W miniony piątek, trzynastego, byłam na weselu. Wcześniej dane mi było gościć tylko na jednym hamerykańskim weselu, mało tradycyjnym, bo gejowskim i u Kwakrów. To ostatnie również nie należało do całkiem standartowych. Już po dacie poznać można, że państwo młodzi nie są przesądni. Dla panny młodej jest to drugie małżeństwo, dla jedenaście lat od niej młodszego pana młodego, pierwsze. Mieszkają ze sobą już z siedem albo osiem lat, więc zakładamy, że wiedzą, co czynią. W piątek po południu, eleganccy, pachnący, spóźnieni i zdenerwowani, z prezentem w kopercie tudzież szampanem w butelce, siedzieliśmy w Uberze i wyobrażali sobie, jak to ceremonia się rozpocznie, zebrani goście w absolutnym skupieniu słuchać będą cichych słów płynących z ust stremowanych narzeczonych, aż tu z hukiem otworzą się ciężkie podwoje i wejdziemy my, nawet raz w życiu nie umiejący się zachować i przybyć na czas. Wyruszyliśmy bowiem z domu nieco później, bo nam zeszło. Na miejscu uniknęliśmy obciachu nie tylko dlatego, że nie było tam ciężkich drzwi – uroczystość miała miejsce pod gołym niebem. Uber zajechał przed wejście do country clubu (nie znam polskiego odpowiednika, w Polsce instytucja country club nie występuje) na minutę przed godziną wu. Z ulgą spostrzegliśmy poruszających się przed nami żwawo w określonym kierunku elegancko ubranych ludzi – nie byliśmy jedynymi spóźnialskimi. Ogród, w którym miała się odbyć ceremonia, zaprojektowany był specjalnie w celu goszczenia podobnych wydarzeń. Ładnie tam było. Front, czyli to, co w budynkach służących celom religijnym nazwalibyśmy ołtarzem, rajskimi wrotami albo arką przymierza, ale co nie było żadną z tych rzeczy, przystrojony był gustownie. Na zielonej trawie ustawiono białe krzesła, z których połowa, w znacznej mierze wypełniona gośćmi, znajdowała się w cieniu, a druga, niemal całkiem pusta, ciągle jeszcze skąpana była w złotym, wrześniowym słońcu. Po krótkim wahaniu wybraliśmy stronę pustą, a ciepłą i zajęli miejsca blisko proscenium. Wkrótce dołączyli do nas nasi meksykańscy przyjaciele. Siedzieliśmy sobie w przypiekającym popołudniowym słońcu, oni wycierając sobie coraz to pot z czoła, Mój, któremu rzadko jest za gorąco, dumny i blady i ja, jeszcze bardziej dumna, bo udało mi się nie zapomnieć z domu wachlarza, z którego teraz robiłam energiczny użytek. Ceremonia, jak ceremonia, dla mnie cokolwiek przydługa, choć ciekawa i niereligijna.
W części drugiej wydarzenia przeszliśmy z ogrodu na taras budynku klubu, gdzie miało miejsce przyjęcie koktajlowe. Tutaj odkryliśmy stolik na którym stała przepiękna walizeczka-dekoracja, do której wkładało się koperty. Po wypiciu kilku kieliszków szampana i zjedzeniu różnych ilości świetnych przekąsek, zostaliśmy poproszeni o przejście na główny taras z ustawionymi stołami oraz parkietem do tańca. Droga wiodła przez barek i tam mieliśmy okazję docenić jakość obsługi. Gdy nasza przyjaciółka poprosiła o koktail prawie jak dla dzieci, czyli ze śladową ilością alkoholu, ale za to dobry, słodki, barmanka pomieszała kilka różnych soków owocowych, dolała łyczek rumu i czegoś jeszcze mówiąc: proszę się nie martwić, niczego pani nie poczuje. A jakby tak pani tak jednak poczuła, to będzie się pani świetnie bawić. Goście ledwo zdążyli usiąść przy stołach, gdy Didżej puścił nowoczesną, tym niemniej odpowiednio skoczną, wersję Hava Nagila. Jasne było, że trzeba niezwłocznie się poderwać i w podskokach biec na parkiet. Weselnicy utworzyli krąg i trzymając się za ręce tańczyli, wyrzucając przy tym nogi wyżej lub niżej, ale niezależnie od wieku, zawsze sprawnie. W pewnym momencie pojawiła się Panna Młoda, a Didżej zakrzyknął: potrzebujemy pięciu mężczyzn i krzesło! Na środku parkietu natychmiast pojawiło się pięciu mniej-więcej równych wzrostem weselników, z kąta ktoś wyciągnął specjalnie ustawione tam wcześniej krzesło, na którym usiadła Panna Młoda. Wtedy grupa pięciu dziarsko uniosła je w górę i zaczęła poruszać się z nim w rytm muzyki. Reszta weselników tańczyła dalej w kręgu, tylko teraz z jeszcze większą werwą, faceci tańczyli z krzesłem, na którym pod gwiazdami szybowała Panna Młoda. Trwało to dobrą chwilę, po czym krzesło z podróżniczką płynnie postawione zostało na podłodze, a miejsce na nim zajął Pan Młody. Wyćwiczona grupa pięciu dziarsko uniosła go pod nieboskłon, a on, zachowując twarz pokerzysty, trwał na tym kulturowo dla siebie odmiennym posterunku i tylko po tym, jak mocno ściskał dłońmi siedzenie i jak starannie owijał łydki wokół krześlanych nóg, poznać można było, że z każdym większym podskokiem śmierć zagląda mu w oczy. Wreszcie i jego postawiono na ziemi, dotańczono utwór do końca i spocone towarzystwo, wśród śmiechów i radosnych okrzyków, rozeszło się do stołów, żeby zjeść kolację. No ja myślę, że taki taniec to trzeba uskutecznić PRZED kolacją!
Po kolacji były dalsze tańce, już do współczesnej, mniej-więcej, muzyki, potem krojenie tortu w holu klubu. Jeszcze nie zdecydowaliśmy się, czy napić się kawy, czy dalej sączyć zimne napoje, gdy z głośników dobiegły nas dźwięki muzyki nieklasyfikowalnej. Aaaa, to muszą być te ormiańskie kawałki, o których mówiła Panna Młoda (część jej rodziny jest żydowska, stąd ta Hava Nagila i loty na krześle, a część ormiańska). Nie czekając ani chwili, pognałam na parkiet, na którym weselnicy znowu tworzyli okrąg i znów trzymając się za ręce, tańczyli wymachując nogami. Był to taniec (jeden? dwa? trzy?) nieco bardziej skomplikowany, ale nie mniej ucieszny. Byliśmy mokrzy od potu. Potem zjadłam tort, na który w ferworze podrygów nie miałam wcześniej czasu i dalej pląsaliśmy, aż Didżej zapowiedział ostatnią rundę zamówień w barze i w chwilę potem zaprosił wszystkich na parkiet, by jeszcze raz zatańczyć dookoła Państwa Młodych.
Specyfiką Hamerykańskich, nie tylko wesel, ale wszelkich przyjęć, jest precyzyjne określanie i trzymanie się godziny zakończenia. Która jak na nasze rozumienie przeważnie jest zbyt wczesna. I tak to, bardzo udane zresztą, wesele, kończyło się o godzinie… 22-giej. I o dziesiątej wieczorem obsługa zaczęła składać krzesła. Wiemy, że tak tu jest i jesteśmy na to przygotowani, nikt się nie obraża, ale przy każdej takiej okazji ktoś z nas – Europejczyków albo Latynosów – nieodmiennie skomentuje: u nas to zabawa dopiero by się rozkręcała! Tak i tym razem nasza przyjaciółka powiedziała: w Meksyku, jak orkiestra (bo na tam weselach przeważnie muzyka jest na żywo) przestaje grać, to ludzie zaczynają zbierać pieniądze, żeby pograli jeszcze godzinę dłużej. Jak dobrze ich rozumiem!