Grunt to rodzinka

Ojciec mojego hamerykańskiego kolegi po kilku latach wdowieństwa, w osiemdziesiątej wiośnie życia, ożenił się ponownie. Wspólnie ze świeżo poślubioną i niewiele młodszą od siebie małżonką, sprzedali jego dom i przenieśli się do assisted living*. W odróżnieniu od dwóch ze swoich (czterech) sióstr, które ponowne małżeństwo ojca przeżywają jak rozstanie z miłością swego życia, mój kolega uważa, że wszyscy są dorośli i mogą robić, co chcą. Wyprawił był ojcu nawet wieczór kawalerski, ściśle jednak przestrzegając, by obyło się bez striptizerek. 
Jako dobrzy, irlandzcy katolicy brali ślub w kościele, a jako długoletni parafianin, ojciec kolegi sam wybrał czytanie na mszę. Zebrani ucieszyli się bardzo, słysząc: bądźcie płodni i rozmnażajcie się!
Ale właściwie tego wszystkiego można się było spodziewać. Obecna żona ojca od zawsze była przyjaciółką domu. Swojego pierwszego męża poznała jako nastolatka w tym samym dniu, w którym spotkała ojca mego kolegi i, jak wieść gminna niesie, od tamtego czasu miała do niego słabość. Cóż, poczekała marne sześćdziesiąt parę lat, wychowała troje dzieci (jej wybranek sześcioro), doczekała się wnuków (jej wybranek większej ich ilości), pochowała męża (jej wybranek żonę) i z dumą przyjęła nazwisko, które nosi również i mój kolega, i który to drobiazg wywołuje u niego, akceptującego wszystkie inne decyzje młodej pary, lekkie uczucie mdłości.
*Assisted living – można przetłumaczyć jako mieszkanie z opieką, osiedle dla starszych ludzi z pomocą lekarską i, zależnie od zapotrzebowania i stanu zdrowia mieszkańców, także i w codziennym życiu.

Sylwester 2015

Jutro idę na spacer http://www.komitetobronydemokracji.pl/spacer-oredzia-31-12-2015-godz-2000/. A że dzieli mnie od czasu polskiego 6 godzin, pójdę pewnie dwa razy – o tutejszej czternastej i o dwudziestej. Ruch na świeżym powietrzu jeszcze nikomu nie zaszkodził. Grunt, żeby obuwie nie było za ciasne.

Wczoraj pomyślałam sobie – jak deja vu, to deja vu – i poszłam na Gwiezdne Wojny. No i było deja vu.

świąteczne wypieki – piernik

0
false

18 pt
18 pt
0
0

false
false
false

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0in 5.4pt 0in 5.4pt;
mso-para-margin-top:0in;
mso-para-margin-right:0in;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0in;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:12.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ascii-font-family:Cambria;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Cambria;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;}

A na święta był piernik. Kiedyś miał to być litewski piernik
Neli. Cierpiąc najwyraźniej na zanik pamięci, już tu, w Hameryce kilka lat temu
próbowałam, trzymając się najściślej przepisu (Aniela Rubinstein: „Kuchnia
Neli”; Wydawnicto Muza, Warszawa 2002; str. 304) popełnić to cudo. Popełniłam,
ale błąd. Ciasto pachniało przepieknie. Było dość zwarte, no ale jakie ma być,
skoro gotowemu wypiekowi trzeba będzie dać czas, żeby zmiekł, piekąc na dwa lub
więcej tygodni przed planowanym spożyciem? Autorka sama przyznaje, że „Piernik
jest płaskim ciastem, po upieczeniu tak twardym, że niepodobieństwem wydaje się
go ugryźć.” Dopiero po owych tygodniach wchłaniania wilgoci z powietrza ma
zmięknąć i rozpływać się w ustach. Toteż, gdy wyjęłam z piekarnika upojnie
pachnącą korzenną deskę, zawinęłam ją, jak kazała Nela, w szmatkę i odłożyłam.
Stan piernika w ciągu dwóch tygodni nie uległ zmianie. Dalej pachniał
przepięknie i nie dawał się ani ułamać, ani pociąć, ani nawet obmuldać (muldać,
cyckać – w gwarach południowopolskich – ssać). Cóż, może po drugiej stronie
oceanu potrzeba mu więcej czasu? Nie zrażona przyznałam mu prawo do dłuższego
mięknięcia na emigracji. Mój pokpiwał sobie z moich dokonań sugerując
niezobowiązująco, że może użycie piły tarczowej byłoby tu na miejscu. Ignorant!
Nie zna się na piernikach, a na litewskich to już w ogóle! Upłynęły dalsze dwa
tygodnie. Piernik nadal kusił zapachem korzennym rodem z tysiąca i jednej nocy
i nie dawał się ani pociąć, ani połamać. Pod nieobecność Mojego, żeby
zaoszczędzić sobie cyrku z pożyczaniem od sąsiadów piły łańcuchowej, usiłowałam
użyć nieco delikatniejszych narzędzi (młotek), ale musiałam skapitulować w
obawie przed uszkodzeniem mebli w kuchni. No bo warsztatu z imadłem nie posiadaliśmy.
Może można byłoby go rozmoczyć? Tylko, że w tym celu trzeba byłoby go
zanurzyć,  a jako ciasto płaskie ma
dość dużą powierzchnię i poza wanną nie zmieściłby się w żadne z posiadanych
przez nas naczyń…

Skończyło się więc na tym, że z nosem zwieszonym na
kwintę musiałam go jednak wyrzucić. Patrząc, jak wysuwa się ze ściereczki i wpada
do kosza na śmieci przeżyłam olśnienie. No oczywiście! Przecież ten przepis nie
wychodzi! W minionym stuleciu, na innym kontynencie też nie wyszedł! Słysząc,
jak aromatyczny kawałek betonu uderza w dno kosza, przypomniałam sobie, jak mój tata, waląc
młotkiem starał się rozdrobnić ów stwardniały kawałek cementu tak, żeby można go
było niepostrzeżenie (uwaga – sąsiadki mają oczy!) wyrzucić do wspólnego
śmietnika, nie narażając się na obmowę spowodowaną niezaprzeczalnym
marnotrawstwem cennych składników.

Pieczenie piernika może mieć jednak wynik odwrotny do
opisanego powyżej. Pamiętam, jak kiedyś całą rodziną wpatrywaliśmy się
bezradnie w szybkę piekarnika, w którego wnętrzu upojnie pachnąca brązowa lawa porcjami
wypływa z wnętrza formy i ciężkimi kluchami opada na dno piekarnika. Roznoszący
się obłędny zapach szczelinami wdzierał się już do sąsiednich mieszkań, a nam
nie pozostawało nic innego, jak mieć nadzieję, że po zakończeniu erupcji tego
wulkanu coś jeszcze w formie pozostanie. 

Upał

Trawnik wysechł i zamarł, zamieniając się w sztywne, wyblakłe ściernisko. Granice upału wyznacza tylko klimatyzacja, bo gorąco jest nawet w nocy.* Nie padało od miesiąca, ale wilgotne (o ironio!) ciepło oblepia człowieka już o szóstej rano, a w miarę upływu godzin jego uścisk staje się coraz szczelniejszy. W okolicach południa zamienia się w żelazną obręcz, a po południu w małym, ludnym zwykle, parku w centrum Wielkiego Hamerykańskiego Miasta spotkań można już tylko wariatów i bezdomnych.**
 
"(…) o nieprzytkomnej od żaru godzinie południa (…) kiedy czas, oszalały i dziki, wyłamuje się z kieratu zdarzeń i jak zbiegły włóczęga pędzi z krzykiem na przełaj przez pola. Wtedy lato, pozbawione kontroli, rośnie bez miary i rachuby na całej przestrzeni, rośnie z dzikim impetem na wszystkich punktach, w dwójnasób, w trójnasób, w inny jakiś wyrodny czas, w nieznaną dymensję, w obłęd."
No, a z czego to cytat?
*Podano do wiadomości, że organizowane są specjalne miejsca, dokąd osoby nie mające do dyspozycji klimatyzowanych pomieszczeń, mogą pójść się ochłodzić.

**Nie będąc autorytetem w tej dziedzinie jestem przekonana, że dużo wariatów zostaje tu (i pewnie nie tylko tu) bezdomnymi, a bezdomych wariatami. Na temat skutków przyczynowo-skutkowych istnieje zapewne cała literatura fachowa.

Chcieć to móc

W Hameryce każdy stan ma swoje uregulowania dotyczące wymagań stawianych nauczycielom w szkołach publicznych. W jednym są to studia kierunkowe z przygotowaniem pedagogoicznym, a w sąsiednim może to być… no, właśnie – co?
Do Centrum (Językowego) przyszła na intensywny kurs indywidualnej nauki francuskiego pani. Zaczyna od poziomu dla początkujących. Gdy zapytałam ją, czy uczy się języka w określonym celu, odparła. że jak najbardziej, potrzebny jej będzie do pracy. Za trzy tygodnie bowiem obejmuje posadę nauczycielki tego języka w szkole. Będzie uczyć 17-latków. 
Ponieważ jestem już w tym Kraju Nieograniczonych Możliwości od jakiejś chwili, nie padłam od razu trupem, tylko zachowując zimną krew z twarzą pokerzystki upewniłam się:
– Ale doświadczenie w nauczaniu jako takim już pani ma?
– Nie – padła rozbrajająca odpowiedź – nigdy w życiu nie przeprowadziłam ani jednej lekcji!
Chcieć to móc! 
Czy też raczej: 
Nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera!
A jakie są skutki, to gdzieniegdzie widać…

Sklep z nożami

Byłam na Dzikim Zachodzie, żeby chodzić po górach. Chodząc po górach skalistych dobrze jest mieć ze sobą kilka przedmiotów, które mogą się przydać. Należy do nich m. in. – nie, nie komórka, w górach i tak nie ma zasięgu – scyzoryk. A ponieważ nasz został w domu, udaliśmy się do sklepu z nożami znajdującego się w znanej miejscowości turystycznej u podnóży gór. Sklep ten okazał się sklepem z bronią i to nie tylko białą. Po lewej stronie było wszystko od scyzoryków szwajcarskich po miecze spod Grunwaldu, po prawej zaś wśród poroża wystawiona była cała artyleria, którą takowe poroże i nie tylko, można byłoby zdobyć.

Po nabyciu scyzoryka Mój czym prędzej opuścił śmierciosprzedajny przybytek, mnie zaś wpadła w oko tabliczka z cyklu "osobom poniżej 18 roku życia alkoholu nie podaje się", głosząca jednakże, że do nabycia pukawki osobom poniżej 18 roku życia potrzebna jest zgoda rodzica. Zaintrygowana, czy jest jakaś dolna granica wieku, kiedy to nawet zgoda rodzina nie pomoże i strzelby się nie sprzeda? zaczepiłam sprzedawcę  wskazując na tabliczkę.

Popatrzył na mnie przepraszająco niewinnymi oczętami o barwie chabrów i powiedział z poczuciem winy:

– No, im chodzi o to, żeby niepełnoletni nie kupowali broni…

– To jasne, ale czy jest jakaś granica, kiedy nawet zgoda rodzica nie pomoże?

– ???

– Czy można kupić strzelbę, jak się ma 16 lat?

– Jeśli rodzic pozwoli – tak.

– 12 lat?

– Też.

– 5 lat?

– Jeśli rodzice wyrażą zgodę – jak najbardziej.

Zszokowana wyszłam ze sklepu.

Z pamiętnika grupie

Hamerykańsko-niemiecką konferencję na temat (ewentualnego) zmierzchu Zachodu, wykładem na Dużym Uniwersytecie w Wielkim Hamerykańskim Mieście otwiera Adam Michnik. Po raz pierwszy widzę i słyszę go bez pośrednictwa telewizora, co też, dziękując mu po wykładzie, nadmieniam. "Ale ja przy bliższym poznaniu bardzo tracę" – odpowiada, jak zawsze szlagfertig, mój idol i… bucha mnie w mankiet!

Moje bezgraniczne uwielbienie dla niego jest jednak tak ślepe, że odebrałam ten kontrowersyjny w dzisiejszych czasach gest, jako przejaw czarującej galanterii minionego stulecia, a nie rzężący dech zdychającego patriarchatu. Nie wytarłam więc natychmiast wierzchu dłoni w spodnie, przeciwnie, postanowiłam nie myć jej przez jakiś czas.

A na poważnie, to wykład był arcyciekawy i tylko żałowałam, że nie było czasu na zadawanie pytań, bo publiczność też była interesująca i gorąca dyskusja wisiała w powietrzu.

Dalej o Kanionie

Można oglądać zdjęcia i filmy przyrodnicze. Można stać nad brzegiem i chłonąć widoki. Ale dopiero gdy w mocnych butach, kapeluszu z szerokim rondem (słońce!) i z litrem wody wyliczonym na każdą godzinę wędrówki po spieczonym szlaku, zaczniemy schodzić w dół – nie musi być daleko, bo szlaki, choć przestronne (muszą zmieścić się na nich muły) i dobrze utrzymane, są strome i wyżłobione w kamieniu, stanowiąc wyzwanie dla kolan – dotrze do nas cała potęga Kanionu. Kanion pod nami, Kanion nad nami, ściana Kanionu z jednej strony, urwisko w dół Kanionu z drugiej, szlak w dół Kanionu przed nami, szlak w górę Kanionu za nami. Płonące słońce wyciska litry potu, ale zanim choćby jedna kropla zdąży pojawić się na skórze, wysusza ją mocny wiatr pustyni. Bohatersko poprzyczepiane do pionowych ścian sosenki ustępują miejsca pustynnej roślinności. Czerwony kurz osiada na butach. Cisza. Tylko wiatr. Cisza, wiatr i przestrzeń. I szybujące w dole (w dole!) wielkie ptaki.

Gdzieś w Arizonie

Jedziemy przez bardzo suchy las iglasty. Jest całkiem płasko, choć, jak się domyślamy, dość wysoko, bo po drodze cały czas pukało nam w uszach. Kupujemy bilet wstępu do Parku Narodowego, ważny przez siedem dni. Dalej las szpilkowy i ciągle płasko i wysoko – płaskowyż. Już teraz wiemy, że to dwa tysiące metrów n.p.m. Wjeżdżamy na parking. 
Od samochodu jest już tylko kilka kroków i w prominiach zachodzącego słońca nagle rozstępuje się przed nami ziemia jak Morze Czerwone. Otwiera się skaliście, koronkowo, różowo i pomarańczowo, na półtora kilometra w dół i na dwadzieścia kilometrów od brzegu do brzegu. Wygląda jak na wszystkich widokówkach, zdjęciach i filmach, tylko że zionie nam teraz pod stopami w rzeczywistości, paraliżując ogromem. Zduszonym szeptem mówię do Mojego:
– Patrz, jest. Wielki Kanion jest.