Lycorma delicatula

Dawno temu, po drugiej stronie oceanu, na liściach ziemniaków żerowała stonka. Dzieci, zaopatrywane w słoiki, wychodziły całymi klasami na pola, by zbierać szkodniki. W tym czasie nikt już nie wierzył w mroczną legendę o Hamerykanach zrzucających stonkę z samolotów na socjalistyczne pola, ale pamięć o tych propagandowych bzdurach była równie żywa, co legenda o czarnej wołdze. W którą też już (prawie) nikt nie wierzył.

Minęło czasu mało-wiele, ówczesna uczennica szkoły podstawowej, na skutek wielu zbiegów okoliczności, znalazła się w Hameryce. Pewnego wyjątkowo, tak tutaj, jak i w Europie, upalnego lata, zauważyła latająco-skaczące, wcześniej tu niewidywane, kolorowe owady. Gdy kupowała warzywa w gospodarstwie ekologicznym, w oczy rzuciła jej się plansza ze zdjęciami tychże owadów, opisanymi jako zawleczony z Dalekiego Wschodu gatunek inwazyjny. Przeprowadzone w Internecie dochodzenie wykazało, że owi skacząco-latający przybysze, na skutek wysokich temperatur i braku naturalnych wrogów w tej części świata, w ciągu ostatnich kilku lat zatracili całkowicie umiar w rozmnażaniu się. Składają jaja na pniach drzew, a ich larwy następnie te drzewa niszczą. Nie tylko drzewa zresztą, winorośl też nie jest przed nimi bezpieczna.

Przerwa obiadowa, piękna pogoda, siedzimy na patio przy biurze. Po oparciu krzesła naprzeciwko chodzi jeden z najeźdźców. Dochodzi do jednego końca, w poszukiwaniu ciągu dalszego drogi macha przednią parą odnóży, drogi nie ma, bo oparcie opada pionowo w dół, owad się odwraca i zmierza w kierunku przeciwnym. Dochodzi do drugiego końca oparcia, macha przednimi odnóżami, znowu nic nie znajduje, odwraca się i lezie z powrotem, po czym historia się powtarza.

– I taki niekompetentny robal ma stanowić zagrożenie dla ekosystemu? – Zastanawia się nasz grafik komputerowy.

Cóż, pojedynczo nie wyglądają na groźne. Ale gdy w kilkanaście dni później, przy obiedzie na świeżym powietrzu, owe latające i skaczące niezgraby w hurtowych ilościach odbijają się człowiekowi od czoła i wpadają do talerza, sytuacja przestaje być śmieszna.

P.S. Idźcie 13-tego na wybory, bo jeszcze wam każą stonkę do słoików zbierać.

święto pracy w Hameryce

W Hameryce święto pracy jest we wrześniu. O pierwszym maju nikt tu nie myśli. Może się to wydać dziwne, jeśli wziąć pod uwagę, że pierwszy dzień maja został świętem na pamiątkę masowych strajków w Chicago w tym właśnie dniu roku 1886. Cóż, strach przed międzynarodówkami był w tym kraju ogromny, a Makkartyzm ciągle się jeszcze tubylcom, w formie straszenia abstrakcyjnym „socjalizmem”, zwłaszcza w okresie wyborczym, czkawką odbija. Dlatego mówiąc „Labor Day” mamy tu na myśli pierwszy poniedziałek września, dzień wolny od pracy.

W długi ten weekend Hamerykanie oficjalnie ogłaszają koniec wakacji, zamykają baseny i udają się na grilla. W minioną sobotę wsparliśmy tę świecką tradycję i pojechali na grilla do znajomych zamieszkałych godzinę drogi na południe od nas. Czyli niedaleko. Początek niezobowiązującej imprezy ogródkowej wyznaczony był na godzinę piętnastą. Wyruszyliśmy z domu o szesnastej i to wcale nie dlatego, że moje ciasto nie było gotowe! Przybyliśmy na miejsce i okazało się, że oprócz gospodarzy nikogo z obecnych nie znamy, bo nasze kręgi towarzyskie jeszcze nie dotarły. Cóż, kto późno zaczyna, później kończy i impreza, którą otwierały białe hamerykańskie dzieci i starcy wczesnym popołudniem, zakończona została przez cudzoziemców i gejów nie tak bardzo wczesną nocą.

Ognisko, które po zachodzie słońca zostało, na życzenie gości, rozpalone, sprowokowało rozmowy wesołe, ale i poważne. Na przykład na temat podziałów politycznych:

– Ja z moimi braćmi o polityce nie rozmawiam. Wspierają mnie jako członka rodziny, ale głosują na Republikanów. Tylko, że po tych wszystkich hecach i nagonkach na wszelkie mniejszości, w tym moją, urządzanych przez obecnego, pożal się boże, prezydenta, jak w nadchodzącej kadencji na niego zagłosują, to chyba jednak w ogóle przestanę z nimi rozmawiać. Bo to jakby pluli mi w twarz.

Inny głos:

– Ojciec mojej matki (znamienne, że nie użył słowa „dziadek”), był w KuKluxKlanie. Ona jest dumna z tradycji rodzinnych. Gdy dowiedziała się, że wolę facetów, próbowała wyrzucić mnie z domu. Nie zrobiła tego, bo ojciec, który jest od niej o wiele lat starszy, powiedział: jak go wyrzucisz, to ty też możesz się pakować. No i zostałem. Ale dzisiaj nie utrzymuję z nią kontaktu.

Piszę o Hameryce, a jakbym o Polsce pisała.

Czego nie robi się dla dzieci

Nasi Znajomi wybierają się na wakacje z wszystkimi swoimi dorosłymi dziećmi, w liczbie czterech sztuk, z których dwie mają swoje rodziny, więc wszystkiego zbiera się jedenaście osób. Nie jest to może wyprawa do Bieguna Północnego (patrz Kubuś Puchatek), ale biorąc pod uwagę, że spędzą tydzień w wynajętym domu nad morzem, a większość uczestników wyjazdu dociera tam drogą lotniczą, czytaj – limit bagażu, Nasi Znajomi nabyli drogą kupna, nie licząc się z kosztami, bagażnik, aby móc zabrać ze sobą wszystko to, czego nie mogą zabrać inni. W bagażniku tym mogliby spokojnie zmieścić się Nasza Znajoma, Nasz Znajomy i pewnie jeszcze mieliby czym oddychać. Pokaźnych ten rozmiarów element został zamocowany na dachu ich niemałej wielkości samochodu.

Pewnej nocy, około godziny drugiej, ze spokojnego snu wyrwał ich dźwięk telefonu. To jedna z córek, ta, która mieszka sama w Wielkim Hamerykańskim Mieście. Jest właśnie w lecznicy z psem i lekarz radzi go uśpić. (Pies ma już dużo, albo i trochę więcej lat, korowody z nim są od dawna – a to atak padaczki, a to jakieś inne drgawki, piana z pyska, a przecież nie wściekły, bo szczepiony, utrata przytomności, konieczne podawanie kroplówki, zastrzyki itd. Można sobie wyobrazić, że weterynarz, pełniący akurat nocny dyżur w lecznicy stracił cierpliwość i postanowił postąpić wbrew swojemu finansowemu interesowi, a za to pewnie w interesie psa.)

– Przyjedziesz? – Pyta córka Naszego Znajomego przez łzy.

– No, a co mam zrobić?

Ubrał się i w pół godziny później był w lecznicy, by wesprzeć swą nieutuloną w żalu latorośl. Po trzeciej w nocy wyszli i pojechali do mieszkania córki, marząc tylko o tym, żeby się wreszcie położyć. Gdy wjeżdżali do płatnego garażu, usłyszeli Tajemniczy Niespotykany Dźwięk, o którym, gdyby nie fakt, że byli w miejscu zadaszonym, można by spokojnie powiedzieć, że dochodził z nieba. Niepewni, czy to kilkupiętrowy budynek zaraz zwali im się na głowę, czy też to Siła Wyższa pragnie im coś bezpośrednio przekazać (ostatecznie jest tylu ludzi utrzymujących, że mają objawienia w kuchni albo pokoju telewizyjnym, dlaczego oni mieliby być gorsi i dlaczego nie w publicznym garażu?) Ponieważ jednak żaden gorejący krzew się przed nimi nie pojawił, Nasz Znajomy zatrzymał samochód, wysiadł i zobaczył… drantkę (wyrażenie gwarowe, oznacza pewnej grubości pręt, najczęściej w położeniu poziomym) która wisi przy wjeździe do garażu, informującą, jaki jest limit wysokości dla pojazdów. Drantka spoczywała spokojnie na kilka dni temu zamocowanym bagażniku. Nie było rady – podjechali kawałek dalej, znosząc jeszcze przez moment Niespotykany Dźwięk, który teraz już nie tyle był tajemniczy, co bolesny.

Przy wyjeździe z parkingu wisi identyczna drantka, na tej samej wysokości. Żeby stąd wyjechać, nie niszcząc bagażnika do reszty, trzeba go zdjąć z dachu. W ciągu dnia, gdy w garażu jest ruch, można zapomnieć o takiej operacji. Trzeba to zrobić teraz – zdjąć bagażnik, przejechać pod drantką, wrócić po bagażnik, przenieść go jak czółno (dobrze, że są tu we dwójkę), zamontować bagażnik z powrotem i poszukać miejsca do parkowania na ulicy. Jutro, nie, już dzisiaj, trzeba przecież iść do pracy.

Podziękowania

Przynajmniej mamy to na piśmie. Teraz już nikt nie może się wyłgać, że to nieporozumienie, błąd, wypaczenia i sprawy należące do przeszłości. Dziękujemy kościołowi katolickiemu w Polsce za jawne opowiedzenie się po stronie bandytów obrzucających na białostockim Marszu Równości ludzi, którzy nic im nie zrobili i niczego nie są winni, kamieniami, kostkami brukowymi, zgniłymi jajkami, petardami i czort wie czym jeszcze. Kościół katolicki w Polsce pokazał w całej krasie swoją ohydną, nawołującą do pogromów, twarz. Teraz już nikt nie może mieć wątpliwości, że jest to organizacja bandycka. Uczciwi ludzie nie mają w niej nic do szukania. Dziękujemy kościołowi katolickiemu w Polsce za wyjątkowo tym razem okazaną uczciwość.

Pogadanki na balkonie i motocykl na lawecie, czyli nie sądźcie po pozorach

Przyjechali Nasi Znajomi, żeby odebrać motocykl. Zaparkowali lawetę przed domem i weszli na kawę i ciastko, a że pogoda była piękna, to usiedliśmy na balkonie i napawali się ciepłem i soczystą zielenią dookoła.

– Na codzień człowiek nie zauważa, gdzie mieszka – powiedział jeden z braci. – Weźmy nasz dom nad brzegiem Morza  Śródziemnego, w którym jako dzieci spędzaliśmy długie letnie miesiące. Czy ktoś z nas wtedy zachwycał się tamtym krajobrazem? Nikt! Ale gdy tam pojechałem wiele lat później, jeszcze zanim wybuchła wojna, z krótką wizytą i zobaczyłem, jak tam jest pięknie, to mi dech zaparło!

– Mieszka tam ktoś teraz?

– Nie. Dom stoi pusty. Nikt z naszej rodziny go nie chce. Zbudowali tam zaraz obok meczet, niemalże w ogródku i szlag trafił cały rajski spokój. A ci wszyscy ludzie, którzy chodzą do tego meczetu powinni się smażyć w piekle! – dodał, jak zwykle impulsywnie. – Łby sobie tylko rozwalają! Ludzie nie rozumieją pojęcia wiary. Przecież sama nazwa wskazuje, że to jest wiara, a nie rzeczywistość. Nie bierz swoich przekonań za obiektywne fakty, bo to dwie różne rzeczy. W ogóle, wszystkie nieszczęścia ludzkości mają początek w religiach! – Perorował nasz przyjaciel, wierny wyznawca Proroka, który alkoholu nie pije i w Ramadanie pości.

Gdy popołudniowe słońce zaczęło mocniej przypiekać, poszliśmy ładować motocykl. Umieściliśmy go na lawecie bez większych problemów (faceci go tam wepchnęli, a mnie przypadła w udziale obsługa guzika do regulowania wysokości). Problem zaczął się, gdy trzeba było unieruchomić przednie koło. Metalowa część z przodu pasowała od razu, ale nikt nie miał pojęcia, jak przytwierdzić element mający za zadanie zablokowanie koła z drugiej strony.

– Co to jest? Gdzie mam przełożyć ten bolec? Tego się tak nie da przyczepić! Powinni byli wywiercić tu jeszcze dwa otwory! – Obracaliśmy w różne strony ów dziwacznie uformowany kawał metalu, usiłując przypasować go do większej całości, zadanie nieco podobne do tych stawianych przed małymi dziećmi, gdy daje się im zabawkę-pudełko z różnymi otworami, w które należy powkładać elementy odpowiadające im kształtem. Miałam takie jako dziecko i bardzo chętnie się nim bawiłam.

– A tak myślałem, żeby zabrać ze sobą wiertarkę, że też ją zostawiłem! – Gorączkował się Inżynier, podczas gdy Mechanik nie tracił spokojnego wyrazu twarzy, a Mój stał tam tylko, częściowo dla towarzystwa, a częściowo, żeby pomóc im utrzymać motocykl w pionie. Przyjrzałam się dokładnie czarnej metalowej części. Przecież musi się dać tak ją pod to koło podłożyć, żeby można było unieruchomić ją bolcem. Nie ma siły, to się musi dać zrobić. Wtem do mnie dotarło .

– Trzeba podnieść przód i wsunąć tą stroną pod koło! – oświadczyłam. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Wzięłam przeklęty fragment i demonstrując, co mam na myśli, powtórzyłam głośniej: – Podnieście przednie koło i wsuńcie to od dołu! – Inżynier zbyt głęboko pogrążony był we własnych płonnych knowaniach, Mój od początku postanowił się w całe zamieszanie intelektualnie nie angażować, na szczęście mój głos wołającej na puszczy usłyszał Mechanik. Odsunął brata

– Czekaj, ja podniosę przód, a ty to tu podsuń!

– O, pasuje! – Powiedział zdziwiony Inżynier, a Magister Filologii Germańskiej urosła we własnych oczach.

Bestia

Idę na spacer. Naprzeciw mnie wysoka, wysportowana dziewczyna z psem-ludojadem. Widząc mnie, obydwiema rękami ściska smycz i czym prędzej oplata ją sobie wokół dłoni. Zapiera się z całej siły, ale nic z tego – potwór jest ogromny, mocny i bardzo zdeterminowany, żeby biec prosto na mnie. Widzę, że go nie utrzyma. Na odwrót jest za późno. Nie pozostaje nic innego, jak zaufać bestii. W końcu to przecież pies. Pies. A ja bardzo lubię psy. Nic to, że ten wygląda, jakby jego przodkowie wyhodowani zostali w celu dopadania i zagryzania zbiegłych niewolników. No więc to tylko pies. Dżizus, ale ma wielką głowę i szeroką mordę! W tym momencie szorstki, ciepły pysk i zimny nos dotykają mojej dłoni. Zmieszana właścicielka wydysza: – przepraszam, on jest bardzo zmęczony! – Nie ma sprawy – odpowiadam, a potwór, zamiast rzucić mi się do gardła, wydaje cienki pisk, potem gruby szczek i odwracając się ode mnie, dalej z całej siły ciągnie dziewczynę wzdłuż ścieżki. Spieszy mu się do domu?

Historia pewnej walizki

Przyjechał w odwiedziny Ulubiony Gość. Gdy czekałam na niego na lotnisku, przesłał wiadomość, że Lufthansa zgubiła mu walizkę. Nic nowego, zdarzało się to już wcześniej i jemu, i mnie. Po zgłoszeniu zaginionego bagażu, ukazał się w sali przylotów i pełni nadziei, że walizkę dostarczą nam następnego dnia, pojechaliśmy do domu.

Nazajutrz walizki nie było. Na infolinii powiedzieli, że bardzo im przykro, ale szukają i jeszcze nie znaleźli. Pojechaliśmy na zakupy, bo ubranie Ulubionego Gościa ograniczało się do tego, które miał na sobie, zachowując kwitki, żeby ubiegać się o refundację. W Lufthansie nie znaleźli walizki ani trzeciego dnia, ani przez cały następny tydzień. Pojechaliśmy na kilka dni do Ogromnego Hamerykańskiego Miasta, obstawiając, że dostarczą walizkę pod dom, jak nas w nim nie będzie. Nic takiego nie nastąpiło. Tymczasem pobyt Ulubionego Gościa zbliżał się ku końcowi. Żartowałam, że przywiozą ją pewnie na dzień przed, albo, jeszcze lepiej, w dniu wyjazdu, w momencie, gdy będziemy się zbierać na lotnisko.

Jak to zwykle bywa, prognozy się nie sprawdziły. W przeddzień wyjazdu dostaliśmy co prawda automatyczny e-mail, że walizkę zlokalizowano i ją dostarczą, ale zupełnie nie było wiadomo, gdzie. W emailu wymieniony był bowiem adres Ulubionego Gościa w Polsce, a numer telefonu firmy, która miała walizką z lotniska przywieść, był lokalny, hamerykański. Oczwiście, gdy tam zadzwonić, zgłasza się automat i można zostawić wiadomość, ale dowiedzieć się niczego nie da. Podobnie ze strony internetowej Lufthansy, po wpisaniu numeru zgłoszenia utraty walizki, mogliśmy przeczytać, że wiedzą już, gdzie jest i ją dostarczą. Tylko nie wiadomo, dokąd.

Poszliśmy spać. W środku nocy obudził mnie gwałtowny walizkowy niepokój. Spojrzałam na wyciszony telefon i zobaczyłam tam dwa nowe automatyczne emaile od Lufhansy. Nie chcąc budzić Mojego, wstałam, żeby spokojnie je przeczytać w innym pomieszczeniu. Po drodze zauważyłam, że przed naszym domem stoi jakiś samochód z zapalonymi światłami postojowymi. Czym prędzej zeszłam na dół i zobaczyłam, że pod drzwiami wejściowymi… jest walizka! Otworzyć drzwi i wciągnąć ją szybko do środka? Ale jestem właściwie goła, może jednak najpierw coś na siebie narzucę? W czasie, który zabrało mi pójście do szafy i z powrotem, samochód się zdematerializował. Otworzyłam drzwi i szybkim ruchem odzyskałam walizkę. Potem przeczytałam automatyczne emaile, z których ostatni zawiadamiał nas, że walizka została dostarczona o godzinie 3:30 rano (zgadzało się) pod adres, który się nie zgadzał. Nazwa ulicy ta sama, ale numer domu -zupełnie inny!

Ulubiony Gość z jednej strony był zadowolony, że odzyskał swoją własność, z drugiej jednak już cieszył się, że będzie leciał do Europy tylko z bagażem podręcznym. Niestety – Lufthansa zdążyła z walizką akurat na czas, żeby to jednak on, a nie oni musieli się martwić o przewiezienie jej z powrotem do Polski.

Uważam, że sam lot z Lufthansą jest przyjemny. Po tym doświadczeniu jednak dobrze się zastanowię, czy to aby na pewno z nimi lecieć na najbliższy urlop do Europy.

Pochwała cierpliwości i lasu

Jak zwykle w południe wychodzę z biura na obiadowy spacer. Na wzgórze – klif nad wyrobiskiem wapiennym, w którym powstało szmaragdowe jeziorko, a potem w dół, drogą przez las. Idąc pod górę obserwuję żwawo przesuwające się po niebie ciemne chmury. Powinnam była wziąć ze sobą parasol. Ale chmury płyną tak szybko, pomiędzy nimi przebłyskuje jaśniejsze niebo, może uda mi się nie zmoknąć? Szkoda mi cennych minut przerwy na powrót do biura.

Gdy schodzę z drugiej strony wzgórza, zrywa się mocny wiatr i już wiem, że bez helikoptera przed deszczem do biura nie dolecę. Wszystko jedno, czy teraz zawrócę, czy dokończę pętlę, do przebycia mam jednakową odległość. Zawracam i znowu idę pod górę. Tu drzewa są większe i może trochę mnie osłonią. Dochodzę na szczyt i widzę gnaną wiatrem w moim kierunku ścianę wody. Za moment będzie tu ulewa. Wchodzę przez otwartą bramę cmentarza. Zatrzymuję się pod drzewem o grubym pniu i pokaźnych, zaczynających się niewysoko nad moją głową, konarach. Deszcz zasieka poziomo, ale, że stoję zaraz przy pniu, mnie nie dosięga. Gęsta korona zatrzymuje, co skapie z góry. Obserwuję życie toczące się na i pod pniem. Ogromne mrówki, białoskrzydłe owady, przezroczyste stworzenia, których nawet w przybliżeniu nie umiałabym nazwać. Pełzające, biegające, latające. Dorosłe drzewo to cały ekosystem, nie tylko materiał na deski. Ile tak stoję? Piętnaście, dwadzieścia minut? Trochę przedłużyłam sobie przerwę, ale ulewa wreszcie ustaje. Powoli pada coraz mniej, zaraz przejdzie całkiem. Jest gorąco, więc od razu robi się jak w szklarni. Wracam idąc przez przesycone wodą, prawie białe powietrze. Już w biurze dowiaduję się, że dwóch moich kolegów ulewa złapała i tak zmokli, że musieli pojechać do domu się przebrać.

Trzydzieści lat minęło

Jak jeden dzień. Eeee, nie bardzo jak jeden dzień. Dużo się przez ten czas nadziało. Ale pamiętam, że trzydzieści lat temu byłam wkurzona, bo mi pięciu dni życia zabrakło, żeby w tych pierwszych, mających znaczenie, wyborach zagłosować. Nie poprawiał mojego nastroju fakt, że moja najlepsza wtedy przyjaciółka, o trzy miesiące ode mnie starsza, już dumnie się z dowodem osobistym do lokalu wyborczego udała. Jej i moi rodzice głosowali wtedy na tych samych ludzi. Łza się w oku kręci, bo w dzisiejszych czasach są w stanie utrzymywać stosunki towarzyskie tylko pod warunkiem przestrzegania umowy, że o polityce się nie rozmawia.

Odnośnie mojego ostatniego wpisu, to jak Państwo mogą sobie wydedukować, wynikiem tych najnowszych naszych wyborów jestem rozczarowana. Choć nie mogę powiedzieć, żebym była specjalnie zdumiona. Za to festiwal tanga argentyńskiego przeszedł wszelkie oczekiwania, a miałam duże. To jedna z tych rzadkich imprez, które człowieka niewiarygodne ilości energii kosztują, a przecież jakimś cudem z dodatkową ilością energii zostawiają. Gdyby nie względy logistyczne, tango szybko stałoby się moim nałogiem. A tak, potrwa to nieco dłużej, zanim osiągnę status praktykującej tangoholiczki.

Tango argentyńskie i wybory polskie

W Hameryce ostatni poniedziałek maja to dzień wolny, weekend długi i w moim przypadku już od jesieni zaplanowany – szkoła tanga argentyńskiego w Wielkim Hamerykańskim Mieście organizuje festiwal, składający się z lekcji, warsztatów, balów – trzy dni wypełnione zajęciami i atrakcjami od południa do świtu. 

Zawsze uważałam, że możliwość głosowania jest przywilejem, którego nie należy lekceważyć, a już szczególnie w ciekawych czasach, jakie nam nastały. Ze względu na różnicę czasu, wybory do Parlamentu Europejskiego, odbywające się w Polsce w niedzielę, 26 maja, przeprowadzone zostaną w Hameryce w sobotę, 25 maja. Żeby głosować, muszę zjawić się w punkcie wyborczym osobiście. W praktyce oznacza to, że w piątek, prosto z biura, pędzę na pociąg, którym udam się do Nowego Jorku, zanocuję w hotelu, aby w chwilę po otwarciu punktu wyborczego w polskim konsulacie oddać tam ważny głos, a następnie pognać na pociąg do Wielkiego Hamerykańskiego Miasta i zdążyć na pierwsze zajęcia tanga. 

Czasem łączenie przyjemnego z pożytecznym wymaga nieco wysiłku. 

Życząc pożytecznych wyborów, pozostaję z szacunkiem.