Towarzystwo

Mieszkają z nami nieco ponad rok. Wprowadzając się uratowali mnie od grudniowo-lockdownowej depresji, spowodowanej pośrednio przez ogólnoludzki weltschmerz, a bezpośrednio przez odejście do krainy wiecznych łowów Czarnej Kotki, która była z nami siedemnaście lat. Od tego czasu urośli i przejęli rząd dusz.

Kocurze biało-rude duo jest przyjacielskie, towarzyskie (czasem nad miarę), kontaktowe i energiczne. Kumplują się i spędzają ze sobą czas na gonitwach, walkach i wzajemnej pielęgnacji futra. Nieskomplikowani w obsłudze, ciekawscy, wszędobylscy i nieco bezczelni. Miód z boczkiem, jak to się dawniej mówiło.

Natomiast ona… Takiego beżowego kota nie widziałam nigdy wcześniej. Słowo elegancja nabiera w jej przypadku nowego znaczenia. Przemyślany zamiar w każdym ruchu i w bezruchu, szybsza niż błyskawica i zręczniejsza niż żongler, wielkie, zielone oczy patrzą z wyższością, długie, bardzo długie, białe wąsy i ruchliwe uszy bezustannie odbierają sygnały z wszechświata. Pod gęstym, a miękkim jak puch pisklęcia, krótkim, beżowym futrem rysują się mięśnie, wyraźne jak u Dyskobola. Patrząc na jej chód widzę lwy na sawannie. Czasem z nimi biega, czasem któregoś w przejściu poliże, albo ją któryś poliże. Akceptują się, może nawet lubią. Tyle, że – oni nie mają szans w biegach, bo ona jest taka szybka. Nie mają szans w łapaniu piłeczki, bo ona jest taka zręczna. Nie mają szans w skokach na kocie drzewo, bo ona jest tak elastyczna. A do tego skupiona. Spostrzegawcza. Czujna. Takiego kota nie widziałam nigdy wcześniej.

Nie ma czegoś takiego, jak „za późno”

Bohaterka niniejszego wpisu zaczęła praktykować jogę w latach siedemdziesiątych, a kilka lat później została nauczycielką w systemie Iyengara. Praktykowanie i uczenie jogi nie polegało w ciągu jej kariery, podobnie jak przez minione tysiąclecia w Indiach, na siedzeniu przed komputerem. Aż w 2020 przyszła zaraza i nasza bohaterka po raz pierwszy usłyszała o czymś takim, jak Zoom. Według jej własnych słów, nigdy przedtem nie pracowała z komputerem, nie znała programów, a patrzenie w jakikolwiek ekran było na absolutnym dole piramidy jej priorytetów. Teraz zajęcia jogi z dnia na dzień musiały przenieść się z sali na platformę wirtualną. Jej pierwsza reakcja była łatwa do przewidzenia: nie jestem zainteresowana, nie będę uczyć przez internet, nie będę używać komputera!

Gdy jednak okazało się, że innej możliwości po prostu nie ma, zgodziła się spróbować. Musiała nie tylko nauczyć się przekazywać przez Zoom to, co przez minione czterdzieści lat przekazywała bezpośrednio, dostrzegać na ekranie to, co przez minione czterdzieści lat widziała w bezpośredniej bliskości ćwiczących, ale też obsługiwać diabelską maszynę i radzić sobie z nie zawsze kooperującym programem. Oczywiście, że był pod ręką ktoś, kto pomagał od strony technicznej. Ale nawet gdyby chciał, nie byłby w stanie odrobić za nią roboty. To ona musiała nauczyć się maszyny, programu, technologii i dopasować metodykę nauczania czegoś tak fizycznego, a jednocześnie tak ulotnego, jak joga, do rzeczywistości wirtualnej. Na przygotowanie miała kilka dni. Potem zaczynał się normalny podział godzin. Zajęcia przez internet z powodzeniem prowadzi do dziś.

Na szczęście, na zdrowie, na ten Nowy Rok

W amoku przygotowań do sylwestrowego siedzenia na sofie, oglądania filmów, jedzenia i picia, zapomniałam wczoraj wieczorem wyłączyć żółwiowi, którym się czasowo opiekuję, światło. Przypomniało mi się dopiero dzisiaj, gdy się obudziłam o 7 rano. Jako jedyny mieszkaniec naszego domu, żółw przebalował więc całą noc. Ponieważ było jeszcze ciemno, wstałam i wyłączyłam mu lampy, żeby się przynajmniej na chwilę zdrzemnął przed śniadaniem. Potem ćwiczyłam jogę, gdy skończyłam, zeszłam na dół i zjadłam słone ciasteczko cebulowe. Nalałam sobie pół kieliszka tego drogiego szampana z wczoraj, żeby sprawdzić, jak mi będzie dzisiaj smakował. Bo wczoraj trochę się rozczarowałam. Myślałam, że lubię każdy prawdziwy szampan i każde wytrawne wino musujące, ale ten okazał się za barokowy na moje podniebienie. Za dużo wyszukanych niuansów tam było, doceniam wykwintność, ale jednak wolę inne. Albo moją ukochaną hiszpańską Cavę. Choć może to kwestia winogron – ten składał się przede wszystkim z chardonnay, które nie w każdym wydaniu mi podchodzą. Wróciłam do łóżka. Namówiłam Mojego, żeby wycisnął sok z pomarańczy, to zrobimy sobie koktail. Przyniósł mi kieliszek pod prysznic.

Mój noworoczny pomysł, bo postanowień nie robię, który może przerodzić się w nową, świecką tradycję to: przez cały karnawał robić sobie w weekendy mimozę (wino musujące z sokiem pomarańczowym), albo bellini (wino musujące z sokiem, czy raczej musem, brzoskwiniowym). A jeśli się da, to pić je pod prysznicem. A la votre!

Tak dobrze żarło

Już miało być pięknie, już miało być wspaniale, w moich okolicach większość ludzi się zaszczepiła, wiele osób już i trzecią dawką, publiczne miejsca się otwierały, życie społeczne powoli i w maskach, ale wracało do normy. Aż tu cholera przyniosła omikron. Ludzie się zarażają, miejsca się zamykają i zaraz zobaczymy, czy się to jakąś kolejną kwarantanną nie skończy. A skoro o takiej mowa, poniżej obrazek z poprzedniej:

Sąsiadka mojej koleżanki jest nauczycielką przyrody. Ma w domu kilka psów, trochę kotów, chomika lub świnkę morską, może akwarium, pewnie jakiegoś kanarka albo i papugę. Jeden z kotów, wielki rudy przybłęda, dość regularnie sprawia kłopoty wychowawcze. Polegają one głównie na głośnych i natarczywych zatargach z innymi kotami, ale obejmują też terroryzowanie psów, oraz wypróżnianie się od czasu do czasu w okolicach zupełnie do tego nie przeznaczonych. W minionym roku szkolnym zajęcia odbywały się zdalnie, wszystkie przyrodnicze eksperymenty miały miejsce w domu pani od przyrody i przekazywane były uczniom drogą wirtualną. Na wiosnę w planie nauczania była obserwacja wykluwających się piskląt. Nasza bohaterka prowadziła lekcję. Na stole przed kamerą stał inkubator pełen kurzych jaj, już prawie pękających i gotowych do wypuszczenia żółtych kuleczek. Uczniowie po drugiej stronie obserwowali pojawiające się na jajkach rysy. W pewnym momencie nauczycielka usłyszała dziwny odgłos z parteru i, nie będąc pewną, czy to nie jedna z drażliwych sytuacji spowodowanych przez rudego bandytę, przeprosiła klasę i na moment wyszła z pomieszczenia. Gdy przekonała się, że wszystko w porządku, wróciła na górę, gdzie zastała podłogę usłaną kawałkami rozbitego szkła. Między szczątkami inkubatora leżały popękane, teraz już na dobre, skorupki jajek i zszokowane gwałtownym przyjściem na świat, żółte pisklęta. Monitor komputera nie mieścił chaotycznie przesyłanych przez spanikowanych uczniów wiadomości: to rudy kot! Rudy kot zrzucił inkubator! To pani kot! To ten rudy, wielki!

Miłośnikom kotów nie trzeba tłumaczyć, że po sprawcy zamachu w pokoju wykładowym nie było już śladu. Miłośnikom drobiu miło nam donieść, że wszystkie pisklęta przeżyły gwałtowne lądowanie bez szwanku. Kurtyna.

Wycieczka do Miasta

Niecałe trzy dni spędzone w Ogromnym Hamerykańskim Mieście dają mniej więcej tyle wrażeń, co cały czas od marca 2020 spędzony w moim stałym miejscu zamieszkania podczas pandemii. Przyjechaliśmy w środę wieczorem, bo w czwartek rano miałam termin w konsulacie, żeby odnowić paszport. Wjechaliśmy jednym tunelem i niedługo potem, zupełnie niechcący, drugim tunelem wyjechaliśmy. Ponieważ były to godziny szczytu, powrót na wyspę zajął nam trochę czasu, był za to widowiskowy, bo nawigacja poprowadziła nas tym razem przez Brukliński Most.

W Ogromnym Hamerykańskim Mieście przy wejściu do hoteli, restauracji, teatrów, muzeów, galerii – wszędzie, gdzie człowiek spędzi więcej niż kilka chwil – kontrolowane jest świadectwo szczepienia. Trzeba też wchodzić w maseczce, którą zdejmuje się dopiero przy stoliku w restauracji. Gdy zamówiliśmy deser w postaci profiterolek i czekoladowego sufletu, goście przy stoliku obok wpadli w głośny zachwyt, a szczęście odmalowujące się na naszych twarzach skłoniło ich do zamówienia deseru. Na tej podstawie wywiązała się krótka rozmowa, z której dowiedzieliśmy się, że są oni stałymi bywalcami tejże restauracji, że zupa cebulowa, którą pani jadła na pierwsze danie, jest według niej najlepsza w mieście, a w bardzo wielu restauracjach zamawiała już tę zupę. Ma serwis cateringowy – stąd odwiedzanie restauracji to poniekąd jej zawodowy obowiązek. Opowiedziała też, że pamięta swoje przełomowe doświadczenie kulinarne. Była wtedy studentką na stypendium w Wielkiej Brytanii i na kilka dni pojechała do Berlina. Chodząc po mieście trafiła na festiwal potraw różnych i do dziś pamięta tę rzecz, zrobioną chyba z jarzyn, w każdym razie z dużej ilości kiszonej kapusty, kawałków mięsa i kiełbasy. Jakie to było dobre, jak parowało z talerza w mroźny berliński dzień!

Wracając w błogim nastroju z restauracji do hotelu, podziwialiśmy świąteczne dekoracje. Podwójnie świąteczne, bo bożonarodzeniowe pojawiają się tu już z końcem listopada, a teraz wypadły też święta chanukowe, w związku z czym w witrynach i holach można było zobaczyć świeczniki z liczbą zapalonych lampek odpowiadającą kolejnemu dniu świąt. W jednej z alei już z daleka usłyszeliśmy dźwięki bardzo skocznej, dość szybko zbliżającej się muzyki. Po chwili dane nam było zobaczyć jej źródło – czerwona półciężarówka z jasno świecącym, wielkim, stylizowanym świecznikiem na pace. Z wnętrza samochodu, przez otwarte okna wychylali się młodzi chasydzi, krzycząc urbi et orbi: Happy Hannukah! 

świat się zmienia i czas płynie

Kilkunastoletni syn mojej polskiej koleżanki, wychowywany w Londynie i Pradze, zapytał ostatnio, czy żeby odtwarzać dźwięk z kaset magnetofonowych potrzebne było wi-fi. Cóż, świat się zmienia bardziej niż to sobie uświadamiamy.

Moja tutejsza chińska koleżanka poprosiła mnie ostatnio o kilkunastodniową opiekę nad żółwiem. Żółw ma rok i mieszka w specjalnym, obszernym żółwim domu, składającym się z dwóch pomieszczeń. Na czas opieki żółw razem z domkiem przyjechali do nas. Moje zadanie polegało na podaniu gościowi zieleniny, zmianie wody w miseczce, usunięciu zrobionej kupy, zapaleniu specjalnej lampy grzejącej rano i wyłączeniu jej wieczorem. Nic skomplikowanego, ale żeby wiedzieć więcej zajrzałam na strony fachowe. Tam dowiedziałam się, że takie żółwie żyją około 50 lat. Cóż, moja koleżanka będzie musiała znaleźć kogoś, kto się nim zaopiekuje po jej śmierci. Czas też płynie szybciej niż to sobie uświadamiamy.

Bez przebaczenia

Ani jednej mniej!

To faszystowskie szambo wzbiera w jednym z moich krajów od lat. Nie od 2015. Rok osiemdziesiąty, albo osiemdziesiąty pierwszy – ksiądz ogłasza z ambony, że po mszy przed kościołem zbierane będą podpisy przeciwko aborcji. Dziesięcioletnia koleżanka z klasy pyta pełna zapału: – Podpisujemy? – Ja nie podpiszę. – Odpowiadam spokojnie.

Widać jednak wyprali mózgi wystarczającej ilości ludzi bez wyobraźni i sumienia, a teraz zbierają krwawe żniwo. Pani Iza z Pszczyny zapewne nie była pierwsza, która zmarła na skutek chorej katolickiej fiksacji na narządach rodnych kobiet. Bardzo chciałabym jednak, żeby była ostatnia, żeby ten koszmar się wreszcie skończył, żeby pomysłodawcy tej ustawy, jak i głosujące na nią stado chciwych ignorantów udusiło się w pierdlu własnymi rzygami. Subito!!!

Sceny z życia niekoniecznie smoków

Lotnisko w Balicach, samolot Lotu (ach, to piękne, modernistyczne logo!) odleci niebawem do Ogromnego Hamerykańskiego Miasta. Pasażerowie ustawiają się przed bramką. Pierwszeństwo w wejściu na pokład mają osoby z niepełnosprawnościami. Właśnie podaje bilet starsza pani na wózku, a niedaleko stoi pan wsparty na lasce, obok niego na podłodze leży miękka, wypełniona do połowy podróżna torba na ramię. Podchodzi do niego energiczna pani z obsługi i mówi wesoło:

– Gotowy? No to się ładujemy!

Pan schyla się, podnosi torbę, co przychodzi mu z pewnym trudem, być może dlatego, że jednocześnie usiłuje utrzymać laskę w pozycji absolutnie pionowej. Pani energicznie wyciąga rękę:

– Niech mi pan da tę torbę.

– Ale ja tam mam granaty! – Protestuje tubalnym głosem dżentelmen, nie chcąc dopuścić do tego, by kobieta nosiła jego ekwipunek.

Gdyby odezwał się w te słowa nawet i półgłosem na lotnisku po drugiej stronie oceanu, obsługa w mgnieniu oka odprowadziłaby go na bok, rozbroiła torbę, zrobiła rewizję osobistą i szybko prześwietliła ewentualną przeszłość kryminalną oraz potencjalne powiązania z organizacjami o charakterze terrorystycznym. W Balicach usłyszał tylko radosne:

– To poniesiemy je razem! – Po czym pani zarzuciła sobie torbę na jedno ramię, pasażera wzięła pod drugie i spokojnym krokiem wprowadziła na pokład.

Samolot doleciał do miejsca przeznaczenia nie wybuchając.

Poniedziałek

Wracam w poniedziałek z biura, jestem już niedaleko domu, gdy dzwoni telefon. Patrzę – Mój.

– Gdzie jesteś? – Pytam, bo to drugi raz od początku pandemii, że Mój wybrał się do biura i teraz pewnie zapomniał drogi powrotnej do domu.

– Chcesz uratować kota? – Pada wyczerpująca odpowiedź.

– Mamy już trzy koty w domu, nie pamiętasz? – Ale zaraz przychodzi mi do głowy, że pewnie dostał wiadomość, że w okolicy naszego domu jakiś kot potrzebuje pomocy, a on jest jeszcze w biurze i dzwoni do mnie, żebym rozpoczęła akcję ratunkową. – Gdzie jest ten kot? – Pytam.

– Tutaj, w krzewach koło biurowej kafeterii. Są małe kotki. W południe widziałem dwa, ale teraz jest już chyba tylko jeden. To ja przyjadę do domu, weźmiemy transporterek i go zabierzemy.

– Zabierzemy gdzie???

– Do domu. A jutro go odwiozę do schroniska, żeby był bezpieczny i ktoś go zaadoptował.

– Przyjedź najpierw do domu, a potem pogadamy. – Nie podejmuję dyskusji.

Nie ma mowy o przywiezieniu kotka do domu pełnego kotów. Trzeba by go zamknąć w jednym pomieszczeniu odizolowanego od reszty, pewnie w pokoju gościnnym, chociaż nie, to przecież jest dzikie kocię i nie umie korzystać z kuwety, narobi na całą wykładzinę i łóżko, to już lepiej w łazience dla gości, przynajmniej łatwiej będzie potem posprzątać. Co nie zmienia faktu, że zostawiony sam sobie kotek będzie się darł w niebogłosy przez całą noc, a nasza trójka będzie zębami i pazurami usiłowała na przemian wyważyć drzwi lub zrobić podkop, żeby zobaczyć, kto tam jest i dlaczego odizolowany. Rano zaś wstanę świeża i wypoczęta, by pojechać do pracy.

Utwierdzona w postanowieniu, że żadnego kota nie zabieramy, słyszę, że otwierają się drzwi i wchodzi Mój. Rozradowane oko, promieniejąca twarz, cały podekscytowany:

– Zabieraj transporterek, jedziemy ratować kotka!

Widzę, że nie mam szans. Logiczne argumenty będą tu podobnie użyteczne, jak w rokowaniach z talibami. Bez słowa zakładam buty i biorę transporterek. W samochodzie zastanawiam się, co bym wolała: nie znaleźć kotka i mieć święty spokój, czy znaleźć i mieć – patrz powyżej. Poza tym nie wiem, jak moglibyśmy zawieźć go do schroniska, skoro raz już przywieziemy go do domu. W którym są już trzy zżyte ze sobą koty, a każdy nowy dodatek może zaburzyć wystudiowaną równowagę… Mój wyczuwa mój niepokój:

– Denerwujesz się?

– Oczywiście, że się denerwuję. Usiłuję zdecydować, które wyjście jest gorsze – wyjaśniam optymistycznie.

Podchodzimy pod krzewy. Już z dalek słyszę. Wariant z nieznalezieniem kotka odpada. Po chwili widzę wśród liści hortensji niebieskie jeszcze, utkwione we mnie okrągłe oczka. Ale nie podchodzi, a gdy chcemy się do niego zbliżyć, wycofuje się w gąszcz i chowa. Potem znowu się pokazuje i znowu chowa. Czas płynie, zabawa trwa, a mnie zaczyna się chcieć sikać. Jestem wkurzona, że nie pomyślałam o najprostszej rzeczy i nie zabrałam ze sobą kociego smakołyku. Miałam nadzieję, że go może nie znajdziemy… Ale chyba nie jest bardzo głodny, bo w ciągu dnia ktoś przyniósł tam coś do jedzenia i widać też miseczkę z wodą. Podjeżdża samochód. Ogrodnik, zajmujący się posesją. Mówi coś mniej lub bardziej składnie, że też chciał wziąć kotka dla rodziny, a w ogóle to on nie może pozwolić, żeby tu były koty, a potem rzuca coś o rakarzu… Z drugiej strony podchodzi para młodych Azjatów. Też są zainteresowani, zamykam sprawę z ogrodnikiem i zwracam się do nich. Okazuje się, że oboje pracują w tej firmie, co Mój i mieszkają niedaleko. To on przyniósł tu w ciągu dnia krewetki (dzikie kocię karmione krewetkami! To ośmiorniczki odpadają…) i wodę. Czy mają koty? Nie. A czy mieli? – Prowadzę wywiad, jak ośrodek adopcyjny. – On nie, ale ona miała. I bardzo by chciała mieć. Jak tylko usłyszała od niego, że tu jest kotek, od razu wyparzyła z domu, że przecież trzeba go ratować. Taaaaak. Sytuacja przybiera pomyślny obrót. Wyjaśniam, jakie było nasze zamierzenie, ale że bardzo chętnie dam im nasz transporterek, żeby kotka bezpiecznie przynieśli do siebie do domu.

Tyle, że najpierw trzeba go złapać. Ogrodnik chodzi po chaszczach usiłując wypłoszyć maleństwo i nakierować je na czyhającego Mojego. Mój, gotowy do akcji, modli się, żeby kotek mu nie szurnął między palcami i nie uciekł gdzieś dalej. Powoli zapada zmrok. Kotka od czasu do czasu słychać i widać, porusza się w tych krzewach unikając ogrodnika, ale pozostaje poza zasięgiem. Zrezygnowana kucam przy bujnej roślinności i obserwuję. W pewnym momencie widzę pręgowany grzbiecik, blisko, jeśli dobrze wyciągnę ramię, to złapię. Muszę to zrobić błyskawicznie i bezszelestnie. Jest! Łapię i podnoszę do góry, tygrysek wydaje z siebie wrzask przerażenia, ale szybko ląduje w miękko wyścielonym grubym ręcznikiem transporterku. Dziewczyna skacze z radości, facet uśmiecha się, że mu o mało maska nie spadnie, a ogrodnik woła z uznaniem: dobry ruch! Jeszcze przez chwilę czekamy i patrzymy, czy nie pojawi się drugi kotek, bo podobno były dwa, ale nie widzę i nie słyszę rodzeństwa. Ogrodnik daje za wygraną i odjeżdża. Już naprawdę się ściemnia. Jeśli naprawdę jest tam drugi kotek, musimy liczyć na to, że na drugi dzień się ujawni. Biorę transporterek i wręczam go młodym ludziom, gratuluję, życzę szczęścia i radości na nowej drodze życia. Wklepują w telefon link do polecanego przez nas weterynarza, dziękują stukrotnie i wszyscy troje udają się do domu.

Dwa przewidziane przeze mnie złe wyjścia z sytuacji nie były, jak się okazuje, jedynie możliwe. Czego sobie i Państwu częściej w życiu życzę.

Początek końca czasu zarazy.

W naszych okolicach większość ludności jest zaszczepiona, liczba zachorowań spada, władze luzują restrykcje. Niedawno po raz pierwszy od ponad roku byliśmy w restauracji. Personel jeszcze nosił maseczki, goście już nie musieli. Przemiła kelnerka tak przyzwyczajona do werbalnej i niewerbalnej komunikacji z zasłoniętą połową twarzy, uśmiechała się promiennie pięknymi, wielkimi oczami. Nie tylko miła, ale jaka ładna – przeszło mi przez myśl. Gdy odbierała od nas zamówienie, na sekundę poluzowała maseczkę i zobaczyłam jej lekko zadarty nos, usta i brodę jak u co drugiej tutaj białej dwudziestolatki. Ani ładna, ani brzydka, sympatyczna dziewczyna. Po piękności sprzed chwili nie było śladu.

W fabryce zaszczepionych jest dziewięćdziesiąt procent pracowników. Nawet na produkcji, choć z początku wydawało się, że skończy się tam na sześćdziesięciu procentach. Gdy jednak okazało się, że ludzie nie chcą siadać blisko niezaszczepionych, odsuwają się w przejściach na bezpieczną odległość, niektórzy na ich widok znowu zakładają maseczki, liczba zaszczepionych szybko się powiększyła.

Ostatnio byliśmy nawet na milondze (impreza, na której tańczy się tango argentyńskie) w zamkniętym pomieszczeniu. Organizatorka ograniczyła liczbę uczestników, wymagała od wszystkich wcześniejszego przesłania kopii świadectwa szczepienia, niezdejmowania maseczek zasłaniających dokładnie nos i usta, a przy wejściu można było sobie wybrać przypinkę w kolorze niebieskim, oznaczającą gotowość do tańca z różnymi osobami, lub czerwoną, mówiącą, że na razie ograniczamy się do tańca z osobą, z którą przyszliśmy. Bardzo było przyjemnie.