Pewnego piątkowego południa przybyliśmy do Ogromnego Hamerykańskiego Miasta aby spędzić tam weekend. W planach było m. in. nabycie kilku gadżetów do aparatu fotograficznego. Oprócz wielu imponujących sklepów rozsianych wzdłuż Szerokiej Drogi, W Ogromnym Mieście znajduje się Wielki Jak świat Sklep Ze Sprzętem Fotograficznym, w którym zamawialiśmy już kiedyś coś przez Internet, ale nigdy nie odwiedzili w realu. Tym razem tam właśnie skierowaliśmy swe kroki. Miły pan w hotelu poradził nam nie zwlekać, bo to piątek, a sklep żydowski, więc niedługo zamkną na szabas. No na pewno – dopiero kończy się pora obiadowa (dochodzi druga), a ten tu mówi o zamykaniu na wieczór!
Wielki Jak świat Sklep Ze Sprzętem Fotograficznym zajmuje kilka poziomów. Zaraz po wejściu oślepia nas jaskrawe światło, ogłusza rejwach i dezorientują płynące we wszystkich kierunkach strumienie ludzi. Po chwili dociera do człowieka, że na parterze znajdują się właściwie tylko kasy i należy udać się na wyższe pietra. Na kolejnych kondygnacjach światło jest równie mocne, gwar XXL nie cichnie, a krzątanina nie maleje. Zmysły powoli jednak przyzwyczajają się do atakujących je ze wszystkich stron bodźców i człowiek zaczyna dostrzegać otoczenie. Przypomina ono senne marzenia zwariowanego fotografika: aparaty, obiektywy, lampy, stojaki, baterie, obudowy, torby, papiery, drukarki, komputery, fotograficzne gadżety najnowszej generacji, ale także klisze, filmy i aparaty dla tradycjonalistów. Wydawało się, że nie w ludzkiej mocy jest nawet pobieżne się w tym wszystkim zorientowanie.
A przecież obsługa doskonale się w tym wszystkim porusza. Wśród tej całej futurystycznej aparatury i bajerowatych gadżetów. Tego, co do robienia zdjęć potrzebne i tego, co przydatne. Oraz klientów, z których natychmiast wyławia takiego, co to się zagubił i potrzebuje skierowania na właściwe tory. Po skierowaniu zaś na właściwe tory doradza kompetentnie, szybko, uprzejmie i niezwykle wydajnie. Zamówienie wklepywane jest w komputer i przesyłane na dół, gdzie po zapłaceniu (rachunek też automatycznie przesyłany jest do kas) odbiera się zapakowany towar przed wyjściem. Wszystko nie trwa ani chwili dłużej, niż to absolutnie konieczne. Zwłaszcza w piątek.
Sprzedawców jest bardzo wielu i zdecydowana ich większość, to mężczyźni. Wszyscy w jarmułkach, z pejsami, niektórzy w chałatach, spod wielu kamizelek wystają cicit, czyli po naszemu cycełe. Ruszają się szybko, mówią dużo i głośno, i doradzają, obsługują, sprzedają, sprzedają, sprzedają… Na metalowych plakietkach, zwyczajem hamerykańskim, każdy ma wypisane imię. W pewnym momencie zaczęłam czatać wszystkie te śmigające dookoła plakietki i otoczyli mnie wszyscy prorocy Starego Testamentu.
Gdy już wybraliśmy, co trzeba, pożartowali z młodym sprzedawcą o kruczoczarnych pejsach, który w niewiarygodnym tempie wklepał wszystko w komputer i w ciąglu pół sekundy wydrukował nam potwierdzenie zamówienia, objęłam wzrokiem całą tę wielką salę. Wyglądało to trochę jak scena z giełdy w "Ziemi Obiecanej". Albo niektóre obrazy z "Lalki". Mój stał obok z ciągle jeszcze lekko rozchylonymi ustami. Czy ty wiesz, że jedna-trzecia Warszawy tak kiedyś wyglądała? – Nasunęło mi się historyczno-antropologiczne skojarzenie.
Po uiszczeniu należności u pani przypominającej Gołdę Tencer w młodości, odebraliśmy torby u uwijającego się jak w ukropie wśród coraz to nowych, zjeżdżających z góry reklamówek towaru, wyrostka o ledwo kiełkującej brodzie i wyszli na ulicę, jakby wracając z innej planety.
Idąc spacerkiem (czyli prawie biegiem, bo trudno w Ogromnym chodzić powoli), wymienialiśmy uwagi na temat doświadczonego właśnie kontrastu najnowszej techniki i konserwatywnego tradycjonalizmu. Nie zdążyliśmy jeszcze całkowicie ochłonąć z wrażenia, gdy na skrzyżowaniu podszedł do nas młody chasyd w czarnym cylindrze i z przemiłym wyrazem twarzy zapytał Mojego, czy jest Żydem. Mój, (który jest Niemcem) zgłupiał tak dalece, że by zyskać na czasie, poprosił o powtórzenie pytania. Gdy okazało się, że jednak dobrze usłyszał, udzielił zgodnej z prawdą odpowiedzi przeczącej. Chasyd ukłonił się i poszedł dalej a Mój "został się stać" z ponownie rozdziawionymi ustami.
– No co, nikt cię nigdy nie pytał, czy nie jesteś Żydem? – Zapytałam, nieco zdziwiona jego zaskoczeniem.
– No skąd! A ciebie?
– Pewnie, że tak. Co jakiś czas, w różnych kontekstach, nie zawsze tak przepełnionych przyjazną nadzieją na nawrócenie odłączonej (czyt. zeświecczonej) owieczki, jak to właśnie miało miejsce, ale zdaża się to od dawna.
Z czego Mój wysnuł pochopny wniosek, że miły lubawicki chasyd tak w gruncie rzeczy to ze mną chciał porozmawiać…