścisły, bo była już z nami od dłuższego czasu, teraz jednak przyspieszyła tak, że zaczęło być o niej głośno, sztuczna inteligencja. Tam, gdzie dawniej trzeba było w fotoszopie wkleić zdjęcie psa (które trzeba było mieć), teraz wpisuje się w okienko, żeby nam fotoszop wygenerował wizerunek psa w podanym kolorze i pies się pojawia. Na obecnym etapie rozwoju nie zawsze co prawda ma cztery łapy, ale pojawia się na ekranie znikąd w ciągu kilku sekund.

Tutaj dochodzimy do sedna wyjątkowości tegorocznej konferencji – oprócz zrozumiałego nacisku położonego na korzystanie z wytworów sztucznej inteligencji w pracy graficznej (uczcie się tego teraz, śledźcie jej rozwój, póki jest w powijakach, bo za kilka lat zrobi się tak skomplikowana, że bardzo trudno będzie wtedy zacząć się jej uczyć), dużo uwagi poświęcono tradycyjnym metodom promocji – druk, papier, karton, piękne opakowania, namacalne dowody na wysoką jakość produktu itp. Największym hitem jednak były dwie prelekcje mające miejsce w ostatnim dniu. Pierwsza, prowadzona przez grafika, który zajmuje się malowaniem murali (tutaj zastanawiam się, czy nie powinnam napisać „fresków” ale freski to mi się z Kaplicą Sykstyńską kojarzą, a my mówimy o współczesnych, wielkich malowidłach na zewnętrznych ścianach budynków). Wszedł w to nieco przez przypadek i gdy chciał się wycofać, bo zajęcie nie przynosiło chleba, a pochłaniało czas i energię, odniósł sukces. Który jest ważnym elementem – nawet artyści muszą czasem coś jeść – ale w tym kontekście równie ważne jest tworzenie czegoś, z czym inni ludzie wchodzą w interakcję w realu. Druga zaś sesja była jedną wielką frajdą dla osób tęskniących do zabawy. Papierem, nitką, kordonkiem, szydełkiem, młotkiem, farbą, piłą do wycinania ażurowych motywów w drewnie – możliwości są nieograniczone. Wiele z tych projektów (podobnie jak murale poprzedniego prelegenta) zaczyna się w komputerowym programie graficznym, ale efekt końcowy jest jak najbardziej namacalny. Dla mnie osobiście największym olśnieniem było istnienie strony internetowej, gdzie można wysłać własnoręcznie zaprojektowany wzór materiału, a oni ten wzór na wybranym rodzaju tkaniny (jest ich tam dużo do wyboru) odpłatnie wydrukują i zamówioną ilość metrów (czy też jardów, jesteśmy w Hameryce, LOL), na wskazany adres przyślą. Jest to spełnienie mojego marzenia – mam wspaniałe pomysły na genialne, kolorowe wzory tkanin na odzienie do tańca i nie tylko – zauważyliście, że wcale nie tak dużo ubrań szytych jest z materiału we wzorki? A tu wzorów, wzorów i kolorów nam potrzeba, z których można tworzyć niepowtarzalne ubrania!

Jako nastolatka, w czasach, gdy niczego nie było w sklepach, szyłam na maszynie, robiłam na drutach i szydełku. Kto by pomyślał, że te umiejętności, nabyte jeszcze za żelazną kurtyną, okażą się takie en vogue w dobie sztucznej inteligencji?!

Tłumaczenia tłumaczenia

W moim spisie książek do przeczytania od dłuższego czasu figurował Sandor Marai. Znajomy, którego gust literacki bardzo sobie cenię, zachwycał się kiedyś publicznie jego powieścią Żar. Ponieważ nie znam węgierskiego, skazana jestem na tłumaczenia, a ponieważ mieszkam w Hameryce, kupiłam angielskie. W zeszły weekend tę niewielką objętościowo powieść przeczytałam. Byłam zachwycona. Jak ktoś lubi Josepha Rotha i klimaty z czasów Nieboszczki Austrii, ma szansę podzielić moje odczucia.

Rozczarowanie nastąpiło już po skończonej lekturze, gdy z moich nowo-zawodowych przyczyn (projektowanie graficzne) szczegółowo analizowałam informacje podane drobnym drukiem. Zauważyłam wtedy, że książka jest tłumaczeniem nie węgierskiego oryginału, ale… niemieckiego tłumaczenia! Mało mnie szlag nie trafił – gdybym wiedziała, że pozycja dostępna na anglojęzycznym rynku jest przekazem z drugiej ręki, to zamówiłabym sobie niemieckie wydanie! Kilka kliknięć w internecie pokazało mi wystarczająco dużo wpisów innych, równie jak ja oburzonych, anglojęzycznych czytelników. Wychodzi na to, że teraz zamawiając książki, trzeba będzie sprawdzać, czy aby na pewno tłumaczone są bezpośrednio z języka oryginału…

Przy okazji dowiedziałam się także, że tytuł Żar po polsku, jak i Embers po angielsku, pochodzi najwyraźniej z niemieckiego tłumaczenia, w którym powieść zatytułowana jest Die Glut. Przeprowadziłam krótkie dochodzenie z którego wynikło, że wersja polska tłumaczona jest z węgierskiego i najwyraźniej tylko tytuł wzięty został z niemieckiego. W oryginale brzmi on A gyertyák csonkig égnek, co, według źródeł internetowych znaczy: świece dopalają się do końca. To chyba obecnie niemodne nadawać książkom przydługie tytuły i pewnie dlatego tłumacze, czy też może wydawcy, zdecydowali się na krótki, jednowyrazowy. Moim zdaniem bardzo szkoda, bo choć oba można rozumieć na dwa sposoby, to oryginalny lepiej oddaje sens utworu. Widać do wyraźnie, gdy doczyta się powieść, nomen omen, do końca.

Na nowym miejscu

Neue Liebe, neues Leben!

Goethe

W moim przypadku, to nowa witryna bloga. Zamykają bloxa, trzeba więc było zwinąć manatki i udać się w nowe miejsce. Udało mi się przetransportować wszystkie notki od 2005 roku (sic!), niestety bez komentarzy. Teraz odkrywam kolejne funkcje oferowane przez wordpress i muszę przyznać, że przejście z bloxa jest jak zamiana malucha na volvo. Jeszcze nie znam wszystkich przycisków, ale bardzo mi się tu podoba. Może nawet jeździć będę częściej?

Czego sobie i Państwu życzę.

Odgłosy zimowej nocy

Spokojny wieczór. Niezwykle, jak na tę okolicę, silny mróz. Za oknem leży śnieg, potęgując jeszcze panującą ciszę. Po dość aktywnym dniu w pracy relaksuję się w pokoiku na piętrze. Mój jest w podróży, udało mu się uciec przed tymi syberyjskimi temperaturami na kilka dni do ciepłej Kalifornii. Kot śpi na poduszkach. Zapaliłam sobie woskowe świece dla nastroju i podkręciłam trochę ogrzewanie. Cisza. 

Nagle – DUP!!! Szeroko otwieram przymknięte oczy – ki diabeł??? Gdybym miała młode koty, pomyślałabym, że właśnie przewróciły jakiś ciężki mebel na dole. Ale kota mam już tylko jednego i to starego, który czas swój spędza na poduszkach. śnieg zsunął się z dachu? Odgłos byłby podobnie mocny, ale bardziej bardziej stłumiony. Może to kawałek lodu spadł na taras? Idę na dół, świecę światło na tarasie – przyprószony idealnie równą warstwą czyściutkiego śniegu. Patrzę przez drzwi wejściowe – tak zimno, że nikogo na spacerze z psem nie widać. Nie ma rady – schodzę do piwnicy. Zaglądam w kąty, wyglądam przez okna – śnieg za domem dziewiczy, żadnych śladów sarnich kopytek, cisza.

Wracam na górę i decyduję się zignorować słyszany odgłos, przyjmując, że musiało spaść coś, czego nie zauważyłam. Nie mam pojęcia, co mogłoby to być, no ale jakąś hipotezę roboczą trzeba przyjąć. Robię jeszcze rachunek sumienia z zakręcania wody doprowadzonej do kurków w ogrodzie, ale doskonale pamiętam, że jesienią sama to zrobiłam. Jestem już w łóżku, gdy przed samym zaśnięciem słyszę – DUP!!! Ignoruję. Teraz i tak niczego nie odkryję. Budzę się na chwilę przed budzikiem, na polu oczywiście jeszcze ciemno, cisza, nagle – DUP!!! Hmmm. Jakbym miała ten odgłos do czegoś porównać, to chyba do pękającego na ostrym mrozie drzewa w lesie. Mróz tej nocy chyba był wystarczający, ale w środku mojego domu nie rosną drzewa…

W pracy myślę o tym dziwnym odgłosie. Zupełnie inny niż kroki na pustych drewnianych schodach, albo niezamieszkanym strychu, z jakimi zdarzało mi się kiedyś mieszkać, dawno temu, na innym kontynencie. Dzielę się obserwacją z koleżanką. Bingo! Czytała rano lokalne wiadomości w internecie i wyczytała, że temperatura spadła tak gwałtownie, a ziemia po całym 2018, w którym właściwie bez przerwy padał deszcz, tak jest nasączona, że w naszej okolicy zaobserwowane zostało zjawisko, zdarzające się normalnie tylko w Kanadzie i najbardziej na północ wysuniętych terenach Hameryki, polegająca na tym, że ta duża ilość wody gruntowej szybko zamarza, rozszerza się i powoduje mikroeksplozje, które są słyszalne, zwłaszcza w nocy i wieczorem, gdy poza tym panuje cisza. Po angielsku to się nazywa cryoseism. Zjawisko nie mające nic wspólnego z ruchami tektonicznymi, a dużo z lodem.

Pracuje, a nie ma jej w biurze

Z samolotu widać Wielki Kanion, potem jeszcze trochę lotu nad górzystą, przypominającą powierzchnię księżyca pustynią i schodzimy do lądowania w Las Vegas. Byłam tam już kilka razy, wiem więc, czego się spodziewać.  Na bagaż poczekamy sobie dłuższą chwilę (w Hameryce są lotniska, które szczycą się tym, że twoja walizka dociera na taśmę przed tobą, oraz takie, na których można zjeść obiad, zanim pakunki przyjadą). Mijamy ludzi siedzących przy pulsujących kolorami automatach do gry. Tyle na temat dobrej rady mojej cioci w Polsce – ona leci do Las Vegas??? Powiedz jej, żeby przypadkiem do kasyna nie weszła! Otóż do Las Vegas nie można przylecieć i nie wejść do kasyna, bo kasynem jest lotnisko. Co nie znaczy, że trzeba na nim grać.

Walizki dojechały, idziemy na postój taksówek. Postój nie jest tu najlepszym słowem, albowiem nikt tam nie stoi – ani taksówki, podjeżdżające, zabierające pasażerów i natychmiast ruszające, ani pasażerowie. Kolejka jest długości trudnej do określenia, bo, dobrze zorganizowanym hamerykańskim zwyczajem, dzięki wyznaczającym miejsce do stania taśmom, jest sześcio- czy siedmiokrotnie wyzawijana, ale jakby ją rozprostować, to z 500 metrów murowane. Sztuka polega na tym, że ludzki ten wąż nie stoi, tylko idzie- przesuwamy się całkiem szybko, momenty, zatrzymania nie wystarczają mi na znalezienie w torbie, gdzie, do cholery, upchałam kopertę z gotówką na napiwki.

Droga do hotelu nie jest daleka, wystarczy jednakże na zarejestrowanie kilku elementów krajobrazu. Oto billboard, standardowych rozmiarów, taki, jakie stawiane są przy autostradach. Tyle, że ten postawiono w czyimś piaszczystym ogródku. Nie reklama jest też jego treścią. Umieszczono na nim zdjęcie psa, zdaje się że york shire teriera, oraz napis głoszący, w wolnym tłumaczeniu: „Nigdy nie zapomnimy radosnych chwil, jakie było nam dane z tobą dzielić, nasz skarbie!” Zamiast nagrobka znaczy się, albo też klepsydry.

Zostawiamy bagaże w hotelu i udajemy się na teren targów. Nasze stoisko już wykończone, sprawdzamy tylko, czy wszystko działa jak powinno i udajemy się na spóźniony obiad. Od jutra zaczynają się targi, czyli pobudka, toaleta, garnitur i cały dzień na nogach. Wieczorem na kolację do jakiegoś miłego miejsca – Las Vegas, poza wieloma wadami, ma tę zaletę, że restauracji i pubów ci tutaj dostatek. Trzeba tylko uważać, żeby nie przeholować z alkoholem w miłym towarzystwie, bo nazajutrz – pobudka, toaleta, garnitur i cały dzień na nogach. Po takim tygodniu deszczowy weekend spędzony w domu jawi się jak wizja ziemi obiecanej.

Strój służbowy

Moja firma jest wystawcą na targach przemysłowych i to ja organizuję całe z tym związane zamieszanie. Do moich obowiązków należą również drobiazgi. Takie, jak zadbanie o odpowiednie prezentowanie się zespołu obsługującego nasze stoisko. Mają być ubrani w ciemne garnitury, białe lub niebieskie koszule, a krawaty dostarcza firma (w mojej osobie), żeby było ładnie i gustownie. Jeszcze przed wyjazdem na targi wysyłam rozsianym po tym dużym kraju pracownikom poszczególnych biur delegowanym do obsługi stoiska przepustki wystawcy, a że mi głupio wkładać w tekturową kopertę fedexu po jednym małym kartoniku, dokładam też do każdej przesyłki rzeczony krawat. Niech mają od razu całe wyposażenie ze sobą.
Ku mojemu zdumieniu nikt krawata w domu nie zapomina i towarzystwo stawia się do pracy na gościnnych występach w pełnym rynsztunku. Wieczorem w pubie wymieniamy komentarze:
– Ale najlepszy numer to był z tym krawatem w przesyłce – mówi jeden z moich kolegów – moja dziewczyna, gdy go zobaczyła, stwierdziła, że jest wyjątkowo gustowny i koniecznie chciała wiedzieć, kto mi go przysłał. Nie bardzo mogłem się zdecydować, czy powiedzieć, że to ty, czy że dyrektor zarządzający… 
– Moja żona też była zdziwiona – wtrąca się drugi – kupuje mi wszystkie ubrania, ale sama przyznała, że takiego ładnego krawata w mojej garderobie jeszcze nie ma. Też była zainteresowana osobą nadawcy.
Gdy jeszcze dwóch kolegów potwierdziło, że uwagi ich partnerek nie uszedł gustowny krawat w tajemniczej przesyłce, doszłam do wniosku, że należy rozszerzyć asortyment służbowego wyposażenia na okazję targów. Myślę o obcisłych slipkach z logo na tyłku. A niech się dziewczyny ucieszą!

Zawieja w Michigan

Jadę do Detroit. Mam reisefieber spowodowany logistycznym wymiarem planu. Nigdy tam jeszcze nie byłam, a mam zalecieć, wynająć samochód, zajechać do podmiejskiej miejscowości, w której mam przeprowadzić międzykulturowe szkolenie, pojechać do hotelu, rano oddać samochód, wsiąść w samolot i wrócić do domu. Wszystko, łącznie z hotelem, który mi zarekomendowano, zarezerwowane. Jedynym sposobem na opanowanie zbliżającego się napadu paniki jest rozłożenie myślenia o wyprawie na pojedyncze kroki – teraz jadę na lotnisko i wsiadam w samolot. O wypożyczeniu samochodu pomyślę, jak już wyląduję w Detroit. A jak będzie zawieja? Michigan znane jest z ostrych zim nie tylko dzięki Stachurze*. Ugrzęznę gdzieś w środku niczego i zaginęła babka w Czechach! Na szczęście prognoza pogody jest wręcz nietypowa jak na luty. Ma wiać, owszem, ale zapowiadana temperatura to 10 stopni Celsjusza. 

W wypożyczalni samochodów dają mi do wyboru forda albo coś dalekowschodniego. Nie jestem fanką fordów** , no ale jestem w Detroit. Forda poproszę. Focus jest nowy i ciemnoszary. Rzuca się w oczy fakt, że to nie Włosi projektowali karoserię. Wsiadam. Ruszam, jadę powodując się GPSem. Wiatr wieje, słońce świeci, gadam do siebie powtarzając na głos numery zjazdów z autostrad. Płasko, długo, daleko, drogi szerokie, zawsze przynajmniej o pas szersze niż w moich okolicach, wydaje się, że kompletnie bez zakrętów. Zjeżdżam z autostrady. Lokalne drogi mają poetyckie nazwy: 10 Miles Road, 7 Miles Road itd. Docieram na miejsce – mała mieścina, chciałoby się powiedzieć przytulna, ale główna ulica prosta jak drut, ma tam też cztery pasy szerokości. Ale są przejścia dla pieszych. Znajduję parking i cztery razy się obracam, żeby zapamiętać, gdzie to moje, wyglądające jak wszystkie inne tutejsze auta, zaparkowałam.

Po programie odnajduję je bez problemu. Już jestem wyluzowana, nawigacja tu jednak łatwiejsza, niż myślałam, a ludzie bardzo mili. Okna w tym aucie to jednak jest porażka – bardzo wąskie, a kierownica tak wysoko, że muszę zadzierać do niej ręce. Czuję się jak kurdupel za kółkiem (przy moim ponad metr siedemdziesiąt wzrostu to jednak nowość) – ledwo cokolwiek widzę. Jeszcze se tylko kapelutek powinnam ubrać*** Próbuję znaleźć wajhę do obniżenia kierownicy, bo mi omdlewają ręce. Bez skutku. Hm, to może z siedzeniem da się coś zrobić? Bingo! Siedzenie można podnieść do góry! Ostrożnie, żeby nie wybić głową dachu…
W foyer hotelu głośno, eleganckie towarzystwo, po drodze z parkingu widziałam czerwone podeszwy kilkunastocentymetrowych szpilek. Na sofie dwie damy w wieczorowych sukniach przyciągają wzrok szkarłatem ostrzyżonych na zapałkę włosów. Kilka odświętnie ubranych osób zajmuje pobliskie fotele. Zwalniam i zupełnie naturalnie okrążam je zmierzając w kierunku recepcji. Z przodu okazuje się, że dwie rosłe czerwonowłose damy to faceci.
Hotel urządzony jest ze smakiem (a nie na modłę tak często tu spotykanego "późnego rokokoko"), ma galerię sztuki, a w restauracji karta dań jest na iPadzie.   

Rano bez problemu oddaję auto, jem śniadanie na lotnisku i lecę do domu. Wycieczka dająca poczucie kontroli nad życiem i rzeczywistością, którego tak brakuje, gdy czyta się wiadomości z Polski. 
*Edward Stachura: "Tobie, albo zawieja w Michigan"
** Mieliśmy kiedyś mustanga i po dwóch latach przerdzewiało mu podwozie.
*** Gwarowo na południu Polski człowiek ubiera nie tylko siebie lub dzieci i drzewko (choinkę), ale także ubranie, buty i nakrycia głowy.

Czas i przestrzeń k.u.k

0
false

18 pt
18 pt
0
0

false
false
false

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0in 5.4pt 0in 5.4pt;
mso-para-margin-top:0in;
mso-para-margin-right:0in;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0in;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:12.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ascii-font-family:Cambria;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Cambria;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;}

Uliczka taka wąska, zbudowana jeszcze dla zaprzęgów
konnych, nie samochodów. Jednokierunkowa. Wzdłuż niej proste rzędowe domki,
jedno- lub dwupiętrowe, wąskie, w pastelowych kolorach. Z ulicy wchodzi się od
razu do dużego pokoju, przez który przejść można do kuchni i to zwykle jest już
cały parter. Drzwiami kuchennymi wychodzimy na podwórko, nie zasługujące
właściwie na to miano. Ot, odrobina wolnej przestrzeni między murami. Na górze
małe pokoje, łazienka, czasami dwie, jeśli są dwa piętra.

Stukamy kołatką do drzwi o znajomym numerze (ponieważ
dzielnica, jak nie trudno się domyślić, jest zabytkowa, na wielu drzwiach wiszą
kołatki.) Otwiera nam gospodarz i oto, jak za dotknięciem czarodziejskiej
różdżki, przenosimy się ze starej części Wielkiego Hamerykańskiego Miasta do
wnętrza salonu k.u.k. Ciemne meble z epoki, drewniana podłoga, na ścianach
obrazy w secesyjnych ramach i przepiękne kryształowe lustro. W głębi pokoju duży,
owalny stół przykryty szydełkowanym, barwionym w herbacie obrusem. Przygotowane
porcelanowe talerzyki i srebrne, zdobione widelczyki do ciasta. Srebrna patera.
I kilka różnych likierów w zachęcających butelkach.

Z pokoju na piętro prowadzą wąziutkie drewniane schody.
Łazienka nie rozczarowuje – błękitna, jasna; w wolno stojącej, białej,
głębokiej, acz krótkiej wannie mogłaby pławić się Sisi. W jednej sypialni na stojącym
na środku, szerokim łóżku z rzeźbionym wezgłowiem, na kilku poduszkach, siedzi
ogroma lalka w krynolinie i kapeluszu. Córka gospodarza przestała się nią bawić
pewnie ze dwadzieścia lat temu, ale sądząc po porcelanowej buzi, egzemplarz ten
oprócz sentymentalnej, musi mieć sporą wartość nominalną. Druga sypialnia jest
znacznie mniejsza, wąskie łóżko stoi pod ścianą, małe biurko pod oknem. W kącie
buty do konnej jazdy, na ścianie szabla. Pamięta Wiosnę Ludów? I to już całe
piętro, po jeszcze węższych schodach możemy wyspinać się wyżej, do
pomieszczenia, które kiedyś było strychem, ale zostało wspaniale przerobione i
teraz jest tu obszerny gabinet z drewnianym kasetowym sufitem, będący
największym pomieszczeniem w domu, wyścielony dwoma dywanami, z oknami na obie strony
– uliczkę od wschodu i mini-podwórko od zachodu. Robione na zamówienie półki z
książkami stoją wzdłuż całej długiej ściany. W pobliżu zachodniego okna
ogromne, masywne biurko. Jakżeś ty je tu po tych schodach wytaszczył? Nawet nie
pytaj, zamówiłem brygadę i na ta logistyczna rozrywka zajęła im całe popołudnie.

Wracamy na dół na kawę i ciasto. Jak mówi wieszcz, powiedzieć,
że styl i wyposażenie maleńkiej kuchni kontrastuje ze stylem reszty wnętrz, to
nic nie powiedzieć. Nawet jak na dość już dawno rozpoczęty XXI wiek,
pomieszczonko to jest cokolwiek futurystyczne. W celu maksymalnego
wykorzystania miejsca, okna zrobione są w dachu (kuchnia to przybudówka, nie ma
nad nią kolejnych pięter), sprowadzane z Europy urządzenia kuchenne miniaturowych
(miniaturowych nawet jak na Europę, rdzennym Hamerykanom wydawać się musi, że
to zabawki) rozmiarów wbudowane są w robione na miarę, niezwykle proste i
eleganckie kuchenne meble z jasnego drewna.  Ekspres do kawy produkujący znakomite espresso z pianką,
capucinno z takąże, czarnego szatana lub zwykłą kawę śniadaniową nie tylko sam
mieli ziarna i dosypuje sobie ich tyle, ile trzeba, wyposażony jest w kilka
światełek, ale i doskonałą pamięć, zaprogramowaną na różne poranne kawy i
odpowiednie godziny (nie, żeby w weekend automatycznie zapełniał dom aromatem
mocnej czarnej pobudki o siódmej rano, jak w dni robocze!) A w ogóle wbudowany
jest w kuchenną mini-meblościankę, żeby nie zawadzał.

Kim jest właściciel tego domu na skrzyżowaniu czasu i
przestrzeni?

Przeważnie rozmawiam z nim po niemiecku, chyba, że
jesteśmy w nie-niemieckojęzycznym towarzystwie, wtedy przechodzimy na angielski.
Mówi też całkiem dobrze po hiszpańsku (miał latynoamerykańską żonę), ale jego pierwszym
językiem jest węgierski.

Skąd wziął te wszystkie stare meble, obrazy, filiżanki i
robiony na szydełku, farbowany w herbacie obrus?

To dzięki amnestii. – ???

W 1956 jego ojciec był na początku studiów inżynierskich.
Po tym, jak w 55 Ruscy wyszli z Austrii, nastroje na Węgrzech były bardzo
optymistyczne. Tylko patrzeć, a wyniosą się też od Madziarów! W razie czego
możnaby im zresztą w tym trochę pomóc – myślało i zgodnie z tym działało wielu
młodych ludzi. Gdy sowiecki but nie tylko nie ruszył się z miejca, ale i
docisnął, ojca wylali z uczelni z wilczym biletem. Wrócił do rodziców i zaczął
rozglądać się za pracą. Bezskutecznie. Czy wszyscy bali się zatrudnić wroga
ludu? Dwóch smutnych panów przychodziło regularnie i sprawdzało, czy wreszcie
przestał być pasożytem społecznym. Za którymś razem wyprowadzili go na podwórko
i powiedzieli, że jeśli do ich następnej wizyty nie znajdzie zajęcia, to znowu
wyjdą razem na podwórko, ale on z niego już nie wróci.

Matka poszła do krawca w sąsiedztwie prosić, żeby zatrudnił
chłopaka do pomocy, a tym samym, no cóż – uratował mu życie. Krawiec, będąc
Żydem, aż za dobrze wiedział, co może się stać, jeśli człowiekowi odmówić
pomocy.

Człowiek strzela, pan bóg kule nosi – zamiast inżynierem,
ojciec został krawcem. Niedługo potem wraz z młodą żoną przez zieloną granicę przedostali
się do Austrii. Mój znajomy urodził się w Wiedniu. Gdy miał kilka lat, rodzice
dostali papiery i rodzina wyemigrowała do Hameryki, gdzie ojciec całe życie pracował
jako krawiec.

W jakiś czas po 56 na Węgrzech weszła w życie amnestia,
na mocy której dawni nielegalni emigranci mogli odwiedzać kraj nie obawiając
się represji. Wtedy to pojechali zobaczyć dziadków. A ci kazali spakować, co
tylko się da z rodzinnego domu i zabrać ze sobą. I tak, co przypłynęło
statkiem, jest teraz w domu przy wąskiej uliczce w Wielkim Hamerykańskim Mieście.