Opowieść o psie

0
false

18 pt
18 pt
0
0

false
false
false

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0in 5.4pt 0in 5.4pt;
mso-para-margin-top:0in;
mso-para-margin-right:0in;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0in;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:12.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ascii-font-family:Cambria;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Cambria;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;}

Opowieść zasłyszana u mechanika w garażu: to było z osiem
lat temu, krótko po tym, jak przybłąkała się do nas ta suka husky. Pętała się w
okolicy i pętała, to w końcu ją przygarnęliśmy. Za domem jest duży,
nieogrodzony kawał ziemi, więc wypuszczliśmy ją tam, żeby sobie pobiegała.

Któregoś wieczoru
robiłam w kuchni kolację, gdy ktoś zadzwonił do drzwi. Mąż otwiera, a tam wielki facet, o twarzy czerwonej z wściekłości pyta, czy ten husky to nasz pies. Suka czochrała się właśnie
leżąc wygodnie na dywanie w pokoju. I mój mąż, stojąc naprzeciw tego kowboja z
pianą na pysku mówi, że nie, że nigdy jej na oczy nie widział…

Facet odpowiedział tylko, że jak z dziadówą nie zrobimy porządku, to ją zastrzeli. Wyglądał na gościa, który ma kolekcję strzelb w domu a dwa kolty i dwururkę zawsze wozi ze sobą. 

Co się okazało: psica
znała okolicę nie od dzisiaj i jeszcze zanim udzieliliśmy jej dachu nad głową, hasając po polach docierała też do posiadłości, która należała teraz do faceta. Jeszcze do niedawna dom był niezamieszkany, facet kupił go ostatnio i
szybko uruchomił znajdujący się w ogrodzie basen. Suka musiała bywać tam jeszcze zanim gość
się na stałe wprowadził. Rozumiała więc, że jest to jej teren. Jak i przedtem, tak i teraz
regularnie przychodziła się tam kąpać. Wypadając pędem z krzaków płoszyła
dzieci i dorosłych, a zdarzało się, że gdy przyszła tam pierwsza, w ogóle do basenu nikogo nie wpuszczała.
Gdy zaś już się wypławiła, szła pod drzwi na tarasie i wyżerała miejscowym kotom
jedzenie z miseczek. 

Teraz musi chodzić na smyczy.

Opowieść o psie 3

0
false

18 pt
18 pt
0
0

false
false
false

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0in 5.4pt 0in 5.4pt;
mso-para-margin-top:0in;
mso-para-margin-right:0in;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0in;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:12.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ascii-font-family:Cambria;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Cambria;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;}

Opowieść zasłyszana w garażu: to było z osiem
lat temu, krótko po tym, jak przybłąkała się do nas ta suka husky. Pętała się w
okolicy i pętała, to w końcu ją przygarnęliśmy. Za domem jest duży,
nieogrodzony kawał ziemi, więc wypuszczliśmy ją tam, żeby sobie pobiegała.

Któregoś wieczoru
robiłam w kuchni kolację, gdy ktoś zadzwonił do drzwi. Mąż otwiera, a tam wielki facet, o twarzy czerwonej z wściekłości pyta, czy ten husky to nasz pies. Suka czochrała się właśnie
leżąc wygodnie na dywanie w pokoju. I mój mąż, stojąc naprzeciw tego kowboja z
pianą na pysku mówi, że nie, że nigdy jej na oczy nie widział…

Facet odpowiedział tylko, że jak z dziadówą nie zrobimy porządku, to ją zastrzeli. Wyglądał na gościa, który ma kolekcję strzelb w domu a dwa kolty i dwururkę zawsze wozi ze sobą. 

Co się okazało: psica
znała okolicę nie od dzisiaj i jeszcze zanim udzieliliśmy jej dachu nad głową, hasając po polach docierała też do posiadłości, która należała teraz do faceta. Jeszcze do niedawna dom był niezamieszkany, facet kupił go ostatnio i
szybko uruchomił znajdujący się w ogrodzie basen. Suka musiała bywać tam jeszcze zanim gość
się na stałe wprowadził. Rozumiała więc, że jest to jej teren. Jak i przedtem, tak i teraz
regularnie przychodziła się tam kąpać. Wypadając pędem z krzaków płoszyła
dzieci i dorosłych, a zdarzało się, że gdy przyszła tam pierwsza, w ogóle do basenu nikogo nie wpuszczała.
Gdy zaś już się wypławiła, szła pod drzwi na tarasie i wyżerała miejscowym kotom
jedzenie z miseczek. 

Teraz musi chodzić na smyczy.

Skunks

Niedawno przybyli do Hameryki Europejczycy pytają czasem, jak, i czy naprawdę tak strasznie, śmierdzi skunks. Zwykle odpowiadam, że jak go kiedyś, na przykład przejeżdżając samochodem w pobliżu rozjechanego egzemplarza, poczują, to już będą wiedzieli.

Skunksia rozrzedzona woń przypomina zapach benzyny. Gdy ciepłym letnim wieczorem przez otwarte okna dojdzie nas ledwo wyczuwalny zapach odległej stacji benzynowej, należy natychmiast rzucić się do ich zamykania. Bez względu na to, jak ciepło i przyjemnie jest na polu, jak pięknie śpiewają ptaki. Aromat ów ma bowiem to do siebie, że przybiera na sile w tempie geometrycznym. Po krótkiej chwili nie przywodzi już na myśl benzyny, tylko wizję natychmiastowej ucieczki dokądkolwiek, byle dalej od miejsca, w którym właśnie dokonaliśmy wdechu.

Osobną rozkoszą jest dla posiadaczy psów bezlitosne poperfumowanie ulubieńca przez dzikiego zwierza. Proszę mi wierzyć, niewinne psie wytarzanie się w padlinie, to nic. Oczywiście konieczna jest dokładna kąpiel. Ale nawet po bardzo bezwzględnej operacji wspomnienie po bliskim spotkaniu unosi się zwykle nad czworonogiem w postaci niewidocznej ale wyrażnie wyczuwalnej chmurki jeszcze przez dłuższy czas.

Odpowiedź dla niedawno przybyłych do Hameryki Europejczyków jest więc twierdząca. Skunks śmierdzi strasznie.

Tulipany

0
false

18 pt
18 pt
0
0

false
false
false

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0in 5.4pt 0in 5.4pt;
mso-para-margin-top:0in;
mso-para-margin-right:0in;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0in;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:12.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ascii-font-family:Cambria;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Cambria;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;}

Byłam rano w Zaczarowanym Ogrodzie. Tulipanów
zatrzęsienie. Oglądam co roku tę feerię kolorów i form za każdym razem zadziwia
mnie różnorodność, jaką można wyhodować z cebulek. Są tulipany klasyczne w
kształcie, w każdym kolorze z wyjątkiem niebieskiego (nawet zielone są, gdy
jeszcze w pączkach), niektóre cieniowane dwukolorowe, inne jakby pomalowane
chińskim pędzelkiem we wzory: czerwone na żółtym, fioletowe na białym,
pomarańczowe na pąsowym. Inne tulipany, złociste jak chryzantemy i kształtem zupełnie
je przypominające, wielkie postrzępione, lśniące żółte głowy. W podobnym
kształcie, ale jaskrawo czerwone, wyglądają zupełnie jak róże. Tulipany, przysięgłabyś,
że powycinane w ząbki nożyczkami, takie, jakie malują dzieci. Idealne formy
tulipanowe, jak wydmuszki z jajek. Tulipany, jak połówki wydmuszek. Tulipany wywijające
trzy ze swoich sześciu nadzwyczajnie długich płatków, jak lilie. Tulipany na
krótkich łodyżkach, wśród bujnych liści. tulipany na bardzo długich,
bezlistnych łodygach. Tulipany postrzępione, tulipany postrzępione i
zaokrąglone tak, że wyglądają jak zwariowane do kolorowości rosiczki. Rzędy
białych tulipanów, odbijające od swoich kolorowych sąsiadów powagą i spokojem jakimś
wiekuistym. Tulipany prawie czarne. Tulipany czarne.

Za każdym razem, kiedy ochłonę już z
tego bezbrzeżnego zachwytu nad talentem Holendrów i ich uczniów, przychodzi mi
do głowy, że najpiękniejsze tulipany, to są te jednolicie, czerwone, średnio
wysokie, w kształcie – tulipanów właśnie. 

Koleżeńska pomoc

0
false

18 pt
18 pt
0
0

false
false
false

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0in 5.4pt 0in 5.4pt;
mso-para-margin-top:0in;
mso-para-margin-right:0in;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0in;
line-height:115%;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:12.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ascii-font-family:Calibri;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Calibri;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;}

Z ciężką chorobą związana jest cała masa wydatków, o których przeciętnym
ludziom nawet się nie śniło. Nie mówię tu o kosztach samego leczenia, które
mogą by horrentalne, a  w
korzystnej sytuacji*  pokrywane są (przynajmniej w części) przez ubezpieczenie.
Jedna koleżanka w Mojej Nowej Pracy ma zaawansowane stadium raka, poddawana
jest chemioterapii, ale na ile jej siły pozwalają przychodzi na kilka godzin do
pracy. Jest to prawdopodobnie rodzaj terapii dla psychiki (zamiast siedzieć
samej w domu i myśleć, że się umrze, lepiej w otoczeniu ludzi skupić się na
jakimś projekcie), aczkolwiek dość wymagającej fizycznie.

W celu wsparcia jej nie tylko duchowego, ludzie w firmie prowadzą kilka
różnych działań: przed Wielkanocą urządzono cichą aukcję ciast. Kto chciał,
mógł zgłosić się do upieczenia ciasta i przyniesienia go w wyznaczony dzień.
Wypieki wy stawione zostały w kafeterii. Przy każdym placku była kartka z
imieniem autorki, ceną wywoławczą (10 dolarów) i miejscem na wpisywanie imienia
zainteresowanych kupnem/zjedzeniem wraz z podbitą ceną. O oznaczonej godzinie
aukcja została zamknięta i kto podał najwyższą cenę szedł do domu z plackiem.
Oprócz tego na sprzedaż bezpośrednią wystawiona była drobnica w postaci
ciasteczek, brownies, cupcakes itp. Najniższą ceną był tu 1 dolar, wędrujący do
stojącej na stole obok puszki (której nikt nie pilnował). Na aukcji było coś
koło 10 ciast i dużo drobnicy. W budynku pracuje około 60 osób. Uzbierano
prawie 450 dolarów.

Ktoś przekonał znajdującą się w pobliżu restaurację, żeby w przyszłym
tygodniu wsparła działania. W ciągu jednego tygodnia odprowadzi ona od sum
płaconych przez osoby powołujące się na naszą akcję 10 procent na rzecz
beneficjentki.

Od poniedziałku do czwartku obowiązuje u nas strój mniej lub bardziej
biznesowy, dżinsy dopuszczone są w piątki. W jedną środę można było przyjść w
dżinsach pod warunkiem zakupienia (za minimum 5 dolarów) naklejki: lubię dżinsy
i wspieram rodzinę X.  Uzbierano
350 dolarów.

W połowie kwietnia odbędzie się większa impreza: bieg na 5 km lub marsz na
3 mile. Może uczestniczyć kto chce z firmy lub spoza niej pod warunkiem
wpłacenia wpisowego (odpowiednio minimum 20 lub 15 dolarów,bez górnego limitu).
W zeszłym roku urządzili tego typu zbiórkę po raz pierwszy (rak naszej
koleżanki nie jest niestety nowością) mając nadzieję na uzbieranie 10 tysięcy.
Zebrali 50 tysi
ęcy.


*Gdy delikwent jest ubezpieczony.

Energia i jej zakład

Wracam wieczorem do domu. W drzwiach kartka. Na kartce zawiadomienie od Hamerykańskiego Zakładu Energetycznego, że nas odłączą. Odłączą nas od gazu (czyli ogrzewania, w zimie, mordercy!!!) w trybie 72 godzin za nieudostępnienie im licznika. Sytuację ubarwia fakt, że licznik znajduje się na polu (czyli na zewnątrz domu – wyjaśnienie dla nieznających językowych oboczności południowopolskich) i nikomu go udostępniać nie trzeba, bo jest dostępny. Od kilku lat i nigdy nie było problemów. Doznałam skoku adrenaliny. Dzwonię do Mojego: wiesz coś na ten temat? – Oczywiście nic. – Popłaciliśmy rachunki w terminie? – Bo może to Zakład Analfabetyczny i źle na wydruku zakreślił, że zamiast za nieudostępnienie, to za niezapłacenie nam odłączenie grozi. – Popłacone.
No to dzwonię pod podany numer. Pani od razu odebrała telefon, co już mi humor lekko poprawiło i adrenalinę obniżyło, bo przygotowana byłam na rozmawianie w koło Macieju z automatami, z których ostatni okazuje się zawsze tym pierwszym, z którym połączyliśmy się już 20 minut temu. A tu – żywy człowiek i to po dwóch dzwonkach! Rozmowa nie była łatwa, ale bardzo owocna. Okazało się, że nie chodzi o zwykłe odczytanie licznika, tylko jego wymianę. Obecny jest bowiem zepsuty. A żeby go wymienić, to trzeba zakręcić gaz, a to można tylko wchodząc do domu. No dobrze, ale skąd ja miałam wiedzieć, że mamy zepsuty licznik? – Oooo, na pewno ktoś nam zostawił wiadomość. Gdzie? Przez telefon. A jaki mają numer telefonu? A ten i ten. No to się nie zgadza, to nie jest nasz numer, nie wiem, komu wiadomość zostawiali, ale nie nam. (Numer był grubo chybiony, niemożliwe, żeby ktoś się pomylił w cyferkach zapisując.) Stanęło na tym, że zdjęto nas z planu odłączenia i wyznaczono termin wizyty, kiedy to ktoś ma być w domu i licznik udostępnić. Potem musiałam jeszcze zadzwonić pod inny numer i porozmawiawszy (albo raczej poprzyciskawszy odpowiednie gudziki) zmieniłam numer telefonu przyporządkowany do naszego adresu. Tzn. myślę, że zmieniłam i myślę, że nas jutro nie odłączą.
A potem opowiadałam całą historię Mojemu, mieszkającemu  po drugiej stronie oceanu Bratu. – A mnie też wczoraj licznik do gazu wymienili, bo stary szlag trafił! – Widać Uniwersum zarządziło dla naszej rodziny niezwłoczną wymianę liczników od gazu. Bez względu na kontynent.

Posiadanie broni

Całkiem przypadkiem udało mi się ukuć argument nie do zbicia przeciwko posiadaniu broni. Skutecznie zbija z tropu jej tutejszych ideologiczno-wolnościowych zwolenników:  jestem za absolutnym zakazem posiadania broni, bo wiem, że sama jak najbardziej robiłabym z niej użytek!

Taka była ich rozmowa

Na wyjeździe ze znajomymi ludźmi zabawiamy się po kolacji grając w gry towarzyskie. Jedna z nich to zgadywanka – chodzi o dokończenie zdania brakującym słowem, które jest przez to zdanie definiowane. Podzieleni jesteśmy na dwie grupy. Kto pierwszy wykrzyczy odpowiedź, zbiera dla swojej grupy punkt. Jednemu z nas idzie wyjątkowo dobrze, dzięki jego refleksowi liczba punktów grupy, dla której gra, szybko rośnie. Jego żona (małżeństwo z mniej-więcej 30-letnim stażem), grająca w przeciwnej drużynie, za którymś razem komentuje głośno:

– A w domu to nie jesteś taki błyskotliwy! – i ignorując salwę śmiechu ciągnie: – nieraz i dziesięć minut trzeba, żebyś odpowiedział na moje pytanie!
W tym momencie włącza się inny mąż z dużym stażem:
– Bo w domu to on musi się zastanowić. Rozważa: lepiej powiedzieć, co naprawdę myślę, czy to, co ona chce usłyszeć? Jakie konsekwencje będzie dla mnie miało skorzystanie z wolności wypowiedzi, a jakie reperkusje przyniesie wypowiedź zgodna z jej oczekiwaniami? Co będę musiał zrobić, jeśli powiem, co faktycznie mam na myśli, a w co się wpakuję odpowiadając oportunistycznie?
Zaiste, przebywanie z ludźmi, którzy spędzili ze sobą większość życia, jest bardzo pouczające…

Ci, co widzieli, mówią

że w Afganistanie jest pięknie. Góry widać przeogromne, a gwiazdy można zbierać rękami. I na Drogę Mleczną, zdaje się, że można wejść jednym krokiem.

Sprzedają tam płaskie chlebki nan i posypują je cynamonem i curry, co wbrew pozorom tworzy wspaniałą kompozycję.

I tylko pola makowe ciągle trzeba palić.

Co to są gumiklyjzy?

Mój brat pyta swoją pochodzącą z Tychów koleżankę, czy wie, co to sa gumiklyjzy, a ona powtarza: "gumiklyjzy?" z tym jedynym właściwym akcentem i wymową chyba nie do podrobienia „to sa te… no…. no, jak to sie nazywa? kluski gumowe!!!” Po czym, w dalszej rozmowie o języku śląskim dowiadujemy się, że: "jo w domu nie godom, jo w domu mowia. Godom tylko czasem z babkom."

     Odnośnie proporcji zaś, słyszy ostrzeżenie (jak wiadomo, z garnka z ugniecionymi ziemniakami wybiera się ćwierć tych ziemniaków i w to miejsce wsypuje mąkę ziemniaczaną): ale wsyp tylko tyle tej mąki, ile wejdzie do tej ćwiartki po ziemniakach, w żadnym razie nie syp na oko, żeby jej nie nasypać więcej! Bo jak pierwszy raz je sama robiłam, to sypałam na oko i mało mi się tej mąki wydawało i dosypywałam i dosypywałam. No a potem wyszedł z tego taki gumolit, że gryzłeś, puszczałeś zębami, a kluska sprężyście wracała do poprzedniej formy…

Wiele lat temu, późną wiosną  miała miejsce uroczystość rodzinna.  Za oknem pachniał maj i bardzo chciało się wyjść z domu. Wśród wielu gości była też przyjaciółka domu ze Śląska, nazywana przez nas ciocią. Po uroczystym obiedzie przedsiębiorcza ta kobieta uparła się, że pomoże mi przy myciu naczyń. Mnie! Przepraszm bardzo, ale czy ktoś słyszał, żebym zgłaszała swoją kandydaturę??? Wizja mycia garnków w jej towarzystwie zestresowała mnie podwójnie. Ale co było robić. Najzwinniej, jak mogłam, myłam więc te gary pod śląską presją czystości absolutnej, znanej z mrożących krew w żyłach opowieści o cotygodniowym myciu okien i praniu firanek, a śląska ciocia czujnie je wycierała. Gdy uszczęśliwiona, że oto wreszcie mogę ulotnić się z kuchni po wykonaniu kawału dobrej (dobrej! Re-we-la-cyj-nej!!!) roboty, odłożyłam do osączarki ostatni talerz i z niewypowiedzianą ulgą wytarłam ręce, usłyszałam, że „z tych zimnioków, co zostały po obiedzie, to zrobimy kluski. Ni, ni jutro – zrobimy je teroz, zaroz.”

Rada nie rada, musiałam utrzymać ten znienawidzony, najgrzeczniejszy z możliwych wyraz twarzy, dodałam doń niemalże szczery zachwyt dla gospodarności cioci i klnąc w duchu zapobiegliwą Ślązaczkę na czym świat stoi, zabrałam się do kręcenia gumowitów.

A teraz, po połowie wieczności spędzonej za Oceanem, ni z tego, ni z owego natknęłam się w sklepie na… mąkę ziemniaczaną! Natychmiast wrzuciłam ją do wózka – w niedzielę na obiad będą gumowity z sosem grzybowym! 

Na wieść o czym niemiecki Mój wpadł w euforię.