Znaczna część Hamerykanów jest na tyle zdegustowana, czy wręcz przerażona, rządami jakie nam niemiłościwie nastały, że zaczynają rozglądać się po świecie. Znajoma rodzina ma dziecko, które urodziło się jako dziewczynka, ale nie chce swojego życia tak kontynuować. Są na bardzo wczesnym etapie znajdowania właściwej drogi, ale ogólne założenie jest takie, że będą bezwarunkowo wspomagać dziecko w decyzji, którą podejmie. W obecnym kontekście polityczno-społecznym może to być jednak o wiele trudniejsze niż było jeszcze rok temu. Wymyślili więc, że emigrują. Kontekst: są bardzo dobrze wykształceni, od dawna świetnie zarabiają, mają więc zakumulowany kapitał, przynajmniej jedno z nich mogłoby pracować nadal zdalnie z zagranicy. Chcą żyć w kraju, który umożliwia tranzycję i gdzie panuje atmosfera tolerancji, a asymilacja jest możliwa. Wymyślili więc… że kupią posiadłość w Bordeaux, znajdą tam liberalną, międzynarodową szkołę dla dzieci i po początkowym etapie aklimatyzacji będą żyć szczęśliwie w progresywnym otoczeniu ludzi podobnie myślących. Ojciec rodziny pojechał na przeszpiegi. Wrócił. Przedyskutowali. Wyciągnęli wnioski: chcieliby żyć w równościowym społeczeństwie, mieć poczucie przynależności. A jak się tam na wyżej opisanych warunkach przeniosą, to będą zimnymi od pieniędzy amerykańskimi Żydami, którzy właśnie kupili sobie zamek za gotówkę, a dzieci posyłają do szkoły w której czesne wynosi tyle, ile utrzymanie przeciętnej rodziny. Równościowo nastawieni normalnie żyjący Francuzi na pewno tylko czekają, żeby się z nimi serdecznie zaprzyjaźnić. Co prawda nie mówią słowa po francusku, nie znają kultury, ale przecież będą jak równi wśród równych. Nie wspominając o atrakcjach dnia codziennego, jak np. długość oczekiwania na obsługę w restauracji, tak bardzo innych w Europie i Stanach. Dodali dwa plus dwa. Zostają. Biorą na przeczekanie.
Kolega w pracy Mojego, czarny były koszykarz wzrostu dobrze ponad dwa metry, ostatnio zagadał go w przerwie:
– Wiesz, przeprowadzam się do was.
– Do naszej mieściny, czy na nasze osiedle? – Zapytał Mój.
– Nie, do południowych Włoch! – Fakt, Włochy są w Europie, znaczy „u nas”.
– Cóż tak?
– Mam dość. – W dzisiejszym politycznym kontekście Mój nie musiał pytać, czego kolega ma dość. – Nigdy o tym nie mówiłem i nie wyglądam na to, ale moja babcia była Włoszką. Z południa. – Część tej wypowiedzi nie dziwi, bo większość tutejszych włoskich babć i dziadków pochodziła z południa, tam była największa nędza, więc i największa emigracja. Nie wszyscy jednak doczekali się dwumetrowych czarnych wnuczków. – Staram się o papiery i przeprowadzam.
– A byłeś ty kiedyś na południu Włoch, albo we Włoszech w ogóle?
– Nie.
– To zrób mi przysługę: staraj się dalej o te papiery, to nigdy nie zaszkodzi, ale zanim się przeprowadzisz na stałe, pojedź tam na jakiś dłuższy urlop, zobacz, czy ci się spodoba.
Kolega sprawę przemyślał, starania o papiery są w toku, ale póki co pomysł niezwłocznej przeprowadzki „do nas” zarzucił.
Moja koleżanka z pracy urodziła się, gdy jej rodzice mieszkali przez krótki czas w Kanadzie. Ma więc podwójne, hamerykańskie i kanadyjskie obywatelstwo. Ostatnio wystarała sią o kanadyjski paszport dla swojej małej córeczki, na wszelki wypadek, albo żeby mała miała możliwość wyboru gdy będzie duża. Hecne w całej sprawie było to, że ponieważ Kanadyjczycy nie wymagają poświadczenia dokumentu potwierdzającego tożsamość dziecka przez notariusza – może to zrobić każda niezainteresowana (czyli nie rodzic) osoba, mająca kanadyjskie obywatelstwo, moja koleżanka poprosiła o tę przysługę naszego kolegę w biurze, który też ma kanadyjski paszport. Przyszła któregoś dnia z małą i wujek, którego rodzice mieszkają w swoich rodzinnych Indiach, podpisał papier poświadczający, że dziecko które ma przed sobą jest tym samym dzieckiem co na zdjęciu w dokumentach.
Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, świat jest bardziej urozmaicony niż się niektórym wydaje.