śnieg po pas

Myślałam już, że w tym roku śniegu nie będzie. Założenie to oparłam na fakcie, że późną jesienią kupiliśmy sobie rakiety (do chodzenia po śniegu, nie latania w kosmos), no a wiadomo, że jak człowiek ma ze sobą parasol, to nie pada deszcz. W zeszłym tygodniu jednak zapowiedziano śnieg, a w miarę zbliżania się weekendu, prognoza robiła się coraz poważniejsza. W czwartek pojechałam na zakupy, bo okazało się, że w piątek możemy nie zdążyć przed śnieżycą, a padać ma też przez większą część soboty.

Wtedy to właśnie w wielkim hamerykańskim supermarkecie ujrzałam coś, co, jak na tutejsze realia, najbardziej było zbliżone do kolejki za mięsem. Przed ladą z wędliną stało na raz mianowicie około dziesięciu osób!
W piątek nie zaczęło padać aż do późnego wieczora, ale w sobotę obudziliśmy się w kurniawie. Wiało i padało, wiało tak mocno, że padało w poprzek, a gdy w pewnym momencie spojrzałam w okno, zobaczyłam śnieg lecący do góry. O odśnieżaniu nie było mowy, bo na polu* nie można było oddychać, jeżeli nie stało się tyłem do wiatru, a łopatę ustawioną pod kątem 90 stopni do jego kierunku wyrywało człowiekowi z ręki. I tak było przez dwanaście godzin. W niedzielę na błękitne niebo wyszło słońce i mogliśmy rozkoszować się bezwietrzną pogodą, zaspami wokół domów i drogą dojazdową zasypaną na dobre pół metra. Za dużo jak na pług, więc po południu przyjechała koparka i zaczęła ten śnieg przerzucać z ulicy do ogródków. Do wieczora odkopała jeden pas jezdni i uformowała góry śniegowe na półtora do dwóch metrów po obu jego stronach. W poniedziałek ludzie, w zależności od stopnia odkopania miejsca zamieszkania i napędu w samochodach pojawili się, bądź nie, w pracy. Szkoły były zamknięte. Dalszą część usuwania śniegu służby drogowe pozostawiły w dużej mierze pogodzie (odwilży), zupełnie nie przejmując się takimi drobiazgami, jak ponad metrowe góry śniegu nagle blokujące jeden z pasów jezdni, poza tym odśnieżony.
W poniedziałek zobaczyłam też po raz pierwszy w Hameryce kilka pustych półek w sklepie spożywczym – wykupili mleko i mąkę! Kiedyś już słyszałam, że jak tu zapowiadają klęski żywiołowe i ludzie rzucają się do sklepu, żeby nakupić jedzenia, to największą popularnością cieszy się właśnie mleko, mąka i jajka. Żeby na śniadanie w dzień Armagedonu móc zrobić sobie placuszki.** 
*   oboczność południowopolska 
** pancakes, nie mylić z crepes – naleśnikami. Pancakes robione       są z dodatkiem sody lub proszku do pieczenia i podawane na         śniadanie z syropem klonowym.

Zanim przyjdzie wiosna

Ja wiem, że na wiosnę trawa sama rośnie. Ale póki co, zima się zaostrza. Żeby więc nie ulec temu, co Hamerykanie nazywają  cabin fever, czyli mało komfortowym stanem psychofizycznym, spowodowanym przebywaniem przez dłuższy czas w zamkniętych pomieszczeniach, z dala od świeżego powietrza, należy chodzić na spacery. W sobotę będzie okazja zrobić to w miłym towarzystwie

Permanentna inwigilacja!!! – no, skąd ten cytat?

Nie chcę, żeby dzielnicowy albo pracownicy innych służb, bez nakazu sądu, w każdej chwili, według swojego widzimisię, mieli dostęp do e-maili mojej rodziny i przyjaciół w Polsce, do wiadomości o posiadanej, nie posiadanej, przelewanej i pożyczanej gotówce, zapisanych na kontach bankowych, oraz do wszystkich stron internetowych, jakie moi bliscy, a także zupełnie mi obcy ludzie w Kraju odwiedzają, a może i do wszystkich wiadomości zapisanych w ich komputerach – https://secure.avaaz.org/pl/petition/Sejm_RP_Wladza_pragnie_przeswietlic_nasze_zycie_i_nasze_komputery/?njexbkb

Sylwester 2015

Jutro idę na spacer http://www.komitetobronydemokracji.pl/spacer-oredzia-31-12-2015-godz-2000/. A że dzieli mnie od czasu polskiego 6 godzin, pójdę pewnie dwa razy – o tutejszej czternastej i o dwudziestej. Ruch na świeżym powietrzu jeszcze nikomu nie zaszkodził. Grunt, żeby obuwie nie było za ciasne.

Wczoraj pomyślałam sobie – jak deja vu, to deja vu – i poszłam na Gwiezdne Wojny. No i było deja vu.

święta 2015

0
false

18 pt
18 pt
0
0

false
false
false

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0in 5.4pt 0in 5.4pt;
mso-para-margin-top:0in;
mso-para-margin-right:0in;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0in;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:12.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ascii-font-family:Cambria;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Cambria;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;}

W Wigilię między uszkami a gotowaniem ryby poszłam na niedługi spacer. Mżawka,
mgła i dwadzieścia stopni Celsjusza. Udekorowane świątecznie domy i
temperatura, jakbyśmy byli na Florydzie. Taki też zapach – mokry, bagienny. Ciężkie
chmury potęgują zapadający mrok – tylko na zachodzie ognisty pas nieba podkreśla
radosny blask światełek w ogrodach. Dochodzi mnie wycie syreny –
Mikołaj jedzie! Wraz ze zbliżaniem się wozu strażackiego z domów wybiegają
podekscytowane, czasem na granicy histerii, dzieci. Nie do wiary, ale niektórym
głosikom udaje im się przekrzyczeć strażacką syrenę. Wóz Mikołaja przejeżdża
powoli, on sam pozdrawia, odwraca się, macha ręką. Takie duże, głośne i
czerwone papa mobile. Bez kuloodpornego szkła, za to ze śnieżynkami rzucającymi
dzieciom cukierki.

W Polsce przypalone ciasto drożdżowe i ciśnienie jeszcze nie opadłe po obejrzeniu
transmisji z posiedzenia sejmu.

Ostatni dzwonek

0
false

18 pt
18 pt
0
0

false
false
false

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0in 5.4pt 0in 5.4pt;
mso-para-margin-top:0in;
mso-para-margin-right:0in;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0in;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:12.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ascii-font-family:Cambria;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Cambria;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;}

Czterdziestoczteroletnia
kobieta, pozostająca w wieloletnim związku, nagle, na łeb na szyję, nadwyrężywszy kartę
kredytową na daremne próby sztucznych zapłodnień, decyduje się zaciągnąć 30 000
dolarów pożyczki na zakup, zapłodnienie i wszczepienie sobie jajeczka obcej
kobiety. 

Zaiste, strach przed utratą potencjalnej możliwości bywa wielki. To jak młodsza o 20 lat kochanka,
albo jaskrawy kabriolet u coniektórego faceta. 

Tailgating

0
false

18 pt
18 pt
0
0

false
false
false

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0in 5.4pt 0in 5.4pt;
mso-para-margin-top:0in;
mso-para-margin-right:0in;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0in;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:12.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ascii-font-family:Cambria;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Cambria;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;}

Jeszcze trzy dni
temu odbywałam mój południowy spacer w klapkach, a dzisiaj bez swetra i kurtki ani
rusz.Wiatr wieje. Deszczyk pada, ciemno, wietrzno, ponuro, nie można już dłużej
ignorować nadejścia jesieni. 

Kilka dni temu, gdy jeszcze
było ciepło i przyjemnie, mój kolega wyszedł wcześniej z pracy, udając się na
mecz lokalnej drużyny. Mecz zaczynał się dopiero wieczorem, ale już po południu
on i kilku znajomych spotykało się na części przedoficjalnej, zwanej w lokalnym
narzeczu tailgating. Hamerykańskie to
słówko ma kilka znaczeń, w tym wypadku chodzi o nieformalną imprezę, mającą
miejsce wokół zaparkowanego samochodu, przeważnie na parkingu stadionu, przed
rozpoczęciem meczu, polegającą na spożywaniu produktów przywiezionych w tymże
samochodzie (często grillowanych na niewielkim przenośnym grillu) oraz
spożywaniu napojów alkoholowych (głównie piwa), wyjmowanych z bagażnika tegoż samochodu.
Są tacy, którzy przysięgają, że owe parkingowe posiedzenia to najfajniejsza
część chodzenia na mecze. (Przynajmniej dopóki się człowiekowi, zwłaszcza płci
żeńskiej, nie zachce po tych wszystkich piwach sikać – obiekty sanitarne na
kilka godzin przed meczem są bowiem jeszcze niedostępne.) 

Cóż, co kraj to
obczaj – po przeciwnej stronie oceanu spora część regularnych bywalców meczów
za najzabawniejszą część uważa odbywające się z ich okazji mniej lub bardziej
krwawe burdy. W tym kontekście stwierdzenie, że Hamerykanie są z Marsa, a
Europejczycy z Wenus, wydaje się co najmniej nieadekwatne.

Marynarka i Francuz

0
false

18 pt
18 pt
0
0

false
false
false

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0in 5.4pt 0in 5.4pt;
mso-para-margin-top:0in;
mso-para-margin-right:0in;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0in;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:12.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ascii-font-family:Cambria;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Cambria;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;}

Uroczyste otwarcie nowego budynku mojej firmy. Zjeżdżają się goście z zagranicy. 

Zamieszkały w Kanadzie Francuz zostawił w taksówce na lotnisko marynarkę, a że następnego dnia wielka feta i
wszyscy mają być ubrani odświętnie, chce jeszcze wieczorem pojechać na zakupy. Nie wie tylko, jaki
jest jego rozmiar w Hameryce. Biały Hamerykanin zdejmuje swoją marynarkę w pepitkę i podaje galijskiemu gościowi, żeby przymierzył, bo są podobnego wzrostu i budowy. Ten ją
zakłada i… tu staje się coś dziwnego. Marynarka w pepitkę, która na właścicielu była nie
zwracającym uwagi czymś, na gościu ożywa – w ciągu kilku sekund potrzebnych mu
na jej założenie, okazuje się, że ma kształt, kolor, wyraz, pięknie się układa, miękko podkreśla ruchy… 

Widać nie zawsze suknia zdobi
człowieka. Bywa też odwrotnie.