Jest takie zdjęcie

Jest takie zdjęcie, zrobione przez Chrisa Niedenthala w grudniu 1981 roku. Wozy opancerzone w śniegu przed kinem Moskwa w Warszawie, na którym widnieje billboard z tytułem filmu – Czas Apokalipsy.

Może nie tu, gdzie mieszkam, choć śnieg teraz pada w poprzek i będzie padać przez następne kilkanaście godzin. Nie tu, gdzie jestem, choć temperatura spada i firmy zarządzają na jutrzejszy poniedziałek pracę zdalną. Ale trzy godziny lotu na północny zachód, w lodowatym stanie Minnesota, już tak. Nie wozy opancerzone. Kryminaliści duchem, albo i przeszłością, przebrani za funkcjonariuszy urzędu imigracyjnego. Takie tutejsze, dzisiejsze ZOMO. Mordują wielokrotnymi strzałami. Matkę małych dzieci usiłującą odjechać własnym samochodem z miejsca zamieszek, pielęgniarza, powalonego już na ziemię, więc bezbronnego. To nie są pojedyncze strzały. To nie są strzały w obronie własnej. To są egzekucje uliczne. Wymierzone w społeczeństwo obywatelskie. W inaczej myślących. W mających czelność sprzeciwić się oszołomionym władzą szumowinom, którym wybrani w wolnych wyborach kryminaliści gwarantują bezkarność, a przesiąknięta strachem, rasizmem i uprzedzeniami wobec inaczej myślących, żyjących i wyglądających część społeczeństwa popiera. To ta inna, długo skrywana twarz Hameryki wyszła na światło dzienne.

Spacerkiem w południe

W pracy okołoświąteczne (wczoraj było święto Dziękczynienia) luzy, pozwoliłam więc sobie ostatnio na nieco dłuższy niż mój standartowy, 45-minutowy, spacer w przerwie obiadowej. Za naszym biurem jest kawałek dzikiej przyrody. Postanowiłam zrobić dużą rundę na górce. Stwierdziłam, że zobaczę, czy da się już może znowu przeskoczyć nad tym strumykiem, co ostatnio wezbrał i woda tak go poszerzyła, że nie miałam odwagi robić nad nim susa w stroju biurowym. Okazało się, że wyrwa w ścieżce pozostała co prawda taka, jaka była, ale wody ubyło i dwa metry dalej można już było przekicać po kamieniach na drugą stronę. Idę sobie tak przez las, sprężystym krokiem wśród chaszczy i wiem, że niedługo powinnam już zacząć schodzić stromym zboczem nad potok, który doprowadzi mnie do wyasfaltowanej drogi dojazdowej, którą z kolei dotrę z powrotem do cywilizacji. Idę, piórko mi się migoce, a ścieżka w dół nie opada. Czas upływa, las gęstnieje, z liściastego robi się mieszany, wydatnie redukując ilość szarego listopadowego światła, ciemno jeszcze nie jest, wietrzno też nie, ale i owszem, ponuro. Widać tu ślady ludzkiej obecności, widziałam przechodząc dwa miejsca z ułożonymi kamieniami i patykami, oraz zasadzonymi chryzantemami (tak – w środku lasu!). Ładne, ale mam nadzieję, że nie były to groby biurowych spacerowiczów. Powoli zaczynają do mnie dochodzić odgłosy drogi szybkiego ruchu, co oznacza, że dotarłam już zdecydowanie za daleko. Nie chcę zawracać tą samą drogą, bo to miała być pętla. Przeskakuję nad jednym zwalonym drzewem, przechodzę pod drugim, nie do końca zwalonym, tylko zawieszonym pod kątem 30 stopni, robię to możliwie szybko, na wypadek, gdyby właśnie w tej chwili miało się dowalić. Wreszcie dochodzę do ściany – bardzo stromego zbocza, przed którym ścieżka się urywa. Na prawo i lewo nieprzebyte zielsko, na wprost barykada – teraz już mogę zawrócić z czystym sumieniem. Nie da się iść dalej bez maczety. Albo ciupagi. Albo liny z kotwiczką.

Zawracam, przechodzę przez czarny zagajnik, pod nie całkiem zwalonym drzewem, nad całkiem zwalonym drzewem, wiem, że powrót tą samą drogą zajmie mi więcej czasu, niż sobie na przerwę obiadową liberalnie wyznaczyłam, znowu będę musiała przeskakiwać po kamieniach, aż tu widzę ukryte za zakrętem odgałęzienie ścieżki, prowadzące trawersem stromego zbocza w dół! Na to cały czas czekałam! Tylko wszystko tak tu zarosło, że idąc ścieżką z drugiej strony, bardzo łatwo to zejście przegapić. Oddycham z ulgą i zaczynam tracić wysokość. A dużo jest do stracenia, bo pagórek niewielki, ale stromy. Docieram nad potok, widzę, że linia brzegowa płynna jak sama woda – co bardziej poleje, to bardziej podgryza. Dochodzę do asfaltowej drogi i wracam do biura. Cała wyprawa zajęła 70 minut.

A wszystko to w bezpośrednim sąsiedztwie biur, osiedla mieszkaniowego, restauracji, stacji benzynowej, drogi szybkiego ruchu – wystarczy wyjść z biura lub samochodu i przejść kawałek dalej i, jak po drugiej stronie którejś z furtek u Pana Kleksa, człowiek znajduje się nagle w zupełnie innej bajce. W lesie, na stromym zboczu, wśród zwalonych drzew i dziwnych mini-ogródków z chryzantemami.

Buszująca w Internecie

Jadąc w czwartek do pracy słuchałam podcastu, w którym Tomasz Stawiszyński pytał Jana Chwedeńczuka, czy sztuczna inteligencja może zastąpić naukowców. Myśl niepokojąca, po próbę odpowiedzi odsyłam do tej fascynującej rozmowy, podczas której padło odniesienie do artykułu Chomskiego o czacie GPT, który ukazał się jakiś czas temu w New York Times i opowiadania Borgesa „Biblioteka Babel”. Odszukałam w czeluściach Internetu i karnie przeczytałam. Od artykuł Chomskiego zaś, w magiczny sposób (czytaj: buszując dalej w Internecie), doszłam do następnego artykułu, w którym Evelina Fedorenko* podejmuje próbę odpowiedzi na pytanie, które od bardzo dawna zajmuje filozofów i lingwistów: czy język (mowa, nie organ) konieczny jest dla procesu myślenia? Opierając się na najnowszych wynikach badań aktywności różnych, tych odpowiedzialnych za mowę oraz innych, rejonów mózgu, podczas rozwiązywania zarówno angażujących mowę, jak i pozajęzykowych (np. problemy matematyczne, sudoku, etc.) zadań, stawia tezę, że nie. Dodatkowo uzasadnia swój wniosek obserwacjami, które prowadzone są już od dawna: ludzie, którzy z jakichś powodów utracili zdolność mowy, np. pacjenci po wylewie, u których występuje afazja, nadal są w stanie myśleć (co mieliśmy okazję zaobserwować u naszego przyjaciela, nauczyciela tanga, który, uciekłszy grabarzowi spod łopaty, długo nie był w stanie odzyskać kontroli nad językiem, używał słów, które nie miały sensu, zapominał słów etc., ale gestami jak najbardziej był w stanie nie tylko komunikować się z otoczeniem, ale i żartować, do czego potrzebne jest poza myśleniem także i poczucie humoru). Z drugiej strony, są ludzie, którzy posługują się językiem w sposób swobodny i bezbłędny, ale z myśleniem u nich gorzej. Autorka nie ma tu na myśli niektórych polityków, tylko zdiagnozowane osoby cierpiące na choroby umysłowe (schizofrenia), u których zaburzenia w procesie myślenia nie mają wpływu na swobodę wypowiedzi. Biorąc to wszystko pod uwagę, wysuwa wniosek, że język jest narzędziem komunikacji, w tym komunikacji myśli, ale do myślenia jako wewnętrznego procesu przebiegającego w mózgu nie jest konieczny. Przynajmniej jak na dzisiejszy stan wiedzy. Tyle artykuł.

Teraz, żeby nie podawać bezmyślnie dalej, dodam coś od siebie. Oczywiście, można się zastanawiać, czy możliwe jest myślenie o abstrakcyjnych fenomenach (takich jak wolność, autorytaryzm,) bez używania słów. Być może możliwe, po tym, jak uprzednio wprowadzone one zostaną do naszego zakresu rozumienia za pomocą języka. Dalsze dywagacje na tematy abstrakcyjne mogłyby wtedy następować już w obszarze pozajęzykowym. I dopiero na następnym etapie, gdy chcemy przekazać swoje przemyślenia otoczeniu, musimy znowu użyć języka co przyznajmy, czasami jest trudne. Nierzadko zdarza mi się, że dokładnie wiem, co mam na myśli, ale wyrażenie tego, to osobne wyzwanie. Bez względu na to, którego języka chcę użyć. I dlatego* , między innymi, piszę tego bloga.

* Evelina Fedorenko: „Language is primarily a tool for communication rather than thought” w: Nature Vol630 20 June 2024, dostęp 13 listopada 2025

* Nie żebym była jak Słowacki, który, jak się wydaje, podzielał zdanie pani Fedorenko już dwieście lat temu (dla przypomnienia: „Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa”), ale coś w tym jest.

Niepojęte

W piątek, po przyjeździe z pracy, Mój ujrzał jak, przypłaszczona do podłogi w kuchni, kijem od miotły, wygarniam spod kuchenki zaginione skarby niekoniecznie Azteków. Oraz wieloletni brud. Wśród skarbów dominowały kocie piłeczki-grzechotki, jedyne na tyle małe wśród zabawek, że mieściły się pod kuchenką. Było tam też kilka małych orzechów, w okrągłych oczach kotów równie interesujących co piłeczki, oraz stary czek, którym usiłowaliśmy zapłacić za jakąś usługę jeszcze w 2007 roku. Na czole miałam latarkę do biegów nocnych lub pobytów kempingowych, która w połączeniu z prowadzonymi kijem działaniami wydobywczymi, nasuwała skojarzenia z górnictwem. Kuchenka była moim kolejnym przystankiem. Od przyjazdu z pracy zdążyłam już, z zapaloną czołówką,* wydając z siebie kilkupiętrowe bluzgi w rozmaitych językach, przetrząsnąć kawałek jednej i drugiej szafy, oraz łazienkę. Wokół mnie krążyły trzy zachwycone koty, bawiąc się grzechoczącymi piłeczkami, rolując orzechy i badając wszelkie małe, a niespodziewane elementy, które po latach znów mogły ujrzeć światło dzienne.

Powitałam Mojego z ulgą, z jaką wita się człowieka, na którego można liczyć w momentach kryzysowych. – Szukam obrączki – zakomunikowałam – a najgorsze, że jestem głupia. – Z drugą częścią zdania się nie zgadzam – odparł Mój, na którego, jak mówię, można liczyć w momentach kryzysów, w tym tych dotyczących zdrowia psychicznego – a chodzi ci o obrączkę ślubną? – Tak, zgubiłam. A głupia jestem, bo rano tak było gorąco i duszno, że mi palce spuchły i nie chciałam zakładać jej na siłę, więc nasunęłam na mały palec. Pomyślałam sobie, że bardzo luźno na nim siedzi i żeby mi się tylko nie zsunęła. No i głupia jestem, bo powinnam była zostawić ją w pudełku. Zorientowałam się, że jej nie mam, w samochodzie do pracy. Czyli jest gdzieś albo w domu, albo może w samochodzie, czy garażu. – No to zobaczę w garażu – powiedział. – A jak jej nie znajdziemy, to będziemy musieli kupić Ci nową. I wtedy będę jedną obrączkę do przodu – dodał z uśmiechem Mój, który od ponad dwudziestu lat żyje w strachu, że sam zgubi obrączkę.

Wrócił z garażu. – Nie widziałem jej tam, ale zobacz w środku w aucie. – Zaraz, tylko jeszcze tu sprawdzę – odparłam wyjmując po kolei z plecaka, który noszę do pracy, wszystkie na codzień mi potrzebne, niepotrzebne, oraz takie, o których istnieniu nie wiedziałam, przedmioty. Nic. Rozstąp się ziemio. Poszłam bezskutecznie przetrząsać wnętrze pojazdu. Po chwili z wnętrza domu usłyszałam głos Mojego. – Chodź, zobacz tutaj! – Ha! Czyżby znalazł?! – Weszłam do kuchni. Na podłodze, w prominentnym, także i bez użycia latarki turystycznej dobrze oświetlonym miejscu, lśniła obrączka. – Moja? – Zapytałam podnosząc ją z niedowierzaniem. – Nie moja – odparł Mój, pokazując swoją zaobrączkowaną dłoń. Przymierzyłam. Moja. Popatrzyłam na Mojego z mieszaniną podziwu, niedowierzania i podejrzliwości. On pewnie zobaczył w moim wzroku głównie to ostatnie – ja nic nie zrobiłem! Wszedłem do kuchni i ona tu leżała!

Dziwne. Żeby nie powiedzieć – niepojęte.

* Włączoną lampką górniczą – tutaj umocowaną na czole latarką turystyczną.

Transatlantycko

Zajęło mi trochę czasu, żeby ochłonąć po piątkowych wydarzeniach. Napiszę tylko tyle, że mój szacunek do prezydenta Zeleńskiego wzrósł kilkukrotnie. Po tym, jak trzy lata temu poprosił o amunicję, a nie podwózkę, tym razem wykazał się taką władzą nad sobą, że nie splunął w twarz ani pomarańczowemu indywiduum, ani jego, nawet nie wiem jak go nazwać, no tej, pożal się boże, istocie, która nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności pełni funkcję wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych. Niech za cały mój komentarz do obecnej sytuacji transatlantyckiej posłuży ten wiersz Czesława Miłosza, napisany w 1950 roku w, tu chichot historii, Waszyngtonie:

Który skrzywdziłeś

Który skrzywdziłeś człowieka prostego,
śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
Gromadę błaznów koło siebie mając
Na pomieszanie dobrego i złego,

Choćby przed tobą wszyscy się skłonili,
Cnotę i mądrość tobie przypisując,
Złote medale na twoją cześć kując,
Radzi, że jeszcze dzień jeden przeżyli,

Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta.
Możesz go zabić – narodzi się nowy.
Spisane będą czyny i rozmowy.

Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy
I sznur, i gałąź pod ciężarem zgięta.

Psia nadzieja

Moja Koleżanka od zawsze miała psy, ulubione wilczury lub inne duże, dobrze ułożone i szczęśliwe. Jakiś czas temu zaczęła współpracę z organizacją ratującą psie życie nieszczęśnikom, którzy, z powodu jakiegoś zachowania w przeszłości, a czasami wcale nie podeszłego wieku, nie mieli szans na adopcję i czekało ich uśpienie. Taki pies, po ostrożnym wprowadzeniu, dołączał do jej domowego stadka i miał szansę żeby zaprezentować swoją osobowość. Przebywanie w przyjaznym otoczeniu dobrze na nie wpływało, szybko uczyły się od domowych psów reguł zachowania i odnoszenia się do innych. Po kilku tygodniach – czasem po kilku dniach, a czasem po kilku miesiącach – psy szły do adopcji i w absolutnej większości wypadków były to adopcje udane. W przeciągu tych, już dobrych kilku lat, zdarzyło się parę razy, że któryś pies do niej wracał, ale powód był zawsze ten sam – nie sprawdzili się adoptujący. Po znalezieniu innych chętnych, pies znajdował dobry dom na stałe.

Jakiś czas temu o działaniu organizacji dowiedzieli się pseudohodowcy – Amisze. Organizacja zajmuje się ratowaniem psów z problemami w zachowaniu (dlatego to, że Moja Koleżanka ma kilka własnych psów, jest takie ważne – to one w znacznej mierze korygują ewentualne skrzywienia w psychice nowoprzybyłych), a tu zaczęły się telefony od tych chrześcijan, którzy chcą się pozbyć: szczeniaków, które za bardzo wyrosły, zanim zdążyli je sprzedać, szczeniaków z problemami zdrowotnymi, za leczenie których ani myślą płacić (pies ma być dla nich źródłem zarobku, a nie wydatków) i, najczęściej, psich matek, które nie mogą już na okrągło mieć szczeniaków i których dalsze trzymanie (w klatkach, w stodołach, bez wybiegu, bo tak się tam te psy trzyma) przestaje być dla nich opłacalne. Od tej pory Moja Koleżanka częściej niż psy z problemami w zachowaniu, przygotowuje do adopcji psy spokojne, nieśmiałe, nierzadko wycofane. Jej domowe psy mają znów pełne łapy roboty, tylko teraz nieco innej.

Niedawno zagościła u niej cocker-spanielka (a, bo te wszystkie amiszowe psy są oczywiście „rasowe”) niewidząca na jedno oko i niesłysząca. Dopóki dawała zdrowe szczeniaki, to ją trzymali, a jak już nie może, to telefon jak zwykle – albo ją weźmiecie, albo sam zastrzelę. Organizacja bierze, choć robi bokami, bo bogobojna sekta dba o ruch w interesie. Spanielka ląduje u Mojej Koleżanki. Głuchego psa nie można zawołać, bo nie usłyszy. Jak przywołać ją z podwórka? Wieczorem – kreśląc wokół psa koła snopem światła z latarki. Szybko się nauczyła, że to oznacza powrót do domu i kolację. A w dzień? Wysyłaniem drugiej psiny, adoptowanej jakiś czas temu pseudo cavalier king charles. Mówi się jej – przyprowadź i ta sunia, choć kanapowa, a nie zadaniowa, jak wilczury, biegnie i tak długo biega w kółko dookoła spanielki, aż ta zrozumie, że trzeba biec za koleżanką.

Tylko jakie są szanse znalezienia domu dla głuchego i ślepego na jedno oko pseudo cocker-spaniela? Po kilku tygodniach pojawiło się małżeństwo, które miało dwa psy, jamnika, który dużo szczeka (to taka rasa, one są głośne z natury) i… głuchą cocker-spanielkę. Cocker-spanielka dożyła ostatnio swoich dni i teraz jamnik jest smutny. Szukali więc podobnego psa, któremu nie przeszkadzałoby częste ujadanie współmieszkańca, a tu takie szczęście – nie dość, że też niesłysząca, jak poprzedniczka, to jeszcze i spanielka! A że niedowidzi na jedno oko, to w tej sytuacji naprawdę drobiazg. Pies poszedł do ludzi mających doświadczenie w opiece nad inwalidką, towarzyski jamnik jest szczęśliwy, a u Mojej Koleżanki zwolniło się miejsce dla kolejnego psa w potrzebie. I jak tu nie wierzyć w cuda?

Wesele w Hameryce

W miniony piątek, trzynastego, byłam na weselu. Wcześniej dane mi było gościć tylko na jednym hamerykańskim weselu, mało tradycyjnym, bo gejowskim i u Kwakrów. To ostatnie również nie należało do całkiem standartowych. Już po dacie poznać można, że państwo młodzi nie są przesądni. Dla panny młodej jest to drugie małżeństwo, dla jedenaście lat od niej młodszego pana młodego, pierwsze. Mieszkają ze sobą już z siedem albo osiem lat, więc zakładamy, że wiedzą, co czynią. W piątek po południu, eleganccy, pachnący, spóźnieni i zdenerwowani, z prezentem w kopercie tudzież szampanem w butelce, siedzieliśmy w Uberze i wyobrażali sobie, jak to ceremonia się rozpocznie, zebrani goście w absolutnym skupieniu słuchać będą cichych słów płynących z ust stremowanych narzeczonych, aż tu z hukiem otworzą się ciężkie podwoje i wejdziemy my, nawet raz w życiu nie umiejący się zachować i przybyć na czas. Wyruszyliśmy bowiem z domu nieco później, bo nam zeszło. Na miejscu uniknęliśmy obciachu nie tylko dlatego, że nie było tam ciężkich drzwi – uroczystość miała miejsce pod gołym niebem. Uber zajechał przed wejście do country clubu (nie znam polskiego odpowiednika, w Polsce instytucja country club nie występuje) na minutę przed godziną wu. Z ulgą spostrzegliśmy poruszających się przed nami żwawo w określonym kierunku elegancko ubranych ludzi – nie byliśmy jedynymi spóźnialskimi. Ogród, w którym miała się odbyć ceremonia, zaprojektowany był specjalnie w celu goszczenia podobnych wydarzeń. Ładnie tam było. Front, czyli to, co w budynkach służących celom religijnym nazwalibyśmy ołtarzem, rajskimi wrotami albo arką przymierza, ale co nie było żadną z tych rzeczy, przystrojony był gustownie. Na zielonej trawie ustawiono białe krzesła, z których połowa, w znacznej mierze wypełniona gośćmi, znajdowała się w cieniu, a druga, niemal całkiem pusta, ciągle jeszcze skąpana była w złotym, wrześniowym słońcu. Po krótkim wahaniu wybraliśmy stronę pustą, a ciepłą i zajęli miejsca blisko proscenium. Wkrótce dołączyli do nas nasi meksykańscy przyjaciele. Siedzieliśmy sobie w przypiekającym popołudniowym słońcu, oni wycierając sobie coraz to pot z czoła, Mój, któremu rzadko jest za gorąco, dumny i blady i ja, jeszcze bardziej dumna, bo udało mi się nie zapomnieć z domu wachlarza, z którego teraz robiłam energiczny użytek. Ceremonia, jak ceremonia, dla mnie cokolwiek przydługa, choć ciekawa i niereligijna.

W części drugiej wydarzenia przeszliśmy z ogrodu na taras budynku klubu, gdzie miało miejsce przyjęcie koktajlowe. Tutaj odkryliśmy stolik na którym stała przepiękna walizeczka-dekoracja, do której wkładało się koperty. Po wypiciu kilku kieliszków szampana i zjedzeniu różnych ilości świetnych przekąsek, zostaliśmy poproszeni o przejście na główny taras z ustawionymi stołami oraz parkietem do tańca. Droga wiodła przez barek i tam mieliśmy okazję docenić jakość obsługi. Gdy nasza przyjaciółka poprosiła o koktail prawie jak dla dzieci, czyli ze śladową ilością alkoholu, ale za to dobry, słodki, barmanka pomieszała kilka różnych soków owocowych, dolała łyczek rumu i czegoś jeszcze mówiąc: proszę się nie martwić, niczego pani nie poczuje. A jakby tak pani tak jednak poczuła, to będzie się pani świetnie bawić. Goście ledwo zdążyli usiąść przy stołach, gdy Didżej puścił nowoczesną, tym niemniej odpowiednio skoczną, wersję Hava Nagila. Jasne było, że trzeba niezwłocznie się poderwać i w podskokach biec na parkiet. Weselnicy utworzyli krąg i trzymając się za ręce tańczyli, wyrzucając przy tym nogi wyżej lub niżej, ale niezależnie od wieku, zawsze sprawnie. W pewnym momencie pojawiła się Panna Młoda, a Didżej zakrzyknął: potrzebujemy pięciu mężczyzn i krzesło! Na środku parkietu natychmiast pojawiło się pięciu mniej-więcej równych wzrostem weselników, z kąta ktoś wyciągnął specjalnie ustawione tam wcześniej krzesło, na którym usiadła Panna Młoda. Wtedy grupa pięciu dziarsko uniosła je w górę i zaczęła poruszać się z nim w rytm muzyki. Reszta weselników tańczyła dalej w kręgu, tylko teraz z jeszcze większą werwą, faceci tańczyli z krzesłem, na którym pod gwiazdami szybowała Panna Młoda. Trwało to dobrą chwilę, po czym krzesło z podróżniczką płynnie postawione zostało na podłodze, a miejsce na nim zajął Pan Młody. Wyćwiczona grupa pięciu dziarsko uniosła go pod nieboskłon, a on, zachowując twarz pokerzysty, trwał na tym kulturowo dla siebie odmiennym posterunku i tylko po tym, jak mocno ściskał dłońmi siedzenie i jak starannie owijał łydki wokół krześlanych nóg, poznać można było, że z każdym większym podskokiem śmierć zagląda mu w oczy. Wreszcie i jego postawiono na ziemi, dotańczono utwór do końca i spocone towarzystwo, wśród śmiechów i radosnych okrzyków, rozeszło się do stołów, żeby zjeść kolację. No ja myślę, że taki taniec to trzeba uskutecznić PRZED kolacją!

Po kolacji były dalsze tańce, już do współczesnej, mniej-więcej, muzyki, potem krojenie tortu w holu klubu. Jeszcze nie zdecydowaliśmy się, czy napić się kawy, czy dalej sączyć zimne napoje, gdy z głośników dobiegły nas dźwięki muzyki nieklasyfikowalnej. Aaaa, to muszą być te ormiańskie kawałki, o których mówiła Panna Młoda (część jej rodziny jest żydowska, stąd ta Hava Nagila i loty na krześle, a część ormiańska). Nie czekając ani chwili, pognałam na parkiet, na którym weselnicy znowu tworzyli okrąg i znów trzymając się za ręce, tańczyli wymachując nogami. Był to taniec (jeden? dwa? trzy?) nieco bardziej skomplikowany, ale nie mniej ucieszny. Byliśmy mokrzy od potu. Potem zjadłam tort, na który w ferworze podrygów nie miałam wcześniej czasu i dalej pląsaliśmy, aż Didżej zapowiedział ostatnią rundę zamówień w barze i w chwilę potem zaprosił wszystkich na parkiet, by jeszcze raz zatańczyć dookoła Państwa Młodych.

Specyfiką Hamerykańskich, nie tylko wesel, ale wszelkich przyjęć, jest precyzyjne określanie i trzymanie się godziny zakończenia. Która jak na nasze rozumienie przeważnie jest zbyt wczesna. I tak to, bardzo udane zresztą, wesele, kończyło się o godzinie… 22-giej. I o dziesiątej wieczorem obsługa zaczęła składać krzesła. Wiemy, że tak tu jest i jesteśmy na to przygotowani, nikt się nie obraża, ale przy każdej takiej okazji ktoś z nas – Europejczyków albo Latynosów – nieodmiennie skomentuje: u nas to zabawa dopiero by się rozkręcała! Tak i tym razem nasza przyjaciółka powiedziała: w Meksyku, jak orkiestra (bo na tam weselach przeważnie muzyka jest na żywo) przestaje grać, to ludzie zaczynają zbierać pieniądze, żeby pograli jeszcze godzinę dłużej. Jak dobrze ich rozumiem!

Płatek śniegu

Niedawno miałam okazję poprowadzić dwugodzinne szkolenie dla młodej osoby, która niedawno zaczęła pracę w magazynie firmy. Poza pracą na pełny etat studiuje projektowanie graficzne i nasz dział personalny w ramach umożliwiania rozwoju pracownikom, zorganizował jej kilka godzin w dziale marketingu. Mój pierwszy zawód wyuczony to belferka, a czy przyjdzie mi uczyć niemieckiego, kontaktów międzykulturowych, wiedzy o winie, czy też jak wygląda praca graficzki w marketingu firmy, to już rzecz drugorzędna. Dziewczyna bardzo miła, rozgarnięta, bystra, z dużą motywacją do rozwoju i wysoką etyką pracy. A także z doświadczeniem, którego ja w wieku lat dwudziestu kilku nie miałam w ogóle. Opowiadała, że gdy kilka miesięcy temu podejmowała u nas pracę, nie mogła uwierzyć, że wszystkie weekendy będzie miała wolne. Dopytywała się kilka razy, czy aby na pewno wszystkie. A tydzień pracy naprawdę tylko 40-godzinny? W magazynach branży spożywczej, w których zaczęła pracować po tym, gdy przyszedł Covid i okazało się, że ze studiów stacjonarnych z mieszkaniem w akademiku nici i trzeba zarabiać na chleb, warunki były chyba podobne do tych w Amazonie. Godzinowy wymiar pracy urągający jakimkolwiek standardom, atmosfera o której lepiej nie mówić. Teraz, gdy zaczęła pracę u nas, stwierdziła, że pewnie, fajnie by było kiedyś robić coś bardziej interesującego niż pracować w magazynie, ale w tej firmie tak dobrze ją traktują, że nawet gdyby okazało się, że będzie w tu jeszcze długo, to właściwie jej to nie przeszkadza. Kończy więc studia zaoczne, pracuje na pełny etat, a poza tym opiekuje się swoją niepełnosprawną babcią, z którą mieszka. Płatek śniegu, normalnie, czarny płatek śniegu…

Upalne noce

Przez sen dochodzi do mnie głośny pisk, a może świst. Cóż się dzieje, przecież to nie piątek i śmieciarka dzisiaj nie jeździ? Piątkowa śmieciarka jeździ dobrze przed świtem robiąc straszny rumor. świst nie ustaje, ale zmienia natężenie i melodię. W miarę jak się budzę, dociera do mnie, że układa się on w melodyjne gwizdanie. Upał, okna pootwierane, bo, ku głębokiemu niezrozumieniu Hamerykanów, niemalże nie używamy klimatyzacji. Ja lubię zapach kwitnących krzewów i poranny śpiew ptaków, a Mój się przyzwyczaił (nie miał innego wyjścia?). Poranny śpiew? Przecież  jest całkiem ciemno, a tu w czerwcu robi się jasno już po czwartej! Tym niemniej wymyślne trele nie ustają. Acha – słowik! Słyszałam go kilka wieczorów wcześniej w dość dużej odległości, widzę że postanowił mnie uszczęśliwić z bliska. Niewiarygodne, że w takim małym ptaszku może mieścić się taki potężny głos. Chyba nam na parapecie otwartego okna usiadł i włożył dziób w wyrwaną przez kocie pazury dziurę w siatce przeciwkomarowej, taki jest głośny. Wsłuchuję się w wymyślne trele. Bardzo brakuje mi tu kosów (nie ma ich w ani Północnej, ani Południowej Ameryce), ale ten śpiewak chyba zagłuszyłby wszystkie, gdyby nadawał o tej samej porze. Tyle, że on nie lubi konkurencji, albo miłościwie pozwala innym świergotać o świcie, zmierzchu i w ciągu dnia, a sam daje koncerty w nocy. I to jakie!

Chcesz już iść? Jeszcze ranek nie tak blisko. Słowik to, nie skowronek śpiewa. *

Noce takie są upalne i słowiki spać nie dają.*

 

* Oba cytaty z pamięci. A skąd, poza moją pamięcią, pochodzą?