Czas zarazy, czy też świadomość jej bliskości, zastała mnie na targach w Brzoskwiniowym Mieście. Gdy wyjeżdżałam, miałam, co prawda bardzo odległą, obawę, że w czasie mojego tam pobytu mogą wprowadzić kwarantannę i ugrzęznę daleko od domu, sprawy nie wyglądały jednak aż tak poważnie. W miarę upływu dni stawało się coraz bardziej jasne, że coś jednak jest nie w porządku. W czwartek dostaliśmy maila z biura, że mamy się tam przez najbliższy czas nie pokazywać, tylko pracować z domu. Jakby ktoś chciał coś z pracy zabrać, albo tam zostawić, nasze karty wejścia uaktywnione są na godziny weekendowe. Wieczorem w niedzielę zaś przyjdzie ekipa i odkazi biuro po naszym tam pobycie. Gdy w piątek wylądowaliśmy w Wielkim Hamerykańskim Mieście, może nie chciałam na lotnisku ziemi całować, ale bardzo mi ulżyło.
Przyjechałam do domu, dzień był przepiękny. Mój zrobił w czwartek zakupy (w sklepie już wtedy wykupili makaron i niektóre inne artykuły, ale to, co chciał, dostał bez problemu) i wieczorem mieliśmy iść na tańce, w sobotę do znajomych, w poniedziałek miałam zaplanowane zajęcia jogi, a przyszły weekend chcieliśmy sobie przedłużyć wyjeżdżając na kilka dni na biegówki. W związku z tym wyjazdem miałam co prawda wątpliwości, no bo jak zawieszą loty, to ugrzęźniemy, ale miejscowe plany towarzyskie tym ryzykiem nie były obciążone. A potem zaczęłam śledzić wiadomości z kraju i ze świata. Po tym zaś, jak odebrałam wideo-wiadomość od byłej koleżanki z klasy, która jest lekarką i bardzo poważnie prosi ludzi, żeby siedzieli w domu i nie stanowili zagrożenia dla ludzi starszych i z obniżoną odpornością, bo takich jest o wiele więcej niż respiratorów w najlepiej nawet funkcjonującym systemie służby zdrowia (a ani hamerykański, ani polski do takich, oględnie mówiąc, nie należą), stwierdziłam, że nie ma się co baranić, tylko trzeba usiąść na tyłku. Zeszłam na dół do Mojego i zakomunikowałam, że wycofujemy się z życia towarzyskiego na najbliższy czas. Poodwoływaliśmy wizyty i wyjazd, a w kilka godzin później okazało się, że w Hameryce wprowadzają stan wyjątkowy i już w ogóle nic się i tak nie odbywa.
Wczoraj był pierwszy dzień pracy z domu. Oszczędzamy na benzynie, oszczędzamy na wyjściach do knajp, na tańcach i oszczędzamy czas dojazdu wszędzie (średnio półtorej godziny dziennie). Oboje z Moim jesteśmy cały dzień w domu, bez innych niż wirtualne kontaktów z ludźmi. Nasz starożytny kot nie może wyjść z podziwu, że nigdzie nie znikamy. Jestem o wiele mniej fizycznie zmęczona i już wiem, że muszę przedłużyć moje codzienne spacery na świeżym powietrzu, żeby móc lepiej spać. Szkoły są pozamykane i bardzo wiele osób pracuje z domu. Najbardziej zadowolonymi mieszkańcami mojej okolicy są psy, na okrągło wyprowadzane teraz na spacery. Dzieci bawią się na polu* jak za mojego dzieciństwa, samochody stoją pod domami, bo nie ma żadnych zajęć pozalekcyjnych, na które trzeba je przez cały czas wozić. Planeta oddycha z ulgą. Kto nie oszczędza, a wręcz przeciwnie, znalazł się w kłopocie, to właściciele małych firm, artyści, restauratorzy i nauczyciele tańca. Trzeba im teraz pomóc.
- Oboczność południowopolska