Mesjasz Händla i niedobre powietrze
W krajach anglojęzycznych Mesjasz Händla grany i śpiewany jest w okolicach Bożego Narodzenia, w odróżnieniu od krajów kontynentalnej Europy, gdzie wykonuje się go raczej na Wielkanoc. Zgodnie z początkowym założeniem zresztą, bo pierwsze jego wykonanie miało miejsce na Wielkanoc w Dublinie, w 1742 roku.
Teraz chciałam usłyszeć go na żywo i poszliśmy na koncert, o tyle interesujący, że wykonywany z użyciem instrumentów barokowych, jak za czasów kompozytora. Koncert był w kościele katolickim, a dokładniej w opactwie klasztornym. Gdy słyszę słowo "opactwo", staje mi przed oczami budowla z poźnego gotyku. Zabudowania klasztorne z zasady zaś nie powinny być nowsze od Dzwonu Zygmunta. Jak łatwo sobie wyobrazić, to ukształtowane Królewskim Miastem oczekiwanie nie może być spełnione w kraju, w którym trzystuletnie budynki stanowią odpowiednik naszej Osady w Biskupinie.
Podjechaliśmy więc na parking wśród zieleni (lub tego, co w lecie jest zielenią) i mijając ciekawa architekturę z drugiej połowy XX wieku weszliśmy do kościoła w podobnym stylu. W odróżnieniu od współczesnych cudów architektury sakralnej, jakie można oglądać w Podobno Coraz Mniej Katolickim Kraju Środka Europy, ten był w dobrym guście. Usiedliśmy w drewnianej ławce i z jękostęku, jaki wydał z siebie Mój, wiedziałam już, że nie będzie to łatwe siedzenie. Ławka zaprojektowana była tak przemyślnie, żeby w żaden sposób nie można było w niej zasnąć – jak tylko człowiek się trochę rozluźniał, to zaraz się z niej zsuwał. Ku mojej ortodoksyjnej zgrozie, nie było też klęcznika!
Po krótkiej chwili stwierdziłam, że brakuje mi powietrza. Jeśli natychmiast ktoś nie otworzy tu okna, to zemdleję. Od eskalacji paniki uchronił mnie nie dokończony komentarz Mojego:
– Tu czuć…
Taaak – naftaliną i zastałym kadzidłem! No to jesteśmy w domu; myśląc logicznie, nie może brakować mi powietrza, bo siedzimy niedaleko otwartych drzwi. Przypomniałam wiec sobie ulgę, z jaką w wieku 19 lat stwierdziłam, że drogi moje i zinstytucjonalizowanej ideologii teraz już jawnie rozejść się mogą (i nie mam tu na myśli upadku komunizmu).
Duszność ciągle jeszcze trochę mnie męczyła, ale na szczęście zaraz zaczął się koncert, który odwrócił uwagę diabła, przez którego najwyraźniej jestem opętana, od zawartości moich płuc i kazał skupić na muzyce.
Taniec z …
Moja Czarna Koleżanka chodziła do szkoły baletowej, a i teraz w wolnym czasie uprawia coś na pograniczu tańca i akrobacji cyrkowych. Kiedyś zapytała mnie o polskie tańce tradycyjne. Nie namyślając się wiele wyszukałam jej na youtube zbójnickiego. Oczy otworzyły się jej szeroko:
– Co oni mają w rękach? Siekiery???
– Ciupagi… No, tak, właściwie to jest rodzaj siekierki… – uzmysłowiłam sobie niespodziewanie.
– A po co? – niepewny uśmiech pojawił się na jej twarzy. – Oni je wbili w ten pień!!! – wykrzyknęła zaraz potem. – To są prawdziwe siekiery! Rany, najpóźniej po obejrzeniu tego tańca człowiek musi się was bać!
Żeby nieco złagodzić wrażenie wywołane tańcem z siekierami wyszukałam znany mi kawałek z Beskidów, w którym udział biorą i dziewczyny. Zapomniałam jednak, że zaczyna się on od tego, że dość energicznie poszturchując partnerów spychają ich one w jeden kąt.
– Acha, no to już w ogóle wszystko wyjaśnia!
Pośpieszyłam wytłumaczyć, że ta choreograficzna agresja jest wynikiem napięcia nerwowego, jakie u ludów Polski Bardzo Południowej wywołuje wiejący okresowo wiatr halny i absolutnie nie przekłada się ona na całość społeczeństwa, którego większość zamieszkuje niziny i hołduje zgoła innym tradycjom tanecznym, ale nie wiem, czy dano mi wiare…