Trzęsienie ziemi w Wielkim Hamerykańskim Mieście

Poszłam do banku. Akurat stałam przy okienku, gdy ściana za obsługującą mnie panią zazgrzytała. Zupełnie, jakby jakiń olbrzym przesuwał niesamowitych rozmiarów szafę gdańską, albo Szpicbródka podwiercał się pod kasę pancerną. Stwierdziłam, że ta druga ewentualność jest jednak bardziej prawdopodobna i spokojnie wróciłam do pracy w Centrum (Językowym) na siedemnastym piętrze1. Koleżanki obok akurat nie było przy biurku. Po chwili dłubania zapragnęłam podzielić się jakąś złotą myślą z otoczeniem i ze zdziwieniem stwierdziłam, że ciągle jej jeszcze nie ma. Innych też nie było. I cisza taka dziwna panowała. Wstałam i zrobiłam obchód po salach lekcyjnych stwierdzając, że wszyscy opuścili je w popłochu. No cóż, robiąc wycieczkę do banku musiałam przegapić alarm pożarowy2. Usiadłam więc spokojnie i dłubiąc coś tam czekam, aż towarzystwo wjedzie z powrotem windą na górę. Ale coś długo to trwa. A może mnie się dłuży, to przez tę świadomość, że jestem sama na siedemnastym piętrze wyewakuowanego budynku.
Dzwoni telefon. To partnerka Mojej Koleżanki, żeby się dowiedzieć, czy u niej wszystko w porządku.
– A, czułaś trzęsienie ziemi? – Pyta, gdy zreferowałam jej sytuację.
Acha, to nie był podkop pod bank. tylko trzęsienie ziemi (5.8 w skali Richtera). Przecież tu nie ma trzęsień ziemi! Po chwili telefon znowu dzwoni – to moje towarzystwo z Centrum spod budynku:
– Bo my tu stoimy i strażacy nic nam nie mówią i nikt nic nam nie mówi, ale może ty jednak stamtąd zejdź.
No to jak mam wyjść na świeże powietrze, to czemu nie? Porwałam torebkę, książkę i idę. Schodami w dół, na wszelki wypadek. Po raz pierwszy sama na tej ognioszczelnej klatce schodowej. Trzy i pół minuty. Nieźle. Jak jestem sama na schodach. W razie niebezpieczeństwa nigdy nie jest się samej na schodach.
Na dole moi:
– Nie wiadomo. Tu nigdy nie ma trzęsień ziemi, to nie wiemy, co robić, a nigdzie się dodzwonić nie można – telefony komórkowe siadły.
Pytamy ucznia z Ekwadoru, obeznanego z trzęsieniami: co się w takich wypadkach robi?
– Indywidualna decyzja. Jak ktoś chce iść do domu, to idzie. Jak ktoś chce zostać w pracy, to proszę bardzo. Tyle, że na własną odpowiedzialność. Bo z trzęsieniami to nigdy nic nie wiadomo.
Jak więc widzimy, trzęsienia ziemi mają dużo wspólnego z pszczołami (na jakiej podstawie tak twierdzę?)3 
A dzisiaj rano w radio usłyszałam specjalistów: 
– Byłoby bardzo dziwne, gdyby po wczorajszym wstrząsie nie nastąpiły dalsze wstrząsy. Jednak jak do tej pory nie nastąpiły. Co oczywiście nic nie znaczy, poza tym, że jeszcze żadne wstrząsy nie nastąpiły.
1 Hamerykańskie siedemnaste piętro to w gruncie rzeczy szesnaste, bo tu się parter liczy jako pierwsze.
2 Alarmy pożarowe zdarzają się tu średnio dwa razy do roku. Należy korzystając ze schodów, a nie windy wyjść z budynku. Na hermetycznej klatece ze schodami przeciwpożarowymi dołączają do nas wtedy ludzie z niższych pięter i poniżej piętra dziesiątego robi się już tak klaustrofobicznie, że do zeschizowania jeden krok. 
Oj, widzę, że ten blog mi się zamienia w quiz literacki… To pytanie mam nadzieję łatwiejsze od tego z wcześniejszego wpisu na temat południa.

Tolerancja a la ja

– Jedyne, co mi w tej jego dziewczynie przeszkadza, to że jest świadkiem Jehowy – powiedział Mój.
– To nie jest twoja sprawa! – osadziłam go z miejsca.
– Masz rację – zgodził się natychmiast.
Po chwili: 
– Tylko dlaczego ona zawsze jest taka blada? – zastanowiłam się głośno. – Pewnie sama świadomość, że nie może liczyć na transfuzję powoduje u niej anemię! 

Upał

Trawnik wysechł i zamarł, zamieniając się w sztywne, wyblakłe ściernisko. Granice upału wyznacza tylko klimatyzacja, bo gorąco jest nawet w nocy.* Nie padało od miesiąca, ale wilgotne (o ironio!) ciepło oblepia człowieka już o szóstej rano, a w miarę upływu godzin jego uścisk staje się coraz szczelniejszy. W okolicach południa zamienia się w żelazną obręcz, a po południu w małym, ludnym zwykle, parku w centrum Wielkiego Hamerykańskiego Miasta spotkań można już tylko wariatów i bezdomnych.**
 
"(…) o nieprzytkomnej od żaru godzinie południa (…) kiedy czas, oszalały i dziki, wyłamuje się z kieratu zdarzeń i jak zbiegły włóczęga pędzi z krzykiem na przełaj przez pola. Wtedy lato, pozbawione kontroli, rośnie bez miary i rachuby na całej przestrzeni, rośnie z dzikim impetem na wszystkich punktach, w dwójnasób, w trójnasób, w inny jakiś wyrodny czas, w nieznaną dymensję, w obłęd."
No, a z czego to cytat?
*Podano do wiadomości, że organizowane są specjalne miejsca, dokąd osoby nie mające do dyspozycji klimatyzowanych pomieszczeń, mogą pójść się ochłodzić.

**Nie będąc autorytetem w tej dziedzinie jestem przekonana, że dużo wariatów zostaje tu (i pewnie nie tylko tu) bezdomnymi, a bezdomych wariatami. Na temat skutków przyczynowo-skutkowych istnieje zapewne cała literatura fachowa.

Kremówki Anno Domini 2011

Będąc ostatnio w Polszcze napotkałam niespodziewane trudności w zjedzeniu kremówki. Obeszliśmy dokoła Największy Plac średniowiecznej Europy, czytając po drodze wszystkie karty dań i tylko w dwóch widniały kremówki. Widniały bezpodstawinie zresztą, bo w żadnym lokalu obiecywanych w menu kremówek nie mieli. Wśród deserów królują w owym Królewskim Mieście tiramisu i panna cotta, przez królową Bonę tam najprawdopodobniej sprowadzone.
Skończyło się na starym menelskim sposobie, a mianowicie nabyliśmy w odwiecznych Delikatesach, co prawda nie pół litra, ale dwie ostatnie kremówki i spożyli, co prawda nie nad Wisłą, ale na płycie Rynku. Oszczędzając w ten sposób parę groszy, całkiem w duchu miejsca akcji, zresztą.
Ten manifestacyjny brak kremówek to ani chybi spisek antypapistów…

Nieporozumienie i ruska książka

Dostępne w Hameryce rosyjskie książki do nauki języka rosyjskiego to jakiś koszmar. Albo de je’a vue. Albo przyspieszony kurs kulturowy. Albo gest wilka z "Wilka i zająca". 
Na przykład ilustracja do nowo wprowadzanego słówka "czołg" (tank, znaczy) to… zdjęcie czołgu z pięcioramienną gwiazdą na ulicy pewnego miasta z wystającym z wieżyczki czołgistą i niewinny podpis: "rosyjski czołg na ulicach Pragi 1968". Pierwsze wydanie książki miało miejsce w Moskwie już w 21 wieku, jakby ktoś miał wątpliwości.
Ale nie o tym chciałam. W takim właśnie rosyjskim podręczniku dla dorosłych czytamy dowcip: 
– Tato, ile zarabiasz? 
– To tajemnica państwowa. Ale mogę powiedzieć, że za jeden granat dostaję 10 rubli.
Koniec dowcipu. 
Teraz następuje scenka rodzajowa z Centrum (Językowego). Ukrainka, która uczy rosyjskiego i cierpi z powodu tych podręcznków, chce sobie ulżyć:
– Przecież to kompletnie nie na miejscu, co taki durny dowcip robi w podręcznku do nauki języka!?
Hamerykanka, której dowcip przetłumaczono na hamerykański, nie rozumie go jednak i jest tym zmieszana.
Ukrainka usiłuje wytłumaczyć, że dowcip nie jest śmieszny i nie chodzi o to, żeby go rozumieć, tylko żeby potępić fakt jego obecności w poważnym, zdawałoby się, podręcznku.
Hamerykanka dalej nie rozumie dowcipu i jeszcze bardziej ją to peszy.
Ukrainka nie analizuje dowcipu, tylko coraz bardziej wkurza ją, że jest on w książce.
Zdenerwowanie Hamerykanki faktem, że kompletnie nie rozumie ani dowcipu, ani tego, co tak starsznie wkurza Ukrainkę, narasta.
Ukrainka doprowadzona jest do szewskiej pasji durnym dowcipem w książce i desperackim próbami zrozumienia go przez Hamerykankę. 
Hamerykanka usiłuje zachować spokój i jeszcze raz prosi o wytłumaczenie dowcipu.
Kurtyna.
Cóż, Imperium może i skruszało, ale jego kunszt dzielenia narodów ma się świetnie. 

Sezon na truskawki

Zaczął się sezon na truskawki. To znaczy, proszę mnie źle nie zrozumieć: w  goszczącym mnie Kraju Dużowszystkości truskawki można kupić o każdej porze roku, dnia i nocy w supermarkecie. Takie supermarketowe truskawki też mają co prawda smak zależny od pory roku – w prawdziwym sezonie truskawkowym pachną i smakują truskawkami, w pozostałe – nie mają zapachu, a ich smak, lekko kwaskowy (nie mylić z dżemikiem "dobrym, kwaskowym" – no, kto wie, z jakiego to filmu?), podciągnąć możnaby pod całą gamę owoców.
Teraz jednak sezon jest prawdziwy. Dowodem tego, że dostałam e-mail od gospodarstwa rolnego, w którym mamy jednoroczne udziały, że już są, czerwone, jak kto chce, może w niedzielny poranek przyjść i jak sam obierze, to niewiele zapłaci. Zapowiedziałam więc Mojemu, którego to ulubione owoce, że w niedzielę wstaje wcześnie i idziemy na jagody. Mój jest dzieckiem wychowanym niemalże na wsi, rodzice mieli kawałak pola i on tam we wczesnej młodości musiał trochę pomagać. Wycisnęło to na nim niezmywalne znamię. Gdy tylko stanęliśmy nad rządkiem truskawek zadał pytanie: 
– Czy jest jakiś sposób na zbieranie nie schylając się? 
Po chwili usłyszałam komentarz: 
– Teraz już wiem, że nie jestem stworzony do pracy fizycznej. 
A po chwili okrzyk: 
– Tu są robaki!!! 
A w odpowiedzi na mój zdziwiony wzrok, uściślenie:
– Konik polny mi wskoczył na stopę! On to zrobił specjalnie! 
W tej atmosferze upłynęło nam może z pół godziny zbierania. Napełniliśmy w tym czasie pięć pudełek. Tzn. ja napełniłam trzy i pół, a Mój półtora. Gdy poszliśmy zapłacić, godpodyni stwierdziła z uznaniem:
– Ale szybko wam to poszło!
No to jestem przodownikiem pracy na odcinku owocowo-warzywnym. Moje wyniki, nawet podzielone z Moim, zaskoczyły fachowca. Fachowczynię. To proszę sobie wyobrazić, co by było, jakbym zbierała sama!
Następnym razem będę miała zresztą szansę pokazać moje trzysta procent normy urbi et orbi, bo Mój już zapowiedział, żebym nie myślała, że on na każde zbieranie będzie do dyspozycji…

Państwo federacyjne

W poprzednim wpisie wspomniałam o różnicach w uregulowaniach prawnych między poszczególnymi stanami. Federacyjny ten fenomen obserwowałam po raz pierwszy z bliska gdy mieszkałam, jak sama nazwa wskazuje, w Republice Federalnej Niemiec. Hameryka przebija jednak naszych zachodnich sąsiadów w niezależności i, co za tym idzie, w różnicach między stanami. Oprócz wspomnianej tu edukacji, od ręki wymienić mogę co następuje:
Przepisy dotyczące ruchu drogowego i pojazdów. 
Np. skręt w prawo na czerwonym świetle. W niektórych stanach istnieje coś takiego, jak domyślna zielona strzałka (nazwa moja) – jeżeli tylko nic nie jedzie, a piesi daleko, skręcić w prawo na czerwonym świetle można bez zatrzymywania się. Wyjątkiem jest tu sytuacja, gdy widzimy tablicę, na której widnieje napis: NO TURN ON RED (zakaz skrętu na czerwonym świetle). Wtedy trzeba stać i czekać na zielone. W innych stanach zawsze trzeba czekać na zielone. W jeszcze innych najpierw trzeba się całkowicie zatrzymać, a potem można skręcić na czerwonym świetle. 
Tablice rejestracyjne. Są stany, w których samochód musi mieć tablicę rejestracyjną z przodu i z tyłu, jak w Europie. W innych tablice umieszczane są tylko z tyłu wozu. Z przodu jest się anonimowym:-)
Inspekcja pojazdów. W jednych stanach coroczna inspekcja jest obowiązkowa i ubezpieczenie jest obowiązkowe. W innych panuje dowolność w tym zakresie.
Wygląd prawa jazdy. Wielkości karty kredytowej i ze zdjęciem, imieniem, nazwiskiem, datą urodzenia etc, ale kolor i layout są już różne. Acha, jak się człowiek przeprowadza z jednego stanu do drugiego, to musi też wymienić prawo jazdy.
Sprzedaż alkoholu. 
Są stany, w których alkohol można kupić w zwykłym sklepie spożywczym. Są stany, w których sprzedawany jest on tylko w sklepach alkoholowych, których godziny otwarcia są dość ściśle regulowana (np. tylko do określonej godziny i zamknięte w niedziele – dzień Pański!!!) Są stany, w których kupienie alkoholu może nie być rzeczą prostą (Bible Belt – niezwykle chrześcijańskie południe, które nasuwa skojarzenia z krajami islamu).
Broń palna.
Są stany, w których nie ma żadnych restrykcji. Broń można tam sprzedawać osobom poniżej 18 lat. (Często są to stany, w których niezwykle trudno kupić alkohol…) Są stany, w których trzeba mieć na nią coś w rodzaju licencji. Wymagania znowu się różnią. Są stany, w których nie wolno wchodzić z bronią do określonych miejsc (np. szkół). Są stany, w których takie obostrzenie nie występuje…
Podatki.
Do wyboru do koloru.
Prawo rodzinne.
Osoby homoseksualne mogą zawierać małżeństwa tylko w nielicznych stanach. 
Istnieją ogromne różnice w wysokości przyznawanych alimentów w zależności od tego, w którym stanie nastąpił rozwód. 
Prawo pracy.
Są stany, w których pracownik jest odrobinę bardziej chroniony, niż w innych. Z europejskiego punktu widzenia są to jednakże różnice niewielkie. Dla Hamerykanów mogą być znaczne.
Ochrona środowiska.
Patrz podatki. 

Chcieć to móc

W Hameryce każdy stan ma swoje uregulowania dotyczące wymagań stawianych nauczycielom w szkołach publicznych. W jednym są to studia kierunkowe z przygotowaniem pedagogoicznym, a w sąsiednim może to być… no, właśnie – co?
Do Centrum (Językowego) przyszła na intensywny kurs indywidualnej nauki francuskiego pani. Zaczyna od poziomu dla początkujących. Gdy zapytałam ją, czy uczy się języka w określonym celu, odparła. że jak najbardziej, potrzebny jej będzie do pracy. Za trzy tygodnie bowiem obejmuje posadę nauczycielki tego języka w szkole. Będzie uczyć 17-latków. 
Ponieważ jestem już w tym Kraju Nieograniczonych Możliwości od jakiejś chwili, nie padłam od razu trupem, tylko zachowując zimną krew z twarzą pokerzystki upewniłam się:
– Ale doświadczenie w nauczaniu jako takim już pani ma?
– Nie – padła rozbrajająca odpowiedź – nigdy w życiu nie przeprowadziłam ani jednej lekcji!
Chcieć to móc! 
Czy też raczej: 
Nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera!
A jakie są skutki, to gdzieniegdzie widać…

W Hameryce u notariusza

Ktokolwiek był w Polsce u notariusza, wie, jak kosztowną i czasochłonną przyjemnością może być uzyskanie poświadczenia podpisu na dokumencie dowolnej treści. Doświadczenie, jakie dane mi było zdobyć ostatnio w Hameryce było zgoła inne. Po pierwsze, notariuszem nie musi tu być prawnik. Notariusz to osoba zaufania publicznego i szczegółowe wymagania wobec kandydatów różnią się nieco w zależności od stanu, ale wystarczy powiedzieć, że może nim być np. farmaceuta w aptece albo stewardesa na pokładzie samolotu. W większości biur notarialnych nie trzeba się umawiać na konkretny termin, po prostu przychodzi się z papierami w godzinach otwarcia.
Koszty wydają się proporcjonalne do nakładu pracy. Poświadzenie podpisu (na które składa się przybicie dwóch pieczątek  i złożenie podpisu przez notariusza) trwa kilka minut i kosztuje około 5 dolarów.
Zapewnie wynika to z faktu, że hamerykański notariusz, nie będący niezrealizowaną gwiazdą prawa, nie wdaje się tu z reguły w poprawianie napisanych przez kogo innego dokumentów, gdy poświadczyć ma jedynie autentyczność składanych pod nimi podpisów i tożsamość osób te podpisy składających.
Logiczną konsekwencją tego przyjaznego dla petenta systemu jest więc to, że bez problemu poświadczyć można podpis pod dokumentem napisanym w obcym, nieznanym notariuszowi języku. Wszak chodzi tu o podpis, nie treść tekstu.
Jest to chyba najbardziej uderzająca różnica między Polską (ale także i Niemcami) a Hameryką, która jawi się w tym akurat kontekście jako raj na ziemi. Dla prostego człowieka, nie wypasionego notariusza, rzecz jasna…