Dobre, bo polskie – warunki głosowania za granicą.

Pewnie dlatego, że dwadzieścia pięć lat temu zabrakło mi pięciu dni do udziału w pierwszych, półwolnych (półwolne, to jak półprawda: cała prawda, półprawda i gówno prawda) wyborach, nad czym niezwykle wtedy ubolewałam, dzisiaj bardzo chętnie robię użytek z mojego czynnego prawa wyborczego. Lubię głosować, a od kiedy mieszkam poza krajem, to jest to czynność jeszcze bardziej wyjątkowa. Do parlamentu europejskiego głosujemy korespondencyjnie. W zeszły weekend wypełniłam wniosek przez Internet i w piątek przyszła karta do głosowania z kopertami i instrukcją. Zakreślić, wsadzić w jedną kopertę, zakleić, podpisać oświadczenie o osobistym i tajnym oddaniu głosu i razem z zaklejoną kopertą włożyć do drugiej, zaadresowanej już koperty i odesłać do konsulatu. Proste, miłe i przyjemne.
Chwaliłam się przed Moim (który jest Niemcem) jak to łatwo wypełnia się ten elektroniczny wniosek i on, zachęcony moim sukcesem, spróbował dowiedzieć się, jak może oddać swój niemiecki głos. Okazało się… że nie może. To znaczy teoretycznie może, ale w praktyce nie. Bo termin dostarczenia papierowego oryginału wypełnionego i własnoręcznie podpisanego zgłoszenia do urzędu w miejscu zameldowania w Niemczech upływał w zeszłym tygodniu. Ale nawet, jakby zainteresował się tym, wypełnił, wydrukował, podpisał i chciał wysłać pocztą wcześniej, to i tak nie miałby dokąd. Nie jest bowiem w Niemczech zameldowany już od dobrych kilku lat. Nie ma tam mieszkania, domu, ani nie wynajmuje pokoju. Nie mieszka, nie płaci podatków i nie jest zameldowany. Jak widać, dla Bundesrepubliki fakt, że jest jej obywatelem, nie ma w tym świetle specjalnego znaczenia. To samo jest przy wyborach do Bundestagu i lokalnych – ze względów formalnych jeszcze nigdy, od czasu wyjazdu, nie udało mu się głosować. 

Języki i pamięć

Babcia pewnego mojego znajomego w Polsce cierpiała na zanik pamięci. Choroba postępowała i pod koniec nie można już się z nią było porozumieć. To znaczy, ona jeszcze mówiła. Ale tylko w jidisz. Polski, jako język, którego nauczyła się później, ulotnił się pierwszy. 
Gdy pamięć zawodzi, zaczyna się od tej krótkoterminowej – najpierw zapominamy rzeczy, które zdarzyły się niedawno, a wspomnienia z dzieciństwa towarzyszą nam najdłużej. Prawidłowość ta dotyczy też znajomości języków – gdy dotknie nas Alzheimer, najpierw do kosza pójdą języki obce, pierwszy zapomniany będzie ten, którego nauczyliśmy się ostatnio, a ojczysty zostanie nam do dyspozycji najdłużej. 
Dlatego, jak mnie tu ktoś pyta, czy planuję zostać, mówię, że nie da rady, bo na starość nikt się tu ze mną nie dogada. Nawet Mój (który jest Niemcem).
Ostatnio przeczytałam artykuł o sędziwych Japonkach na Wyspach Brytyjskich. Kobiety, które dawno temu wyszły za mąż za Brytyjczyków, spędziły tam całe dorosłe życie, owdowiały, zaczynają im się problemy z pamięcią i… zapominają angielskiego, angielskich zwyczajów, angielskiego jedzenia…
No przecież wiem, co mówię, że przed emeryturą muszę się stąd zwinąć!

Syndrom pierwszego oficera

Lubię Szefa Całej Fabryki, ale rozumiem, co miała na myśli jedna z moich koleżanek, gdy powiedziała o nim kiedyś, że brak mu ogłady towarzyskiej. Nie chodzi o to, że Naczelny jest jakimś burakiem, broń Boże, bardzo miły i dobrze wychowany (przynajmniej jak na tutejsze standarty) człowiek. Ludziom działa jednak czasem na nerwy to, że nigdy, nawet poza Fabryką, nie jest w stanie pogadać o niczym innym, niż Fabryka. No i, że czasem, nawet gdy wydaje się, że wszystko idzie świetnie i można by się na chwilę wyluzować, znajdzie dziurę w całym i zadania do wykonania.
Sobota w domu, jesteśmy najedzeni, panuje ogólny porządek, Mój właśnie pomył gary, koty umyły sobie futra, wszyscy w trójkę wyłożyli się na kanapie i mrucząc przytulnie zaczynają sjestę, a ja… widzę, że blaty nie są starte, właśnie usłyszałam, że pralka skończyła program, ta sterta papierów na stole nie dodaje pomieszczeniu uroku, trzeba znieść jabłka do piwnicy… Mój widzi niezdecydowanie na mojej twarzy i wie, co jest jego powodem – sama nie wiem, które zadanie mu najpierw przydzielić.
Dawno, dawno temu, gdy byłam nastolatką, zaczytywałam się książką Olgierda Borchadta "Znaczy Kapitan". Jedną z wielu fascynujących postaci, był tam pierwszy oficer żaglowca. Pierwszy oficer odpowiedzialny jest za to, żeby wszystko było zrobione. A na żaglowcach robota nie ma końca. Piękny letni dzień, wachta, która właśnie odpoczywa po nocnej służbie, zanim za kilka godzin znowu tę służbę obejmie, leży na pokładzie i rozkoszuje się promieniami słońca. Pierwszy wchodzi na pokład. – Opalacie się? – Uśmiecha się miło, bo sam bardzo lubi się opalać. Ale widok tylu leżących i nie robiących nic ludzi natychmiast przywodzi mu na myśl tę masę robót do wykonania. – Opalacie się??!!!!!! (Tutaj musiało nastąpić okrutnie przekleństwo, ale książka pisana była w czasach, gdy nie epatowało się łaciną w formie pisanej) wy (tutaj też w rzeczywistości musiało być przekleństwo) się opalacie, a robić nie ma komu!!!! – I natychmiast przydzielał na oślep i na odlew zadania do wykonania.
I to jest właśnie syndrom pierwszego oficera. 

Biało

Buria mgłoju nieba krojet, wichry sneżnyje krutja,

To kak zwier ana zawojet, to zapłaczet kak dietja.
Albo:
Nadciąga noc komety,
Ognistych meteorów błysk(…)
Czyli:
Tu gdzie mieszkam, ogłosili stan wyjątkowy, kazali nie ruszać się z domów, fabryka dzisiaj zamknięta. Od nocy napadało pół metra śniegu, który właśnie zrzuciłam z balkonu, to co pada teraz zamienia się w marznącą mżawkę, której wedle zapowiedzi ma spaść do sześciu centymetrów.
Problem polega nie na śniegu (choć wyjechać z domu chyba tylko czołgiem by się udało, bo pół metra leży też na jezdni), tylko na tym, że okolica działa na prąd – wszystko tu jest na prąd, nawet jak ogrzewanie albo kuchenka jest na gaz, to zapalnik jest na prąd i w nowszych modelach tak zabezpieczony, że zapałką się odpalić nie da. A większość sieci elektrycznej nie jest poprowadzona pod ziemią, tylko posklejane druty wiszą sobie na słupach jak na Kubie. Tylko, że na Kubie nie pada śnieg. No i jak dość dużo śniegu spadło w zeszłym tygodniu, a zaraz potem temperatura się trochę podniosła i zrobił się on ciężki, to połamał gałęzie i konary drzew, które pospadały i pourywały wiszące na słupach druty elektryczne. Większość bocznych dróg była nieprzejezdna, bo zawalona drzewami, osiemdziesiąt procent moich znajomych nie miała prądu przez kilka dni. Zaraz potem temperatura na zewnątrz spadła do -10 Celsjusza i w domach zrobiło się po pięć – sześć stopni. Kto mógł, koczował na kanapie u rodziny lub przyjaciół, którzy mieli więcej szczęścia i prąd, albo przenosił się do hotelu. Kto nie mógł, bo na przykład miał zwierzęta, których ani do hotelu, ani do cioci na dywan zabrać nie można – marzł i mył się w lodowatej wodzie. Poza tym dość dużo ludzi ma tu generatory, jak widać niezwykle przydatne w takich przypadkach.
Dzisiaj pozostaje nam mieć nadzieję, że i tym razem się uda i nam prądu nie odłączą, a na przyszłość to pewnie sprawimy sobie jednak generator. Okazjonalne huragany, zbyt ciężki jak na tutejszą sieć elektryczną śnieg i nie wiem jeszcze jakie klęski żywiołowe, zdają się tu bowiem mieć miejsce o wiele częściej niż w Europie środkowej.

Równik, Wittgenstein i GPS

Pytanie, w jaki sposób język, jakim się posługujemy, wpływa na nasz sposób myślenia, pojawiło się w filozofii i lingwistyce najpóźniej za czasów Wittgensteina. Że używany język wpływa bezpośrednio na sposób zapamiętywania, a być może w ogóle uczenia się, prześledzić można na następującym przykładzie z dzisiejszej naszej rozmowy przy śniadaniu, na temat Ameryki Łacińskiej. Wymiana zdań miała miejsce po niemiecku:
Ja: – Zabawne, zawsze wydaje mi się, że Peru leży bardziej na północ, bliżej równika. – Za to z położeniem Ekwadoru nie mam problemów od czasu, gdy mieliśmy ucznia z Quito i nawiedziło nas trzęsienie ziemi.*
Mój:- Z Ekwadorem nie mam problemu, bo leży na równiku 
(Tutaj trzeba usłyszeć oba słowa po niemiecku: Ekwador to po niemiecku Ecuador, a równik – podobnie brzmiące Äquator.)
Ja: – Ha! Jasne, to tak, jak ja dzięki polskiemu od razu wiem, że wschód słońca jest na wschodzie, a zachód na zachodzie.
(Po niemiecku wschód jako kierunek geograficzny – Osten, ma ze wschodem słońca – Sonnenaufgang, równie mało wspólnego, co Westen z Sonnenuntergang – odpowiednio zachód jako kierunek i zachód słońca.)
Natychmiastowe (a nie dopiero po półtorasekundowym namyśle – to może być za późno, żeby wjechać na właściwy pas) kojarzenie kierunków jest umiejętnością bardzo przydatną podczas jazdy samochodem w nieznanych okolicach w Hameryce. Ważniejsze drogi i autostrady oznaczone są numerami, a na drogowskazach oprócz numeru drogi, widnieje kierunek geograficzny. Na przykład dojeżdżamy do wjazdu na autostradę, wjazd na prawo oznaczony jest I90 Wschód, a na lewo I90 Zachód. No i teraz trzeba wiedzieć, że droga na wschód prowadzi do Bostonu, a na zachód – do Buffalo. Nazwy miast pojawiają się na drogowskazach dopiero na kilkanaście mil przed wjazdem do miasta – wcześniej trzeba znać stronę świata, w jakiej się w stosunku do nich znajdujemy.
Dzisiaj GPS ułatwia zadanie bez względu na nasz język – nawet jeśli nie zrozumiemy co do nas automatyczny głos mówi, na monitorku pokaże się strzałka pokazująca odpowiedni kierunek. Czy to kolejny przykład na demokratyzację świata?
*Trzęsienia ziemi nie zdarzają się właściwie w rejonie, w którym mieszkam, są natomiast  chlebem powszednim w Ekwadorze. Gdy niespotykane tutaj zjawisko miało u nas miejsce kilka lat temu, nasz uczeń stał się dla nas cennym źródłem informacji. Poczynając od rozpoznania sytuacji. Całe 17-te piętro drży, sprzęty podskakują: – Mamy trzęsienie ziemi. – Nieee, tu nie ma trzęsień ziemi. – O tak! To jest trzęsienie ziemi! – Ależ skąd, u nas nie ma trzęsień ziemi! – To jak najbardiej jest trzęsienie ziemi!!! 
(W tym momencie włącza się alarm i wszyscy proszeni są o niezwłoczne opuszczenie budynku schodami pożarowymi.) – A mówiłem wam, że to jest trzęsienie ziemi?!

Wróżby i wróżbici

Dawno, dawno temu, na najstarszym niemieckim uniwersytecie, jeden z moich profesorów od literatury był z zamiłowania astrologiem. W praktykowaniu owego hobby posuwał się tak daleko, że stawiał osobiste horoskopy swoim ulubionym studentom. Mnie też taki zaszczyt kopnął i miałam okazję dowiedzieć się, co mówią gwiazdy. Bawiłam się przy tym świetnie, a mój astrolog wydawał się być pod dużym wrażeniem owego horoskopu, przy czym, w odróżnieniu ode mnie, traktował go zupełnie poważnie.
Minęło czasu mało-wiele, przeprowadziłam się na inny kontynent. Wiele firm, zresztą nie tylko w tej zwariowanej Hameryce, w której przyszło mi żyć, przeprowadza swoim potencjalnym pracownikom, albo takim, których podejrzewa o możliwości awansu, testy na osobowość. I ten zaszczyt mnie kopnął (najpierw zrobili mi jeden test i przyjęli mnie do roboty, a teraz robią inne, ulepszone testy większej grupie osób – patrz punkt drugi). Z mającej miejsce po tym drugim teście indywidualnej rozmowy z panią psycholog dowiedziałam się… mniej więcej tego, co dawno, dawno temu powiedziały mi gwiazdy ustami niemieckiego specjalisty od Rilkego i Hofmannsthala. 

Zaduszki

0
false

18 pt
18 pt
0
0

false
false
false

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0in 5.4pt 0in 5.4pt;
mso-para-margin-top:0in;
mso-para-margin-right:0in;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0in;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:12.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ascii-font-family:Cambria;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Cambria;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;}

Jeszcze się nawet ten sezon nie zaczął.
Dni były długie i słoneczne, po deszczowym sierpniu zaczynało się piękne i
upalne babie lato. Któregoś wieczora, jak co tydzień, wybierali się na
spotkanie grupy ludzi mówiących po niemiecku.  Prowadzili te spotkania już od tylu lat, jeździli na biwaki,
świętowali czwartego lipca i ostatki, przed Bożym Narodzeniem były spotkania
świąteczne – dużo się widywali i dużo razem robili. Oczywiście znał jego
sytuację rodzinną – Bawarczyk, ożenił się z Amerykanką i tutaj został.
Adoptowali dziewczynkę, adopcja zagraniczna, dziecko pochodziło z Rumunii. Nie
było to najłatwiejsze rodzicielstwo, mała miała ADHD i jeszcze jakieś inne
problemy psychiczne, które utrudniały życie jej, a otoczeniu znoszenie jej
towarzystwa. No, ale dużo dzieci jest nadpobudliwych, a oni w jakiś sposób
sobie z nią radzili już kilkanaście lat.

Przyjechał po niego, jak się umawiali,
zaparkował pod domem i wysiadł z samochodu. Na górze nie zastał nikogo, tylko
zostawioną dla niego kartkę: jestem w piwnicy. Dziwne, było dość późno i właściwie
powinni już wyjechać, a ten jakichś gratów w piwnicy szuka. No ale rad nie rad,
zszedł po schodach na dół. I tam go znalazł. A obok drugą kartkę: przepraszam,
ale nie chciałem, żeby to żona mnie tak znalazła. W telefonie komórkowym
krótkie nagranie, rodzaj listu pożegnalnego. Niewiele, a właściwie nic nie
wyjaśniające, tyle, że dłużej już nie może, nie daje życiu rady, żona zasługuje
na coś lepszego, nie może jej nic dać, w pracy mu się nie układa i najlepiej
będzie, jak się ze wszystkiego wycofa.

Gazem. Chyba nie miał jeszcze
pięćdziesiątki.

W Kraju Tym

0
false

18 pt
18 pt
0
0

false
false
false

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0in 5.4pt 0in 5.4pt;
mso-para-margin-top:0in;
mso-para-margin-right:0in;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0in;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:12.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ascii-font-family:Cambria;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Cambria;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;}

Bardzo pięknie było w Polsce. Na Babią (Górę) Mojego wywlekłam, a pogoda była fatalna, mgła i wiatr a potem deszcz. Nic żeśmy nie
widzieli i musiał mi uwierzyć na słowo, że Kraków, Tatry i pół Słowacji można z
Diablaka zobaczyć.

Beskid śląski okazał się łaskawszy, na
Skrzycznem świeciło piękne słońce i ładnie prawie wszystko było widać. I pies
bernardyn machał ogonem przy schronisku na szczycie.

Nawet
do Warszawy na dwa dni pojechałam stare i nowe kąty pooglądać. Poszliśmy do spożywczego na Powiślu i powalił mnie realny socjalizm obsługi. A najgorsze było to, że
obsługa miała tylko nieco ponad dwadzieścia lat i w ogóle żadnego socjalizmu
pamiętać chyba specjalnie nie mogła. A podejście do klienta pozostało. Podobnie sprowadzające na ziemię doświadczenie mieliśmy w
kawiarni Kultura przy kinie Kultura. Bo tam teraz knajpę (na górze restauracja,
na dole kawiarnia) zrobili. Posiedzieliśmy chyba z 15 minut, kilka osób z
obsługi niemalże się o moje krzesło przewróciło, ale nikt nie podszedł, żeby podać kartę.
Nie było też żadnej widocznej tabliczki, że w kawiarni tej obowiązuje samoobsługa. W dawnych czasach
pewnie bym wstała i się dopytała, ale jak teraz mieszkam w tej Hameryce, to w głowie mi się
poprzewracało i wychodzę z założenia, że płacę i wymagam, a jak nie chcą się o
moją kasę postarać, to nic nie dostaną. Wyszliśmy więc bez słowa i poszli gdzie indziej (na Bednarską w
ramach podróży sentymentalnej, tam, gdzie naleśnikarnia kiedyś była) i zostali
obsłużeni grzecznie i miło. 

0
false

18 pt
18 pt
0
0

false
false
false

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0in 5.4pt 0in 5.4pt;
mso-para-margin-top:0in;
mso-para-margin-right:0in;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0in;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:12.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ascii-font-family:Cambria;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Cambria;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;}

Pogoda w tej Warszawie niestety była fatalna.
Jak wróciliśmy do Krakowa, to jakby na drugą stronę Karpat  – wieczorem wśród nagrzanych słończem murów w ogródku restauracyjnym można było
siedzieć i ludzi na Corso oglądać!

A propos oglądania ludzi – Polacy mają
taki błysk w oczach, którego trudno się doszukać u mieszkańców Hameryki. Nie
jest to wyraz twarzy, ale coś w spojrzeniu. Jakiś taki spryt, czujność może, no
– błysk jednym słowem. Trudno to wytłumaczyć i też, jak widać, dopiero po stu latach pobytu za Oceanem się to zauważa.


Transcendencja

Upał, to za mało powiedziane. Tropik, pasowałoby lepiej do tych utrzymujących się od świtu do nocy prawie 40 stopni i stuprocentowej wilgotności. Tylko że dzień w tropikach trwa około dwunastu godzin. Ten tutaj jest zdecydowanie dłuższy. 
Na ten gorąc* przypada w tym roku miesiąc postu i pokuty. Ramadan, wyznaczany według kalendarza księżycowego, czyli przesuwający się co roku odrobinę do tyłu w stosunku do kalendarza słonecznego – w przyszłym roku muzułmanie będą pościć w czasie najdłuższych tutaj dni w roku. Ma to o tyle znaczenie, że zachowującym ten drakoński, trwający miesiąc post, nie wolno niczego jeść ani pić między wschodem, a zachodem słońca. Czyli że Nasi Znajomi wstają kilka minut po trzeciej rano, wrzucają coś na ruszt, a następny posiłek i, co w tych upałach ważniejsze – następny łyk płynu, mogą wziąć do ust dopiero krótko przed dziewiątą wieczorem. Bez względu na warunki i rodzaj wykonywanej przez cały dzień pracy. Jeżeli nam wydaje się to trudne do wytrzymania, to można sobie wyobrazić, w jak uderzającej sprzeczności jest to z ogólnoharmerykańską obsesją na punkcie odwodnienia. (Np. widok osób pływających w basenie i za każdym nawrotem wyłaniających się z wody i sięgających po butelkę z wodą "żeby się nie odwodnić" nie należy tu do rzadkości.)
Żyjący tu muzułmanie jednak poszczą. Post ten w kraju gdzie wszystko jest dostępne, przybiera czasem dziwne formy:
– Nasz przyjaciel jest alkoholikiem** – opowiada Mój Znajomy. – Ale przez cały Ramadan nie bierze alkoholu do ust.  
*Południowopolska forma gwarowa, użyta ze świadomością, że odbiega od literackiej polszczyzny.
**Mahometanom w ogóle nie wolno pić alkoholu. Można by przypuszczać, że jeśli ktoś jest alkoholikiem, to ma u Allaha już i tak przekichane i może sobie cały Ramadan spokojnie odpuścić. 

Sąsiad

Upalny późne popołudnie, właściwie wieczór. Po przyjściu z pracy leżę w hamaku przed domem i czytam. Trochę czytam, a trochę drzemię. Słuchając przy tym nie sennego brzęczenia pszczół, tylko jazgotliwego motoru… co to właściwie jest??? Dzwięk nawet jak na kosiarkę do trawy zbyt agresywny. Otwieram oczy. Sąsiad usuwa właśnie drobne źdźbła trawy ze swojego podjazdu do garażu, dumnie przechadzając się po nim z ogromną dmuchawą w ręku. Widok to nie nowy i jakkolwiek dźwięk denerwujący, to jednak zawsze mnie rozśmiesza. 
Koleś ma żonę i dwoje dzieci, ale dawno już doszłam do wniosku, że jego prawdziwą miłością są, w kolejności przypadkowej: samochód paramilitarny typu hummer, czarne BMW cabrio, bardzo głośny żółty motocykl, na którym jeździ sporadycznie, w krótkich spodenkach i bez kasku. (Żona jeździ ociężałym czarnym autem rodzinnym na 6 czy 7 osób.)
Gdy asfalt prowadzący do garażu wolny już jest od najmniejszej nawet naleciałości natury, facio podchodzi do wypucowanego na glanc hummera i dmuchawą starannie oczyszcza go z niewidocznych pyłków…