Czas niepokojów społecznych

Z rąk policji w Hameryce co jakiś czas ginie niewinny człowiek. W różnych miejscach, o różnych porach dnia czy nocy, w różnych sytuacjach. Tym, co łączy te wydarzenia, jest kolor skóry zamordowanych.

Od kilku lat w Hameryce mają miejsce demonstracje i protesty przeciwko systemowi, w którym nad poczynaniami policji nie ma wystarczającej kontroli, w którym w policji pracuje zbyt dużo osób mających problem z agresją.

Ostatnio znowu biały policjant zabił czarnego człowieka. Tym razem protesty ogarnęły całą Hamerykę.

Po pokojowych demonstracjach, w Wielkim Hamerykańskim Mieście i wielu innych miastach, doszło do szabru i wandalizmu. W sklepach sąsiadujących bezpośrednio z budynkiem, w którym kiedyś pracowałam, szyby są powybijane, szkło, kamienie, metalowe elementy leżą na ulicy, na wideo można zobaczyć ludzi wchodzących do sklepu przez rozwalone drzwi i wybiegających np. z dwoma pudełkami butów sportowych.

Oglądam zdjęcia z demonstracji. Biali i czarni, kobiety i mężczyźni. Dużo kobiet. Odręcznie zrobione transparenty, napisy na T-shirtach. Black life matters. Czarne życie ma znaczenie. Znaczenie, które istniejący system kontroli nad policją podważa.

Protesty mają znaczenie. Wandalizm to znaczenie podważa.

Czas zarazy 10

Mam zabytkowego kota. Jak bardzo jest zabytkowy, trudno powiedzieć, bo gdy siedemnaście lat temu zamieszkała z nami, była już duża. Nic więc dziwnego, że gdy w zeszłą sobotę przestała jeść, zaczęła nienaturalnie szybko oddychać i wlazła pod łóżko, przestraszyłam się, że czas spędzany wspólnie na tej planecie może właśnie dobiegać końca. Niedziela upłynęła bez zmian, ale miałam okazję zajrzeć jej w ślepia i nie zobaczyłam tam tego, czego się obawiałam. Ponieważ poniedziałek był tu dniem wolnym, na przyspieszoną wizytę u weterynarza dostaliśmy się dopiero we wtorek.

Tutaj wszystko jest jeszcze zamknięte, więc zamiast wejść jak zwykle z kotem do lecznicy, zostawia się go wraz z wypełnionym formularzem, w śluzie, czyli przedsionku, skąd personel lecznicy wnosi pacjenta do środka, podczas gdy personel domowy czeka w samochodzie na telefon od weterynarza. Pogoda była przecudna, wiał lekki wiatr, który przez otwarte okno wniósł upojny zapach czegoś kwitnącego, narkotyczny zapach, który tak dobrze znam, zapach… kwitnących lip! Rozejrzałam się za jego źródłem i w ten oto sposób, po latach bywania w lecznicy, dotarło do mnie, że drzewo rosnące między budynkami, które tak bardzo urosło, że przejść obok niego można już tylko z lewej strony, bo z prawej pień doszedł do ściany, jest przepiękną, dorodną lipą.

Zadzwonił pan doktor. Dzięki zdjęciu rentgenowskiemu wykluczył raka płuc lub ciężką chorobę serca, w badaniu krwi stwierdził stan zapalny. Zwierzyna dostała kroplówkę i długo działający antybiotyk, oraz tabletki na apetyt. Zawieźliśmy obrażoną, ale już o wiele żwawszą pacjentkę do domu, gdzie przez pewien czas była jeszcze na nas odęta. Następnego dnia trzeba było dać jej tabletkę, ale mając doświadczenie z innym kotem, liczyłam, że gdy owinie się ją w warstewkę masła – zrobi taką kulkę średnicy pół centymetra, aplikacja lekarstwa nie powinna nastręczać trudności. Efekt przeszedł moje oczekiwania. Bestia, która normalnie nie tyka niczego podawanego z ręki i w ogóle niespecjalnie lubi spoufalanie się, gdy akurat nie ma na to ochoty, przytrzymana przez Mojego i nakarmiona maślaną kulką z lekarstwem przeze mnie, zaczęła się z wielkim smakiem oblizywać. Przez kolejne dni bardzo chętnie jadła tabletkę dwa razy dziennie, za każdym razem widocznie doceniając jej maślany aromat. To trochę tak, jakby mnie, albo Mojego na siłę karmić czekoladą.

Czas zarazy 9

W zeszłym tygodniu czara się przepełniła, względnie włosy urosły mi tak bardzo, że trafił mnie szlag i sięgnęłam po maszynkę. Zakładałam, że ładnie obetnę sobie boki, czubek głowy i to, co inni ludzie noszą jako grzywkę. Wątpliwości budzić mogła jedynie praca nad tyłem głowy. Ponieważ znam siebie, widziałam, że gdy dojadę tam z kosiarką i coś pójdzie nie tak, dostanę szału w wyniku którego nie tylko mój własny wygląd, ale i bezpieczeństwo otoczenia stanie pod znakiem zapytania. Nie chcąc więc dokładać rodzinnej awantury do ryzykownej sytuacji na swej głowie, uprzedziłam Mojego, co do moich zamiarów i że najprawdopodobniej za chwil kilka będę w panice wołać go na ratunek. Obiecał przyjść z odsieczą tak fryzjerską, jak i mentalną.

Uspokojona zabezpieczonym odwrotem sięgnęłam po youtuba, żeby obejrzeć sobie ze dwa filmiki wyjaśniające, jak się zabrać do rzeczy. W związku z panującą izolacją jest ich od groma, faceci radzą facetom, niektóre filmiki zawierają profesjonalne wskazówki jak obchodzić się z maszynką, żeby nie wygryźć sobie dziur, a uzyskać pożądany efekt. Wzbogacona o wiedzę teoretyczną poczułam już nie tylko determinację (niech się dzieje co chce, ja się tych kudłów muszę pozbyć!!!), ale i wiarę w powodzenie desperackiego, zdawałoby się, przedsięwzięcia.

Jak przewidywałam, boki i góra głowy poszły dobrze. Czas na tył. Stojąc tyłem do dużego lustra usiłuję zgrać manewrowanie mniejszym lusterkiem, które trzymam w lewej ręce, z maszynką, którą operuję ręką prawą. Niby mam wieloletnie doświadczenie z czasów, kiedy jeszcze farbowałam włosy, ale nakładanie farby na potylicę, a golenie karku to jednak są dwie różne czynności. Mój stoi w drzwiach łazienki, spokojny, zrównoważony i gotowy do czynu. Powiedział, że mnie uratuje, więc jest. No to czemu ma stać bezczynnie i potęgować moje zdenerwowanie? Niech tnie! Usiadłam na taborecie i skupiłam się na powstrzymywaniu się od nerwowych pytań, cennych wskazówek i niezbywalnych komentarzy. Mój, gdy obieca, że coś zrobi, to przeważnie zrobi to dobrze, jeśli tylko mu nie przeszkadzać. Tak było i tym razem. Na końcu musieliśmy uzgodnić długość, czy raczej krótkość ostateczną włosów z tyłu na górze głowy, tam gdzie mam wicherki. W końcu się udało. Zadowoleni z owocnej współpracy, której efektem był mój nienaganny wygląd, pogratulowaliśmy sobie i zabrali się do sprzątania niezwykle owłosionej łazienki.

Czas zarazy 8

W zeszły czwartek bardzo silnie wiało. Pozrywało dachówki z wielu domów i poprzewracało co lżejsze elementy ogrodowe. Koledze z pracy, a jakże, również pracującemu teraz na odległość, przyszło akurat do głowy, że już dawno nie ruszał swojego pick-upa (jest to okropny, wielki, biały diesel, śmierdzący tak, że trzeba zamykać okna, jeśli zdarzy się za nim jechać). Postanowił zrobić sobie krótką przerwę w pracy, wsiadł, włączył silnik, dookoła rozniósł się smród, wyjechał na ulicę, by już po kilkuset metrach natknąć się na obstawiony pachołkami wiatrołom, droga była zablokowana. W innych okolicznościach przyrody wróciłby z piłą łańcuchową (którą, a jakże, również posiada), pociął drzewo i usunął przeszkodę, ale że trzeba było wracać przed komputer, a poza tym był w piżamie, darował sobie to altruistyczne działanie.

Rozmawiałam z sąsiadką, która jest Chinką i śledzi tamtejszy internet. Mówi, że odkąd pamięta, jeszcze takiego wkurzenia w społeczeństwie nie widziała. Oczywiście, wszystko jest cenzurowane, ale i tak daje się zobaczyć wrogie władzy treści, zanim zostaną z prywatnych stron internetowych usunięte. I tak widziała mieszkańców jednego z odwiedzanych przez któregoś dygnitarza miast, jak stojąc na dachach domów wygrażają i krzyczą: kłamcy! kłamcy! Powiedziała, że między innymi gigantyczne zaniżanie podawanych przez władze liczb zmarłych na koronawirusa powoduje tę wściekłość. Mówiła, że nie zdziwiłaby się, gdyby liczba ofiar śmiertelnych w Chinach była nawet dziesięciokrotnie wyższa, niż oficjalnie podawana.

Wieczorem słuchałam wykładu profesora wirusologii ze szpitala uniwersyteckiego w Wielkim Hamerykańskim Mieście. Mówił, że szczepionka przeciwko temu dziadostwu powinna być gotowa pod koniec tego roku. No, a potem to kwestia dystrybucji.

Czas zarazy 7

Kuzynka mojej przyjaciółki jest Argentynką. Pod koniec zeszłego roku stwierdziła, że jeśli nie teraz, to kiedy? Przeliczyła oszczędności, zwolniła się z pracy, wynajęła swoje mieszkanie i ruszyła w roczną podróż dookoła świata. Po kilku miesiącach czas zarazy zastał ją w odciętej od świata wiosce, gdzieś w Azji południowo-wschodniej. Podróż do najbliższego miasta z czynnym lotniskiem, oferującym jeszcze loty międzykontynentalne, trwała kilka dni. O tym, jak kupowała bilety, a następnie nadaremnie czekała na kolejne, jeden po drugim odwoływane samoloty, będzie opowiadać wnukom. W końcu się udało. Wróciła do Buenos Aires, gdzie nie miała teraz pracy, jej mieszkanie zajęte było przez obcych ludzi i nie należało bez wyraźnego powodu pętać się po ulicach. Koczuje teraz kątem u rodziców.

Mój kolega z pracy pochodzi z Indii, ma żonę dentystkę z tego samego kraju i dwuletniego, urodzonego w Hameryce synka. W drugim tygodniu marca mieli lecieć odwiedzić rodziną na subkontynencie, ale gdy zaczęły się pogłoski o pandemii, mój kolega, będący w ostatniej przed zamknięciem wszystkiego podróży służbowej, anulował bilety. W Indiach rodzina ma jednak wiele do powiedzenia. Otóż szwagier kolegi, który jest od niego starszy, miał silniejszą kartę i szybko kupił bilet dla siostry i małego, która zabrała dziecko i poleciała na krótką wizytę. Zaraz potem zamknięto granice. Wizyta u rodziny potrwa przynajmniej do końca czerwca, ale przecież nikt nie wie na pewno, jak długo. Mój kolega usiłuje zachować spokój i pogodę ducha. Mieszkając w pobliżu biura dostał pozwolenie od szefa i może przychodzić i pracować z zamkniętego pomieszczenia, żeby, w ciągu dnia przynajmniej, nie chodzić w pustym mieszkaniu po ścianach.

Moja, pochodząca z Polski, znajoma pracowała w aptece w pewnej, gęsto zasiedlonej przez imigrantów z Polski, dzielnicy Nowego Jorku. Gdy dotarła tu zaraza, kierownik apteki zrobił sobie test na koronawirusa, który wyszedł pozytywnie. Nie zrażony tym człowiek nadal przychodził do pracy. Za to moja, należąca do grupy ryzyka, znajoma, profilaktycznie przestała.

Czas zarazy 6

Siedzimy sobie przy obiedzie, oboje pracując teraz z domu mamy ten staroświecki komfort codziennego jadania razem obiadów, aż tu słychać straż pożarną. Chwilę wcześniej mieliśmy burzę z piorunami, możliwość, że ognisty, albo też kulisty, w coś trafił i się zajarało, nie była taka znowu absurdalna. Syrena staje się coraz głośniejsza, zaraz wjadą nam do pokoju. Wstaję i idę do okna wychodzącego na ulicę. Oto pod naszym domem przejeżdża właśnie kolumna sześciu wozów strażackich na ogłuszającym sygnale, eskortowana przez dwa wozy policyjne, również na sygnale. Zanim zdążyłam się jednak na poważnie zaniepokoić, że dobra któregoś z naszych sąsiadów stanęły w płomieniach, dostrzegłam sznureczek samochodów osobowych ciągnących zaraz za policją, umajonych kolorowymi balonikami i lśniącymi girlandami. Urodziny!

Teraz nie można robić imprez i gości do domu wpuszczać, w podmiejskiej Hameryce pojawił się więc nowy sposób obchodzenia uroczystości rodzinnych – krewni i znajomi przejeżdżają udekorowanymi samochodami przed domem królika, trąbiąc, wykrzykując życzenia pomyślności nie wychodząc z samochodów, w celu zachowania bezpiecznej odległości. Jak widać pojawiła się też opcja delux ze strażą pożarną i policją w ramach uświetniania. Nic się nie pali, wszyscy siedzą w chałupach i pilnują, przestępczość spadła, policja i służby się nudzą, to czemu nie mieliby się przejechać na dzikim sygnale tempem spacerowym przez spokojne osiedle? Najlepszego!

Czas zarazy 5

Moje znajome małżeństwo, w wieku krótko przedemerytalnym, prowadzi firmę rodzinną. To znaczy teraz właśnie nie prowadzi, bo działalność została zawieszona. Siedząc w domu, zajmują się przygotowaniami do chwili, gdy normalne funkcjonowanie znowu będzie możliwe. W międzyczasie wymyślają różne scenariusze. Umysł mojej znajomej nigdy nie śpi, wręcz przeciwnie, w nocy, nie zajęty codziennymi sprawami, staje się wyjątkowo kreatywny. Nic dziwnego, że już wczesnym rankiem pragnie podzielić się ze swoim mężem tym wszystkim, co przemyślała w ciągu nocy. Gdy jeździli do biura, nie było na to czasu – rano zbierali się i wyruszali do pracy. Teraz spędzają w domu cały dzień, nic więc nie stoi na przeszkodzie, żeby już wczesnym rankiem zacząć rzeczową rozmowę. Kłopot polega na tym, że mózg mojego znajomego nie jest gotowy do błyskotliwych dyskusji zaraz po obudzeniu.

– Czasem po prostu wsiadam w samochód żeby pojeździć sobie trochę tam i z powrotem. To daje mi czas, potrzebny na przygotowanie się do wymiany myśli z moją żoną.

W tym tygodniu ich mieszkająca w Wielkim Hamerykańskim Mieście córka ma urodziny. W związku z zakazem spotkań i groźbą zakażenia, ukuli następujący plan świętowania: rodzice przygotują jej ulubione danie, tak, jak robili to w normalnych czasach. Następnie, bladym świtem, nim robotnicy wstaną, zawiozą garnuś do miasta i zostawią jej pod drzwiami. Z drugim garnusiem podjadą jeszcze i do syna, który również mieszka w mieście i jemu zostawią garnuś pod drzwiami. Wieczorem zaś wszyscy czworo spotkają się na platformie wirtualnej i widząc się na monitorach tudzież słysząc przez głośniki, zjedzą kolację, wszyscy razem to samo danie, tak, jak miało to miejsce każdego innego roku. Dożyliśmy absurdalnych czasów.

Czas zarazy 4 – zaraza w Wielkanoc

Gdy byłam nastolatką, serdecznie nienawidziłam chodzenia z koszyczkiem do kościoła w Wielką Sobotę. Ponieważ łaska wiary została mi odebrana w bardzo młodym wieku, obrządek ten był dla mnie wyrazem hipokryzji. Przez kilka lat awanturowałam się bezskutecznie o prawo niechodzenia z baranem, aż wreszcie odetchnęłam z ulgą, gdy zostałam z tego upierdliwego obowiązku zwolniona.

Tak sobie dzisiaj myślę, że w Polsce jest wiele młodych osób, dla których odgórnie narzucona niemożność pójścia wczoraj z koszyczkiem do święcenia, była, nomen omen, błogosławieństwem.

Czas zarazy 3

Mieszkamy w ładnym, jasnym domu. Zawsze mi było żal, że tak mało czasu w nim spędzam, bo praca, bo tańce, bo wyjścia w Wielkim Hamerykańskim Mieście, do którego dojazd zająć może i pół wieczności, do Zaczarowanego Ogrodu trzeba pójść, ze znajomymi się spotkać… Aż nadeszła zaraza i wszystko, łącznie z biurem, zamknęli. Pracuję teraz siedząc przy biurku w moim pokoju, za plecami mam Mojego przy laptopie, na obiad spotykamy się w naszej kuchni, a wieczory spędzamy w salonie. W weekendy jesteśmy w domu. Odpadają dojazdy do pracy, czyli w moim przypadku półtorej godziny dziennie. Dłużej śpimy. Więcej czytam.

Tak sobie niestandartowo, bo w czwartek w południe, wieszałam pranie i spoglądając przez okno podziwiałam kwitnące drzewa. Ach, jak pięknie być teraz w domu! I w uszach zabrzmiała mi kwestia Pani Dulskiej w wykonaniu Anny Seniuk w Teatrze Telewizji:

„Dla kobiety nie ma jak dom, zawsze to powtarzam i powtarzać będę.”

Tutaj powinnam napisać: kurtyna, ale nie napiszę, bo słysząc Dulską w swojej głowie roześmiałam się tak głośno, że aż Mój zaczął się z sąsiedniego pomieszczenia dopytywać, co mnie tak rozbawiło? No, w sumie, to w ogóle nie jest śmieszne.

Czas zarazy 2

W czwartek pojechałam do sklepu. Chcąc uniknąć spotkania z tłumem ludzi, wybrałam się tam przed dziewiątą wieczorem. Gdy zajechałam na parking zobaczyłam, że na ten pomysł wpadło więcej ludzi. Miałam dość długą listę zakupów i zamiar przebywania w sklepie najkrócej jak się da. Wchodząc sięgnęłam po chustki odkażające, oferowane w automacie przy wejściu. Wytarłam uchwyt wózka i po drodze jeszcze sięgnęłam po odkażający żel do rąk oferowany w pojemniku trochę dalej.

Pierwszą rzeczą, która wylądowała w wózku, były ziemniaki. śmiać mi się trochę chciało, ale przecież wiadomo, że jak są ziemniaki, to jest jedzenie. Planowanych pomidorów, ogórków, papryki i czosnku już nie dostałam. Widać cała okoliczna populacja robi gazpacho. Sałatę wzięłam opakowaną i zapudełkowane kiełki rzeżuchy tak się do mnie witaminowo uśmiechały. Serów wszelkich było pod dostatkiem, ale za mlekiem musiałam się już dobrze rozglądać. Półki z makaronem jak te w Polsce w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, czyli puste. W ogóle nie było też, co bardzo mnie zdziwiło, tofu. Widać weganie zrobili już zapasy na następne pół roku. No i sekcja z artykułami do sprzątania, czyszczenia i odkażania świeciła pustkami. W pobliżu kasy wystawione pudełka z jednorazowymi rękawiczkami. Wszystkie inne rzeczy na mojej liście znalazłam bez problemu (nie kupuję mięsa, więc zupełnie nie wiem, co było, a czego nie było w tamtej części sklepu). Kolejki były przy każdej otwartej kasie (a otwartych było tylko kilka, położonych daleko od siebie, żeby ludzi za bardzo do siebie nie zbliżać) i posuwały się bardzo powoli, bo taśmy odkażane są po każdym kliencie. No a klienci, kupując hurtowe ilości płatków śniadaniowych na przykład, zupełnie nie pomagają w sprawnym przesuwaniu się ogonka. Na stronie internetowej sklepu przeczytałam co prawda, że będą zwracać uwagę ludziom ładującym wiele opakowań jednego i tego samego towaru do wózka, ale kobiecie przede mną, kupującej jak dla wojska, nikt nic nie powiedział. Może dlatego, że było to chwilę przed zamknięciem. I tu nowość – supermarket ten w normalnych czasach był otwarty 24 godziny 7 dni w tygodniu. Teraz otwierają o siódmej rano i zamykają o dwudziestej drugiej. Już samo to wywołuje u wielu, przyzwyczajonych do absolutnego luzu zakupowego, ludzi, odruch paniki.

Obiektywnie rzecz biorąc, zakupy odbyły się normalnie (jeszcze jedno odkażanie rąk przy wyjściu, a potem drugi raz w samochodzie), większość rzeczy dostałam, jeżeli nie tej marki, którą zawsze kupuję, to innej, ale obyło się bez dramatycznych braków. Tym niemniej fakt, że w tym kraju dużowszystkości czegokolwiek może po prostu nie być, wywołał nieprzyjemne wspomnienia z wczesnej młodości po drugiej stronie oceanu, gdy na półkach była li tylko herbata i ocet. Fakt ten wywiera zresztą też duże wrażenie na Hamerykanach, którym brak makaronu i papieru toaletowego nagle zmazuje zwykle szeroki uśmiech z twarzy. Wszyscy są dalej uprzejmi i cierpliwi, ale da się odczuć napięcie.

W sobotę zaś dostaliśmy relację od sąsiadów z tego, jak wyglądają zakupy w czasie weekendu. Przed otwarciem supermarketu o godzinie siódmej rano kolejka około sześćdziesięciu osób ustawiona przed wejściem. W środku brak wybranych produktów i tym razem działająca reglamentacja – nie brać więcej niż jedno opakowanie produktu. Z małymi wyjątkami można dostać, co potrzeba, ale dziury w zaopatrzeniu, kolejki do niewielu otwartych i stale odkażanych kas przypominają, że nie mamy do czynienia z normalną sytuacją.