Pogrzeb po hamerlandzku

Gdy w grudniu byłam w kościele na koncercie Haendla, nie wiedziałam, że dość szybko tę samą świątynię w o wiele mniej radosnych okolicznościach odwiedzę. Bliskiemu koledze zmarła matka, trzeba więc było oddać ostatnią posługę. Że rodzina irlandzka, to obrządek katolicki, czyli że wiedziałam, jak się w którym momencie zachować (wstać, siąść, przeżegnać, przekazać znak pokoju, tudzież nie podążyć za tłumem spieszącym do komunii).
Zmarła miała wielką rodzinę (samych dzieci, jak przystało na irlandzkich Hamerykanów – sześcioro) była osobą bardzo aktywną społecznie i znaną w okolicy, toteż odprowadzać przyszło ją około 300 osób. Już na dwie godziny przed mszą opactwo, w którym od wielu lat się udzielała, otwarło wnętrze kościoła przed krewnymi i znajomymi. Większość skwapliwie z tego skorzystała, bo kiedy na
20 minut przed mszą (wbito mi w głowę w młodości, że pod żadnym pozorem nie wolno się spóźniać na pogrzeby) otwarłam drzwi do przybytku bożego, to jakbym do knajpy w sobotę wieczorem wchodziła. Proszę mnie źle nie zrozumieć – nie mam na myśli zapachów, tylko decybele: powitania, uściski, poklepywania po plecach, rozmowy prowadzone bynajmniej nie zniżonym tonem, niczym nieskrępowane wybuchy perlistego śmiechu… 
Usiadłam sobie cichutko w przedostatniej ławce. Wychodząc z domu zrezygnowałam z szalika w czarno-czerwone prążki, ze względu na ten czerwony kolor. Niepotrzebnie – sama naliczyłam trzy krwistoczerwone swetry (kościół ogrzewany, więc większość ciepłokrwistych Hamerykanów pozdejmowała płaszcze i kurtki), jeden wściekle różowy i jeden bardzo blado łososiowy. Nawet osoby ubrana w ciemne kolory były, no właśnie, po prostu ubrane w ciemne kolory, ale mógł to być i ciemnoniebieski (nie mylić z granatowym) i ciemnobeżowy…
Potem zaczęła się msza, urozmaicona, bo zamiast kazania było wspominanie zmarłej – ksiądz i kilka innych osób mówiło o niej w sympatyczny, nie pozbawiony humoru sposób. Ponieważ KK dopuszcza kremację, nie było trumny, tylko gustowne pudełeczko pod dużym bukietem kwiatów. Po mszy nie nastąpił wspólny przemarszu na pobliski cmentarz, tylko ksiądz ogłosił, że rodzina prosi na lunch (pora była obiadowa) i żeby podążać za osobami wskazującymi drogę do refektarza.
Irlandzką stypę musiałam sobie jednak darować, no bo kto by mnie potem odwiózł do domu???
 
*Oboczność południowopolska – nie poprawiać, bo jest dobrze!

Wielbłąd

Tak jak wszyscy, spieszy rano do pracy. Widzę ją kilka kroków przed sobą, jak stukając czarnymi czółenkami nerwowo stawia krzywawe nogi w bladych rajstopach, wystające spod czarnej, prostej, kostiumowej spódnicy do kolan. Krój ciemnej góry pozostaje nierozpoznawalny, bo zniekształcony przez zwisające z ramion torebki i torby. Aż trudno uwierzyć, że o godzinie 8:30 rano taszczy ich ze sobą aż cztery. Analizując od prawej strony: dwie to damskie torebki, jedna mniejsza – z nią pewnie wyjdzie na lunch, druga znacznie większa – w niej mieszczą się gwarantujące przetrwanie dnia szpargały, których mniejsza jak widać nie przyjmuje. Z lewego ramienia, na dłuższym pasku i przesunięta do tyłu tak, że jeździ jej po pośladku w rytm niespokojnych kroczków, zwisa duża czarna torba, mogąca zawierać laptop. Nieco nad nią i bardziej z przodu przewieszona jest czwarta, z której nasza biurowa elegantka też najwyraźniej nie może zrezygnować. 
Minęło sporo czasu od kiedy w Polsce prowadziłam obserwacje uczestniczące tłumów spieszących do pracy – czy w międzyczasie kobietom przebywającym na ojczyzny łonie też wyrosły po trzy dodatkowe torby, czy też pamięć targania siat z zakupami skutecznie je od tego chroni?

Wielki Jak świat Sklep Ze Sprzętem Fotograficznym i inne światy

Pewnego piątkowego południa przybyliśmy do Ogromnego Hamerykańskiego Miasta aby spędzić tam weekend. W planach było m. in. nabycie kilku gadżetów do aparatu fotograficznego. Oprócz wielu imponujących sklepów rozsianych wzdłuż Szerokiej Drogi, W Ogromnym Mieście znajduje się Wielki Jak świat Sklep Ze Sprzętem Fotograficznym, w którym zamawialiśmy już kiedyś coś przez Internet, ale nigdy nie odwiedzili w realu. Tym razem tam właśnie skierowaliśmy swe kroki. Miły pan w hotelu poradził nam nie zwlekać, bo to piątek, a sklep żydowski, więc niedługo zamkną na szabas. No na pewno – dopiero kończy się pora obiadowa (dochodzi druga), a ten tu mówi o zamykaniu na wieczór!
Wielki Jak świat Sklep Ze Sprzętem Fotograficznym zajmuje kilka poziomów. Zaraz po wejściu oślepia nas jaskrawe światło, ogłusza rejwach i dezorientują płynące we wszystkich kierunkach strumienie ludzi. Po chwili dociera do człowieka, że na parterze znajdują się właściwie tylko kasy i należy udać się na wyższe pietra. Na kolejnych kondygnacjach światło jest równie mocne, gwar XXL nie cichnie, a krzątanina nie maleje. Zmysły powoli jednak przyzwyczajają się do atakujących je ze wszystkich stron bodźców i człowiek zaczyna dostrzegać otoczenie. Przypomina ono senne marzenia zwariowanego fotografika: aparaty, obiektywy, lampy, stojaki, baterie, obudowy, torby, papiery, drukarki, komputery, fotograficzne gadżety najnowszej generacji, ale także klisze, filmy i aparaty dla tradycjonalistów. Wydawało się, że nie w ludzkiej mocy jest nawet pobieżne się w tym wszystkim zorientowanie.
A przecież obsługa doskonale się w tym wszystkim porusza. Wśród tej całej futurystycznej aparatury i bajerowatych gadżetów. Tego, co do robienia zdjęć potrzebne i tego, co przydatne. Oraz klientów, z których natychmiast wyławia takiego, co to się zagubił i potrzebuje skierowania na właściwe tory. Po skierowaniu zaś na właściwe tory doradza kompetentnie, szybko, uprzejmie i niezwykle wydajnie. Zamówienie wklepywane jest w komputer i przesyłane na dół, gdzie po zapłaceniu (rachunek też automatycznie przesyłany jest do kas) odbiera się zapakowany towar przed wyjściem. Wszystko nie trwa ani chwili dłużej, niż to absolutnie konieczne. Zwłaszcza w piątek. 
Sprzedawców jest bardzo wielu i zdecydowana ich większość, to mężczyźni. Wszyscy w jarmułkach, z pejsami, niektórzy w chałatach, spod wielu kamizelek wystają cicit, czyli po naszemu cycełe. Ruszają się szybko, mówią dużo i głośno, i doradzają, obsługują, sprzedają, sprzedają, sprzedają… Na metalowych plakietkach, zwyczajem hamerykańskim, każdy ma wypisane imię. W pewnym momencie zaczęłam czatać wszystkie te śmigające dookoła plakietki i otoczyli mnie wszyscy prorocy Starego Testamentu. 
Gdy już wybraliśmy, co trzeba, pożartowali z młodym sprzedawcą o kruczoczarnych pejsach, który w niewiarygodnym tempie wklepał wszystko w komputer i w ciąglu pół sekundy wydrukował nam potwierdzenie zamówienia, objęłam wzrokiem całą tę wielką salę. Wyglądało to trochę jak scena z giełdy w "Ziemi Obiecanej". Albo niektóre obrazy z "Lalki". Mój stał obok z ciągle jeszcze lekko rozchylonymi ustami. Czy ty wiesz, że jedna-trzecia Warszawy tak kiedyś wyglądała? – Nasunęło mi się historyczno-antropologiczne skojarzenie.
Po uiszczeniu należności u pani przypominającej Gołdę Tencer w młodości, odebraliśmy torby u uwijającego się jak w ukropie wśród coraz to nowych, zjeżdżających z góry reklamówek towaru, wyrostka o ledwo kiełkującej brodzie i wyszli na ulicę, jakby wracając z innej planety.
Idąc spacerkiem (czyli prawie biegiem, bo trudno w Ogromnym chodzić powoli), wymienialiśmy uwagi na temat doświadczonego właśnie kontrastu najnowszej techniki i konserwatywnego tradycjonalizmu.  Nie zdążyliśmy jeszcze całkowicie ochłonąć z wrażenia, gdy na skrzyżowaniu podszedł do nas młody chasyd w czarnym cylindrze i z przemiłym wyrazem twarzy zapytał Mojego, czy jest Żydem.  Mój, (który jest Niemcem) zgłupiał tak dalece, że by zyskać na czasie, poprosił o powtórzenie pytania. Gdy okazało się, że jednak dobrze usłyszał, udzielił zgodnej z prawdą odpowiedzi przeczącej. Chasyd ukłonił się i poszedł dalej a Mój "został się stać" z ponownie rozdziawionymi ustami.
– No co, nikt cię nigdy nie pytał, czy nie jesteś Żydem? – Zapytałam, nieco zdziwiona jego zaskoczeniem.  
– No skąd! A ciebie?
– Pewnie, że tak. Co jakiś czas, w różnych kontekstach, nie zawsze tak przepełnionych przyjazną nadzieją na nawrócenie odłączonej (czyt. zeświecczonej) owieczki, jak to właśnie miało miejsce, ale zdaża się to od dawna.
Z czego Mój wysnuł pochopny wniosek, że miły lubawicki chasyd tak w gruncie rzeczy to ze mną chciał porozmawiać… 

AA

A. Nie pije od sześciu lat. Pracował kiedyś w hamerykańskim sklepie z alkoholem. Opowiada o stałych klientach:
– Pierwszy raz przychodzą rano, zaraz po otwarciu i kupują małpeczkę.* Potem tak koło południa, jeszcze przed lunchem, drugą. No i później po południu, pod wieczór, znowu. Nowi sprzedawcy zawsze się dziwią, czemu nie kupią od razu rano większej flaszki, żeby mieć na cały dzień? Ale to tak nie działa. Jak kupią więcej na raz, to całą flachę od razu wypiją i nie będą mogli przez resztę dnia udawać, że są trzeźwi. A życie takiej osoby to ciągła żonglerka: tu się napić, a tam odebrać dzieci ze szkoły, zrobić zakupy i sprawiać w pracy wrażenie, że funkcjonuje się normalnie.  No i przez jakiś czas się udaje.
– Najśmieszniej było, jak spotykałem ich na niedzielnych spacerach z żonami. Widzą mnie, więc się kłaniają, ale za chińskiego boga nie mogą sobie przypomnieć, skąd mnie znają. Chcą mnie jakoś w swoim życiorysie umiejscowić, a tu głupia sprawa, bo taka żona często o zaawansowaniu nałogu nawet nie wie. Usiłuję więc zbyć ogólnikiem, ale nie, zatwardziały jeden z drugim, boi się, że to początek oczywistej utraty kontroli nad własnym życiem i za punkt honoru sobie obiera, żeby sobie przypomnieć, gdzieśmy się poznali. Gdy już nic nie pomaga, wykrzykuję: Chodziliśmy razem do szkoły! i oddalam się czym prędzej, bo na oko widać, że jest między nami tak z piętnaście lat różnicy. 
* Butelka o niewielkiej zawartości, może być około ćwierć litra

Z dziejów Rodziny Klawiszy

Matka była klawiszką, do jesieni, kiedy to przeszła na emeryturę. Ojciec, oprócz bycia świadkiem Jehowy (co po wielu latach wojen religijnych właśnie doprowadza do rozwodu) też jest klawiszem. Czworo z piątki dzieci jest klawiszami. Jedno dziecko jest pielęgniarką ekstremalną – pracuje w zamkniętym ośrodku odwykowym dla kryminalistów i schizofreników. Wszyscy są bardzo hard core i gniotsa nie łamiotsa, chyba, że Matka-Klawiszka wyrazi jakieś mniej lub bardziej delikatne życzenie, to wtedy w szeregu równiutko na jej gwizdek robią przysiady lub siku. 
Ostatnio mieli śmierć w rodzinie. Nagle, nie dożywszy czterdziestki, zmarła kuzynka – okazało się, że, nie wiedząc o tym, cierpiała na chorobę genetyczną powodującą nadmierne krzepnięcie krwi. Rozbolała ją głowa, fatalnie się poczuła i na ciele pojawiły się sine plamy. No to pojechali z nią na pogotowie. A na pogotowiu czekać trzeba. Cztery godziny, albo i siedem. Jak się doczekała, to już się nie doczekała – skrzep dotarł do serca czy mózgu i spowodował zgon. 
Teraz ciało w instytucjonalnej lodówce czeka na pogrzeb. Ponieważ przed większością hamerykańskich pogrzebów (albo i w czasie nabożeństw żałobnych) trumna jest otwarta, ważny jest wygląd nieboszczki. W tym wypadku sprawa jest utrudniona – nosiła dredy, a takie dredy to żeby dobrze wyglądały, trzeba regularnie podkręcać. No i te plamy trzeba przymalować. Normalnie zrobiliby to fachowcy w domu pogrzebowym, ale Matka-Klawiszka ma inny pomysł. Toż dwie z jej córek, Córka-Klawiszka i Córka-Pielęgniarka Ekstremalna pokończone mają kursy fryzjerskie i kosmetyczne, przecież to jak znalazł! Nic to, że ciało dziesiąty już dzień w lodówce leży, że Córka-Klawiszka we wczesnej ciąży niekoniecznie na ewentualny kontakt z jadem trupim, a i Pielęgniarka Ekstremalna żadnej ochoty na tego rodzaju obcowanie ze zmarłą ochoty nie mają, że partnerka Pielęgniarki Ekstremalnej zaproponowała, że ona sama fachowcom zapłaci, byle je wyręczyli: matka każe, dzieci muszą. Strzeliły więc po kielichu, wzięły kosmetyki Córki-Klawiszki i udały się do kostnicy. 
Że to może nie tak całkiem bezpiecznie? Ale gdzie tam: przecież do zrobienia makijażu  użyły wacików jednorazowych!

Piernik Neli cd 1

Piernik ciągle twardy. Żelaznymi palcami udało mi się odłamać kawałek, po zamoczeniu w mleku da się ugryźć. Jest baaaardzo mało słodki, co wskazuje na to, że proporcje SĄ zachwiane – trzeba pewnie o wiele więcej miodu i mniej mąki. W ramach dalszego eksperymentu wsadziłam kawałek do szczelnego metalowego pudełka. Skruszeje?

Kto wie?

Ma niewiele ponad sześćdziesiąt lat, wysoka, bardzo szczupła, z szopą farbowanych na ciemny brąz mocnych włosów i wodnistoniebieskimi oczami za mocnymi okularami. Po mieście nie chodzi, tylko biega, każde zdanie powtarza przynajmniej trzy razy, a swoją wykańczającą energią mogłaby obdzielić trzy dwudziestolatki. Dobrych kilka lat temu odkryli u niej raka, który jednak najwyraźniej nie miał szans w walce z jej wigorem. Od czasu do czasu uczy u nas na wieczowym kursie francuskiego, zarejestrowana jest też jako tłumacz, więc zdarza się, że w ciągu dnia tłumaczy w sądzie albo szpitalu. Nie przelewa się jej jednak i żyje częściowo z pomocy społecznej, trochę pomaga jej też siostra, będąca naukowcem w Szwajcarii.
Francuskim włada dobrze, ostatecznie studiowała literaturę na Sorbonie, ale nie jest to jej ojczysty język. Urodziła się w Persji, na terenie dzisiejszego Iranu. Jej matka była Greczynką, ojciec Ormianinem. Mówi po grecku, ale nie pisze. Ormiańskiego trochę rozumie, ale z ojcem porozumiewała się głównie po rosyjsku, a później francusku, więc po ormiańsku nie mówi. Od trzydziestu dwóch lat jest w Hameryce.
– Jakżeś ty się tu znalazła?
– Przez mojego faceta.* Poznałam go, jak pracowałam w greckim przedsiębiorstwie turystycznym. Bardzo chciał, żebym  przyjechała.
Wiedziałam, że ma faceta Hamerykanina, że nie są małżeństwem i nie mieszkają razem. Nie wiedziałam jednak, że status quo trwa od 32 lat! 
– I nie pobraliście się na początku, żeby łatwiej było z papierami dla ciebie?
– Nie. On nie chciał. Wszyscy jego przyjaciele akurat wtedy się porozwodzili i on nie chciał, żeby z nami było tak samo.
– A ty?
– Dla mnie to nie ma znaczenia.
– Ależ ty się tu dla niego przeprowadziłaś, a teraz nie masz wystarczających środków do życia! 
– Jak mi naprawdę brakuje, to on mi pomaga. Jak idziemy do restauracji, to też on płaci. No i on płaci za nasze podróże.
– Taaak, jak się jest zamężną, to jak najbardziej płaci się za swoje podróże… No ale jakby się coś, odpukać, stało, to spędziłaś z nim życie, a nie masz ani prawa do dziedziczenia, ani widzenia się z nim w szpitalu, jego daleki kuzyn, którego widział ostatnio 20 lat temu, ma większe uprawnienia, bo jest rodzina, a ty w świetle prawa nie istniejesz!
– Eee tam, kto wie, co będzie później?

* "boyfriend" należałoby właściwie przetłumaczyć jako: "mój chłopak", ale w tym wieku to cokolwiek śmiesznie brzmi. "Przyjaciel" zaś jest słowem dla mnie oznaczającym co innego. 

Piernik Neli

Ośmielona sukcesem jakim był wypiek piernika na Boże Narodzenie według przepisu pani Gessler postanowiłam pójść o krok dalej i upiec piernik według Neli Rubinstein. Zabrałam się za to w Sylwestra, a że tradycyjny twór ten litewski ma mięknąć (nasiąkać wilgocią z powietrza) przez dni przynajmniej siedem, stwierdziłam, że będzie to piernik na Trzech Króli. Trzymając się ściśle przepisu udało mi się, zamiast masy nadającej się do wylania do formy, wyprodukować kulę, którą ewentualnie można było cisnąć w przeciwnika unieszkodliwiając go tym samym na czas dłuższy. No cóż – powiedziało się A, trzeba powiedzieć B. Mocnymi dłońmy ukształtowałam coś o powierzchni z grubsza tej samej co dno blachy, ułożyłam w tejże i włożyłam do piekarnika. Piekłam ściśle trzymając się przepisu i po półtorej godzinie wyjęłam przepięknie pachnący brązowy twór o konsystencji drewnianej deski do krojenia chleba. 
Twór leży zawinięty w lnianą ściereczkę i czeka na Godota. Gdy się w niego popuka palcem, wydaje się, że ktoś stuka do drzwi i moje nietowarzyskie koty zapobiegawczo biegną do piwnicy.
Dziś rano przyszło mi do głowy, że najwięcej wilgoci jest w łazience. Piernik lożuje więc teraz w łazience. 
Doniosę o rozwoju sytuacji, bo zdaję sobie sprawę, że trzyma w napięciu jak dobry kryminał. 

Współczesne polskie słownictwo

Rozmawiałam z Jednym Moim Znajomym w Polsce. Życzenia na Nowy Rok, uwagi na temat Sylwestra.
– Cóż, od jutra już się zaczyna normalna robota. Nie mam jej teraz dużo, ale rok się skończył i muszę porozliczać kilka instytucji – powiedział. – Pieniędzy z tego nie będzie, ale im szybciej to zrobię, tym lepiej.
– Acha, bo to te twoje organizacje non profit – zakumałam. Ponieważ jednak bardzo wyczulona jestem na swoje ewentualne braki w słownictwie, zaraz zapytałam: – ale czekaj, jak się właściwie mówi non profit po polsku?
Jeden Mój Znajomy, jak większość ludzi, których podejście do ojczystego języka nie jest tak znerwicowane emigracyjnym odłączeniem od Macierzy jak moje:
– Non profit. Używa się tego zwotu.
– Ja wiem, że się używa, ale jest jeszcze inne, polskie określenie… to nie jest działalność charytatywna, nie dobroczynna… – myślę głośno – Ach, już wiem! Non profit to po polsku… PRO BONO!!! – wykrzyknęłam bardzo z siebie zadowolona.