Jadę do pracy, ledwo świta, wracam z pracy, całkiem ciemno. Siedzę za kierownicą i się nie weselę. W ramach walki z grudniową depresją odsłuchałam w piątek rozmowę w Radiu TOK FM w której Hanna Zielińska dzieliła się swoimi obserwacjami z Norwegii, do której przeniosła się półtora roku temu. Posłuchałam i doszłam do wniosku, że to jest wyjście. Ostatecznie ludzie, którzy urodzili się i wyrośli niemalże jeśli nie w grocie króla gór, bo blisko koła podbiegunowego, muszą wiedzieć, jak przeżyć grudzień, który w ich kraju trwa kilka miesięcy. Ruszać się ile tylko można, przebywać na świeżym powietrzu, ile tylko się da, zapalać sobie w domu dodatkowe lampy i świeczki dla podnoszenia nastroju.
Ruszam się i przebywam na zewnątrz o wiele więcej, niż przeciętna Hamerykanka, ale przecież mogę sobie zwiększyć dawkę. Dodatkowe oświetlenie nie powinno być problemem, ostatecznie od dawna powtarzam, iluminując pomieszczenia, w których przebywam, że ciemno będę mieć w grobie. Teraz jeszcze dodam świeczki.
Nie wiedziałam, że moc mojego postanowienia bycia szczęśliwą w grudniu, zostanie sprawdzona już następnego dnia. Otóż obudziłam się w sobotę, lub też biegające po mnie głodne koty mnie obudziły i z lekkim zdziwieniem stwierdziłam, że mimo zaawansowanego poranka, ogrzewanie nie przestawiło się jeszcze na tryb dzienny. Poszłam zobaczyć i okazało się, że piec nie zaskakuje. Dziwne, bo poprzedniego dnia był gość do corocznej kontroli i wymiany filtrów i stwierdził, że wszystko jest w porządku. Zadzwoniliśmy po fachowca, ale trzeba było kilka godzin poczekać, aż przyjedzie. Mój wrócił pod pierzynę, a ja stwierdziłam, że co prawda mamy w domu upojne 15 stopni Celsjusza, ale ja nie mogę się teraz położyć, bo mi się będzie wydawało, że czekam na śmierć. Trzeba zacząć działać. Najlepiej coś upiec, bo w ten sposób ogrzeje się kawałek kuchni. Akcja zakończyła się pełnym sukcesem, placek mojego pomysłu na kruchym cieście z masą makową i lukrem cytrynowym udał się wspaniale, temperatura w kuchni podniosła się do upalnych 17 stopni. Mój zdecydował, że będzie żył i wstał. Wzięłam prysznic w gorącej wodzie (na szczęście woda się nam grzeje niezależnie od powietrza), ubrałam się w kilka warstw sportowych zimowych ubrań i siadając do śniadania w bliskości ciągle jeszcze nagrzanego piekarnika, stwierdziłam, że… jest mi za ciepło! Musiałam zdjąć jeden ze swetrów! Mój popatrzył na mnie jak na ufoludka, a ja, w wełnianym golfiku, niczym w bikini, zabrałam się za jajko na miękko.
Racją mają Norwegowie, że w grudniu najważniejsza jest aktywność i pozytywne nastawienie.
P.S. Ogrzewanie działa. Facet przyjechał, popatrzył i stwierdził, że jego kolega wczoraj zapomniał odkręcić gaz po skończonej kontroli. Teraz już wiemy, który to kurek i jeżeli zdarzyłby się następny gapa, poradzimy sobie od razu.