Z powrotem w USA – Baby shower
Buenos Aires 3
Buenos Aires 2
A co taka niemalże wegetarianka jak ja
ma jeść w kraju pieczonej wołowiny? Ano, to, co włoscy przodkowie
Argentyńczyków przywieźli tu ze sobą: sałatki, makarony i pizzę. Nawet w
restauracjach specjalizujących się w grilowanym mięsie można tu zamówić
kilkudaniowy wegetariański posiłek. Uspokojona, przekraczam próg restauracji.
Czytam sobie kartę dań i w celach poznawczych każę mojej argentyńskiej
przyjaciółce wyjaśniać, z czego składają się mięsne dania, których nazwy nic mi
nie mówią. Dochodzimy do dźwięcznego słowa: morcilla (czyt: morsisza).
– – Aaaa, to
jest taka kiełbasa robiona z krwi… nie każdy to lubi…
Oczy otwierają mi się szeroko:
kiszka??? (Po ogólnopolsku – kaszanka. Kiszka jest gwarowym wariantem używanym
w miejscu mego pochodzenia.) Od dobrych kilku tygodni, czyli od kiedy w Wielkim
Hamerykańskim Mieście zrobiło się zimno, zaczęła za mną chodzić kiszka.
Grudzień, świniobicie, kiszka. Z tego ciągu logicznego dane mi było doświadczyć
jednakże tylko grudnia. Nie udało mi się zjeść kiszki nawet w niemieckiej restauracji
serwującej wszelkiego rodzaju grilowane kiełbaski. A tu taka rewelacja,
zupełnie niespodziewanie, ni z tego ni z owego, w środku lata, ci pożeracze
krów w pierwszy dzień gościny podsuwają mi kartę dań na której figuruje moje
czerniawe marzenie! Oczywiście, że natychmiast ją zamawiam!!!
Wygląda trochę inaczej niż ta znana nam
z Polski. Jest bardzo krótka i gruba. W środku wydaje się nie mieć kaszy, jest
bardzo delikatna i po rozkrojeniu jej brązowa zawartość niemalże wylewa się na
talerz (nie tyle talerz, a deseczkę, z której je się grilowane mięso). Jako zapoznana
wegetarianka, mająca na koncie omdlenie na widok wypływającej z leciuteńko
tylko upieczonego kawałka mięsa krwi, pilnie przestrzegam, żeby jej się za
bardzo nie przyglądać i wcinam aż mi się uszy trzęsą. Smak jest ten sam, albo
trochę lepszy, bo nie ma w niej kaszy! Mój, który wziął sobie na spółkę z naszą
przyjaciółką jakieś, niesamowicie zresztą smaczne – spróbowałam! – pół krowy,
patrzy z lekkim obrzydzeniem.
Z jeszcze większym obrzydzeniem
patrzył, gdy ostatniego wieczoru przed wyjazdem zamówiłam sobie podgatunek
argentyńskiej kiszki, nazywany morcilla vasca, która w swym krwistym nadzieniu
ma również orzechy i rodzynki – pycha!
Po tych i kilku innych doświadczeniach
z argentyńskim mięsem twierdzę, że to, co tam pod tą nazwą jadłam, to zupełnie
inny produkt niż mięso, jakim dane mi było sycić głód w innych krajach i z
jedzenia którego, bez specjalnego trudu, dobrych parę lat temu właściwie
zrezygnowałam. Z jedzenia mięsa w Argentynie, mimo dostępnych wszędzie dań
wegetariańskich, tak łatwo bowiem zrezygnować się nie da!
Buenos Aires 1
Koniec
grudnia to początek kalendarzowego lata. Poźnym przedpołudniem, na słonecznym
balkonie wielkości dużego pokoju, jemy pierwsze po przyjeździe śniadanie.
Pijemy mate[1] i jemy dulce de leche[2]. Gdy na otwartym tarasie robi się za gorąco, decydujemy zejść z
wyżyn siódmego piętra na spotkanie z miastem.
Ulice
w Buenos Aires wysadzane są drzewami. Pocztówki, na których widać miasto z lotu
ptaka, nie oddają mu sprawiedliwości. Budynki są wysokie, o wiele wyższe niż
drzewa i to, co widać na tych zdjęciach jawi się jak betonowa pustynia.
Tymczasem spacerując ulicami idzie się wśród drzew. Nawet słynna kilkunastopasmowa
Avenida 9 de Julio (Aleja 9 Lipca) ma po obu stronach szerokie, zadrzewione
pasy zieleni. Dobrzy znajomi z południa Europy, wśród których rej wiodą
platany, sąsiadują tu z roślinami charakterystycznymi dla Ameryki Południowej.
Ścisłe centrum w środku dnia pracy
tętni życiem. Ze skrzyżowania Floridy i Avenida Corrientes widać Obelisk.
Wydaje się mniejszy niż na pocztówkach. Wiem dlaczego – przypadkowo udaje się
zrobić mu zdjęcie, na którym też wygląda monumentalnie. Już taki jest
fotogeniczny. Przed Casa Rosada przybieramy pozy „Don’t cry for me Argentina”. Niedaleko ma
miejsce cicha demonstracja weteranów wojny o Malwiny. Idziemy nad rzekę i po spacerze nabrzeżem
do Puenta de la Mujer (most kobiety), dziwnie fallicznego w kształcie,
decydujemy, że pora na obiad.
[1] Napar z ostrokrzewu paragwajskiego (llex paraguariensis) pije się w Argentynie jak kawę lub herbatę, choć sposób przyrządzania i
podawania jest odmienny.
[2] Krem karmelowy, argentyński
odpowiednik nutelli.
Groźne Boże Narodzenie
Święta są jak soczewka – mają zdolność
skupiania znanych ludziom żyjącym za granicą odczuć, opierających się na
przeświadczeniu, że panujące w kraju aktualnego zamieszkania zwyczaje,
mentalność, gusta, język, reguły życia codziennego, tradycje, jedzenie, ubranie,
samochody, parasole, numery telefonów (niepotrzebne skreślić) są głupie,
niepraktyczne, złe, niezrozumiałe, dokuczliwe, brzydkie (niepotrzebne
skreślić), w przeciwieństwie do kraju pochodzenia, w którym wszystko jest, jak
należy. Ów boleśnie odczuwany dyskomfort sprowadza się do prostego, a nie
zawsze uświadamianego: ja nie chcę tu być, ja chcę do dooomuuu! W większości
wypadków dyskomfort ten po pewnym czasie mija, człowiek przyzwyczaja się do
nowego kraju i rzeczywistość przestaje go boleć. W przypadku niektórych ludzi
ma on jednak skłonność do nawrotów, jeśli nadarzą się sprzyjające warunki. Boże
Narodzenie jest do tego wprost wymarzone.
I tak, ciesząc się na codzień życiem w
Hameryce, wraz z nadejściem grudnia wyraźnie pochmurnieję. Winię za to ciemności
kryjące ziemię i brak ruchu na świeżym powietrzu. Wyjątkowo przeszkadzają mi
jarzące się już od końca listopada świąteczne dokoracje, tutejsze rozlegające
się zewsząd świąteczne przeboje doprowadzają mnie do pasji. Nie mam nawet
ochoty myśleć o kupowaniu prezentów, na pytanie Mojego, kogo zaprosić przez
świąta odwarkuję: zaprośże sobie, kogo chcesz! Im bliżej do świąt, tym dzień
staje się krótszy, a sytuacja coraz bardziej napięta. Śpiewanie polskich kolęd
(w aucie, albo pod prysznicem, żeby nikt nie słyszał moich fałszów) nieomylnie
kończy się melancholią. Nadchodzi czas układania menu i w kontekście wigilii
znowu zaczynam marzyć o karpiu w galarecie.
Cóż, mieszkam niedaleko oceanu i w
sklepach jest tu pod dostatkiem wszelkiej maści ryb. Morskich. I owoców morza.
Czasem, w drodze wyjątku, kupić można pstrągi. Karpie też pewnie gdzieś są
dostępne, ale ja ich tu na swojej drodze jeszcze nie widziałam. Porzucam więc
ambitne plany wykorzystania przepisu na karpia Neli Rubinstein i wlokę do domu
siatki muszli, omułków, kałamarnice i krewetki. W połączeniu z ryżem stworzą
paellę, genialne danie pochodzenia hiszpańskiego, którego wykonanie w mojej
rodzinnej miejscowości byłoby pewnie równie bezproblemowe, co zagalaretowanie
karpia w miejscu, w którym aktualnie mieszkam.
Paella udaje się znakomicie, popiwszy
ją winem, w doskonałych nastrojach, razem z Moim wyskrobujemy do czysta dno
żeliwnej patelni w takt Oratorium na Boże Narodzenie Jana Sebastiana.
Rzadko spotykana sztuka słuchania
Żurawina
Wielojęzyczność
Sklep z nożami
Byłam na Dzikim Zachodzie, żeby chodzić po górach. Chodząc po górach skalistych dobrze jest mieć ze sobą kilka przedmiotów, które mogą się przydać. Należy do nich m. in. – nie, nie komórka, w górach i tak nie ma zasięgu – scyzoryk. A ponieważ nasz został w domu, udaliśmy się do sklepu z nożami znajdującego się w znanej miejscowości turystycznej u podnóży gór. Sklep ten okazał się sklepem z bronią i to nie tylko białą. Po lewej stronie było wszystko od scyzoryków szwajcarskich po miecze spod Grunwaldu, po prawej zaś wśród poroża wystawiona była cała artyleria, którą takowe poroże i nie tylko, można byłoby zdobyć.
Po nabyciu scyzoryka Mój czym prędzej opuścił śmierciosprzedajny przybytek, mnie zaś wpadła w oko tabliczka z cyklu "osobom poniżej 18 roku życia alkoholu nie podaje się", głosząca jednakże, że do nabycia pukawki osobom poniżej 18 roku życia potrzebna jest zgoda rodzica. Zaintrygowana, czy jest jakaś dolna granica wieku, kiedy to nawet zgoda rodzina nie pomoże i strzelby się nie sprzeda? zaczepiłam sprzedawcę wskazując na tabliczkę.
Popatrzył na mnie przepraszająco niewinnymi oczętami o barwie chabrów i powiedział z poczuciem winy:
– No, im chodzi o to, żeby niepełnoletni nie kupowali broni…
– To jasne, ale czy jest jakaś granica, kiedy nawet zgoda rodzica nie pomoże?
– ???
– Czy można kupić strzelbę, jak się ma 16 lat?
– Jeśli rodzic pozwoli – tak.
– 12 lat?
– Też.
– 5 lat?
– Jeśli rodzice wyrażą zgodę – jak najbardziej.
Zszokowana wyszłam ze sklepu.