W czwartek pojechałam do sklepu. Chcąc uniknąć spotkania z tłumem ludzi, wybrałam się tam przed dziewiątą wieczorem. Gdy zajechałam na parking zobaczyłam, że na ten pomysł wpadło więcej ludzi. Miałam dość długą listę zakupów i zamiar przebywania w sklepie najkrócej jak się da. Wchodząc sięgnęłam po chustki odkażające, oferowane w automacie przy wejściu. Wytarłam uchwyt wózka i po drodze jeszcze sięgnęłam po odkażający żel do rąk oferowany w pojemniku trochę dalej.
Pierwszą rzeczą, która wylądowała w wózku, były ziemniaki. śmiać mi się trochę chciało, ale przecież wiadomo, że jak są ziemniaki, to jest jedzenie. Planowanych pomidorów, ogórków, papryki i czosnku już nie dostałam. Widać cała okoliczna populacja robi gazpacho. Sałatę wzięłam opakowaną i zapudełkowane kiełki rzeżuchy tak się do mnie witaminowo uśmiechały. Serów wszelkich było pod dostatkiem, ale za mlekiem musiałam się już dobrze rozglądać. Półki z makaronem jak te w Polsce w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, czyli puste. W ogóle nie było też, co bardzo mnie zdziwiło, tofu. Widać weganie zrobili już zapasy na następne pół roku. No i sekcja z artykułami do sprzątania, czyszczenia i odkażania świeciła pustkami. W pobliżu kasy wystawione pudełka z jednorazowymi rękawiczkami. Wszystkie inne rzeczy na mojej liście znalazłam bez problemu (nie kupuję mięsa, więc zupełnie nie wiem, co było, a czego nie było w tamtej części sklepu). Kolejki były przy każdej otwartej kasie (a otwartych było tylko kilka, położonych daleko od siebie, żeby ludzi za bardzo do siebie nie zbliżać) i posuwały się bardzo powoli, bo taśmy odkażane są po każdym kliencie. No a klienci, kupując hurtowe ilości płatków śniadaniowych na przykład, zupełnie nie pomagają w sprawnym przesuwaniu się ogonka. Na stronie internetowej sklepu przeczytałam co prawda, że będą zwracać uwagę ludziom ładującym wiele opakowań jednego i tego samego towaru do wózka, ale kobiecie przede mną, kupującej jak dla wojska, nikt nic nie powiedział. Może dlatego, że było to chwilę przed zamknięciem. I tu nowość – supermarket ten w normalnych czasach był otwarty 24 godziny 7 dni w tygodniu. Teraz otwierają o siódmej rano i zamykają o dwudziestej drugiej. Już samo to wywołuje u wielu, przyzwyczajonych do absolutnego luzu zakupowego, ludzi, odruch paniki.
Obiektywnie rzecz biorąc, zakupy odbyły się normalnie (jeszcze jedno odkażanie rąk przy wyjściu, a potem drugi raz w samochodzie), większość rzeczy dostałam, jeżeli nie tej marki, którą zawsze kupuję, to innej, ale obyło się bez dramatycznych braków. Tym niemniej fakt, że w tym kraju dużowszystkości czegokolwiek może po prostu nie być, wywołał nieprzyjemne wspomnienia z wczesnej młodości po drugiej stronie oceanu, gdy na półkach była li tylko herbata i ocet. Fakt ten wywiera zresztą też duże wrażenie na Hamerykanach, którym brak makaronu i papieru toaletowego nagle zmazuje zwykle szeroki uśmiech z twarzy. Wszyscy są dalej uprzejmi i cierpliwi, ale da się odczuć napięcie.
W sobotę zaś dostaliśmy relację od sąsiadów z tego, jak wyglądają zakupy w czasie weekendu. Przed otwarciem supermarketu o godzinie siódmej rano kolejka około sześćdziesięciu osób ustawiona przed wejściem. W środku brak wybranych produktów i tym razem działająca reglamentacja – nie brać więcej niż jedno opakowanie produktu. Z małymi wyjątkami można dostać, co potrzeba, ale dziury w zaopatrzeniu, kolejki do niewielu otwartych i stale odkażanych kas przypominają, że nie mamy do czynienia z normalną sytuacją.