Słowo się rzekło, kobyłka u płota. Obiecałam śmieszniejszy, a w każdym razie bardziej optymistyczny wpis przed końcem roku. Oto on.
Tuż przed świętami mieliśmy ostatnią w tym roku milongę – zabawę taneczną, na której tańczone jest tango argentyńskie. Wiosną pisałam o naszym koledze i nauczycielu tanga, który miał wylew i mało nie pożegnał się z tym światem, przeżył, ale miał sparaliżowaną połowę ciała i afazję. Jednak, jak to mówią, jeszcze nie była jego pora. Zawziął się i bardzo ciężko pracował na rehabilitacji. Efekt przerósł oczekiwania lekarzy, bo co prawda jak dotąd nie doszedł do 100 procentowej sprawności sprzed wylewu, ale zrobił takie postępy, że nie tylko tańczy, ale powoli wraca też do uczenia tańca. Jak na razie nie sam, z pomocą innej nauczycielki, ale ostatnie słowo nie zostało jeszcze powiedziane.
Milonga poprzedzona była kolacją składkową, na którą zobowiązałam się przygotować dwie wegańskie potrawy, z których jedna była bezglutenowa. Wegańskie jedzenie to żaden problem. Grzyby z kapustą kiszoną – w takiej proporcji, więcej grzybów niż kapusty – zapiekane w cieście filo, nie tylko smakowały, ale i prezentowały się bardzo pięknie (to często problem z potrawami typu bigos – smak boski, ale wygląd dość szarobury i dla osób nieznających się na rzeczy mało zachęcający). Potrawą bezglutenową była zaś kasza gryczana z prażonymi orzechami włoskimi podsmażonymi z porem i przyprawami. Największym fanem tego wynalazku okazał się facet rodem z Nowej Zelandii, czyli kawałka świata sprawiedliwie najbardziej oddalonego od ojczyzny gryki, którą jest Europa środkowo-wschodnia. Jak to nigdy nie wiadomo, co komu będzie smakowało.