Nie ma co ukrywać, nasze życie towarzyskie ogranicza się do trzech kotów. W każdym razie życie w realu, bo wirtualnie i przez telefon mamy kontakt ze światem: z pracą przez pięć dni w tygodniu, z rodziną i przyjaciółmi przez telefon i ze szkołą tanga argentyńskiego przez zuma.
W normalnych czasach jeździliśmy do mieszczącej się w Wielkim Hamerykańskim Mieście szkoły tanga czasem raz w tygodniu, ale najczęściej o wiele rzadziej. Nasze postępy były więc ograniczone. Gdy prawie rok temu wszystko niemalże z dnia na dzień zamknęli, nastał czas próby. Szkoła tanga wyszła z niej obronną ręką. Dziewczyna, która nią kieruje, wykazała się niezwykłym refleksem, pomysłowością i pracowitością, i z tygodnia na tydzień przestawiła funkcjonowanie swojej taneczno-kulturalno-towarzyskiej instytucji na prężne działanie online. Na początku nikt nie wiedział, jak to będzie przez internet, ale ku wielkiemu zdumieniu uczniów i jeszcze większemu nauczycieli, okazało się, że jak najbardziej, można tańca uczyć się przez ekran! Jasne, że łatwiej, gdy zdalni uczniowie mają w swojej pustelni partnera-kę do tańca i gdy nie są całkowicie początkujący, jednak gdy porównuję nagrania naszych wyczynów z marca z obecnymi, postęp jest bezdyskusyjny.
Gdy nie można pójść nigdzie, nie ma różnicy, z wyjątkiem czasowej, na którym kontynencie się człowiek znajduje. Przez ostani rok regularnie mieliśmy więc zajęcia z nauczycielami logującymi się z Buenos Aires, Berlina i kilku innych miejsc na globie. Nasza Nieustraszona Kierowniczka do lekcji tańca dodała wkrótce wykłady i koncerty online, na Sylwestra zorganizowała 12-godzinny (sic!) program muzyczny z nagraniami współczesnego tanga, który sama poprowadziła, siedząc z kotem na kolanach w pustym studiu tańca w Wielkim Hamerykańskim Mieście. Chcieć to móc, a gdy nic nie jest osiągalnie, osiągalne jest wszystko.