Obce akcenty

0
false

18 pt
18 pt
0
0

false
false
false

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0in 5.4pt 0in 5.4pt;
mso-para-margin-top:0in;
mso-para-margin-right:0in;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0in;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:12.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ascii-font-family:Cambria;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Cambria;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;}

Gość miał akcent, który z miejsca
określiłabym, jako rosyjski. W celu 
zweryfikowania tej teorii użyłam najbardziej nieinwazyjnego, w moim przekonaniu, sposobu na wyjawienie pochodzenia interlokutora: jaki znasz jeszcze język, poza angielskim? Popatrzył
na mnie z niedowierzaniem i, jakby chciał powiedzieć, co się głupio pytasz, kiwając
głową, mruknął: rosyjski. Ponieważ nie lubię asymetrii w grzecznych towarzyskich
kontaktach, od razu powiedziałam, że jestem Polką. Kiwnął głową w sposób dający
do zrozumienia, że nie jest to dla niego żadną rewelacją.

Jedyną osobą, która zdała się
przywiązać do naszej konwersacji jakąkolwiek wagę, był stojący obok tubylec,
który z miejsca poczuł się w obowiązku stwierdzić, że on jest tylko "głupim
Amerykaninem" (to cytat, nie mój brak szacunku do mieszkańców goszczącego mnie kraju!) i żadnych obcych języków nie zna. Nigdy nie jest za późno – użyłam
zawodowej frazy. Tutaj nastąpiła opowieść o tym, jak był ostatnio na Karaibach
i nauczył się po hiszpańsku zamawiać piwo, i ta wiedza okazała się
wystarczająca do przetrwania. Widzisz, początki już masz za sobą. I to jakie
praktyczne – zachowałam się iście po tutejszemu.

No i teraz nie wiem, czy motywacją gadatliwego
Amerykanina była zmiana tonu tej lakonicznej polsko-rosyjskiej wymiany
informacji (jakby na to nie patrzeć, w pełni udana) czy też sprowadzenie tematu
rozmowy na swoją osobę?

Uparty Egipcjanin c.d.

Okazało się, że nasz koptyjski kolega nie pojedzie tego lata do Egiptu. Miał jechać i się oświadczać, ale zanim zdążył, zainteresowanie upatrzoną dziewczyną okazał pewien miejscowy lekarz. Jak przystało na tamtejsze obyczaje, gość ten zaloty zaczął od osobistego skontaktowania się z ojcem przyszłej narzeczonej (zanim jeszcze poznał ją osobiście) i spotkał się z pozytywnym przyjęciem. Nasz kolega podjął ostatnią desperacką próbę ratowania sytuacji i zadzwonił stąd do jej ojca, żeby, co prawda przez telefon, ale też się oświadczyć. Niedoszły teść obszedł się z nim bardzo grzecznie, doceniając jego zainteresowanie, odwagę i wszystkie niechybne zalety. Jednakże, jak wiadomo, małżeństwo nie jest rzeczą ludzką. Małżeństwo jest rzeczą boską i Bóg (cały czas mowa jest o Bogu chrześcijan, bo obracamy się w kręgach koptyjskich). a nie ludzie o nim decyduje. 
Jak i kiedy Bóg objawił swoją wolę ojcu dziewczyny, tego nie wiadomo.

Piękni dwudziestoletni

Zadając się przez dłuższy czas z inną wiekowo publicznością, zapomniałam, jak fajnie jest pracować (czytaj: prowadzić zajęcia) z dwudziestolatkami. Są już na odpowiednim poziomie rozwoju intelektualnego, a nie mają jeszcze pojęcia o tzw. życiu. Czyni to interakcję z nimi niezwykle odświeżającą. To ich często nieco biało-czarne widzenie świata spowodowane jest niewinnym stanem umysłu i brakiem doświadczenia, nie zaś tępotą i ignoranckim zamykaniem oczu na fakty, jak to miewa miejsce w przypadku pięknych czterdziesto- czy nawet sześćdziesięcioletnich. No i ta jakaś taka energia od nich bije – chce się im myśleć, próbować i ryzykować. Nie udają, że wszystko wiedzą, bo są szczerze przekonani, że wszystko wiedzą. I proszę mi nie mówić, że tak nie jest, bo ja to jeszcze dobrze pamiętam! 
Nowe jest dla mnie tylko to, jak ich teraz widzę… z zewnątrz ich grupy wiekowej. Z wyraźnego zewnątrz.

Czwartolipcowo

Wilgotne, skwarne popołudnie przechodzi niespiesznie w upalny wieczór. Przymglone niebo pozostaje bezchmurne, co zauważają z radością uczestnicy niezliczonej ilości pikników. Wiatr rozwiewa zapach grillowanych smakołyków i na kocach, płachtach i krzesłach kempingowych powoli zasiada podlewana piwem ociężałość. Nad Największy Miejski Park w tej części świata*, położony malowniczo na wzgórzach nad rzeką, nadciąga ta jedyna w roku noc, w czasie której jest tutaj pełno i gwarno. W pozostałe 364 wieczory w roku nie ma tu bowiem czego, poza guzem, szukać. Trochę szkoda, bo na przykład ta stuletnia willa na pagórku wśród drzew, nieopodal której rozłożyło się nasze towarzystwo, pięknie podświetlona i przez to jeszcze bardziej malownicza, nie jest jedynym zabytkiem, które można tu oglądać. 
Już zrobiło się całkiem ciemno. Niektórzy ucinają sobie drzemkę, upał nie odpuszcza, a komarów w tym roku odpukać ilości są niewielkie. Wreszcie – huk, zaraz za nim następny i następny. Wstajemy i przesuwamy się na dogodne pozycje. Kolorowe gwiazdy rozsypują się po niebie i opadają w kaskadach. Zaczęły się czwartolipcowe fajerwerki. 
Po fajerwerkach, wraz z kilkoma tysiącami ludzi, udajemy się w kierunku pozastawianych samochodami ulic. Wyjazd z tej zakorkowanej do nieprzytomności części miasta zajmie nam około godziny, ale jesteśmy przygotowani, przesuwanie się metr po metrze przez nagrzane jak piekarnik miasto jest nieuniknione i daje okazję do chłonięcia tej wyjątkowej, przywodzącej na myśl Amerykę Łacińską, atmosfery. Ulica stanowiąca nieformalny pas graniczny między dzielnicami bezpiecznymi a tymi, do których lepiej się nie zapuszczać, tętni życiem. Na chodnikach na plastikowych krzesłach siedzą mieszkańcy okolicznych domów, otwarte sklepiki spożywcze, chińskie jadło na wynos, przewoźna lodziarna i hałas, i ścisk, i korek w obie strony, już dobrze po dwunastej. Jak to miło, że chociaż w tę jedną noc także i tutaj jest bezpiecznie.
*  o wiele większy od Central Parku w Nowym Jorku, jeśli już mamy się licytować

Dzieci (nie) mówią językami

Przeczytać o tym można w fachowych książkach i potwierdzą to wychowani w podobnych warunkach znajomi: wielojęzyczne rodzeństwo zawsze używa w rozmowach między sobą języka jakim mówi otoczenie (czytaj: inne dzieci) bez względu na to, jaki nacisk kładą rodzice na rozmowy w języku przez nich samych preferowanym. Co innego wiedzieć, a co innego zaobserwować. Ostatnio miałam okazję wziąć pod moją lingwistyczną lupę polskie rodzeństwo (5, 8 i 12 lat) mieszkające przez ostatnich 5 lat w Hameryce, którego rodzice zwracają się do nich wyłącznie po polsku i wymagają używania w domu tylko polskiego. I co? Młodzi ludzie w rozmowach między sobą, gdy tylko czujne uszy rodziców nieco się oddalą, natychmiast przechodzą na angielski.

Gdy ich słuchałam, stał się dla mnie jasny dość oczywisty (tym nie mniej w mądrych książkach które czytałam nie wyłożony kawę na ławę) powód takiego lingwistycznego zachowania. Otóż dzieci mówią między sobą innym językiem, niż z dorosłymi. Te wszystkie wyrażenia, odzywy i skróty, składają się na odmienny kod, w rozmowach z rówieśnikami niezbędny. Moja mała grupa badawcza nie zna takiego dziecięcego kodu w języku polskim, więc nie może w nim skutecznie wyrazić komunikatu skierowanego do brata, żeby przestał się zgrywać, bo zaraz dostanie w ten zakuty łeb. Czy jakoś podobnie, bo ja też przecież od wielu lat odcięta jestem od źródła, a w szkolnym slangu zaszły przez ten czas z pewnością wielkie zmiany. 
Za których przykłady będę niezwykle wdzęczna. 

Gość – nie gość

Mój mieszkający w Hameryce od dwudziestu z górą lat Syryjski Znajomy robiąc coś w ogrodzie zauważył przechodzącego drogą menela z dwoma siatami – po jednej zwisającej z każdego ramienia. Menel, nie menel, przeszedł i poszedł. Po chwili z zaciągniętego nieba spadła rzęsita ulewa. Mój Znajomy pomyślał, że menel nie ma szans dotrzeć do celu (znajdującego się niedaleko pola przyczep kempingowych*) nie przemoczony na wylot.

Po kilku minutach będący właśnie z wizytą kolega zwrócił uwagę Mojego Znajomego, że na ganku stoi facet. Jaki facet? Mój Znajomy wyszedł i ujrzał widzianego uprzednio menela stojącego teraz pod dachem, ale tyłem do drzwi wejściowych i przyglądającego się ulewie.
– Czego pan sobie życzy? – Zapytał Mój Znajomy.
Cisza.
– Dać panu coś do picia? –  Na to menel ożywił się:
– Ma pan alkohol? – Pudło. Mój Znajomy jest muzułmianinem. Nie ma alkoholu.
– Może wody?
– Nie, nie, nie, nie, ja nie mogę tego robić! – W domyśle: pić wody.
– No to może pan usiądzie – Mój cierpliwy Znajomy wskazał ławkę stojącą na ganku.
– No coś pan! Ja nie siadam z obcymi! – Oburzył się do głębi poruszony menel…
Mój Znajomy zostawił go na ganku i szczerze ubawiony wrócił do wnętrza domu.

*Jest to pole przyczep, lub też raczej całych wozów kempingowych z pełnym adresem, służące jako stałe miejsce zamieszkania pewnego rodzaju ludzi.

Kot mojej koleżanki

Możnaby pomyśleć, że Kot Mojej Koleżanki jest zwyczajnym kotem. Pręgowany dachowiec, duży kocur o nastroszonych wąsach i pogardliwym wyrazie twarzy. Nikt nie przypuszcza jednak, że w owym puchatym tygrysku drzemie BESTIA. Bandyta, wyjęty spod prawa złoczyńca. Tak dalece wyjęty spod prawa, że moja koleżanka, która jest osobą normalną i nie zlecałaby chirurgicznego usunięcia zwierzęciu pazurów* w obronie sofy albo dywanu (ludzie naprawdę to robią) z bólem serca i łzą w oku jednak go tej operacji poddała. Dlaczego?

Kotek nie należy do pieszczochów. To delikatnie powiedziane, bowiem w rzeczywistości jedyną osobą, która w ogóle może go dotknąć, jest Moja Koleżanka. Nawet jej mąż (mieszkający z kotkiem od kiedy przynieśli go jako małe kociątko) nie ma prawa pogłaskać futra, nie narażając się na oberwanie szybką jak błyskawica łapą. W związku z czym go nie głaszcze. Nikt go nie głaszcze, tylko pańcia, do której kotek się mrucząc przytula. Jak ma ochotę.

Kiedyś przyszedł do nich znajomy. Jak każdy gość, który pierwszy raz przestąpił ich progi, natychmiast został ostrzeżony, że jakakolwiek próba kontaktu fizycznego z futrzakiem jest absolutnie niewskazana. Gość ostrzeżenia zlekceważył, twierdząc, że zna się na kotach, one go bardzo lubią i z tym egzemplarzem też na pewno się zaprzyjaźni. Mówiąc to delikatnie gładził atłasowe futerko. Potwór zdawał się potwierdzać jego słowa. Siedział grzecznie na krześle, nie mruczał co prawda, ale też nie prychał i nie usiłował pacnąć łapą. Domownicy w napięciu wstrzymywali oddech, zwierz siedział, facet go głaskał, nic się nie działo… 

Aż tu nagle kot jak sprężyna wyskoczył prosto do góry i zanim ktokolwiek zdążył pomyśleć, wbił wszystkie dziesięć przednich pazurów w czoło znawcy zwierząt. Opadając następnie siłami grawitacji przeorał mu twarz z góry na dół tworząc dziesięć krwawiących ran. Facet, znacząc szlak krwią, pognał do łazienki w której po chwili wyglądało jak w rzeźni. Zawieziono go czym prędzej na pogotowie, żeby założyć szwy.  
No i jak mojej koleżance miał się urodzić synek, to rada nie rada, odpazurowała kota, którego do dzisiaj nikt poza nią nie ma prawa dotykać. Albowiem zostały mu jeszcze zęby. 

 

*Drakońska ta procedura przeprowadzana pod pełną narkozą polega na usunięciu tych kawałków kocich palców z których wyrastają pazury. Tak zoperowanemu kotu nigdy już pazury nie odrosną. 

Wspaniały Dział Marketingu

Przysłali nam do Centrum (Językowego) pudło. W pudle torby (siatki znaczy, albo reklamówki, ale takie nowoczesne, produkowane z surowców wtórnych do wielokrotnego użytku). Wzruszyłam ramionami, bo nad firmą krąży widmo być może i bankructwa, etaty redukują, Centra zamykają, a tutaj taka inwestycja pierwszej potrzeby. No ale cóż, skomentowałyśmy odpowiednio i zamknęły torby w szafie, nowym uczniom będziemy w nich dawać materiały do nauki.
Nie minęły trzy pacierze, jest e-mail okólnikowy z Kwatery Głównej, a dokładnie Wspaniałego Działu Marketingu: torby natychmiast zniszczyć, bo wydrukowany na nich pod naszym logo numer telefonu jest błędny. Nastąpiła pomyłka i wydrukowano numer będący w posiadaniu innej firmy, nie możemy go teraz kupić, torby trzeba utylizować. Ponieważ nie widziałam jeszcze oficjalnego e-maila od Wspaniałego Działu Marketingu, w którym nie byłoby literówek, specjalnie mnie to nie zdziwiło. Jednocześnie jednak w moim kosmatym mózgu pojawiło się podejrzenie.
Nie zwlekając wzięłam torbę i wykręciłam reklamowany na niej numer – bingo! Sex telefon! 

Uparty Egipcjanin

Arab bez rodziny nie istnieje. Arab w liczbie pojedynczej cierpi. Dlatego też nasz kolega po 3 latach samotnego życia na hamerykańskiej obczyźnie stwierdził, że już stanowczo musi się ożenić. Rekrutację rozpoczął latem zeszłego roku, kiedy to w ciągu kilkutygodniowego pobytu na łonie piramidalnej ojczyzny przeprowadził rozmowy rozpoznawcze z trzema czy czterema potencjalnymi narzeczonymi. Ku jego zaskoczeniu, fakt, że mieszka w Hameryce, był raczej przeszkodą niż pomocą. Żadna z dziewczyn nie wyraziła chęci porzucenia pracy (kolega wykształcony, to i w wykształconych kręgach poszukiwania prowadzi – jedna z nich to nawet lekarka) i wyjazdu za ocean.
Na szczęście istnieją jeszcze media (socjalne? Jak się po polsku mówi "social media"? Z góry dziękuję za podpowiedź). Za pomocą fejsbuka, nieco przypadkiem, odnowił kontakt z koleżanką ze studiów. Po wielomiesięcznym słaniu e-maili i sporadycznych telefonach stanęło na tym, że w lecie przyjedzie przedstawić się i poprosić  rodzinę o jej rękę (zdanie zainteresowanej jest w tej kwestii ważne, ale nie decydujące).
– Gdy tam ostatnio byłeś, to się z nią widziałeś?
– Niestety, jak nawiązaliśmy kontakt, to już właściwie wyjeżdżałem i nie zdążyłem.
– Ale znasz ją, studiowaliście razem. Kiedy ją ostatnio widziałeś?
– Ponad siedem lat temu.
– Ale masz jej aktualne zdjęcie?
– Nie, to byłoby dla niej kompromitujące dać zdjęcie komuś, z kim nie jest formalnie zaręczona.
– Ale rozmawiacie, widujecie się przez skype?
– Nie, bo ona mieszka z rodzicami i to byłoby nie na miejscu.
– To jej rodzina nic o tobie nie wie?
– Nie, nie byłoby dobrze, gdyby się dowiedzieli, że kontaktuje się ze mną, zanim się oświadczyłem. 
– Ale jak się im przedstawisz, to już będzie OK?
– Jeśli mnie zaakceptują. Muszę ich przekonać, że będę w stanie zapewnić ich córce godne życie. Nie będzie się im podobała wizja jej dalekiego wyjazdu. Ona pracuje w szkole i robi teraz dalsze studia, jej ojciec wysoko ceni taką państwową posadę.
– Muszę też kupić złoto – dodaje po chwili. – Tak za osiem tysięcy dolarów.
Kiwam głową ze zrozumieniem. Cyrk ze złotem znam, bo asystowałam kiedyś w zakupach dla kosowarskiej narzeczonej.
Facet inwestuje kilkutygodniową podróż do Egiptu i szmal w złocie, żeby przedstawić się rodzinie laski, której nie widział od siedmiu lat i która (dla jasności) nigdy nie była jakąś miłością jego życia. Gość jest pod trzydziestkę, mieszka od prawie 4 lat w Stanach, mógłby spotykać się, kochać, mieszkać, z kim chce i kiedy chce, ale on, trwając w naprężonym celibacie, zbiera forsę na złoto, i ćwiczy przemowy, żeby zaakceptowała go rodzina nieznajomej kobiety.
Jak mówią Hamerykanie: można konia przyprowadzić do wodopoju, ale nie można sprawić, żeby pił.
Acha, to nie sprawa islamu: nasz kolega jest koptem, a przyszła (jeśli Bóg da, a rodzina pozwoli) narzeczona – katoliczką. 

Dentysta sadysta

Że znieczulający zastrzyk u dentysty jest tu oczywistością, że ostatnim razem właściwie nie poczułam, jak mi go robili, że zaraz po zabiegu mogłam prawie normalnie mówić – to przyzwoite ubezpieczenie i trochę szczęścia. No ale żeby dentysta o ósmej wieczór do mnie dzwonił, żeby zapytać, jak się zaplombowany kilkanaście godzin temu ząb czuje, o tym to i hamerykańskie ucho nie słyszało!