Zanim rok się skończy – 2

Słowo się rzekło, kobyłka u płota. Obiecałam śmieszniejszy, a w każdym razie bardziej optymistyczny wpis przed końcem roku. Oto on.

Tuż przed świętami mieliśmy ostatnią w tym roku milongę – zabawę taneczną, na której tańczone jest tango argentyńskie. Wiosną pisałam o naszym koledze i nauczycielu tanga, który miał wylew i mało nie pożegnał się z tym światem, przeżył, ale miał sparaliżowaną połowę ciała i afazję. Jednak, jak to mówią, jeszcze nie była jego pora. Zawziął się i bardzo ciężko pracował na rehabilitacji. Efekt przerósł oczekiwania lekarzy, bo co prawda jak dotąd nie doszedł do 100 procentowej sprawności sprzed wylewu, ale zrobił takie postępy, że nie tylko tańczy, ale powoli wraca też do uczenia tańca. Jak na razie nie sam, z pomocą innej nauczycielki, ale ostatnie słowo nie zostało jeszcze powiedziane.

Milonga poprzedzona była kolacją składkową, na którą zobowiązałam się przygotować dwie wegańskie potrawy, z których jedna była bezglutenowa. Wegańskie jedzenie to żaden problem. Grzyby z kapustą kiszoną – w takiej proporcji, więcej grzybów niż kapusty – zapiekane w cieście filo, nie tylko smakowały, ale i prezentowały się bardzo pięknie (to często problem z potrawami typu bigos – smak boski, ale wygląd dość szarobury i dla osób nieznających się na rzeczy mało zachęcający). Potrawą bezglutenową była zaś kasza gryczana z prażonymi orzechami włoskimi podsmażonymi z porem i przyprawami. Największym fanem tego wynalazku okazał się facet rodem z Nowej Zelandii, czyli kawałka świata sprawiedliwie najbardziej oddalonego od ojczyzny gryki, którą jest Europa środkowo-wschodnia. Jak to nigdy nie wiadomo, co komu będzie smakowało.

Towarzystwo taneczne

Religie mają nabożeństwa, modlitwy i posty na intencję. Żeby coś się stało, lub przeciwnie, nie nastąpiło. W towarzystwie zaś, w którym ja się obracam, na intencję są bale i koncerty. Tak, organizowane również w celu zebrania środków finansowych potrzebnych na leczenie i rehabilitację, ale nie tylko. Chodzi o okazanie solidarności, poczucia, że jesteśmy razem w obliczu nieszczęścia, gotowi pomagać na sposób praktyczny, ale i ten zdawać by się mogło, bardziej ulotny – obecnością, uściskiem, dobrym słowem i tańcem w bliskim objęciu.

Ma trochę ponad czterdzieści lat, z zawodu, ale przede wszystkim powołania, jest tancerzem i nauczycielem tanga argentyńskiego. Przyjechał z Buenos Aires, żeby przez kilka miesięcy uczyć w Wielkim Hamerykańskim Mieście. Trzy tygodnie temu miał wylew. Leży na intensywnej terapii, z której już-już mieli go przenieść na normalny oddział, bo robił bardzo szybkie postępy w odzyskiwaniu władzy nad ciałem (zaczął samodzielnie oddychać i na nowo uczył się przełykać), ale w Wielki Piątek dostał drugiego wylewu i wszystko trzeba było zaczynać od nowa. Jednak już znowu robi postępy. Ponieważ nie może jeść, tylko karmią go przez rurkę, od ponad trzech tygodni nie miał niczego w ustach. W pewnym momencie, otwierając oczy z drzemki, przyłapał swoją, spędzającą u niego w szpitalu całe dnie, partnerkę (w tańcu i w życiu) na jedzeniu gruszki. Ułożył wtedy palce w sprawnej dłoni pokazując jej oczywistego faka. Konsylium lekarskie orzekło, że taki fak, to bardzo dobry znak.

A bal był jeden w Wielkim Hamerykańskim Mieście z muzyką na żywo, drugi w Buenos Aires z całą tangową orkiestrą, a w niedzielę będzie koncert transmitowany przez Internet z Buenos Aires.

Sceny z życia muzyków 2

– Mówię mu, jak komu dobremu: przyjdź punktualnie, bo sprawdzamy nagłośnienie, będzie ekipa techniczna i potrzebne są wszystkie instrumenty. A on…

– Daj mi opowiedzieć, jak było. – Przerywa mu skrzypek. – Powiedziałem mu, że mogę być trochę później, bo idę głosować do konsulatu* a potem muszę kupić awokado, bo robię guacamole…

– Tak, trochę później! Stoję na stacji metra w drodze to studia, patrzę, ten leci. Myślę, fajnie, wyrobił się z głosowaniem, a że nie widzę siaty z awokado, zakładam, że planuje je kupić w drodze powrotnej. A ten…

– Mówię mu uczciwie: dobrze, że cię widzę, bo trochę mi zeszło i lecę teraz do konsulatu, a potem tylko wstąpię po awokado, ale może się zdarzyć, że będę trochę później…

– Jakie trochę później?! Jest próba dźwięku, jedziesz TERAZ ze mną do studia, wszyscy się zbierają, niektórzy przyjeżdżają na te kilka godzin spoza Manhattanu, jedziesz teraz. Ze mną. Do studia.

– No i musiałem z nim pojechać. Ale po skończeniu próby wystrzeliłem ze studia jak guma z gaci i jeszcze zdążyłem do konsulatu i zagłosować, a potem kupić awokado na guacamole!

– Oto, z kim muszę pracować! Ci Latynosi i ich poczucie czasu… – Wzdycha głęboko, pochodzący z Buenos Aires, dyrygent.

* Gwatemali, konsulatu Gwatemali – bohater jest Gwatemalczykiem zamieszkałym od prawie 30 lat w USA.

Sceny z życia muzyków

W utworze, który zespół na scenie właśnie wykonuje, w pewnym momencie instrumenty cichną i tylko głos wykonawczyni, zniżony niemal do szeptu, skupia na sobie uwagę zamarłej w oczekiwaniu publiczności. Potem i on zamilknie, a po kilku sekundach z absolutnej ciszy wyłoni się delikatny, słodki dźwięk skrzypiec, kto którego dołączą kolejno pozostałe instrumenty i muzyka popłynie dalej, przybierając na sile, w coraz szybszym tempie, aż do harmonijnego finału. Najpierw jednak zapaść musi ta wzmagającą napięcie cisza. Prowadzący zespół pianista zdejmuje ręce z klawiatury, jego wzrok pada na skrzypka, który, wie o tym dobrze, niewiele spał tej nocy. Pianista zauważa z przerażeniem, że skrzypek ma zamknięte oczy i stojąc na środku sceny chwieje się jak trzcina na jeziorze. Zasnął!!! Zasnął w środku występu przy pełnej widowni! Zaraz będzie jego solo! Niech go ktoś obudzi! Niechże go ktoś szturchnie, albo kopnie, niech ktoś coś zrobi, do jasnej cholery! Ale pozostali muzycy wykorzystują chwilę przerwy na bezmyślne gapienie się przed siebie, żaden z nich nie zauważa ani ryzykownego położenia skrzypka, ani paniki w oczach pianisty. Spokojnie czekają na wejście skrzypiec. Jakich skrzypiec?! Jak nikt go nie obudzi, żadnego wejścia żadnych skrzypiec nie będzie, będzie wielki wstyd, tyle będzie!!!

Następuje cud – skrzypek samoistnie otwiera oczy, na jego niewinnej twarzy maluje się zdziwienie przechodzące w przerażenie, wykonuje nerwowy ruch, pół kroku, które wystarcza, by nadepnąć na kabel od przymocowanego do skrzypiec mikrofonu. Mikrofon się odczepia, spada na podłogę z ogłuszającym hukiem, publiczność podskakuje w krzesłach, muzycy ledwo co unikają zawału, moment szeptu i napięcia diabli biorą.

Nazajutrz w programie jest ten sam koncert. Ten sam zespół, ten sam utwór z momentem szeptu i ciszy przed wejściem skrzypiec. Pianista znad klawiatury obserwuje śpiącego królewicza i z ulgą odnotowuje, że ten, nauczony smutnym doświadczeniem, odłożył instrument na taboret. Gdy zbliża się chwila jego solo, schyla się po skrzypce, przydeptuje kabel od mikrofonu, który odczepia się od skrzypiec, ląduje na podłodze, potworny łomot wyrywa publiczność z krzeseł…

Trzeciego dnia, przed rozpoczęciem koncertu, pianista, nie mogąc wyjść z podziwu, z jakim przedszkolem przyszło mu pracować, podkreśla konieczność zachowania absolutnej ciszy w szeptanym momencie utworu. Skrzypkowi oczywiście jest niezmiernie przykro, rzucania mikrofonem żałuje i poprawę obiecuje. Wychodzą na scenę. Wszystko idzie dobrze, zbliża się szczególny moment, instrumenty milkną, wykonawczyni zniża głos, ktoś w krzesłach cicho kaszle. Skrzypek słyszy to i czuje, że coś drapie go w gardle, że włochata kula rozrasta się w tchawicy, łaskocze, oczy nabiegają łzami, oddech urywa, ciałem wstrząsa duszony kaszel. Jedyne, co może zrobić, to odwrócić się i ukryć twarz, grać najlepiej jak się da, ignorując wstrząsające klatką piersiową i ramionami spazmy. Kończy utwór po wirtuozersku, jak Miles Davis, odwrócony plecami do publiczności, reszta muzyków też się dusi, ale ze śmiechu, a znad fortepianu unoszą się, wydobywające się z uszu pianisty kłęby pary.

Oklaski.

Wiosna? Wiosna! Wiosna, ach to ty!

Przeczekałam styczeń, a w lutym udałam się na krótką emigrację. Do innego klimatu i do innych klimatów. W hali przylotów na lotnisku w Buenos Aires letnie ubrania w jasnych kolorach zapowiadały, co czeka za drzwiami budynku – najcieplejszy dzień tego lata – dobrze ponad trzydzieści stopni, słońce, lekko przymglone niebo, błękitne jak paski na argentyńskiej fladze. Niedawno był mundial, więc kolory narodowe zwycięzców wiele z Państwa ma na świeżo w pamięci. Pojechaliśmy tańczyć tango, słuchać tanga i o kulturze, historii, poezji i muzyce tanga wielu rzeczy się dowiadywać. Mieszkaliśmy w pensjonacie goszczącym takich ja my, co to wstają około południa, by zdążyć coś zjeść przed rozpoczynającą się o trzynastej w sali na dole lekcją tańca. Późniejszym popołudniem może jakiś wykład, może zakupy butów do tańca, a może kameralny koncert. Tanga, oczywiście. Około dziewiętnastej dobrze jest się położyć i nastawić budzik na dwudziestą pierwszą, żeby nieśpiesznie wziąć prysznic, ubrać się i umalować, wyjść z domu i złapać taksówkę do jednego z wielu przybytków w którym tańczy się tango. Bal trwa do drugiej, trzeciej, czwartej nad ranem. Taksówka do domu, może jeszcze kieliszek wina, a może mate (napój parzony w specjalny sposób z południowoamerykańskiej rośliny, w Argentynie, Urugwaju i Paragwaju popularny jak w Polsce herbata), prysznic i przed piątą jesteśmy w łóżku.

Ten urlop był jak sen, balsam dla zmarzniętego zimą na północnej półkuli ciała i zbolałej od oglądania szarości i czytania wiadomości duszy. Przez tydzień po powrocie wypierałam jak mogłam ze świadomości fakt, że wróciliśmy. To znaczy oczywiście, musiałam pracować, ale ponieważ trwający 11 godzin powrotny lot w lodowatym wnętrzu samolotu spowodował u mnie kaszelek i katarek, robiłam to z domu i mój kontakt z ciągle jeszcze zimową rzeczywistością był ograniczony. Ta jednak nie daje się całkowicie wymazać z życia i wkrótce potem zaliczyłam intensywny służbowy pobyt w Chicago, gdzie dane mi było doświadczyć trwającej co prawda niedługo, ale jednak, zadymki śnieżnej i wiatru sprawiającego, że minus trzy stopnie odczuwalne są jak minus trzydzieści. W marcu. Dlaczego ludzie się tam osiedlili i w dodatku nadal mieszkają?

Na szczęście po powrocie czekały mnie nieco milsze rzeczy. Przed domem zakwitło moje morze narcyzów – kilka lat temu dość dużo ich posadziłam, a że im się u mnie wyraźnie podoba, to samoistnie co roku ich, już bez mojego udziału, przybywa. Zeszłej jesieni dosadziłam jeszcze trochę hiacyntów dla koloru i zapachu i teraz mam istny dywan wiosenny. W zeszłą sobotę znowu mogliśmy potańczyć i spotkać się z naszą grupą wyjazdową. A dzisiaj byliśmy na spacerze w słońcu i temperaturze 20 stopni. Teraz niebo się zachmurzyło, temperatura spadła i słychać zbliżającą się burzę. Wiosna? Wiosna! Wiosna, ach to Ty!

Tango ratuje świat

Większe bale i coroczny festiwal tangowy* już od kilku lat, z przerwą na ograniczenia pandemiczne rzecz jasna, odbywa się w Wielkim Hamerykańskim mieście w przybytku zwanym Lithuanian Music Hall – Litewski Dom Muzyki. Jak na budynek o takiej nazwie przystało, za sąsiadów ma polski sklep spożywczy, takież biuro turystyczne i kancelarię adwokacką. Fasada wygląda jak skrzyżowanie nieczynnej synagogi z otynkowanym zamkiem krzyżackim. Z ulicy do dwuskrzydłowych drzwi prowadzą dość wysokie schody. Po przejściu przez kolejne, całkowicie oszklone, drzwi, znajdujemy się w rodzaju obszernego przedpokoju, skąd kolejne oszklone drzwi prowadzą do sali dancingowej. Z niej po schodach w dół zejść można do mieszczącej się w piwnicy kafeterii.

Ciekawym miejscem z punktu widzenia antropologii historycznej są w tym budynku toalety – świadectwo czasów, w jakich powstawał. Damska na parterze składa się z obszernego pomieszczenia o posadzce wyłożone elegancko czarno-białymi flizami** jak u Vermeera, którego dwie ściany pokryte są dobrze oświetlonymi lustrami i drugiego, malutkiego, z trzema toaletami, których kanalizacja wyraźnie wskazuje na wiek rur i… jedną maleńką umywalką. Jeśli więc nawet nie będziemy stać w kolejce do zrobienia siusiu, to już w kolejce do mycia rąk raczej tak (w toalecie damskiej nikt tej czynności nie zaniedbuje, mam nadzieję, że sprawa ma się podobnie w toalecie męskiej…)

Właściwa perła w koronie owego niecodziennego budynku znajduje się na pierwszym piętrze, na które dotrzeć można przez, a jakże, prowadzące z przedpokoju, kolejne oszklone drzwi i schody, tworzące przytulne półpiętro z kanapą, na której widziałam już śpiących po przebalowanej nocy tancerzy. Całe piętro zajmuje jedna wielka sala balowa z drewnianą podłogą, sceną dla orkiestry i bardzo wysokim stropem. Jest to chyba największa sala balowa jaką w życiu widziałam. Może ta w willi na Road Island, gdzie kręcono Wielkiego Gatsby, jest większa, chociaż tamta nie ma tak wysokiego sufitu i wrażenie jest inne. W omawianej tu sali może tańczyć do trzystu osób naraz. Każdy, kto kiedykolwiek próbował wynająć pomieszczenie na tańczoną imprezę dla większej ilości ludzi, będzie wiedział, jak niepojętym szczęściem jest możliwość zorganizowania jej w takim miejscu! Zaprojektowanym i wybudowanym z myślą o muzyce i tańcu – akustyka, parkiet no i ta powierzchnia!

Mało brakowało, a nigdy nie dowiedzielibyśmy się o istnieniu tego raju. Dawniej tangowe festiwale odbywały się w różnych miejscach, z których żadne nie było na tyle dobre, żeby wracać do niego na kolejny rok. Parę lat temu organizatorzy szukali akurat miejsca na kolejny festiwal, szło jak po grudzie – to, co było wystarczająco duże, miało ceny zaporowe. Pewnej soboty mąż Osoby Organizującej Wszystko wyszedł akurat pobiegać o poranku, gdy zauważył na dziwnym budynku szyld z napisem, że wynajmuje się tam pomieszczenia na imprezy. Gdy tylko wrócił do domu, Osoba Organizująca Wszystko zadzwoniła pod wskazany numer i zostawiła wiadomość. W ciągu kwadransa oddzwoniło do niej aż dwoje ludzi – oni naprawdę bardzo chcieli wynająć ten budynek. Okazało się, że Towarzystwo Litewskie, do którego budynek należy, finansowo nie dawało już rady utrzymywać tego zamku krzyżackiego w stylu synagogalnym i noszono się z zamiarem sprzedaży. Jednak w ostatniej chwili znalazł się człowiek, który wybłagał odroczenie decyzji, bo wierzył, że uda się wynajmować budynek na imprezy tak, by przynajmniej częściowo, na siebie zarabiał. Dali mu dwa tygodnie. Osoba Organizująca Wszystko była pierwszą, która zadzwoniła – to nasz Festiwal Tanga Argentyńskiego umożliwił pozostanie budynku w rękach Towarzystwa Litewskiego, które go na początku zeszłego wieku wybudowało i uratował go przed, kto wie, jak straszliwymi przeróbkami w stylu późnego rokokowo, z prawdopodobnym zniszczeniem tej ogromnej, cudnej, jedynej w swoim rodzaju, sali balowej.

* Mowa o tangu argentyńskim, fenomenie całkowicie odmiennym od tańczonego standartowo tanga.

**Regionalizm południowopolski – chodzi o kafle.