Kategoria: Wszystko
Sylwester 2015
Jutro idę na spacer http://www.komitetobronydemokracji.pl/spacer-oredzia-31-12-2015-godz-2000/. A że dzieli mnie od czasu polskiego 6 godzin, pójdę pewnie dwa razy – o tutejszej czternastej i o dwudziestej. Ruch na świeżym powietrzu jeszcze nikomu nie zaszkodził. Grunt, żeby obuwie nie było za ciasne.
Jeszcze ważniejsze
świąteczne wypieki – piernik
0
false
18 pt
18 pt
0
0
false
false
false
/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0in 5.4pt 0in 5.4pt;
mso-para-margin-top:0in;
mso-para-margin-right:0in;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0in;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:12.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ascii-font-family:Cambria;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Cambria;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;}
A na święta był piernik. Kiedyś miał to być litewski piernik
Neli. Cierpiąc najwyraźniej na zanik pamięci, już tu, w Hameryce kilka lat temu
próbowałam, trzymając się najściślej przepisu (Aniela Rubinstein: „Kuchnia
Neli”; Wydawnicto Muza, Warszawa 2002; str. 304) popełnić to cudo. Popełniłam,
ale błąd. Ciasto pachniało przepieknie. Było dość zwarte, no ale jakie ma być,
skoro gotowemu wypiekowi trzeba będzie dać czas, żeby zmiekł, piekąc na dwa lub
więcej tygodni przed planowanym spożyciem? Autorka sama przyznaje, że „Piernik
jest płaskim ciastem, po upieczeniu tak twardym, że niepodobieństwem wydaje się
go ugryźć.” Dopiero po owych tygodniach wchłaniania wilgoci z powietrza ma
zmięknąć i rozpływać się w ustach. Toteż, gdy wyjęłam z piekarnika upojnie
pachnącą korzenną deskę, zawinęłam ją, jak kazała Nela, w szmatkę i odłożyłam.
Stan piernika w ciągu dwóch tygodni nie uległ zmianie. Dalej pachniał
przepięknie i nie dawał się ani ułamać, ani pociąć, ani nawet obmuldać (muldać,
cyckać – w gwarach południowopolskich – ssać). Cóż, może po drugiej stronie
oceanu potrzeba mu więcej czasu? Nie zrażona przyznałam mu prawo do dłuższego
mięknięcia na emigracji. Mój pokpiwał sobie z moich dokonań sugerując
niezobowiązująco, że może użycie piły tarczowej byłoby tu na miejscu. Ignorant!
Nie zna się na piernikach, a na litewskich to już w ogóle! Upłynęły dalsze dwa
tygodnie. Piernik nadal kusił zapachem korzennym rodem z tysiąca i jednej nocy
i nie dawał się ani pociąć, ani połamać. Pod nieobecność Mojego, żeby
zaoszczędzić sobie cyrku z pożyczaniem od sąsiadów piły łańcuchowej, usiłowałam
użyć nieco delikatniejszych narzędzi (młotek), ale musiałam skapitulować w
obawie przed uszkodzeniem mebli w kuchni. No bo warsztatu z imadłem nie posiadaliśmy.
Może można byłoby go rozmoczyć? Tylko, że w tym celu trzeba byłoby go
zanurzyć, a jako ciasto płaskie ma
dość dużą powierzchnię i poza wanną nie zmieściłby się w żadne z posiadanych
przez nas naczyń…
Skończyło się więc na tym, że z nosem zwieszonym na
kwintę musiałam go jednak wyrzucić. Patrząc, jak wysuwa się ze ściereczki i wpada
do kosza na śmieci przeżyłam olśnienie. No oczywiście! Przecież ten przepis nie
wychodzi! W minionym stuleciu, na innym kontynencie też nie wyszedł! Słysząc,
jak aromatyczny kawałek betonu uderza w dno kosza, przypomniałam sobie, jak mój tata, waląc
młotkiem starał się rozdrobnić ów stwardniały kawałek cementu tak, żeby można go
było niepostrzeżenie (uwaga – sąsiadki mają oczy!) wyrzucić do wspólnego
śmietnika, nie narażając się na obmowę spowodowaną niezaprzeczalnym
marnotrawstwem cennych składników.
Pieczenie piernika może mieć jednak wynik odwrotny do
opisanego powyżej. Pamiętam, jak kiedyś całą rodziną wpatrywaliśmy się
bezradnie w szybkę piekarnika, w którego wnętrzu upojnie pachnąca brązowa lawa porcjami
wypływa z wnętrza formy i ciężkimi kluchami opada na dno piekarnika. Roznoszący
się obłędny zapach szczelinami wdzierał się już do sąsiednich mieszkań, a nam
nie pozostawało nic innego, jak mieć nadzieję, że po zakończeniu erupcji tego
wulkanu coś jeszcze w formie pozostanie.
Upał
Chcieć to móc
Sklep z nożami
Byłam na Dzikim Zachodzie, żeby chodzić po górach. Chodząc po górach skalistych dobrze jest mieć ze sobą kilka przedmiotów, które mogą się przydać. Należy do nich m. in. – nie, nie komórka, w górach i tak nie ma zasięgu – scyzoryk. A ponieważ nasz został w domu, udaliśmy się do sklepu z nożami znajdującego się w znanej miejscowości turystycznej u podnóży gór. Sklep ten okazał się sklepem z bronią i to nie tylko białą. Po lewej stronie było wszystko od scyzoryków szwajcarskich po miecze spod Grunwaldu, po prawej zaś wśród poroża wystawiona była cała artyleria, którą takowe poroże i nie tylko, można byłoby zdobyć.
Po nabyciu scyzoryka Mój czym prędzej opuścił śmierciosprzedajny przybytek, mnie zaś wpadła w oko tabliczka z cyklu "osobom poniżej 18 roku życia alkoholu nie podaje się", głosząca jednakże, że do nabycia pukawki osobom poniżej 18 roku życia potrzebna jest zgoda rodzica. Zaintrygowana, czy jest jakaś dolna granica wieku, kiedy to nawet zgoda rodzina nie pomoże i strzelby się nie sprzeda? zaczepiłam sprzedawcę wskazując na tabliczkę.
Popatrzył na mnie przepraszająco niewinnymi oczętami o barwie chabrów i powiedział z poczuciem winy:
– No, im chodzi o to, żeby niepełnoletni nie kupowali broni…
– To jasne, ale czy jest jakaś granica, kiedy nawet zgoda rodzica nie pomoże?
– ???
– Czy można kupić strzelbę, jak się ma 16 lat?
– Jeśli rodzic pozwoli – tak.
– 12 lat?
– Też.
– 5 lat?
– Jeśli rodzice wyrażą zgodę – jak najbardziej.
Zszokowana wyszłam ze sklepu.
Z pamiętnika grupie
Hamerykańsko-niemiecką konferencję na temat (ewentualnego) zmierzchu Zachodu, wykładem na Dużym Uniwersytecie w Wielkim Hamerykańskim Mieście otwiera Adam Michnik. Po raz pierwszy widzę i słyszę go bez pośrednictwa telewizora, co też, dziękując mu po wykładzie, nadmieniam. "Ale ja przy bliższym poznaniu bardzo tracę" – odpowiada, jak zawsze szlagfertig, mój idol i… bucha mnie w mankiet!
Moje bezgraniczne uwielbienie dla niego jest jednak tak ślepe, że odebrałam ten kontrowersyjny w dzisiejszych czasach gest, jako przejaw czarującej galanterii minionego stulecia, a nie rzężący dech zdychającego patriarchatu. Nie wytarłam więc natychmiast wierzchu dłoni w spodnie, przeciwnie, postanowiłam nie myć jej przez jakiś czas.
A na poważnie, to wykład był arcyciekawy i tylko żałowałam, że nie było czasu na zadawanie pytań, bo publiczność też była interesująca i gorąca dyskusja wisiała w powietrzu.
Dalej o Kanionie
Można oglądać zdjęcia i filmy przyrodnicze. Można stać nad brzegiem i chłonąć widoki. Ale dopiero gdy w mocnych butach, kapeluszu z szerokim rondem (słońce!) i z litrem wody wyliczonym na każdą godzinę wędrówki po spieczonym szlaku, zaczniemy schodzić w dół – nie musi być daleko, bo szlaki, choć przestronne (muszą zmieścić się na nich muły) i dobrze utrzymane, są strome i wyżłobione w kamieniu, stanowiąc wyzwanie dla kolan – dotrze do nas cała potęga Kanionu. Kanion pod nami, Kanion nad nami, ściana Kanionu z jednej strony, urwisko w dół Kanionu z drugiej, szlak w dół Kanionu przed nami, szlak w górę Kanionu za nami. Płonące słońce wyciska litry potu, ale zanim choćby jedna kropla zdąży pojawić się na skórze, wysusza ją mocny wiatr pustyni. Bohatersko poprzyczepiane do pionowych ścian sosenki ustępują miejsca pustynnej roślinności. Czerwony kurz osiada na butach. Cisza. Tylko wiatr. Cisza, wiatr i przestrzeń. I szybujące w dole (w dole!) wielkie ptaki.