Prąd i jego brak

0
false

18 pt
18 pt
0
0

false
false
false

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0in 5.4pt 0in 5.4pt;
mso-para-margin-top:0in;
mso-para-margin-right:0in;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0in;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:12.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ascii-font-family:Cambria;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Cambria;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;}

Dopiero po przyjeździe do domu zobaczyłam na komórce wiadomość alermową, że nadciąga tornado i trzeba
szukać schronienia. Cóż – przesiedziałam je w korku na autostradzie. A między
drzewa wjechałam dopiero, gdy burza już przeszła. I całe szczęście, bo trzeba
było omijać leżące na jezdni konary – strach pomyśleć, gdybym tak jechała tamtędy kwadrans wcześniej! Jedno drzewo podobno zwaliło się też w całości na
autostradę, ale, mimo że korek był zderzak przy zderzaku, nikogo nie trafiło. Z pobliskiej pizzerii zdjęło dach, pięciometrowe drzewko u sąsiadów wyjęło z ziemi jak chwast i położyło obok. A nasze drewniane meble na balkonie poskładało i przesunęło wbijając w barierkę tak, że trzeba było się dobrze zaprzeć, żeby je stamtąd wyciągnąć.

W każdym razie po tych
fajerwerkach straciliśmy, wraz z całym osiedlem i około 300 tysiącami innych ludzi, prąd. U nas przerwa w dostawie trwała kilka dni. Koniec czerwca, dzień długi, ciepło, gdyby nie to, że jedzenie w lodówce się
zepsuło no i w końcu skończyła ciepła woda zgromadzona w bojlerze, właściwie
wcale by mi to nie przeszkadzało – było cicho i spokojnie, oglądałam z balkonu
zachody słońca i roje świetlików, niebo całkiem ciemne robiło się dopiero po dziesiątej. 

Ponieważ jednak brak prądu oznacza też brak klimatyzacji, więksości
Hamerykanów dokuczał on o wiele bardziej niż mnie. Dość na tym, że zaczęli
otwierać okna, w wielu domach na tym, stosunkowo nowym, osiedlu, zapewne po raz
pierwszy od czasu ich wybudowania…

Dzikie gęsi

0
false

18 pt
18 pt
0
0

false
false
false

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0in 5.4pt 0in 5.4pt;
mso-para-margin-top:0in;
mso-para-margin-right:0in;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0in;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:12.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ascii-font-family:Cambria;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Cambria;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;}

Mieszkam w kraju
Akki Skermekajsen. Choć właściwie nie powinno jej tu być. A już na pewno nie na
wiosnę. Powinna wraz z koleżankami przelatywać nad nami jesienią w drodze na
południe, a potem wracać do rodzimej Kanady. Coś się im jednak pomieszało i
mieszkają teraz w tutejszym umiarkowanym klimacie przez cały rok. A w maju mają
dzieci. Dzieci wyglądają jak puchate brązowe kulki. Lepiej jednak przyglądać
się im z bezpiecznej odległości, w przeciwnym bowiem razie szyje dorosłych gęsi
zaczynają się poruszać w górę i w dół, prostować i wyginać i tylko czekać, aż
ogromne ptaszysko, sycząc wyruszy za tobą z furią gotowe szczypać i bić
skrzydłami. Nikt rozsądny nie zaczepia tu dzikich gęsi.

Prawie nikt. Idę
sobie ostatnio na mój południowy spacer (od poniedziałku do piątku wychodzę
mianowicie z biura na regularne południowe spacery – można według mnie zegarek
nastawiać) i z daleka widzę gęś. Dziwny ma ogon, tak jakoś się za nią ciągnie.
Gdy podeszłam bliżej, zauważyłam, że to nie ogon, tylko kulka za nią podąża. A
za chwilę z drugiej strony ulicy (bo gęsi chodzą sobie na spacery po ulicy,
jeśli im się tak podoba) biegnie niewielka grupa koleżanek, machając szyjami w
wojowniczy sposób. Przystanęłam więc, bo w nie byłam pewna, do kogo ta
wojowniczość została skierowana. Dziwne mi się wydawało, że chciałyby zaczepiać
tę jedną z pisklakiem, a ja najwyraźniej też nie byłam celem, bo gdybym nim
była, to już by mnie tam nie było. Państwo rozumieją. Obserwuję więc tak z
daleka niespokojne dawczynie smalcu, gdy nagle rejestruję bezszelestny cień – na
niewielkiej wysokości śmignął nad nami jastrząb. Albo inny myszołów. Tym razem był
jednak potencjalnym gęsiołowem i stąd całe zamieszanie – grupa koleżanek biegła
z pomocą kulce. Ciekawe było to, że mama gęś coraz to wychodziła na asfalt –
nie wiem, czy drapieżnikowi trudniej zaatakować na betonie (bo sobie może
poobijać manicure), czy też chodziło o to, żeby go dobrze widzieć i nie
wchodzić pod drzewa, gdzie może zaatakować niezauważony. Pooglądałam je jeszcze
trochę i wróciłam do pracy przed komputeram. Cóż – kulki rosną szybko, a
gęsiołowy też pewnie akurat też mają kulczane dzieci, które muszą czymś
nakarmić.

Poważna Hamerykanka

Moja obecna szefowa, dziewczę nieco po sześćdziesiątce, podzieliła się ze mną ostatnio refleksją:

– Ja to już się nigdy nie nauczę trzymać gęby na kłódkę! Staram się, z całej duszy się staram, ale niewiele z tego wychodzi.

Nadstawiłam uszu, spodziewając się interesującej historii.
– Robię sobie dziś rano w kuchni kawę – ciągnęła – a tu przychodzi Ptasi Móżdżek z Frontu do Klienta i woła: "dobrze, że cię widzę, bo moja firmowa podstawka pod kubek już jest cała poplamiona. Mogę dostać nową?!"  Bo ja tu po to jestem, żeby jej wymieniać podstawki!!! No więc mówię grzecznie, że budżet na tego rodzaju reklamówki mamy ograniczony i przeznaczone są one raczej dla klientów. No, ale zaraz mnie podkusiło i dodałam: a zresztą w nowym budynku, do którego się przeprowadzamy, wszystko będzie takie nowe, jasne, czyste i przeźroczyste, że tam nie wolno pić kawy przy biurkach!
Wybuchnęłam śmiechem, bo wyobraziłam sobie minę Ptasiego Móżdżku.
– Ale potem pomyślałam, że to głupie gadanie się na mnie zemści, bo ta kretynka jeszcze komuś powtórzy, że ode mnie słyszała o zakazie picia kawy przy biurku! No to dawaj za telefon i dzwonię do niej do działu: Wiesz, jeszcze z tymi podstawkami, naprawdę bardzo mi przykro, ale w tym roku mamy dość ograniczony budżet. Acha, no i rozumiesz, że z tym zakazem picia kawy przy biurku to był żart, prawda? "Żaaaart? – zdziwił się Ptasi Móżdżek – ale ja już tu ludziom o tym powiedziałam!!!"
Łzy polały mi się po policzkach.

Straszne czasy

Dożyliśmy strasznych czasów – powiedział ćwierć wieku temu pewnien młody weterynarz, niosąc przez wieś na ścianie Wschodniej siatkę z brązowymi butelkami – piwo można kupić już nawet tu, za Groblami. 
Dwadzieścia pięć lat później, mieszkając w pobliżu Wielkiego Hamerykańskiego Miasta, nie będąc młodym weterynarzem, stwierdzam: dożyliśmy strasznych czasów – jedzenie do nas pocztą z Chin przychodzi!
Mam tutaj ulubioną chińską restaurację, w której szczególnie smakuje mi pewne, niezwykle pikantne, danie. Chcąc zapewnić sobie nieograniczony do niego dostęp, postanowiłam, że nauczę się je sama przyrządzać. W Internecie znalazłam przepis. Dwa składniki były na tyle egzotyczne, że nie znalazłam ich w pobliskich sklepach. Na pewno są w China Town, Internet jednak jest bliżej – klik, klik, wklepałam numerki (karty kredytowej), potwierdziałam zamówienie i po niedługim czasie przysłali pieprz syczuański – przyprawę z pieprzem nie mającą, poza ostrością, nic wspólnego, jest to mianowicie łuska jagód zupełnie innej rośliny. Smak (tak, tak, istnieją różne rodzaje smaku ostrego) i zapach też ma zupełnie inny.
Nie czekając na drugi składnik, już ze dwa razy z dość dobrym skutkiem ugotowałam zbliżoną do oryginalnej potrawę. Minęły może ze trzy tygodnie i zdążyłam już zapomnieć, że jeszcze coś mi mają dosłać. Gdy więc pewnego dnia po przyjściu do domu zastałam niewielką, ale ciężkawą paczuszkę, zaadresowaną jak najbardziej do mnie, ale wysłaną z Państwa środka, wcale nie byłam pewna, czy aby powinnam ją w ogóle otwierać.
Był tam, jak można się domyślić, drugi z brakujących składników mojej ulubionej potrawy. Wiedziałam, że to chińskie produkty (o to przecież chodziło), no ale do głowy mi nie przyszło, że oni je mogą z Chin na drugi koniec świata pojedynczym klientom w ramach sprzedaży detalicznej wysyłać!!!

Skrzywienie zawodowe

0
false

18 pt
18 pt
0
0

false
false
false

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0in 5.4pt 0in 5.4pt;
mso-para-margin-top:0in;
mso-para-margin-right:0in;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0in;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:12.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ascii-font-family:Cambria;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Cambria;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;}

Rozmawiałam z naszym
grafikiem o zwlekaniu i przesuwaniu na później. On zwleka z malowaniem
obrazów, a ja z pisaniem (m.in. bloga). W jego przypadku powodem są ograniczone warunki
mieszkaniowe, w moim – że po ośmiu godzinach w pracy przed komputerem nie bardzo
chce mi się włączać komputer w domu. No i jak można się było spodziewać, dał mi prostą
radę, żeby pisać ręcznie, na papierze. Dodał jednak nowy pomysł – jednoczesnego ilustrowania tego, co napiszę. Oczywiście – biznesmen będzie
namawiał cały świat do robienia pieniędzy, a artysta do malowania. 

świąteczne wypieki – piernik

0
false

18 pt
18 pt
0
0

false
false
false

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0in 5.4pt 0in 5.4pt;
mso-para-margin-top:0in;
mso-para-margin-right:0in;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0in;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:12.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ascii-font-family:Cambria;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Cambria;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;}

A na święta był piernik. Kiedyś miał to być litewski piernik
Neli. Cierpiąc najwyraźniej na zanik pamięci, już tu, w Hameryce kilka lat temu
próbowałam, trzymając się najściślej przepisu (Aniela Rubinstein: „Kuchnia
Neli”; Wydawnicto Muza, Warszawa 2002; str. 304) popełnić to cudo. Popełniłam,
ale błąd. Ciasto pachniało przepieknie. Było dość zwarte, no ale jakie ma być,
skoro gotowemu wypiekowi trzeba będzie dać czas, żeby zmiekł, piekąc na dwa lub
więcej tygodni przed planowanym spożyciem? Autorka sama przyznaje, że „Piernik
jest płaskim ciastem, po upieczeniu tak twardym, że niepodobieństwem wydaje się
go ugryźć.” Dopiero po owych tygodniach wchłaniania wilgoci z powietrza ma
zmięknąć i rozpływać się w ustach. Toteż, gdy wyjęłam z piekarnika upojnie
pachnącą korzenną deskę, zawinęłam ją, jak kazała Nela, w szmatkę i odłożyłam.
Stan piernika w ciągu dwóch tygodni nie uległ zmianie. Dalej pachniał
przepięknie i nie dawał się ani ułamać, ani pociąć, ani nawet obmuldać (muldać,
cyckać – w gwarach południowopolskich – ssać). Cóż, może po drugiej stronie
oceanu potrzeba mu więcej czasu? Nie zrażona przyznałam mu prawo do dłuższego
mięknięcia na emigracji. Mój pokpiwał sobie z moich dokonań sugerując
niezobowiązująco, że może użycie piły tarczowej byłoby tu na miejscu. Ignorant!
Nie zna się na piernikach, a na litewskich to już w ogóle! Upłynęły dalsze dwa
tygodnie. Piernik nadal kusił zapachem korzennym rodem z tysiąca i jednej nocy
i nie dawał się ani pociąć, ani połamać. Pod nieobecność Mojego, żeby
zaoszczędzić sobie cyrku z pożyczaniem od sąsiadów piły łańcuchowej, usiłowałam
użyć nieco delikatniejszych narzędzi (młotek), ale musiałam skapitulować w
obawie przed uszkodzeniem mebli w kuchni. No bo warsztatu z imadłem nie posiadaliśmy.
Może można byłoby go rozmoczyć? Tylko, że w tym celu trzeba byłoby go
zanurzyć,  a jako ciasto płaskie ma
dość dużą powierzchnię i poza wanną nie zmieściłby się w żadne z posiadanych
przez nas naczyń…

Skończyło się więc na tym, że z nosem zwieszonym na
kwintę musiałam go jednak wyrzucić. Patrząc, jak wysuwa się ze ściereczki i wpada
do kosza na śmieci przeżyłam olśnienie. No oczywiście! Przecież ten przepis nie
wychodzi! W minionym stuleciu, na innym kontynencie też nie wyszedł! Słysząc,
jak aromatyczny kawałek betonu uderza w dno kosza, przypomniałam sobie, jak mój tata, waląc
młotkiem starał się rozdrobnić ów stwardniały kawałek cementu tak, żeby można go
było niepostrzeżenie (uwaga – sąsiadki mają oczy!) wyrzucić do wspólnego
śmietnika, nie narażając się na obmowę spowodowaną niezaprzeczalnym
marnotrawstwem cennych składników.

Pieczenie piernika może mieć jednak wynik odwrotny do
opisanego powyżej. Pamiętam, jak kiedyś całą rodziną wpatrywaliśmy się
bezradnie w szybkę piekarnika, w którego wnętrzu upojnie pachnąca brązowa lawa porcjami
wypływa z wnętrza formy i ciężkimi kluchami opada na dno piekarnika. Roznoszący
się obłędny zapach szczelinami wdzierał się już do sąsiednich mieszkań, a nam
nie pozostawało nic innego, jak mieć nadzieję, że po zakończeniu erupcji tego
wulkanu coś jeszcze w formie pozostanie. 

Czas i przestrzeń k.u.k

0
false

18 pt
18 pt
0
0

false
false
false

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0in 5.4pt 0in 5.4pt;
mso-para-margin-top:0in;
mso-para-margin-right:0in;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0in;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:12.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ascii-font-family:Cambria;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Cambria;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;}

Uliczka taka wąska, zbudowana jeszcze dla zaprzęgów
konnych, nie samochodów. Jednokierunkowa. Wzdłuż niej proste rzędowe domki,
jedno- lub dwupiętrowe, wąskie, w pastelowych kolorach. Z ulicy wchodzi się od
razu do dużego pokoju, przez który przejść można do kuchni i to zwykle jest już
cały parter. Drzwiami kuchennymi wychodzimy na podwórko, nie zasługujące
właściwie na to miano. Ot, odrobina wolnej przestrzeni między murami. Na górze
małe pokoje, łazienka, czasami dwie, jeśli są dwa piętra.

Stukamy kołatką do drzwi o znajomym numerze (ponieważ
dzielnica, jak nie trudno się domyślić, jest zabytkowa, na wielu drzwiach wiszą
kołatki.) Otwiera nam gospodarz i oto, jak za dotknięciem czarodziejskiej
różdżki, przenosimy się ze starej części Wielkiego Hamerykańskiego Miasta do
wnętrza salonu k.u.k. Ciemne meble z epoki, drewniana podłoga, na ścianach
obrazy w secesyjnych ramach i przepiękne kryształowe lustro. W głębi pokoju duży,
owalny stół przykryty szydełkowanym, barwionym w herbacie obrusem. Przygotowane
porcelanowe talerzyki i srebrne, zdobione widelczyki do ciasta. Srebrna patera.
I kilka różnych likierów w zachęcających butelkach.

Z pokoju na piętro prowadzą wąziutkie drewniane schody.
Łazienka nie rozczarowuje – błękitna, jasna; w wolno stojącej, białej,
głębokiej, acz krótkiej wannie mogłaby pławić się Sisi. W jednej sypialni na stojącym
na środku, szerokim łóżku z rzeźbionym wezgłowiem, na kilku poduszkach, siedzi
ogroma lalka w krynolinie i kapeluszu. Córka gospodarza przestała się nią bawić
pewnie ze dwadzieścia lat temu, ale sądząc po porcelanowej buzi, egzemplarz ten
oprócz sentymentalnej, musi mieć sporą wartość nominalną. Druga sypialnia jest
znacznie mniejsza, wąskie łóżko stoi pod ścianą, małe biurko pod oknem. W kącie
buty do konnej jazdy, na ścianie szabla. Pamięta Wiosnę Ludów? I to już całe
piętro, po jeszcze węższych schodach możemy wyspinać się wyżej, do
pomieszczenia, które kiedyś było strychem, ale zostało wspaniale przerobione i
teraz jest tu obszerny gabinet z drewnianym kasetowym sufitem, będący
największym pomieszczeniem w domu, wyścielony dwoma dywanami, z oknami na obie strony
– uliczkę od wschodu i mini-podwórko od zachodu. Robione na zamówienie półki z
książkami stoją wzdłuż całej długiej ściany. W pobliżu zachodniego okna
ogromne, masywne biurko. Jakżeś ty je tu po tych schodach wytaszczył? Nawet nie
pytaj, zamówiłem brygadę i na ta logistyczna rozrywka zajęła im całe popołudnie.

Wracamy na dół na kawę i ciasto. Jak mówi wieszcz, powiedzieć,
że styl i wyposażenie maleńkiej kuchni kontrastuje ze stylem reszty wnętrz, to
nic nie powiedzieć. Nawet jak na dość już dawno rozpoczęty XXI wiek,
pomieszczonko to jest cokolwiek futurystyczne. W celu maksymalnego
wykorzystania miejsca, okna zrobione są w dachu (kuchnia to przybudówka, nie ma
nad nią kolejnych pięter), sprowadzane z Europy urządzenia kuchenne miniaturowych
(miniaturowych nawet jak na Europę, rdzennym Hamerykanom wydawać się musi, że
to zabawki) rozmiarów wbudowane są w robione na miarę, niezwykle proste i
eleganckie kuchenne meble z jasnego drewna.  Ekspres do kawy produkujący znakomite espresso z pianką,
capucinno z takąże, czarnego szatana lub zwykłą kawę śniadaniową nie tylko sam
mieli ziarna i dosypuje sobie ich tyle, ile trzeba, wyposażony jest w kilka
światełek, ale i doskonałą pamięć, zaprogramowaną na różne poranne kawy i
odpowiednie godziny (nie, żeby w weekend automatycznie zapełniał dom aromatem
mocnej czarnej pobudki o siódmej rano, jak w dni robocze!) A w ogóle wbudowany
jest w kuchenną mini-meblościankę, żeby nie zawadzał.

Kim jest właściciel tego domu na skrzyżowaniu czasu i
przestrzeni?

Przeważnie rozmawiam z nim po niemiecku, chyba, że
jesteśmy w nie-niemieckojęzycznym towarzystwie, wtedy przechodzimy na angielski.
Mówi też całkiem dobrze po hiszpańsku (miał latynoamerykańską żonę), ale jego pierwszym
językiem jest węgierski.

Skąd wziął te wszystkie stare meble, obrazy, filiżanki i
robiony na szydełku, farbowany w herbacie obrus?

To dzięki amnestii. – ???

W 1956 jego ojciec był na początku studiów inżynierskich.
Po tym, jak w 55 Ruscy wyszli z Austrii, nastroje na Węgrzech były bardzo
optymistyczne. Tylko patrzeć, a wyniosą się też od Madziarów! W razie czego
możnaby im zresztą w tym trochę pomóc – myślało i zgodnie z tym działało wielu
młodych ludzi. Gdy sowiecki but nie tylko nie ruszył się z miejca, ale i
docisnął, ojca wylali z uczelni z wilczym biletem. Wrócił do rodziców i zaczął
rozglądać się za pracą. Bezskutecznie. Czy wszyscy bali się zatrudnić wroga
ludu? Dwóch smutnych panów przychodziło regularnie i sprawdzało, czy wreszcie
przestał być pasożytem społecznym. Za którymś razem wyprowadzili go na podwórko
i powiedzieli, że jeśli do ich następnej wizyty nie znajdzie zajęcia, to znowu
wyjdą razem na podwórko, ale on z niego już nie wróci.

Matka poszła do krawca w sąsiedztwie prosić, żeby zatrudnił
chłopaka do pomocy, a tym samym, no cóż – uratował mu życie. Krawiec, będąc
Żydem, aż za dobrze wiedział, co może się stać, jeśli człowiekowi odmówić
pomocy.

Człowiek strzela, pan bóg kule nosi – zamiast inżynierem,
ojciec został krawcem. Niedługo potem wraz z młodą żoną przez zieloną granicę przedostali
się do Austrii. Mój znajomy urodził się w Wiedniu. Gdy miał kilka lat, rodzice
dostali papiery i rodzina wyemigrowała do Hameryki, gdzie ojciec całe życie pracował
jako krawiec.

W jakiś czas po 56 na Węgrzech weszła w życie amnestia,
na mocy której dawni nielegalni emigranci mogli odwiedzać kraj nie obawiając
się represji. Wtedy to pojechali zobaczyć dziadków. A ci kazali spakować, co
tylko się da z rodzinnego domu i zabrać ze sobą. I tak, co przypłynęło
statkiem, jest teraz w domu przy wąskiej uliczce w Wielkim Hamerykańskim Mieście.

śniadanie w bed and breakfast

Bed and Breakfast (nocleg ze śniadaniem w niewielkim pensjonaciku) to instytucja, a anglosaskie śniadanie to niemalże obiad. Pierwszy raz spotkałam się z takim śniadaniem podczas weekendu spędzanego w Irlandii i myślałam, że już sam zapach odsmażanej o poranku kiełbasy mnie zabije. Najbardziej zdziwił mnie zaś przysmażony na tej samej patelni, przekrojony na połowę pomidor.
W Hamerykańskich pełnych śniadaniach bardziej od smażeniny uderza mnie jednak co innego. Otóż wyobraźmy sobie lato nad morzem. W przewiewnej jadalni podano nam (bo w Bed and Breakfast nie ma bufetu śniadaniowego, tylko je się to, co podają) rodzaj gofrów posypanych malinami i borówkami z syropem klonowym na osłodę. No dobrze, śniadanie na słodko, nie jestem wielką fanką, ale od czasu do czasu można zjeść. Jakież jest jednak nasze zdumienie, gdy tuż obok gofrów, na tym samym tależu odkrywamy… odsmażane kiełbaski! Żeby nie unurzać ich syropem, najbezpieczniej zjeść je na samym początku, zanim polejemy nim gofry. No tylko z czym? Bo pieczywa (nawet tego białego chleba tostowego o smaku papieru) do takiego śniadania się nie podaje – wszak gofry dostarczają nam już wystarczająco węglowodorów! 
Nie zawsze jest aż tak kontrastowo – czasem to tylko omlet z owocami i dżemem, a z boku dwa plasterki szynki, lub rodzaj grubych naleśników z sosem waniliowym i usmażony na chrupiąco boczek. Cóż, w Bed and Breakfast śniadań się nie wybiera i dlatego niestety nie zawsze dostaniemy omlet ze szpinakiem i fetą lub jajecznicę z grzybami. Do których w ramach pieczywa podane zostaną muffinki z owocami…

Soccer

W Hameryce jak najbardziej istnieją wierni fani piłki nożnej, są tacy, co chodzą na lokalne mecze (są lokalne drużyny!) Reprezentacja grała na tegorocznych mistrzostwach świata, reprezentacja kobiet jest w  światowej czołówce, w szkołach coraz częściej gra się w piłkę nożną, ale mimo wszystko nie można zaryzykować stwierdzenia, że jest to sport bardzo tutaj popularny. W Hameryce masowo ogląda się baseball, futbol amerykański, a koszykówka, hokej i golf nie zostają daleko w tyle. Dlaczego, to temat na dłuższą wypowiedź (jeśli nie pracę magisterską, to licencjacką na pewno możnaby o tym napisać). 
W związku z mundialowym nagłośnieniem sprawy piłki nożnej (nie mylić ze sprawą polską) niektórzy tutejsi fani sportów innych zastanawiali się głośno, dlaczego ich ta gra jakoś zupełnie nie fascynuje. Inne sporty śledzą przecież z dużym zainteresowaniem.
Słuchając ich dowiedziałam się, że… piłka nożna to jest sport bardzo pretensjonalny! Wręcz snobistyczny! Cóż, argument ścina z nóg i rozśmiesza (zwłaszcza, że tej samej osobie w życiu nie przyszłoby do głowy, że golf może być tak odbierany). Tym niemniej jednak z nieco zaściankowo-hamerykańskiego punktu widzenia można go na upartego zrozumieć. Na przykład nazwy tutejszych klubów piłkarskich wzorowane są na nazwach klubów brytyjskich. Wszystko zaś, co brytyjskie, jest (proszę pamiętać, że wczuwam się tu w ów nieco zaściankowy rodzaj Hamerykanów) pretensjonalne. Czego ukoronowaniem jest brytyjski akcent. No i w tym kontekście fakt, że komentujący mecze mistrzostw świata mówią z takim właśnie akcentem, naprawdę w popularyzacji tego sportu nie pomaga.

Fotografowanie obcych ludzi

0
false

18 pt
18 pt
0
0

false
false
false

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0in 5.4pt 0in 5.4pt;
mso-para-margin-top:0in;
mso-para-margin-right:0in;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0in;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:12.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ascii-font-family:Cambria;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Cambria;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;}

Jednodniowe
warsztaty fotograficzne Fotografia ulicy w Nowym Jorku.
Zapewniony dopływ adrenaliny wynikający z fotografowania ludzi znienacka, z
fotografowania ludzi zupełnie się tego nie spodziewających, z bezczelnego
fotografowania ludzi z odległości ale z obiektywem zapewniającym duże zbliżenie
i wreszcie, późniejszym popołudniem, robienie portretów po uprzednim
poproszeniu przypadkowych, zupełnie obcych ludzi o pozowanie. I tu okazało się,
że mam niesamowitą i niczym niezasłużoną przewagę nad ponad 90 procentami
uczestników warsztatów, które to ponad 90 procent stanowią faceci. Cóż, babki z
aparatem fotograficznym nie podejrzewa się automatycznie o te wszystkie brudne
rzeczy, z którymi może skojarzyć się chaotycznie biegający po parku z aparatem
fotograficznym koleś…