Jest takie zdjęcie

Jest takie zdjęcie, zrobione przez Chrisa Niedenthala w grudniu 1981 roku. Wozy opancerzone w śniegu przed kinem Moskwa w Warszawie, na którym widnieje billboard z tytułem filmu – Czas Apokalipsy.

Może nie tu, gdzie mieszkam, choć śnieg teraz pada w poprzek i będzie padać przez następne kilkanaście godzin. Nie tu, gdzie jestem, choć temperatura spada i firmy zarządzają na jutrzejszy poniedziałek pracę zdalną. Ale trzy godziny lotu na północny zachód, w lodowatym stanie Minnesota, już tak. Nie wozy opancerzone. Kryminaliści duchem, albo i przeszłością, przebrani za funkcjonariuszy urzędu imigracyjnego. Takie tutejsze, dzisiejsze ZOMO. Mordują wielokrotnymi strzałami. Matkę małych dzieci usiłującą odjechać własnym samochodem z miejsca zamieszek, pielęgniarza, powalonego już na ziemię, więc bezbronnego. To nie są pojedyncze strzały. To nie są strzały w obronie własnej. To są egzekucje uliczne. Wymierzone w społeczeństwo obywatelskie. W inaczej myślących. W mających czelność sprzeciwić się oszołomionym władzą szumowinom, którym wybrani w wolnych wyborach kryminaliści gwarantują bezkarność, a przesiąknięta strachem, rasizmem i uprzedzeniami wobec inaczej myślących, żyjących i wyglądających część społeczeństwa popiera. To ta inna, długo skrywana twarz Hameryki wyszła na światło dzienne.

Buszująca w Internecie

Jadąc w czwartek do pracy słuchałam podcastu, w którym Tomasz Stawiszyński pytał Jana Chwedeńczuka, czy sztuczna inteligencja może zastąpić naukowców. Myśl niepokojąca, po próbę odpowiedzi odsyłam do tej fascynującej rozmowy, podczas której padło odniesienie do artykułu Chomskiego o czacie GPT, który ukazał się jakiś czas temu w New York Times i opowiadania Borgesa „Biblioteka Babel”. Odszukałam w czeluściach Internetu i karnie przeczytałam. Od artykuł Chomskiego zaś, w magiczny sposób (czytaj: buszując dalej w Internecie), doszłam do następnego artykułu, w którym Evelina Fedorenko* podejmuje próbę odpowiedzi na pytanie, które od bardzo dawna zajmuje filozofów i lingwistów: czy język (mowa, nie organ) konieczny jest dla procesu myślenia? Opierając się na najnowszych wynikach badań aktywności różnych, tych odpowiedzialnych za mowę oraz innych, rejonów mózgu, podczas rozwiązywania zarówno angażujących mowę, jak i pozajęzykowych (np. problemy matematyczne, sudoku, etc.) zadań, stawia tezę, że nie. Dodatkowo uzasadnia swój wniosek obserwacjami, które prowadzone są już od dawna: ludzie, którzy z jakichś powodów utracili zdolność mowy, np. pacjenci po wylewie, u których występuje afazja, nadal są w stanie myśleć (co mieliśmy okazję zaobserwować u naszego przyjaciela, nauczyciela tanga, który, uciekłszy grabarzowi spod łopaty, długo nie był w stanie odzyskać kontroli nad językiem, używał słów, które nie miały sensu, zapominał słów etc., ale gestami jak najbardziej był w stanie nie tylko komunikować się z otoczeniem, ale i żartować, do czego potrzebne jest poza myśleniem także i poczucie humoru). Z drugiej strony, są ludzie, którzy posługują się językiem w sposób swobodny i bezbłędny, ale z myśleniem u nich gorzej. Autorka nie ma tu na myśli niektórych polityków, tylko zdiagnozowane osoby cierpiące na choroby umysłowe (schizofrenia), u których zaburzenia w procesie myślenia nie mają wpływu na swobodę wypowiedzi. Biorąc to wszystko pod uwagę, wysuwa wniosek, że język jest narzędziem komunikacji, w tym komunikacji myśli, ale do myślenia jako wewnętrznego procesu przebiegającego w mózgu nie jest konieczny. Przynajmniej jak na dzisiejszy stan wiedzy. Tyle artykuł.

Teraz, żeby nie podawać bezmyślnie dalej, dodam coś od siebie. Oczywiście, można się zastanawiać, czy możliwe jest myślenie o abstrakcyjnych fenomenach (takich jak wolność, autorytaryzm,) bez używania słów. Być może możliwe, po tym, jak uprzednio wprowadzone one zostaną do naszego zakresu rozumienia za pomocą języka. Dalsze dywagacje na tematy abstrakcyjne mogłyby wtedy następować już w obszarze pozajęzykowym. I dopiero na następnym etapie, gdy chcemy przekazać swoje przemyślenia otoczeniu, musimy znowu użyć języka co przyznajmy, czasami jest trudne. Nierzadko zdarza mi się, że dokładnie wiem, co mam na myśli, ale wyrażenie tego, to osobne wyzwanie. Bez względu na to, którego języka chcę użyć. I dlatego* , między innymi, piszę tego bloga.

* Evelina Fedorenko: „Language is primarily a tool for communication rather than thought” w: Nature Vol630 20 June 2024, dostęp 13 listopada 2025

* Nie żebym była jak Słowacki, który, jak się wydaje, podzielał zdanie pani Fedorenko już dwieście lat temu (dla przypomnienia: „Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa”), ale coś w tym jest.

Gdzie by tu?

Znaczna część Hamerykanów jest na tyle zdegustowana, czy wręcz przerażona, rządami jakie nam niemiłościwie nastały, że zaczynają rozglądać się po świecie. Znajoma rodzina ma dziecko, które urodziło się jako dziewczynka, ale nie chce swojego życia tak kontynuować. Są na bardzo wczesnym etapie znajdowania właściwej drogi, ale ogólne założenie jest takie, że będą bezwarunkowo wspomagać dziecko w decyzji, którą podejmie. W obecnym kontekście polityczno-społecznym może to być jednak o wiele trudniejsze niż było jeszcze rok temu. Wymyślili więc, że emigrują. Kontekst: są bardzo dobrze wykształceni, od dawna świetnie zarabiają, mają więc zakumulowany kapitał, przynajmniej jedno z nich mogłoby pracować nadal zdalnie z zagranicy. Chcą żyć w kraju, który umożliwia tranzycję i gdzie panuje atmosfera tolerancji, a asymilacja jest możliwa. Wymyślili więc… że kupią posiadłość w Bordeaux, znajdą tam liberalną, międzynarodową szkołę dla dzieci i po początkowym etapie aklimatyzacji będą żyć szczęśliwie w progresywnym otoczeniu ludzi podobnie myślących. Ojciec rodziny pojechał na przeszpiegi. Wrócił. Przedyskutowali. Wyciągnęli wnioski: chcieliby żyć w równościowym społeczeństwie, mieć poczucie przynależności. A jak się tam na wyżej opisanych warunkach przeniosą, to będą zimnymi od pieniędzy amerykańskimi Żydami, którzy właśnie kupili sobie zamek za gotówkę, a dzieci posyłają do szkoły w której czesne wynosi tyle, ile utrzymanie przeciętnej rodziny. Równościowo nastawieni normalnie żyjący Francuzi na pewno tylko czekają, żeby się z nimi serdecznie zaprzyjaźnić. Co prawda nie mówią słowa po francusku, nie znają kultury, ale przecież będą jak równi wśród równych. Nie wspominając o atrakcjach dnia codziennego, jak np. długość oczekiwania na obsługę w restauracji, tak bardzo innych w Europie i Stanach. Dodali dwa plus dwa. Zostają. Biorą na przeczekanie.

Kolega w pracy Mojego, czarny były koszykarz wzrostu dobrze ponad dwa metry, ostatnio zagadał go w przerwie:

– Wiesz, przeprowadzam się do was.

– Do naszej mieściny, czy na nasze osiedle? – Zapytał Mój.

– Nie, do południowych Włoch! – Fakt, Włochy są w Europie, znaczy „u nas”.

– Cóż tak?

– Mam dość. – W dzisiejszym politycznym kontekście Mój nie musiał pytać, czego kolega ma dość. – Nigdy o tym nie mówiłem i nie wyglądam na to, ale moja babcia była Włoszką. Z południa. – Część tej wypowiedzi nie dziwi, bo większość tutejszych włoskich babć i dziadków pochodziła z południa, tam była największa nędza, więc i największa emigracja. Nie wszyscy jednak doczekali się dwumetrowych czarnych wnuczków. – Staram się o papiery i przeprowadzam.

– A byłeś ty kiedyś na południu Włoch, albo we Włoszech w ogóle?

– Nie.

– To zrób mi przysługę: staraj się dalej o te papiery, to nigdy nie zaszkodzi, ale zanim się przeprowadzisz na stałe, pojedź tam na jakiś dłuższy urlop, zobacz, czy ci się spodoba.

Kolega sprawę przemyślał, starania o papiery są w toku, ale póki co pomysł niezwłocznej przeprowadzki „do nas” zarzucił.

Moja koleżanka z pracy urodziła się, gdy jej rodzice mieszkali przez krótki czas w Kanadzie. Ma więc podwójne, hamerykańskie i kanadyjskie obywatelstwo. Ostatnio wystarała sią o kanadyjski paszport dla swojej małej córeczki, na wszelki wypadek, albo żeby mała miała możliwość wyboru gdy będzie duża. Hecne w całej sprawie było to, że ponieważ Kanadyjczycy nie wymagają poświadczenia dokumentu potwierdzającego tożsamość dziecka przez notariusza – może to zrobić każda niezainteresowana (czyli nie rodzic) osoba, mająca kanadyjskie obywatelstwo, moja koleżanka poprosiła o tę przysługę naszego kolegę w biurze, który też ma kanadyjski paszport. Przyszła któregoś dnia z małą i wujek, którego rodzice mieszkają w swoich rodzinnych Indiach, podpisał papier poświadczający, że dziecko które ma przed sobą jest tym samym dzieckiem co na zdjęciu w dokumentach.

Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, świat jest bardziej urozmaicony niż się niektórym wydaje.

Co tam, panie, w polityce?

Jeśli ktoś chce rzeczowej i przystępnej analizy, odsyłam do artykułów Anne Applebaum. Pisze zwieźle i na temat. Lektura obowiązkowa. Ja zajmę się zaś mini-studium przypadku z Hameryki w trumpalnym (neologizm ukuty na potrzebę tego wpisu) chaosie.

Znajoma mojej koleżanki pracuje na uczelni. Dziewczyna w okolicach trzydziestki. W ostatnich wyborach głosowała na sprawców obecnego upadku. W minionym tygodniu dane jej było dowiedzieć się, jaki procent jej pensji pokrywany jest, no a teraz to już właśnie był, z funduszy federalnych, wspierających badania naukowe. Jej przerażenie jest o tyle mocne, że powiązane z zupełnym zaskoczeniem: jak to, to oni po dojściu do władzy naprawdę robią to, co zapowiadali?!

Kurtyna.

Chorych nawiedzać

Sobotni poranek. Bez otwierania oczu, po rodzaju delikatnego, acz stanowczego drapania w bark poznaję, który kot, stojąc na mnie, dopomina się śniadania. Nie ruszam się, w nadziei, że zniechęci go brak mojej reakcji i zacznie molestować Mojego. Trochę mi głupio, bo już przecież nie śpię, a Mój ciągle jeszcze oddycha miarowo w objęciach Morfeusza. A gdyby tak był w podróży, to wstałabym teraz i nakarmiła bestie? A skąd! Nie spać, a wstać i zacząć działać, to dwa zupełnie różne stany i przejście z jednego w drugi nie odbywa się natychmiast. Gdybym była sama w domu, tygrysy musiałyby jeszcze z pół godziny pohałasować, zanim mi kości stwardnieją i mięśnie się ukonstytuują. Dzisiaj jest jednak jeszcze jeden powód, dla którego nie spieszę się z zaczynaniem dnia.

Pisałam już o naszym przyjacielu, nauczycielu tanga, który miał wylew i spędził dobrych parę tygodni na intensywnej terapii. Teraz jest w ośrodku rehabilitacyjnym. Nie może jeszcze sam chodzić – dopiero zaczął ćwiczenia z pomocą butów-robotów. Technologia naprawdę idzie do przodu. W dosłownym tego słowa znaczeniu. Nasz kolega prawie nie ma kontroli nad prawą połową ciała, ale ciężko pracuje i robi postępy. Oprócz ciała ćwiczy też i mowę. Mówi wyraźnie, powoli, gramatycznie i… używając słów, które niekoniecznie mają sens. Afazja. Jest już jednak na takim etapie powracania do życia, że rozeszła się wieść, iż można go odwiedzać. Szczególnie cenne są wizyty osób, które mówią po hiszpańsku i mogą rozmawiać z nim w jego ojczystym języku (najpierw trzeba uporządkować hiszpański, a potem zajmiemy się angielskim). Nie byłam pewna, jak przedstawić możliwość wizyty Mojemu, który pacjenta również zna i bardzo lubi, ale na samą myśl o szpitalach i procedurach medycznych robi się blady i słaby, w czym, jak się dzisiaj dowiedziałam, przypomina mojego dziadka, który podobno też kiedyś wjechał pod stół słuchając opowieści zaprzyjaźnionego lekarza. Nie chcąc stawiać go w trudnej sytuacji, oświadczyłam więc, że ja planuję odwiedziny w sobotę, i czy chciałby pójść ze mną? Reakcja była taka, jak przewidywałam – lekka panika i pytanie, czy uważam, że to dobry pomysł? Dałam mu więc do przeczytania ostatnią relację z rehabilitacji, w której mówią o pożądanych wizytach. Stanęło na tym, że mnie tam zawiezie i poczeka, a potem odwiezie z powrotem do domu: „bo ja nie wiem, w jakim stanie ty będziesz, jak stamtąd wyjdziesz”. Też prawda.

Teraz jednak leżę jeszcze i udaję przed kotami i światem, że śpię, a przed sobą samą, że wcale się nie denerwuję. Połowicznie mi to wychodzi – kot przeskakuje zręcznie na brzuch Mojego. Wiem jednak, że takie zaklinanie rzeczywistości może mieć krótkie nogi. Jeśli nie oddam ciału, co cielesne, ono upomni się o uwagę taką migreną, że po oddaniu zawartości żołądka w łazience, będę tylko leżeć w ciemnym pokoju i czekać, aż mi przejdzie. Do tego jednak nie można dopuścić – zapowiedziałam się już, w lodówce gotowy do zabrania flan, słońce świeci. Trzeba wstać i pójść na rześki spacer przed wyjazdem na akcję.

Przez cały ranek udawałam bohaterkę przed Moim tak skutecznie, że trochę samą mnie to uspokoiło. Gdy dotarliśmy na miejsce, trzeba było zacząć działać – czytaj, prowadzić konwersację w języku, który znam najsłabiej, z osobą, która układa zdania gramatyczne, ale niekoniecznie mające sens. Było trochę jak w opowiadaniach Schulza, trochę jak u Cortazara. Jednocześnie nasza dwugodzinna rozmowa przypominała mi nauczanie języka obcego. Gdy dawno temu pracowałam w zawodzie i prowadziłam konwersacje ze studentami, podobnie one wyglądały – rozmówcom brakuje słownictwa ale mają za zadanie radzić sobie opisując słowa innymi. Efekt nie zawsze jest zrozumiały, choć bywa olśniewający. Przykład? Rozmawialiśmy o kotach – mam trzy – i pokazywałam mu ich zdjęcia. Potem zmieniliśmy temat, a potem znowu zeszło na koty i w pewnym momencie nasz przyjaciel mówi: ten kot elektryczny. Jaki kot elektryczny??? Bo mowa o kotach, nie urządzeniach mechanicznych. Po nitce do kłębka, zadając pomocnicze pytania, doszłam, że chodziło mu o tego z moim kotów, który ma charakterystyczne pręgi przypominające trochę zygzaki albo błyskawice którymi oznacza się prąd elektryczny. Logiczne przecież!

Towarzystwo taneczne

Religie mają nabożeństwa, modlitwy i posty na intencję. Żeby coś się stało, lub przeciwnie, nie nastąpiło. W towarzystwie zaś, w którym ja się obracam, na intencję są bale i koncerty. Tak, organizowane również w celu zebrania środków finansowych potrzebnych na leczenie i rehabilitację, ale nie tylko. Chodzi o okazanie solidarności, poczucia, że jesteśmy razem w obliczu nieszczęścia, gotowi pomagać na sposób praktyczny, ale i ten zdawać by się mogło, bardziej ulotny – obecnością, uściskiem, dobrym słowem i tańcem w bliskim objęciu.

Ma trochę ponad czterdzieści lat, z zawodu, ale przede wszystkim powołania, jest tancerzem i nauczycielem tanga argentyńskiego. Przyjechał z Buenos Aires, żeby przez kilka miesięcy uczyć w Wielkim Hamerykańskim Mieście. Trzy tygodnie temu miał wylew. Leży na intensywnej terapii, z której już-już mieli go przenieść na normalny oddział, bo robił bardzo szybkie postępy w odzyskiwaniu władzy nad ciałem (zaczął samodzielnie oddychać i na nowo uczył się przełykać), ale w Wielki Piątek dostał drugiego wylewu i wszystko trzeba było zaczynać od nowa. Jednak już znowu robi postępy. Ponieważ nie może jeść, tylko karmią go przez rurkę, od ponad trzech tygodni nie miał niczego w ustach. W pewnym momencie, otwierając oczy z drzemki, przyłapał swoją, spędzającą u niego w szpitalu całe dnie, partnerkę (w tańcu i w życiu) na jedzeniu gruszki. Ułożył wtedy palce w sprawnej dłoni pokazując jej oczywistego faka. Konsylium lekarskie orzekło, że taki fak, to bardzo dobry znak.

A bal był jeden w Wielkim Hamerykańskim Mieście z muzyką na żywo, drugi w Buenos Aires z całą tangową orkiestrą, a w niedzielę będzie koncert transmitowany przez Internet z Buenos Aires.

Na oko

Wyjeżdżamy na długi weekend. Planujemy wyruszyć koło południa. Widzę, że skończył się miód do śniadania, schodzę więc do piwnicy po nowy słoik. Przy okazji widzę, że pod stojącym na półce obok słoikiem z wiśniami postawionymi w lecie na nalewkę, utworzyło się lepkie, czerwone kółko. Cóż do licha? Słoik pęknięty? Idę na górę do kuchni, otwieram z łatwością – zły znak. No tak – wiśnie, zasypane cukrem i zalane wódką w lipcu, w końcu października zdecydowały się na fermentację. Długo im to zajęło, ale postanowiły mi najwyraźniej dać do zrozumienia, żebym nie lekceważyła proporcji w produkcji nalewek. Drugi, wielki, „główny” słój, z odmierzoną ilością cukru i wódki, zachowywał się mianowicie spokojnie. Gdy go w lecie nastawiałam, zostało mi jeszcze trochę wiśni i wódki i te resztki dałam z sypniętą tak na oko ilością cukru, do mniejszego słoika. A ponieważ na oko to chłop w szpitalu umarł, to teraz mam pięknie pracujące owoce w lekko bąbelkującym płynie. Co robić??? Dzwonię na drugi kontynent, do Nalewkowego Pomysłodawcy. Naświetlam sytuację. – Ha! Nigdy mi się coś podobnego nie zdarzyło! Oczywiście, że mu się nie zdarzyło. Jest człowiekiem akuratnym i wszystko sobie dokładnie odmierza.

Nie możemy zostawić słoika fermentującego, bo wyjeżdżamy, a kto wie, do czego zdolna jest materia bez nadzoru. To gorzej niż ze sztuczną inteligencją. – Co zrobić, żeby przerwać fermentację? Jak przerwać fermentację? – Głośno zastanawia się Pomysłodawca. Ja zaś, słysząc pytanie sformułowane i wypowiedziane przez kogoś z zewnątrz, słyszę, jak w mojej własnej głowie formułuje się odpowiedź: fermentację przerywamy, dolewając alkoholu. Oczywiście! Trzeba przełożyć wiśnie z płynem do większego słoja i dolać czegoś mocnego. Wódki nie mam, jest tequila, której specjalnie nie pijemy, więc nie będzie żal. Przebierając zawartość antyprohibicyjnej szafki, odkrywam jeszcze stary jak świat, 75-procentowy rum do flambirowania deserów. Decyduję się iść na numer sicher i użyć tej opcji atomowej. Fermentacja natychmiast ustaje, bąbelki znikają, wiśniowa toń się wygładza, kolor cieczy nabiera głębi. Zamykam słoik. Kurtyna.

Znak czasu.

Siedzimy z dawno nie widzianymi przyjaciółmi w jednej z moich ulubionych restauracji. Zdajemy sobie relacje z ostatnich wydarzeń i dzielimy planami na najbliższą przyszłość. Jednym z nich jest, mający się odbyć nazajutrz, ślub siostrzenicy przyjaciela, na którym ma on wygłosić uroczystą przemowę. To dla niego nie pierwszyzna, w zeszłym roku wychodziła za mąż inna siostrzenica i tam też wygłaszał mowę. Widać rodzinie się spodobało, bo poprosili go znowu. Tym razem jednak z pewnymi modyfikacjami. Na czym mają polegać? Ano, jego siostra, a zarazem matka panny młodej, była kilka miesięcy temu na innym ślubie, gdzie usłyszała mowę wprost perfekcyjną. Taką, jaką chciałaby usłyszeć jutro. Zapamiętawszy kluczowe punkty, sprytnie wpisała je po powrocie do domu w czat GPT. Wydruk dała bratu. No i teraz nasz przyjaciel kombinuje, jak tu, w wypluciny sztucznej inteligencji, wpleść coś od siebie. Kurtyna.

O pogodzie

Taka była piękna, nietypowa dla tego, zwykle gorącego i wilgotnego o tej porze roku, miejsca, pogoda. Jak nad Bałtykiem – w słońcu gorąco, a gdy przyjdą chmury, zimny wiatr sprawia, że trzeba się na plaży przykrywać kocem. Ale właśnie już się skończyło. To rzadki tutaj północno-zachodni wiatr przynosił nam to chłodne, suche powietrze. A że za północną granicą są teraz pożary, jak, nie przymierzając, w Kalifornii, to ten mocny wiatr przyniósł nam w końcu smog i dym z tej jarającej się żywicą Kanady. Z miejsc odległych o 700 kilometrów. W Wielkim Hamerykańskim Mieście odradzają przebywanie na zewnątrz, odwołano mecz, nie pojechałam na party na tarasie organizowane w mojej pracy. Siedzimy za zamkniętymi oknami i oglądamy pomarańczowe słońce. Jak u Lema.

34 lata minęły jak jeden dzień

No, prawie jak jeden dzień. Gdy 34 lata temu nie załapałam się na głosowanie w wyborach kontraktowych, bo zabrakło mi niecałego tygodnia do uzyskania pełnoletności, byłam bardzo rozczarowana. Tym bardziej, że wiele osób z naszej klasy, w tym moja koleżanka z ławki, już głosować mogły i jak najbardziej zrobiły ze swojego obywatelskiego przywileju użytek. Nie miałam wtedy pojęcia, w ilu jeszcze ważnych, mniej ważnych i całkiem przełomowych wyborach dane mi jeszcze będzie w życiu brać udział. Wybory w październiku będą należały do tej ostatniej kategorii i mam nadzieję, że ich wynik też taki będzie. Mam też nadzieję, że będę mogła głosować za granicą i że głos mój i emigracji rozsianej po całym świecie, będzie policzony.