Popłoch

Mamy w Centrum (Językowym) indywidualnego ucznia portugalskiego. Tzn. uczeń jest hamerykański, a uczy się portugalskiego. Pracuje w jednej z tutejszych służb specjalnych.
Miał pierwszą lekcję, na drugą chciał się umówić wcześnie rano. Nauczycielka się zgodziła, więc pokazuję jej, jak dostać się do Centrum, gdyby mi się tak przypadkiem pociąg spóźnił i ona musiałaby otwierać drzwi, a ta mnie pyta, czy nie możnaby tej lekcji przełożyć o pół godziny później.  Nie rozumiem, o co jej chodzi, co wariatkę ze mnie i z ucznia chce robić, pięć minut temu powiedziała, że może przyjść wcześnie, a teraz coś jej odbiło i chce zmieniać.
Dopiero jak sobie poszła, niezadowolona, bo się na przesunięcie nie zgodziłam obiecując, że przyjdę do Centrum wcześniej od niej i otworzę drzwi, dowiedziałam się od innej koleżanki, w czym rzecz. Otóż miły młody człowiek pokazał był nauczycielce podczas lekcji spluwę. Wiadomość ta zdezorientowała i zaniepokoiła nas wszystkie. Miałyśmy już w Centrum uczniów pracujących w tego rodzaju służbach i niektórych podejrzewałyśmy o noszenie pukawek w skarpetkach, ale na domysłach się kończyło. Zadzwoniłyśmy więc do nauczycielki i wypytały dokładnie o okoliczności okazania jej owego śmiercionośnego narzędzia. Okazało się, że miało to miejsce podczas rozmowy prowadzonej wyłacznie po portugalsku. Gość nie wiedział, jak powiedzieć pistolet i nie chcąc uciekać się do pomocy angielskiego, po prostu przedmiot wskazał. Postępując tymsamym zgodnie z regułami nauczania w Centrum. Wyjaśnił przy tym, że nosi go służbowo.
Nasza nauczycielka jest jednak na tyle wystraszona, że nie chce uczyć go ani wcześnie rano, ani późniejszym wieczorem, kiedy żadnej z nas nie ma w Centrum. Nie bardzo wiem, w czym mogłybyśmy być jej pomocne, gdyby okazało się, że gość ześwirował i zamierza sobie postrzelać, no ale widać czuje się raźniej, gdy wie, że któraś z nas jest za ścianą.

Z powrotem w USA – Baby shower

Baby shower nie ma nic wspólnego z ablucjami. Jest to organizowana przez przyjaciółki przyszłej matki, w mniejszej lub większej przed nią tajemnicy, impreza, na którą uczestniczki przynoszą prezenty dla dzidziusia. Elementy wyprawki, znaczy się. Przeważnie jest to spotkanie w ściśle żeńskim gronie, czasami dopuszczane są dzieci, ale raczej też tylko dziewczynki. Od tej reguły istnieją jednak wyjątki. Na pierwszym "dzidziusiowym prysznicu" w jakim dane mi było uczestniczyć, towarzystwo było koedukacyjne. Był to zresztą nieortodoksyjny prysznic, bo niemalże nie było tam Hamerykanów i nikt z kilkunastu zebranych osób nie miał dzieci. W związku z tym nikt tak naprawdę nie wiedział, o co w całej zabawie chodzi i było dość nowatorsko. Zbieranina ignorantów, jednym słowem. 
Na drugim tego typu spotkaniu z moim udziałem widać już było znaczny postęp. Faceci zostali wysłani na księżyc i było wśród nas kilka dziewczyn mających dzieci.
Baby shower często urozmaicany jest grami tematycznymi. Mogą one być nieco przerażające. Żeby podać przykład: ciągniemy losy, są nimi czyste pampersy. W środku jednego z nich jest rozmazana nutella. Szczęściara, która go wylosuje, ma za zadanie nutellę wyjeść… Bardzo byłam zadowolona, że zwykle nie mam szczęścia w losowaniach! O wiele lepiej idzie mi za to współzawodnictwo, toteż zawody, kto szybciej wypije przez smoczek z maleńką dziurką białe wino z niemowlęcej butelki, bez problemu wygrałam. Większość zabaw jest jednak mniej konsumpcyjnej natury. Np. należy zgadnąć, co znajduje się w każdej z kilku identycznych szarych kopert. Można je brać do ręki, potrząsać etc, ale nie wolno do nich zaglądać. Najłatwiej jest, oczywiście, gdy w środku znajduje się grzechotka.
Ostatnio miałam okazję być na bardzo WASP*y baby shower. Mój już dzień wcześniej mnie żałował, że się tam wynudzę jak mops. Nic podobnego! Studiowałam sobie te babska z wielkim zainteresowaniem. Ostatecznie biała anglosaska hamerykańska kultura jest dla mnie nie mniej egzotyczna, co czarna albo latynoska. Chyba nawet bardziej egzotyczna niż latynoska… Grono było duże, więc udało mi się znaleźć jedną czy dwie jednostki do miłej rozmowy. Nie zmienia to jednak faktu, że po 3 godzinach przebywania w tym ulu** po powrocie do domu odmówiłam Mojemu wspólnego oglądania telewizji i udałam się do odległego pokoju, by w odosobnieniu ciszą ukoić stargane nerwy. 
Nie, nie musiałam kłaść na czoło kompresu z olejkiem lawendowym…
*White Ango-Saxon Protestant 
**O mój Boże, jakie to słodkie! Och rany, jakie cudowne! To wspaniale, po prostu wspaniale! śliczności! Przepięknie, no po prostu przepięknie! Rewelacja! Nie mów, nie mów, naprawdę?! Czegoś takiego jeszcze nie widziałam! Och jejku jejku! – a wszystko w tonach tak wysokich, że szyby się z okien sypią.

Buenos Aires 3

Jadąc autobusem w Buenos Aires czujemy się jak w domu. Nie widziałam tam co prawda napisów: w czasie jazdy należy trzymać się uchwytów, ale najpóźniej na pierwszym zakręcie dla każdego staje się jasne, że jak najbardziej należy trzymać się uchwytów i to mocno. Część kierowców  to niezrealizowani mistrzowie Formuły 1, a druga część – Rajdu Paryż-Dakar. Ich ambicją jest jechać najszybciej jak się da, błyskotliwie pokonując każdą możliwą przeszkodę. Nawet, jeżeli jest nią pieszy.
Przyzwyczajony do ustatkowanych niemieckich autobusów Mój po pierwszej takiej przejażdżce stał się wielkim fanem taksówek. Z niezrozumiałych przyczyn doszedł do wniosku, że są one bezpieczniejsze.
Komunikacja autobusowa w Buenos Aires przypomina naszą jednakże jedynie do momentu, gdy trzeba kupic bilet i zabraknie nam bilonu. Po pierwsze, bilety kupuje się zawsze wyłacznie w autobusie (czasem, w godzinach szczytu, w celu usprawnienia wsiadania na przystankach wychodzą z autobusu umyślni, czyli rodzaj konduktorów, ale to w gruncie rzeczy też kupowanie w autobusie). Nie można kupić większej ilości biletów na zapas, zawsze tylko ten jeden na dany przejazd. Za bilety płaci się bilonem. Choć znajdujący się w autobusie automat z biletymi w razie potrzeby wydaje resztę, nie przyjmje on jednak banknotów. Nie można jechać na gapę, bo wsiada się tylko przednimi drzwiami i trzeba powiedzieć kierowcy, dokąd się jedzie, żeby mógł wstukać odpowiednią taryfę w maszynę połączoną z automatem z biletami znajdującym się za nim. Następnie idzie się do automatu i wrzuca drobniaki. Nie da się uniknąć płacenia tak, żeby kierowca tego nie zauważył. Nie można też zapłacić bezpośrednio kierowcy (można konduktorom o których była mowa powyżej, ale oni jeżdżą tylko czasami). Słowem – żeby pojechać, trzeba kupić bilet, żeby kupić bilet, trzeba mieć monety. 
A monet w Buenos Aires brak. Nie ma ich wystarczająco dużo w obiegu. Sprzedawcy dwa razy się zastanowią, zanim wydadzą człowiekowi resztę bilonem. Sprawy nie ułatwia fakt, że istnieją banknoty o bardzo drobnych nominałach (np. dwa peso istnieje jako moneta i jako banknot) i bardzo często się zdaża, że portfel wypchany mamy drobnymi pieniędzmi, ale są one papierowe, więc z punktu widzenia użytkownika kumunikacji autobusowej nieużyteczne. 
Cały ten obłęd bierze się stąd, że komunikacja miejska, lub też jej część autobusowa (bo na metro można kupić bilety wielokrotnego przejazdu i płacić za nie, czym się chce) to nie komunikacja miejska. Autobusy nie należą do miasta, tylko do wielu różnych, zupełnie niezależnych przedsiębiorców. To wyjaśnia, dlaczego biletów nie można kupić w kiosku i dlaczego nie istnieją bilety miesięczne na autobus. Nie wiadomo jednakże, dlaczego w istniejącej, jakby nie było dalekiej od monopolu sytuacji, niemożliwe jest zainstalowanie w autobusach automatów przyjmujących pieniądze papierowe. 
Łatwo sobie jednak wyobrazić, że w związku z opisaną powyżej paranoją realna wartość monet może i od czasu do czasu przekracza ich wartość nominalną. Mam na myśli kupowanie monet – ich wymianę za banknoty nominałami je przewyższające. Są to operacje finansowe nieco mniej abstrakcyjne od tych, które na Wall Street doprowadziły do ostatniego kryzysu i ich reperkusje mają zdecydowanie mniejszy zasięg, ale reakcja zdenerwowanego istniejącą sytuacją sytuacją podmiotu gospodarczego jest podobna: przecież ktoś, do cholery, powinien coś z tym zrobić!   

Buenos Aires 2

A co taka niemalże wegetarianka jak ja
ma jeść w kraju pieczonej wołowiny? Ano, to, co włoscy przodkowie
Argentyńczyków przywieźli tu ze sobą: sałatki, makarony i pizzę. Nawet w
restauracjach specjalizujących się w grilowanym mięsie można tu zamówić
kilkudaniowy wegetariański posiłek. Uspokojona, przekraczam próg restauracji.
Czytam sobie kartę dań i w celach poznawczych każę mojej argentyńskiej
przyjaciółce wyjaśniać, z czego składają się mięsne dania, których nazwy nic mi
nie mówią. Dochodzimy do dźwięcznego słowa: morcilla (czyt: morsisza).

       – Aaaa, to
jest taka kiełbasa robiona z krwi… nie każdy to lubi…

Oczy otwierają mi się szeroko:
kiszka??? (Po ogólnopolsku – kaszanka. Kiszka jest gwarowym wariantem używanym
w miejscu mego pochodzenia.) Od dobrych kilku tygodni, czyli od kiedy w Wielkim
Hamerykańskim Mieście zrobiło się zimno, zaczęła za mną chodzić kiszka.
Grudzień, świniobicie, kiszka. Z tego ciągu logicznego dane mi było doświadczyć
jednakże tylko grudnia. Nie udało mi się zjeść kiszki nawet w niemieckiej restauracji
serwującej wszelkiego rodzaju grilowane kiełbaski. A tu taka rewelacja,
zupełnie niespodziewanie, ni z tego ni z owego, w środku lata, ci pożeracze
krów w pierwszy dzień gościny podsuwają mi kartę dań na której figuruje moje
czerniawe marzenie! Oczywiście, że natychmiast ją zamawiam!!!

Wygląda trochę inaczej niż ta znana nam
z Polski. Jest bardzo krótka i gruba. W środku wydaje się nie mieć kaszy, jest
bardzo delikatna i po rozkrojeniu jej brązowa zawartość niemalże wylewa się na
talerz (nie tyle talerz, a deseczkę, z której je się grilowane mięso). Jako zapoznana
wegetarianka, mająca na koncie omdlenie na widok wypływającej z leciuteńko
tylko upieczonego kawałka mięsa krwi, pilnie przestrzegam, żeby jej się za
bardzo nie przyglądać i wcinam aż mi się uszy trzęsą. Smak jest ten sam, albo
trochę lepszy, bo nie ma w niej kaszy! Mój, który wziął sobie na spółkę z naszą
przyjaciółką jakieś, niesamowicie zresztą smaczne – spróbowałam! – pół krowy,
patrzy z lekkim obrzydzeniem.

Z jeszcze większym obrzydzeniem
patrzył, gdy ostatniego wieczoru przed wyjazdem zamówiłam sobie podgatunek
argentyńskiej kiszki, nazywany morcilla vasca, która w swym krwistym nadzieniu
ma również orzechy i rodzynki – pycha!

Po tych i kilku innych doświadczeniach
z argentyńskim mięsem twierdzę, że to, co tam pod tą nazwą jadłam, to zupełnie
inny produkt niż mięso, jakim dane mi było sycić głód w innych krajach i z
jedzenia którego, bez specjalnego trudu, dobrych parę lat temu właściwie
zrezygnowałam. Z jedzenia mięsa w Argentynie, mimo dostępnych wszędzie dań
wegetariańskich, tak łatwo bowiem zrezygnować się nie da!

Buenos Aires 1

Koniec
grudnia to początek kalendarzowego lata. Poźnym przedpołudniem, na słonecznym
balkonie wielkości dużego pokoju, jemy pierwsze po przyjeździe śniadanie.
Pijemy mate[1] i jemy dulce de leche[2]. Gdy na otwart
ym tarasie robi się za gorąco, decydujemy zejść z
wyżyn siódmego piętra na spotkanie z miastem.

Ulice
w Buenos Aires wysadzane są drzewami. Pocztówki, na których widać miasto z lotu
ptaka, nie oddają mu sprawiedliwości. Budynki są wysokie, o wiele wyższe niż
drzewa i to, co widać na tych zdjęciach jawi się jak betonowa pustynia.
Tymczasem spacerując ulicami idzie się wśród drzew. Nawet słynna kilkunastopasmowa
Avenida 9 de Julio (Aleja 9 Lipca) ma po obu stronach szerokie, zadrzewione
pasy zieleni. Dobrzy znajomi z południa Europy, wśród których rej wiodą
platany, sąsiadują tu z roślinami charakterystycznymi dla Ameryki Południowej.

Ścisłe centrum w środku dnia pracy
tętni życiem. Ze skrzyżowania Floridy i Avenida Corrientes widać Obelisk.
Wydaje się mniejszy niż na pocztówkach. Wiem dlaczego – przypadkowo udaje się
zrobić mu zdjęcie, na którym też wygląda monumentalnie. Już taki jest
fotogeniczny. Przed Casa Rosada przybieramy pozy „Don
’t cry for me Argentina”. Niedaleko ma
miejsce cicha demonstracja wetera
nów wojny o Malwiny. Idziemy nad rzekę i po spacerze nabrzeżem
do Puenta de la Mujer (most kobiety), dziwnie fallicznego w kształcie,
decydujemy, że pora na obiad. 


[1] Napar z ostrokrzewu paragwajskiego (llex paraguariensis) pije się w Argentynie jak kawę lub herbatę, choć sposób przyrządzania i
podawania jest odmienny.

[2] Krem karmelowy, argentyński
odpowiednik nutelli.

Groźne Boże Narodzenie

Święta są jak soczewka – mają zdolność
skupiania znanych ludziom żyjącym za granicą odczuć, opierających się na
przeświadczeniu, że panujące w kraju aktualnego zamieszkania zwyczaje,
mentalność, gusta, język, reguły życia codziennego, tradycje, jedzenie, ubranie,
samochody, parasole, numery telefonów (niepotrzebne skreślić) są głupie,
niepraktyczne, złe, niezrozumiałe, dokuczliwe, brzydkie (niepotrzebne
skreślić), w przeciwieństwie do kraju pochodzenia, w którym wszystko jest, jak
należy. Ów boleśnie odczuwany dyskomfort sprowadza się do prostego, a nie
zawsze uświadamianego: ja nie chcę tu być, ja chcę do dooomuuu! W większości
wypadków dyskomfort ten po pewnym czasie mija, człowiek przyzwyczaja się do
nowego kraju i rzeczywistość przestaje go boleć. W przypadku niektórych ludzi
ma on jednak skłonność do nawrotów, jeśli nadarzą się sprzyjające warunki. Boże
Narodzenie jest do tego wprost wymarzone.

I tak, ciesząc się na codzień życiem w
Hameryce, wraz z nadejściem grudnia wyraźnie pochmurnieję. Winię za to ciemności
kryjące ziemię i brak ruchu na świeżym powietrzu. Wyjątkowo przeszkadzają mi
jarzące się już od końca listopada świąteczne dokoracje, tutejsze rozlegające
się zewsząd świąteczne przeboje doprowadzają mnie do pasji. Nie mam nawet
ochoty myśleć o kupowaniu prezentów, na pytanie Mojego, kogo zaprosić przez
świąta odwarkuję: zaprośże sobie, kogo chcesz! Im bliżej do świąt, tym dzień
staje się krótszy, a sytuacja coraz bardziej napięta. Śpiewanie polskich kolęd
(w aucie, albo pod prysznicem, żeby nikt nie słyszał moich fałszów) nieomylnie
kończy się melancholią. Nadchodzi czas układania menu i w kontekście wigilii
znowu zaczynam marzyć o karpiu w galarecie.

Cóż, mieszkam niedaleko oceanu i w
sklepach jest tu pod dostatkiem wszelkiej maści ryb. Morskich. I owoców morza.
Czasem, w drodze wyjątku, kupić można pstrągi. Karpie też pewnie gdzieś są
dostępne, ale ja ich tu na swojej drodze jeszcze nie widziałam. Porzucam więc
ambitne plany wykorzystania przepisu na karpia Neli Rubinstein i wlokę do domu
siatki muszli, omułków, kałamarnice i krewetki. W połączeniu z ryżem stworzą
paellę, genialne danie pochodzenia hiszpańskiego, którego wykonanie w mojej
rodzinnej miejscowości byłoby pewnie równie bezproblemowe, co zagalaretowanie
karpia w miejscu, w którym aktualnie mieszkam.

Paella udaje się znakomicie, popiwszy
ją winem, w doskonałych nastrojach, razem z Moim wyskrobujemy do czysta dno
żeliwnej patelni w takt Oratorium na Boże Narodzenie Jana Sebastiana.

Rzadko spotykana sztuka słuchania

Czy Hamerykanie nie umieją słuchać? Wydaje się, że dość często mają z tym problemy. Prawdopodobnie ma to związek z ich legendarnym indywidualizmem, który, przyznajmy, można czasem pomylić ze zwykłym egoizmem. Jak zwał, tak zwał, chodzi o bardzo ludzką preferencję do mówienia o sobie, zamiast słuchania o innych.
Byłam ostatnio świadkiem dobrze to ilustrującej rozmowy dwóch koleżanek. Chodziło o niszczący wpływ rodzin na związki. Matce partnerki Hamerykanki trudno pogodzić się z faktem, że jej córka jest lesbijką i usiłuje kopać dołki pod Hamerykanką. Widać ma nadzieję, że jak dziewczyny się rozejdą. to jej córka automatycznie stanie się heteryczką. Myślenie jak głupie, tak rozpowszechnione.
Hamerykanka dawała przykłady ostatnich kuriozalnych zachowań tej pani. Słuchająca jej Europejka wyraziła zrozumienie, a potem powiedziała, że niektórym z tych zagrań trzeba położyć kres, zanim ujawni się ich destrukcyjna moc. Przytoczyła tu przykład wspólnych znajomych, których małżeństwo się rozpadło, bo jego rodzina przez 9 lat usilnie nad tym pracowała. Hamerykanka powróciła do odmalowywania swojej sytuacji. Po dłuższej chwili Europejka podała kolejny przykład destrukcyjnego rodzinnego zachowania, tym razem bezpośrednio jej dotychący. Była to dość osobista wypowiedź, z rodzaju tych, na które decyduje się człowiek tylko czasami.
I wtedy uderzyło mnie, z jaką skrywaną niecierpliwością Hamerykanka czeka na przerwę w wypowiedzi Europejki. Posłuchałam ich jeszcze trochę, ale mimo mrożących krew w żyłach historii rodzinnych, rzeczą, która zrobiła na mnie największe wrażenie, była owa przestępująca z nogi na nogę, wystająca spoza maski uprzejmości hamerykańska niecierpliwość, żeby już wreszcze wrócić do interesującego tematu, czyli siebie samej.

Żurawina

Wczoraj był Dzień Indyka i nietrudno się domyślić, co było potrawą przewodnią. Dla takiej niemalże wegetarianki jak ja indyk jest właściwie tylko pretekstem do jedzenia nadzienia, puree ziemniaczanego i przede wszystkim… żurawiny. Bo ja uwielbiam żurawinę!
Długo myślałam, że drobne owocki, nazywane po hamerykańsku cranberries, które kupuje się tutaj pod wszelkimi postaciami, także na surowo, to jakieś niewystępujące w Europie, przypominające nieco z wyglądu, ale nie z trybu życia, borówkę brusznicę (Vaccinium vitis-idaea), olbrzymy. Z Polski pamiętam, że o prawdziwą żurawinę niełatwo, najczęściej znaleźć można oszukiwaną porzeczkami, a surowe brusznice, bardzo drobne, dane mi było widzieć jedynie czasami na krzaczkach w lesie.
Natomiast próbując dojść kiedyś do tego, co to właściwie te wszechobecne tu cranberries są, przeczytałam na opakowaniu soku (a tak tak, bo tutaj pija się też soki brusznicowe), że rosną one na podmokłych terenach i torfowiskach. W Polsce widywałam brusznice na żywo ani nie na podmokłym, ani torfowym, tylko suchym i kamienistym gruncie, w górskich lasach szpilkowych, znaczy. Piętro regla górnego.
Prowadząc dalsze badania podparte Internetem i łacińską nazwą interesującej nas krzewinki, dowiedziałam się, że jak najbardziej rośnie ona i na takim, i na takim podłożu, oraz występuje na półkuli północnej, tak w Europie, jak i Hameryce. Tyle, że w Hameryce mają do niej słabość i ją na tych bagnach północnego wschodu uprawiają. Stąd taka jej wszechobecność i, przypuszczam, takie rozmiary (wszak i maliny ogrodowe większe są od leśnych).
Wspomniałam o wielu formach, w jakich można tu nabyć brusznicę. I tak: 
1) na surowo, żeby samemu ugotować sos. Niezwykle prosta czynność – gotuje sie całe owocki z dodatkiem wody i cukru (najlepiej brązowego), niektórzy zastępują wodę sokiem pomarańczowym albo jabłkowym, przez 10 minut, studzi i mamy żurawinę;
2) jako sok, najczęściej rozrzedzony i słodzony, czasem mieszany z jabłkowym, ale można też znaleźć czystą formę, której łyknięcie jest niezapomnianym przeżyciem, kto próbował, ten wie;
3) jako sos, już zrobiony, najczęściej w puszce, nie umywa się do samodzielnie ugotowanego;
4) jako dżem mieszany z wszelkimi możliwymi owocami;
5) w muffinkach (takie ciastka); 
6) suszone, do pogryzania, do sałatek, do ciast, wszędzie tam, gdzie można dodać rodzynki.
Zapomniałam o którejś formie? Nie, mąki brusznicowej tutaj chyba nie robią…

Wielojęzyczność

W Hameryce żyje zapewne największana świecie ilość napływowych mniejszości językowych. Liczebność niektórych z nich jest imponująca i nie mam tu na myśli Chicago, w którym mieszka podobno więcej Polaków, niż w Warszawie.
Hamerykańscy lingwiści zrewolucjonizowali nauczanie języków obcych, ich wkład w badanie dwujęzyczności jest przeogromny i nie mówię tu tylko o Chomskym.
W tym kontekście:
Trzyletni synek mojej hamerykańskiej koleżanki, której mąż jest Niemcem, a każde z nich mówi do dzieci w swoim ojczystym języku, nie spieszył się z mówieniem. Rozumiał oba języki, ale odzywał się raczej rzadko i mało wyraźnie. Jest to bardzo częste u dzieci wychowywanych w dwóch językach – zaczynają mówić później, ale na czas nadrabiają zaległości w obu językach. Przedszkolanka skierowała go jednak do logopedy, która to pani  fachowiec stwierdziła zaburzenia mowy i nakazała terapię. Terapia, poza marnowaniem czasu i szarganiem nerwów rodziców (ojciec musi przestać odzywać się do niego po niemiecku! Dziecko ma wielkie problemy i w ten sposób spowoduje się jego dodatkowe opóźnienie w rozwoju!) nie dała nic, a chłopak (piszemy to w 3 lata później) gada w obu językach bez problemu.
Inna moja koleżanka jest Argentynką, podobnie jak jej mąż. W domu mówią tylko po hiszpańsku. Pięcioletni mały w przedszkolu od czasu do czasu wplatał w angielskie zdania hiszpańskie wyrazy. Zdaniem pani (inna szkoła, inna miejscowość) musi iść na terapię, bo jest poważnie opóźniony. Terapeutka potwierdza diagnozę i męczą chłopaka przez rok. Gdy szkoła nie przyjmuje go do tutejszego odpowiednika zerówki, moja koleżanka idzie do innej specjalistki. Ta o dziwo wie, co to jest dwujęzyczność i wystawia papier, że chłopakowi nic nie jest, a jego wypowiedzi są normalne dla dzieckaw tym wieku wychowywanego dwujęzycznie.
Kojena moja koleżanka, Meksykanka, usłyszała ostatnio od innej "siły fachowej", że powinna przestać mówić do swojego dwuletniego szkraba po hiszpańsku, bo w przeciwnym razie on nigdy nie nauczy się angielskiego…
Cóż, obserwuję tu znaną mi z Polski, choć w zupełnie innych realiach, sytuację, którą podsumować można cytując pewnego znanego mi starszego pana, zwracającego się w ten pieszczotliwy sposóbdo swej żony: 
Laluniu, jesteś głupia jak nauczycielka!
Do czytających mnie pedagogów – sama jestem nauczycielką.
 

Sklep z nożami

Byłam na Dzikim Zachodzie, żeby chodzić po górach. Chodząc po górach skalistych dobrze jest mieć ze sobą kilka przedmiotów, które mogą się przydać. Należy do nich m. in. – nie, nie komórka, w górach i tak nie ma zasięgu – scyzoryk. A ponieważ nasz został w domu, udaliśmy się do sklepu z nożami znajdującego się w znanej miejscowości turystycznej u podnóży gór. Sklep ten okazał się sklepem z bronią i to nie tylko białą. Po lewej stronie było wszystko od scyzoryków szwajcarskich po miecze spod Grunwaldu, po prawej zaś wśród poroża wystawiona była cała artyleria, którą takowe poroże i nie tylko, można byłoby zdobyć.

Po nabyciu scyzoryka Mój czym prędzej opuścił śmierciosprzedajny przybytek, mnie zaś wpadła w oko tabliczka z cyklu "osobom poniżej 18 roku życia alkoholu nie podaje się", głosząca jednakże, że do nabycia pukawki osobom poniżej 18 roku życia potrzebna jest zgoda rodzica. Zaintrygowana, czy jest jakaś dolna granica wieku, kiedy to nawet zgoda rodzina nie pomoże i strzelby się nie sprzeda? zaczepiłam sprzedawcę  wskazując na tabliczkę.

Popatrzył na mnie przepraszająco niewinnymi oczętami o barwie chabrów i powiedział z poczuciem winy:

– No, im chodzi o to, żeby niepełnoletni nie kupowali broni…

– To jasne, ale czy jest jakaś granica, kiedy nawet zgoda rodzica nie pomoże?

– ???

– Czy można kupić strzelbę, jak się ma 16 lat?

– Jeśli rodzic pozwoli – tak.

– 12 lat?

– Też.

– 5 lat?

– Jeśli rodzice wyrażą zgodę – jak najbardziej.

Zszokowana wyszłam ze sklepu.