Co to są gumiklyjzy?

Mój brat pyta swoją pochodzącą z Tychów koleżankę, czy wie, co to sa gumiklyjzy, a ona powtarza: "gumiklyjzy?" z tym jedynym właściwym akcentem i wymową chyba nie do podrobienia „to sa te… no…. no, jak to sie nazywa? kluski gumowe!!!” Po czym, w dalszej rozmowie o języku śląskim dowiadujemy się, że: "jo w domu nie godom, jo w domu mowia. Godom tylko czasem z babkom."

     Odnośnie proporcji zaś, słyszy ostrzeżenie (jak wiadomo, z garnka z ugniecionymi ziemniakami wybiera się ćwierć tych ziemniaków i w to miejsce wsypuje mąkę ziemniaczaną): ale wsyp tylko tyle tej mąki, ile wejdzie do tej ćwiartki po ziemniakach, w żadnym razie nie syp na oko, żeby jej nie nasypać więcej! Bo jak pierwszy raz je sama robiłam, to sypałam na oko i mało mi się tej mąki wydawało i dosypywałam i dosypywałam. No a potem wyszedł z tego taki gumolit, że gryzłeś, puszczałeś zębami, a kluska sprężyście wracała do poprzedniej formy…

Wiele lat temu, późną wiosną  miała miejsce uroczystość rodzinna.  Za oknem pachniał maj i bardzo chciało się wyjść z domu. Wśród wielu gości była też przyjaciółka domu ze Śląska, nazywana przez nas ciocią. Po uroczystym obiedzie przedsiębiorcza ta kobieta uparła się, że pomoże mi przy myciu naczyń. Mnie! Przepraszm bardzo, ale czy ktoś słyszał, żebym zgłaszała swoją kandydaturę??? Wizja mycia garnków w jej towarzystwie zestresowała mnie podwójnie. Ale co było robić. Najzwinniej, jak mogłam, myłam więc te gary pod śląską presją czystości absolutnej, znanej z mrożących krew w żyłach opowieści o cotygodniowym myciu okien i praniu firanek, a śląska ciocia czujnie je wycierała. Gdy uszczęśliwiona, że oto wreszcie mogę ulotnić się z kuchni po wykonaniu kawału dobrej (dobrej! Re-we-la-cyj-nej!!!) roboty, odłożyłam do osączarki ostatni talerz i z niewypowiedzianą ulgą wytarłam ręce, usłyszałam, że „z tych zimnioków, co zostały po obiedzie, to zrobimy kluski. Ni, ni jutro – zrobimy je teroz, zaroz.”

Rada nie rada, musiałam utrzymać ten znienawidzony, najgrzeczniejszy z możliwych wyraz twarzy, dodałam doń niemalże szczery zachwyt dla gospodarności cioci i klnąc w duchu zapobiegliwą Ślązaczkę na czym świat stoi, zabrałam się do kręcenia gumowitów.

A teraz, po połowie wieczności spędzonej za Oceanem, ni z tego, ni z owego natknęłam się w sklepie na… mąkę ziemniaczaną! Natychmiast wrzuciłam ją do wózka – w niedzielę na obiad będą gumowity z sosem grzybowym! 

Na wieść o czym niemiecki Mój wpadł w euforię.

Kupuję obrazy

Długi, przysłany niczym prześcieradłem, ogromnym kawałem płótna stół zalegają tubki z farbami, zdjęcia, ilustracje, kolorowe papiery, pozłotka, kleje, kubki z wodą, tą do picia i tą do malowania, a między tym wszystkim kilka mniejszych obrazów na różnych etapach powstawania.

Co widzisz, gdy na to parzysz? – pyta autorka zamieszania.

Krasny bajzel – odpowiada właścicielka stołu.

To jest właśnie różnica między nami: ty widzisz robotę, a ja – możliwości!

Ale że ciebie nie paraliżuje fakt, że w momencie, gdy zdecydujesz się na jedną ewentualność, rezygnujesz z wszystkich innych – wtrącam z podziwem, bo właśnie ta świadomość zrujnowała w zarodku moją karierę dekoratorską i doprowadzała do szału Mojego, gdy urządzaliśmy dom.

Ależ nigdy nie traci się żadnej możliwości! Jeśli nie spodoba ci się, co zrobiłaś, to w każdej chwili możesz to zmienić. – I na dowód swych słów demonstruje kompletnie przemalowany obraz. – Ale rozumiem, co masz na myśli – dodaje po chwili – ja dlatego właśnie nigdy nie wyszłam za mąż!

To dopiero wyzwanie

0
false

18 pt
18 pt
0
0

false
false
false

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0in 5.4pt 0in 5.4pt;
mso-para-margin-top:0in;
mso-para-margin-right:0in;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0in;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:12.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ascii-font-family:Cambria;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Cambria;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;}

Dzieciom się tu bardzo podoba, ale u ich europejskich matek
hamerykańskie podejście do wychowania wywołuje popłoch. Panująca w Hameryce wiara
w pozytywną motywację sprawia, że latorośle są na każdym kroku chwalone, zachęcane
i jeśli w ogóle, to bardzo łagodnie krytykowane. (Odnosi sie to zresztą nie
tylko do dzieci, dorosłym negatywne recenzje też trzeba serwować jak kanapkę:
na początek coś miłego, potem to, co faktycznie chce się przekazać, a na koniec
znowu coś pozytywnego). Nic więc dziwnego, że wychowani w innym kręgu
kulturowym rodzice wpadają w panikę w rodzaju: mój czterolatek ma już tak
rozbujałe ego, że ja nie wiem, jak to dalej będzie.Wyobraź
sobie, on myśli, że zna cztery języki! Tylko dlatego, że poza ojczystym i tą
odrobiną angielskiego umie powiedzieć dwa słowa po chińsku i dzień dobry po
francusku!

No a na samych zasadach się przecież trudności nie kończą.
Weźmy na przykład takie przyjęcia urodzinowe: zapraszamy piecioro-sześcioro
najbliżej zaprzyjaźnionych dzieci do domu, czy wszystkie z grupy (średnio
dwadzieścia pięć) na zorganizowane przyjęcie w jakiejś „bawialni”? Pieczemy
tort, który nam smakuje, czy kupujemy hamerykański żółto-brązowy „cake”, do
którego iście ulepkowej słodyczy tutejsze dzieci są przyzwyczajone i mogą nie
chcieć mniej słodkiego, europejskiego ciasta? 

Leniwy Pięknooki

0
false

18 pt
18 pt
0
0

false
false
false

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0in 5.4pt 0in 5.4pt;
mso-para-margin-top:0in;
mso-para-margin-right:0in;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0in;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:12.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ascii-font-family:Cambria;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Cambria;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;}

Ktoś mógłby powiedzieć, że pranie
Pięknookiego Pręgowanego kompletnie mija się z celem, bo koty same najlepiej się
przecież myją. Faktycznie, w większości wypadków tak jest. W pewnym wieku jednak
zdarza się im zaniedbywać ablucje.

Dokładnie mycie się nie jest zresztą
jedyną kocią czynnością, do której Pięknooki Pręgowany się nie przykłada… W
zeszłą zimę zauważyłam, że w domu, który zamieszkuje wraz ze swoimi ludźmi czasem
dziwnie pachniało. Woń nieprzyjemna, choć dobrze mi skądś znana, ale skąd??? W
żaden sposób nie mogłam skojarzyć.

Zalatywało szczególnie na dole, w
pomieszczeniu używanym jako studio jogi. Ponieważ jednak miało to miejsce
sporadycznie, podobnie jak większość pozostałych osób, starałam się to
ignorować. Wyjaśnienie przyszło w kilka miesięcy później. Siedząc na tarasie w
upalny letni wieczór i wspominając miniony semestr Pani od Pięknookiego Pręgowanego opowiedziała, jak to kiedyś
zaczynała właśnie poranne zajęcia dla początkujących, grupa siedziała na poskładanych
w kostkę kocach, panowała cisza, aż tu jedna dziewczyna nagle z krzykiem zerwała
się na równe nogi. Odrzuciła warstwę koca, na którym siedziała i odkryła w
środku… zaduszoną pod ciężarem jej ciała mysz! Mysz owa, zanim Bogu ducha
oddała, zdążyła się jeszcze poruszyć, co mimowolna morderczyni poczuła pod
pośladkiem… Oczywiście o kontynuowaniu zajęć nie było już mowy.

Po
tej historii, przekonawszy się ostatecznie, że obecność Pięknookiego
Pręgowanego przed myszami nie chroni, nie chcąc podzielić losu króla Popiela, zakupili
humanitarne łapki (takie, co to myszy w całości łapią nie robiąc im krzywdy –
jak się chce, to można je po złapaniu wypuścić potem na świeże powietrze) i
wyłapała całą rodzinę. Żeby zapobiec ich powrotowi pod strzechę, wywieźli je
wszystkie samochodem do odległego parku. A wywozili w miarę łapania, czyli po
jednej. Obrócili z pięć albo sześć razy. Jak na razie myszy nie ma, niepokojący
zapach też się już nie pojawił

Wizyta u kota

Siedzimy wieczorem u znajomej, a z głębi domu rozlega się gardłowe: mrrrrrrauuuu!

– To ten kot – mówi, a my trochę się dziwimy, bo wszyscy przecież znamy Pięknookiego Pręgowanego. – To ten kot, któremu w siedemnastym roku życia dane było zakosztować kąpieli. Zaserwowałam mu ją w zeszłym tygodniu.

– Ależ dlaczego to uczyniłaś? – Pytamy poruszeni do głębi.

– On bardzo lubi siedzieć w piwnicy. Ma tam nawet posłanie. Robiąc jesienne porządki odkryłam w starym wełnianym dywanie w piwnicy olbrzymią, wygryzioną przez mole dziurę. No i dostałam paniki, że mogą się rozprzestrzenić. W związku z czym wyprałam wszystko w całym domu, włacznie z kotem…


– Nawet nie jesteś podrapana – zauważyłam z uznaniem.


– Akcja była zaplanowana w najdrobniejszych szczegółach i co do sekundy. (Wyobrażam sobie, że, nie przymierzając, jak ta Kutcherę.) Kąpaliśmy go oboje, ubrani jak na podbój kosmosu. (Prawdopodobnie mieli na sobie skafandry i pilotkę jak Lamia w kultowym filmie).


W każdym razie teraz już można być pewnym, że Pięknooki Pręgowany nie jest nośnikiem molich larw. Co najwyżej niebezpiecznych resentymentów. Choć, jak wiadomo, kota sie piere, piere sie, ino sie nie wykręco…

Wybory 2012

0
false

18 pt
18 pt
0
0

false
false
false

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0in 5.4pt 0in 5.4pt;
mso-para-margin-top:0in;
mso-para-margin-right:0in;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0in;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:12.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ascii-font-family:Cambria;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Cambria;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;}

We wtorek wygraliśmy wybory. Bardzo się
ucieszyłam widząc rano wyniki w internecie, bo kiedy wykończona po intensywnym
dniu szłam spać, nie wyglądało to wcale tak różowo. Raczej czerwono*. Czyli
czarno. Ale rano było już niebiesko**.

Okazało się, że w związku ze zmianą mojego
miejsca pracy, zmieniły się także poglądy polityczne wokół mnie. Ubogie i
kolorowe Wielkie Hamerykańskie Miasto to ocean błękitu, a bogate, w przeważającej części białe
przedmieście, bardziej jest podzielone pod względem politycznych upodobań. Moje
towarzystwo w pracy wykazuje też większą powściągliwość w głośnym deklarowaniu
swoich przekonań. Wyjątek stanowił właściwie jeden gość. Jest od sprzedaży,
czyli musi być ugadany i reklamę mieć we krwi. Ale trochę przykro było słuchać.
Po tym, jak zakończył wywód na temat imion Obamy, z których jedno to przecież,
jak każdy wie, Hussain, zrelacjonował następujące zdarzenie. Podczas kampanii
wyborczej podeszła do nich na ulicy pani rozdająca ulotki demokratów. 

– Pozostawiłem
synkowi – który ma cztery latka – rozegranie tej sytuacji. I wiecie, co jej
powiedział? Że jak pomaga w domu, np. sprzątając swoje zabawki, to dostaje
nagrodę. I dlatego jest odpowiedzialny. W związku z czym nie może wziąć od niej
tej ulotki, bo nie będzie pomagał ludziom, którzy są nieodpowiedzialni. – Ktoś
z siedzących przy stole zapytał go, jak w podobnej sytuacji zachowałaby się
jego córeczka (też czteroletnia, bo to bliźnaki). – Aaa, nie, jej takie rzeczy
nie interesują, ona się chce tylko czesać i stroić…

O ile we wtorek wszędzie go było pełno,
o tyle w środę nikt go nie widział i wcale nie jestem pewna, czy w ogóle
przyszedł tego dnia do pracy.

* Czerwony to kolor republikanów, czyli partii bardziej na prawo i bardziej konserwatywnej.

** Niebieski, to kolor demokratów.

Sandy, Sandy i po Sandy

Powiało, popadało i przestało. Mieliśmy dużo szczęścia, bo nawet nam prądu nie wyłączyło. My, bo są tacy, co od poniedziałku w po ciemku i w zimnie siedzą, są tacy, co im domki letniskowe z brzegu do morza zmyło no i są tacy, co dachy będą musieli wymieniać.

Jest nadzieja, że ten huragan wywiał z okolicy insekty – śmierdziele. Kto nie wie, o czym mówię, niech się popatrzy tu: http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/1/17/Nezara_viridula_qtl2.jpg  go widać w młodości. Gdy dorośnie, zrobi sie szaro-brązowy. Kłopot polega na tym, że oprócz wysysania soków z pomidorów, truskawek i innych owoców, obgryzania liści roślin ładnych i pożytecznych, z nastaniem jesieni latające owe robaczki ładują się do domów. Przybywają zazwyczaj stadami, nie gryzą, ale latając po pokoju nie celują i odbijają się człowiekowi od nosa. Jak się ich ma więcej w bezpośrednim otoczeniu, to zeschizować idzie.

Mój szef najwyraźniej ma lekką na ich punkcie fobię, bo gdy ostatnio jeden (słownie: jeden) latał mu w gabinecie, to zgasił światło i po ciemnku przed jarzącym się monitorem komputera siedział, czekając, aż latawiec uda się do innych pomieszczeń. Ponieważ tak się nie stało i uparty insekt odczekał, aż to szef sobie pójdzie, musiałam wziąć sprawę, czyli kartkę papieru w swoje ręce i się robaczka pozbyć. Rozgniatając go (w budynku biurowym w którym teraz pracuję okna się nie otwierają) trzeba go dobrze owinąć papierem, żeby smród się nie rozszedł. Bo one rozgniatane śmierdzą i od tego je tu stink bugs, czyli śmierdziele nazywają. A w ogóle podobno to one aż z Chin przyjechały, a że nie mają tu naturalnych wrogów, to się szarogęszą i coraz ich więcej się robi. Dlatego też mam nadzieję, że ucierpiały nieco z powodu huraganu. Howgh.

Sandy

0
false

18 pt
18 pt
0
0

false
false
false

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0in 5.4pt 0in 5.4pt;
mso-para-margin-top:0in;
mso-para-margin-right:0in;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0in;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:12.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ascii-font-family:Cambria;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Cambria;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;}

Deszcz pada, wietrzyk wieje, ciemno,
wietrzno, ponuro. Latają mokre liście i gałęzie. Drzewa się walą na druty. Wysłali nas z fabryki do domów już w południe, jutro też
kazali siedzieć na tyłku. Prawdopodobnie otworzymy w środę. W sąsiednim stanie
jest oficjalny zakaz poruszania się po drogach, tutaj zalecają nigdzie się nie
szwendać. Komunikacja miejska i podmiejska zawieszona do odwołania. Samoloty
nie latają. My mamy jeszcze prąd, ale powtarzają, że można go utracić na wiele,
wiele zimnych dni i nocy (w tym kontekście usłyszałam mrożącą krew w żyłach
liczbę – dziesięć). A to jeszcze się nie zaczęło. Dopiero się zacznie, za jakąś godzinę uderzy w linię brzegową, potem pójdzie do nas. Wieczorkiem, jak się ściemni. No a że to dzisiaj pełnia księżyca, to widowisko (którego bez prądu i tak nie będzie widać, czyli widowisko takie bardziej domyślne) wzmocnione zostanie jeszcze spowodowanym przez ową pełnię przypływem. 

To się nazywa historyczna chwila i
największy huragan w dziejach okolicy. W każdym razie od kiedy te dzieje zaczęli zapisywać.

Niebezpieczne sms-owanie

Don’t drink and drive! (Nie prowadź samochodu, kiedy piłe/aś!) Don’t text and drive (Nie sms-uj, kiedy prowadzisz!) to znane hasła z kampanii w hamerykańskiej telewizji i innych środkach masowego przekazu.

Prawie trzydziestoletnia siostrzenica znajomej, dziewczyna o pięknym uśmiechu, spędzała zabawowy wieczór w małym hamerykańskim mieście świętującym restauracyjny tydzień. Chodząc z przyjaciółmi od knajpy do knajpy, zaczęła pisać sms-a, gdy potknęła się o krawężnik i runęła jak długa. Poleciała, w dosłownym tego słowa znaczeniu, na pysk: piękne zęby poszły w drebiezgi, które to drebiezgi powbijały się jej w dziąsła. Izba przyjęć była niedaleko, więc szybko założono jej na owe dziąsła osiem szwów, bez znieczulenia jednakże, bo wypity alkohol na takowe nie pozwalał. Teraz czeka ją usuwanie korzeni połamanych zębów no a potem zabawa z protetyką stomatologiczną…

Wydaje się, że do wspomnianych na początku haseł dołączyć należałoby i trzecie: Don’t text, drink and walk! (Nie sms-uj, kiedy idziesz i piłe/aś!)

Czy to możliwe?

0
false

18 pt
18 pt
0
0

false
false
false

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0in 5.4pt 0in 5.4pt;
mso-para-margin-top:0in;
mso-para-margin-right:0in;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0in;
line-height:115%;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:12.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ascii-font-family:Calibri;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Calibri;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;}

Już trzeci
tydzień chodzę do nowej fabryki i wszyscy w dalszym ciągu są mili i w swoich
działaniach zdają się kierować logiką. Nauczona doświadczeniem z innych miejsc pracy
nie dowierzam i cały czas czekam, aż coś pierdyknie i tutejsza ludzkość pokaże
swoje prawdziwe oblicze. Że też to w ogóle możliwe, żeby tak długo udawali! I
to wszyscy! Nie jestem w swoim zdumieniu i sceptycyzmie osamotniona, bo
dziewczyna, która zaczęła tu pracować kilka tygodni temu, przechodzi dokładnie
to samo.

Dawno, dawno
temu, w mrokach dziejów, przeprowadziliśmy się i zmieniłam szkołę. Po pierwszym
dniu nie mogłam wyjść z podziwu, że tam jest tak czysto. Parkiet na korytarzach
lśnił. Pomyślałam jednak, że to tak po wakacjach posprzątali i zaraz wszystko
wróci do normy, czyli znanego mi z innej placówki oświatowej syfu. Na drugi
dzień było ciągle jeszcze czysto. Czysto było także i po tygodniu. I po
miesiącu. Tam po prostu porządnie sprzątano i czystość utrzymała się aż do
końca mojego tam pobytu, a skądinąd wiem, że i dłużej. Więc może i moje nowe
miejsce okaże się na dłuższą metę dobrze zorganizowanym przybytkiem w którym
pracują przyzwoite, rozsądne i przychylne ludziom jednostki? Czy to w ogóle
możliwe?