Wracam w poniedziałek z biura, jestem już niedaleko domu, gdy dzwoni telefon. Patrzę – Mój.
– Gdzie jesteś? – Pytam, bo to drugi raz od początku pandemii, że Mój wybrał się do biura i teraz pewnie zapomniał drogi powrotnej do domu.
– Chcesz uratować kota? – Pada wyczerpująca odpowiedź.
– Mamy już trzy koty w domu, nie pamiętasz? – Ale zaraz przychodzi mi do głowy, że pewnie dostał wiadomość, że w okolicy naszego domu jakiś kot potrzebuje pomocy, a on jest jeszcze w biurze i dzwoni do mnie, żebym rozpoczęła akcję ratunkową. – Gdzie jest ten kot? – Pytam.
– Tutaj, w krzewach koło biurowej kafeterii. Są małe kotki. W południe widziałem dwa, ale teraz jest już chyba tylko jeden. To ja przyjadę do domu, weźmiemy transporterek i go zabierzemy.
– Zabierzemy gdzie???
– Do domu. A jutro go odwiozę do schroniska, żeby był bezpieczny i ktoś go zaadoptował.
– Przyjedź najpierw do domu, a potem pogadamy. – Nie podejmuję dyskusji.
Nie ma mowy o przywiezieniu kotka do domu pełnego kotów. Trzeba by go zamknąć w jednym pomieszczeniu odizolowanego od reszty, pewnie w pokoju gościnnym, chociaż nie, to przecież jest dzikie kocię i nie umie korzystać z kuwety, narobi na całą wykładzinę i łóżko, to już lepiej w łazience dla gości, przynajmniej łatwiej będzie potem posprzątać. Co nie zmienia faktu, że zostawiony sam sobie kotek będzie się darł w niebogłosy przez całą noc, a nasza trójka będzie zębami i pazurami usiłowała na przemian wyważyć drzwi lub zrobić podkop, żeby zobaczyć, kto tam jest i dlaczego odizolowany. Rano zaś wstanę świeża i wypoczęta, by pojechać do pracy.
Utwierdzona w postanowieniu, że żadnego kota nie zabieramy, słyszę, że otwierają się drzwi i wchodzi Mój. Rozradowane oko, promieniejąca twarz, cały podekscytowany:
– Zabieraj transporterek, jedziemy ratować kotka!
Widzę, że nie mam szans. Logiczne argumenty będą tu podobnie użyteczne, jak w rokowaniach z talibami. Bez słowa zakładam buty i biorę transporterek. W samochodzie zastanawiam się, co bym wolała: nie znaleźć kotka i mieć święty spokój, czy znaleźć i mieć – patrz powyżej. Poza tym nie wiem, jak moglibyśmy zawieźć go do schroniska, skoro raz już przywieziemy go do domu. W którym są już trzy zżyte ze sobą koty, a każdy nowy dodatek może zaburzyć wystudiowaną równowagę… Mój wyczuwa mój niepokój:
– Denerwujesz się?
– Oczywiście, że się denerwuję. Usiłuję zdecydować, które wyjście jest gorsze – wyjaśniam optymistycznie.
Podchodzimy pod krzewy. Już z dalek słyszę. Wariant z nieznalezieniem kotka odpada. Po chwili widzę wśród liści hortensji niebieskie jeszcze, utkwione we mnie okrągłe oczka. Ale nie podchodzi, a gdy chcemy się do niego zbliżyć, wycofuje się w gąszcz i chowa. Potem znowu się pokazuje i znowu chowa. Czas płynie, zabawa trwa, a mnie zaczyna się chcieć sikać. Jestem wkurzona, że nie pomyślałam o najprostszej rzeczy i nie zabrałam ze sobą kociego smakołyku. Miałam nadzieję, że go może nie znajdziemy… Ale chyba nie jest bardzo głodny, bo w ciągu dnia ktoś przyniósł tam coś do jedzenia i widać też miseczkę z wodą. Podjeżdża samochód. Ogrodnik, zajmujący się posesją. Mówi coś mniej lub bardziej składnie, że też chciał wziąć kotka dla rodziny, a w ogóle to on nie może pozwolić, żeby tu były koty, a potem rzuca coś o rakarzu… Z drugiej strony podchodzi para młodych Azjatów. Też są zainteresowani, zamykam sprawę z ogrodnikiem i zwracam się do nich. Okazuje się, że oboje pracują w tej firmie, co Mój i mieszkają niedaleko. To on przyniósł tu w ciągu dnia krewetki (dzikie kocię karmione krewetkami! To ośmiorniczki odpadają…) i wodę. Czy mają koty? Nie. A czy mieli? – Prowadzę wywiad, jak ośrodek adopcyjny. – On nie, ale ona miała. I bardzo by chciała mieć. Jak tylko usłyszała od niego, że tu jest kotek, od razu wyparzyła z domu, że przecież trzeba go ratować. Taaaaak. Sytuacja przybiera pomyślny obrót. Wyjaśniam, jakie było nasze zamierzenie, ale że bardzo chętnie dam im nasz transporterek, żeby kotka bezpiecznie przynieśli do siebie do domu.
Tyle, że najpierw trzeba go złapać. Ogrodnik chodzi po chaszczach usiłując wypłoszyć maleństwo i nakierować je na czyhającego Mojego. Mój, gotowy do akcji, modli się, żeby kotek mu nie szurnął między palcami i nie uciekł gdzieś dalej. Powoli zapada zmrok. Kotka od czasu do czasu słychać i widać, porusza się w tych krzewach unikając ogrodnika, ale pozostaje poza zasięgiem. Zrezygnowana kucam przy bujnej roślinności i obserwuję. W pewnym momencie widzę pręgowany grzbiecik, blisko, jeśli dobrze wyciągnę ramię, to złapię. Muszę to zrobić błyskawicznie i bezszelestnie. Jest! Łapię i podnoszę do góry, tygrysek wydaje z siebie wrzask przerażenia, ale szybko ląduje w miękko wyścielonym grubym ręcznikiem transporterku. Dziewczyna skacze z radości, facet uśmiecha się, że mu o mało maska nie spadnie, a ogrodnik woła z uznaniem: dobry ruch! Jeszcze przez chwilę czekamy i patrzymy, czy nie pojawi się drugi kotek, bo podobno były dwa, ale nie widzę i nie słyszę rodzeństwa. Ogrodnik daje za wygraną i odjeżdża. Już naprawdę się ściemnia. Jeśli naprawdę jest tam drugi kotek, musimy liczyć na to, że na drugi dzień się ujawni. Biorę transporterek i wręczam go młodym ludziom, gratuluję, życzę szczęścia i radości na nowej drodze życia. Wklepują w telefon link do polecanego przez nas weterynarza, dziękują stukrotnie i wszyscy troje udają się do domu.
Dwa przewidziane przeze mnie złe wyjścia z sytuacji nie były, jak się okazuje, jedynie możliwe. Czego sobie i Państwu częściej w życiu życzę.