Zagadka

Partnerka Mojej Koleżanki najpierw
stała się bardzo gadatliwa. Do tego stopnia, że nawet gdy Moja Koleżanka nie
odzywała się słowem, tamta potrafiła zrobić awanturę, że tamta ciągle jej
przerywa. No a wywody, jakie prowadziła, były cokolwiek dziwne…

Potem zrobiła się strachliwa, zaczęła
wszędzie wietrzyć niebiezpieczeństwo. Należy przy tym wiedzieć, że swego czasu
była zawodowym żołnierzem i umie strzelać, walczyć wręcz oraz posiada kilka
innych umiejętności, o których lepiej nic nie wiedzieć. No a jeżeli taka osoba
zaczyna się bać, to może faktycznie coś jest na rzeczy…

Kulminacja nastąpiła pewnej pięknej
soboty. Po południu zrobiła się już bardzo niespokojna, a wieczorem zaczęła
gasić i zapalać światło, biegać od okna do okna i ogólnie nie można z nią było nawiązać
żadnego kontaktu. Moja Koleżanka była lekko przerażona. Nie wiedziała, czy
wzywać pogotowie, czy może straż pożarną?

Na szczęście matka Mojej Koleżanki jest
psychologiem i, choć mieszka na drugim końcu kontynentu, była w stanie pomóc przez
telefon. To ona porozmawiała z izbą przyjęć w wariatkowie i z policją, która
przyjechała, żeby pacjentkę tam odtransportować. No bo proszę sobie wyobrazić:
gdyby policja nie wiedziała, z kim ma do czynienia, zastrzeliliby ją natychmiast
gdy sięgnęłaby do kabury najbliszego stróża prawa. A biorąc pod uwagę, jak była
przestraszona (oczywiście, że to była paranoja, ale dla niej strach był
prawdziwy) i jak jest wyszkolona, próba skutecznego rozbrojenia policji byłaby
pierwszą rzeczą, jaką by zrobiła. A tutejsza policja nie czeka zbyt długo z
oddaniem celnego strzału.

Gdy już ją oddtransportowano, zrobiono
różne testy. Człowiek, który nie cierpi na chorobę umysłową (partnerka Mojej Koleżanki
na takową nie cierpi) może mieć podobny atak tylko w pewnych bardzo określonych
okolicznościach. Tak też było i tym razem. Okazało się mianowicie, że o ile palenie
marihuany jako takiej nie jest specjalnie niebezpieczne, o tyle gdy pomiesza
się ją z pewnymi bensoesanami albo innymi środkami używanymi, np. do
balsamowania zwłok, sprawa może obrać niezamierzony obrót. Nie ześwirujemy od
razu, ale po kilku tygodniach możemy bez powodu zacząć bać się wszystkiego. Może
się okazać, że będziemy musieli spędzić w wariatkowie tydzień albo dwa, a
paranoidalne zachowania i strach nie opuszczą nas przez dobrych parę
miesięcy…

Sytuacji dodaje blasku fakt, że
bohaterka nasza jest dobrze wykształconą pielęgniarką, która swego czasu
pracowała w więzieniu i wielokrotnie na własne oczy widziała, co dzieje się z
człowiekiem, który się upali tym, co niepotrzeba. Niezmierzone są
otchłanie duszy ludzkiej…

Język nieindoeuropejski

Aissa pyta mnie czytania. Pochylam się nad książką. Mój mózg pracuje na wysokich obrotach, oczy przesuwają się od prawej do lewej, usta powoli składają litery: Sssaaabbahh… aaalll… Sabah alhir! wykrzykuję uradowana, po odczytaniu trzech czwartych znajomej frazy jestem w stanie odgadnąć jej resztę. I zaraz zaczynam następne zdanie. Znowu sylabizuję. Powoli wymawiam każdą literę, żeby dać sobie czas na rozszyfrowanie następnej. Słyszę własne dukanie i przypominam sobie, jak trzy wieczności temu, mając sześć lat, siedziałam w pomalowanej na zielono drewnianej ławce i szlag mnie trafiał, gdy musiałam słuchać, jak moi tępi i leniwi koledzy składali litery. Bo ja nauczyłam się czytać już dawno. No a teraz sama hipnotyzuję stronicę i wcale mi to szybciej, niż im wtedy, nie idzie. Jest mi głupio, nieskończenie głupio, bo ja przecież umiem czytać, umiem płynnie czytać w czterech językach, tylko że zapisywanych alfabetem łacińskim, a nie tymi, jak Jeden Mój Znajomy mówi, robaczkami. I to jeszcze w odwrotnym kierunku! 
Ta nauka arabskiego sadza mnie w jednej ławce z leniwym sześciolatkiem. Peeling dla mózgu, normalnie.

Mundial

W zeszłym tygodniu rozmawiałam ze znanym ze swojej dyplomacji i politycznej poprawności kolegą z pracy. Pochodzi on z Ameryki Łacińskiej, ale wychowywał się w Kalifornii i mówi po angielsku bez hiszpańskiego akcentu. Zeszło nam na Mistrzostwa. Zapytałam, czy ogląda transmisje na kanale angielsko- czy hiszpańskojęzycznym. Odpowiedź była ciekawa: niestety, hiszpańskojęzyczni komentatorzy w USA są w 300 procentach promeksykańscy, a jeśli chodzi o piłkę nożną, to on, będąc z Gwatemali, jest absolutnie antymeksykański. Następnie zapytał mnie, komu kibicuję. Po krótkim namyśle odparłam, że chyba Argentynie. Która prawdopodobnie jest dla niego jeszcze gorsza niż Meksyk*, dodałam po chwili. A wcale że nie, padła odpowiedź. W dziedzinie futbolu jest on bowiem zdecydowanie anybrazylijski, a w tej sytuacji Argentyna jest całkiem niezłym rozwiązaniem.**

No i to tyle, jeśli chodzi o bratające narody wydarzenia sportowe…

*Argentyńczycy uchodzą w Ameryce Łacińskiej za zarozumialców i nie cieszą się specjalną popularnością.

**Tradycyjne Brazylijsko-Argentyńskie animozje jeszcze w czasie mistrzostw przybierają na sile.

Kordyliery

Jadę do Denver. Co prawda tylko na dwa dni i plan wizyty mam bardzo napięty, ale przecież je zobaczę, chociaż przez okno je zobaczę – Wielkie Góry Skaliste! Denver jest na wysokości 1600 m n.p.m. I tak sobie myślę, że musi tam być jak w Alpach i że to jest takie tutejsze Davos. Nawet pisownia podobna – oba zaczynają się na D i mają v w środku!

Samolot zniża się do lądowania, to jednym, to drugim skrzydłem przechyla się w kierunku ziemi, a ja widzę pod sobą równinę jak stół…

Jadąc samochodem z lotniska wreszcie obejmuję wzrokiem całość: miasto nie leży w górach, tylko u ich podnóży, na płaskim jak Wielka Nizina Rosyjska terenie, który stąd ciągnie się na wschód aż do Missouri. Tyle, że to nie nizina, a płaskowyż i jesteśmy tu wysoko jak Diablak. Na wschód – płasko, na północ – płasko, na południe – płasko, na zachód – taaak, są na zachodzie. Dobry kawałek za Denver równina kończy się jak ucięta nożem i jak dekoracja na ogromnej scenie wyrastają z ziemi, od razu wszyskie plany, z 5-cio tysięcznikami włącznie.

Teraz już ciemnoczerwony kolor mapy fizycznej nie będzie dla mnie jednoznaczny z bogatą rzeźbą terenu. Okazuje się bowiem, że okolica nim oznaczona może być urozmaicona, jak, nie przymierzając, Mazowsze (pokornie proszę o wybaczenie, przemawia przeze mnie góralski subiektywizm. Zresztą – o gustach się nie dyskutuje.)

I pomyśleć tylko, że są na tym świecie miejsca, gdzie co wrażliwsze jednostki mogą dostać choroby wysokościowej nawet nie widząc gór!

Niedoszły pilot

Rozmawiałam z Moim Dobrym Znajomym. Opowiadał, jak będąc nastolatkiem, strasznie chciał zostać pilotem wojskowym. Wielkie marzenie, jak wiele wielkich marzeń, pozostało niespełnione. Ale czasem jeszcze mu się śni, że lata.

W kraju, który mnie gości, zrobienie licencji pilota, nazwijmy to, rekreacyjnego, jest stosunkowo łatwe. Zapytałam więc, czy nie chciałby zrobić takiej rozrywkowej licencji teraz, po prostu dla przyjemności.

– Taaaak, jeszcze mi tylko tego brakuje! Przecież ja jestem z Syrii, już mnie i tak mają na oku, pilnują, gdzie jeżdżę i kiedy. Jeszcze mi licencji pilota potrzeba, a przydzielą mi anioła stróża, albo nawet dwóch!

Ma rację. Zupełnie zapomniałam. Dla mnie jest po prostu sympatycznym facetem z mocnym obcym akcentem. Dla kogoś potencjalnym… wrogiem ludu.

Biedactwo

Przekomarzaliśmy się z Moim Hamerykańskim Kolegą, aż w końcu zaczął się on skarżyć, jak to jest szykanowany i oczerniany przez nas. Mruknęłam pod nosem:

– Biedactwo!

Moja Czarna koleżanka, która bardzo lubi uczyć się polskich słów i bardzo ładnie je wymawia, natychmiast nadstawiła uszu.

Wymówiłam je więc jeszcze raz, tym razem powoli i wyraźnie zachęcając obecnych do powtórzenia. Wtedy Mój Hamerykański Kolega, nie mający pojęcia o języku polskim, ale bardzo ambitny w dziedzinie wymowy angielskiej i wszelkiej innej powiedział bardzo głośno i dobitnie:

– PIERDACTWO!

Nowe auto i stare koty

Nadeszła dla kotów pora okresowej wizyty u pana doktora. Szczepienie i odrobaczanie. Profilaktyczne, bo robali nie mają. Dzień, na który przypadł termin wizyty był czwartym z kolei dniem od zakupu mojego nowego auta. Nowego dla mnie, bo ma już kilka lat.

Wyprawom do weterynarza towarzyszy zawsze rozdzierające miauczenie Starszego Kota, któremu Młodszy wtóruje. bo jest towarzyski. Panika Starszego jest bezgraniczna i należy zawsze liczyć się z tym, że zawartość kota wydobędzie się z niego wszystkimi otworami z wyjątkiem uszu. Oznacza to jazdę przy otwartych oknach bez względu na temperaturę. Moje poprzednie auto było zapoznanym kotowozem. Żywot jego dobiegł jednak końca i teraz należało zdecydować, które z nowszych auto posłuży za kocią taksówkę. Mój użył argumentu nie do odparcia: jedziemy twoim, bo ja nim jeszcze nie jechałem. Cała trójka, z tego dwoje w transporterach, zajęła miejsca pasażerskie. Dużą klatkę ze Starszym Kotem jak zwykle przypięłam pasem na przednim siedzeniu. Nie zaskoczył nas fakt, że podczas jazdy w tamtą stronę pozyskaliśmy świeżą próbę stolca.

Podczas jazdy z powrotem kota naciągało. Naciągało i naciągało, aż usłyszeliśmy dźwięk jak odkorkowanej butelki. Gdy w chwilę potem spojrzałam w lewo, zobaczyłam, że… rozbryzg dosięgnął nasady dźwigni biegów… Wyobraziłam sobie, jak zmieniając biegi wzmaruję wszystko pod obudowę i nikt nigdy nie będzie w stanie tego wyczyścić. Mój zaczął podawać mi z tyłu zwoje papierowych ręczników. Na szczęście wjechaliśmy na prostą i mogłam wrzucić czwórkę, co oznaczało przesunięcie dźwigni w kierunku umożliwiającym oczyszczenie większości problematycznego terenu.

Po powrocie do domu nastąpiło wycieranie kotów, czyszczenie i pranie kotopojemników, a Mój doczyścił resztki z dźwigni biegów. Tak to moje auto przeszło chrzest bojowy. Następnym razem chyba owinę kotopojemnik ze Starszym Kotem folią plastikową zostawiając jedynie otwór na dopływ powietrza… Acha, no i pojedziemy autem Mojego, bo koty nim jeszcze nie jechały!

Przeprowadzka dzieł sztuki

Był sobie pan, który uczciwą pracą zarobił dużo pieniędzy. Pieniądze te wydał na zakup dzieł sztuki i założenie fundacji edukującej w postrzeganiu piękna. Za jego życia ogromna kolekcja dostępna była jedynie kursantom. Gdy zmarł, drzwi powoli otworzyły się dla szerszej publiczności. Teraz można kolekcję oglądać przez kilka dni w tygodniu, rezerwując bilet na określoną godzinę przynajmniej na miesiąc przed czasem. Miejsca tam bowiem jest mało, a obrazów dużo.
Lata mijały a pieniądze zostawione przez fundatora się rozchodziły. Na utrzymanie kolekcji i ogrodu, działalność edukacyjną oraz procesy sądowe. Ponieważ kolekcjoner  zmarł bezpotomnie, dalsze prowadzenie fundacji powierzył w testamencie pewnemu collegeowi. College zawiaduje fundacją przez komisję. Pojawiają się sprzeczne interesy.
Fundacja mieści się na bardzo bogatym, willowym (pałacowym, chciałoby się powiedzieć) przedmieściu Wielkiego Hamerykańskiego Miasta. Gdy otwarto ją dla ogółu, ruch na pobliskich uliczkach bardzo się wzmógł i zaczęły przyjeżdżać autobusy z chętnymi do podziwiania sztuki. To nie mogło się podobać przyzwyczajonym do błogiej ciszy mieszkańcom okolicznych pałaców: – Skandal! Plebs mi wjazd do domu przyparkował! – Itd.
Powstał pomysł przeniesienia fundacji do Wielkiego Hamerykańskiego Miasta, w pobliże innych muzeów. Powodów było kilka, nie wszystkie są dla mnie jasne. – Po naszym trupie! Fundacja należy tutaj! Plebs (czytaj: Wielkie Hamerykańskie Miasto) chce ją zmacdonaldyzować i zbijać kasę na zagranicznych wycieczkach! – I znowu procesy. Kosztowne. Ostateczna decyzja sądu: fundacją będzie przeniesiona. Teraz sąsiedzi fundacji wystawiają tabliczki z napisem: miejsce fundacji jest tutaj! 
Nie czytałam testamentu bogatego znawcy sztuki, nie zaglądałam do ksiąg rachunkowych fundacji, nie wiem, ile manipulacji było przy podejmowaniu decyzji o przeniesieniu kolekcji.
Wiem jednak, że jak ktoś ma kupę kasy i ogromną kolekcję obrazów, bo może ją pokazywać, albo nie pokazywać, komu tylko zechce. święte (a tutaj to dopiero święte!) prawo własności. Ale jak się rąbnie w kalendarz, to traci się kontrolę nad finansami i administracją i jeśli instytucja, której się owe finanse i administrację powierzyło, zdecyduje się na przeprowadzkę i pokazywanie dzieł sztuki szerokiej publiczności, to niewiele można zrobić. Może poza straszeniem po północy przewodniczącego komisji i sędziego, który wydał wyrok w procesie. Jeszcze mniej można zrobić, gdy się nigdy żadnego obrazu nie miało, a jedynie mieszka w pałacopodobnej willi sąsiadującej z budynkiem w którym zgromadzone są dzieła sztuki.
Frieden den Hüten, Krieg den Palästen! – jak wołano za Wiosny Ludów.

Warunek

Jeden z nauczycieli angielskiego stwierdził ostatnio, że nie będzie może już uczyć panny X. Panna X ma lekcje indywidualne. Zapytałam, czy zmienił mu się podział godzin i jest zajęty w godzinach, kiedy miał z nią lekcje, czy też jest to sprawa osobista.
– Osobista, ale nie mająca nic wspólnego z panną X – padła niewiele wyjaśniająca odpowiedź.
– ???
– Moja dziewczyna. Mam już dość tych ciągłych dyskusji. Nie chce, żebym uczył mówiące po hiszpańsku kobiety, to nie będę. Chcę, żeby dała mi święty spokój.
– Czy zmiana dotyczy wszystkich potencjalnych hiszpańskojęzycznych kursantek, czy też rezygnujesz z lekcji z panną X. a jak nadarzy się inny program, to po prostu nie będziesz opowiadał w domu, kogo uczysz? – Zapytałam rzeczowo, czując się zwolniona z kobiecej solidarności głupotą warunku postawionego naszemu nauczycielowi.
– Nie, nie będę już uczył hiszpańskojęzczynych kobiet – odpowiedział mój kolega, a ja nie wiem, większe wrażenie zrobiła na mnie jego lojalność, czy jej krótkowzroczność. 
Rozumiem, że nie ma przeciwwskazań to przydzielania mu ociekających seksem i mówiących śpiewnym jak bossa nova portugalskim kursantek z Brazylii…

Bezpieczeństwo Publiczne

Dzięki łasce późnego urodzenia nie wiem, jak wyglądała Bezpieka, gdy pojawiała się znienacka. Dwóch smutnych w prochowcach i kapeluszach?
Siedzę ja tu sobie spokojnie w Centrum (Językowym) i przychodzi pani po pięćdziesiątce. Do Centrum przychodzą najrozmaitsi ludzie, a pani niczym specjalnym się nie wyróżniała. Może poza niczym specjalnym. Skojarzyła mi się z jedną śp. ciotką, przypominając mi ją głównie roztaczaną wonią papierosów i aurą poczciwej i nudnawej urzędniczki, co to pije w biurze kawę cały dzień.
Ciotkopodobna pani w zimowym płaszczu w kratkę zamachała mi przed oczami legitymacją. W ułamku sekundy stanęły mi przed oczami wszystkie papiery, które będzie chciała zobaczyć, a które na pewno okażą się niekompletne i konsekwencje, jakie dla nas z tego wynikną, zwolnienia z pracy, zamknięcie biura, zatrzymania na 24 godziny, deportacje, no, może bez tortur się obejdzie. W drugim ułamku sekundy uszy moje wychwyciły słowa "weryfikacja miejsca zatrudnienia", a następnie nazwisko jednego z naszych byłych nauczycieli angielskiego. W tym momencie twarz rozpromienił mi iście hamerykański uśmiech: – Tak pamiętam go, uczył u nas jakiś czas temu!
Mogłam tak profesjonalnie zareagować dzięki siatce socjalnej złożonej z osób obdarzonych słabą pamięcią. Tego samego poranka rozmawiałam bowiem z Moim Drogim Przyjacielem, który również u nas uczy, a do którego nasz Były Nauczyciel dzień wcześniej zadzwonił mówiąc, że ubiega się o pracę w armii i czy może podać go w referencjach. Sprawa prosta, Mój Drogi Przyjaciel oczywiście się zgodził, tyle że… za chińskiego boga nie mógł sobie przypomnieć, jak nasz Były Nauczyciel wygląda. Nazwisko brzmiało znajomo, pamiętał program, który razem uczyli, ale samej osoby – ni huhu.
Gdy niczym specjalnym nie wyróżniająca się ciotkopodobna pani rzuciła znajomym nazwiskiem, wiedziałam już, skąd wieje wiatr. Zostałam poproszona o kilka minut rozmowy w cztery oczy i w miłej atmosferze ciepłym tonem został mi zadany szereg pytań dotyczących Byłego Nauczyciela. Najbardziej podobało mi się to, czy utrzymywał on bliższe kontakty z cudzoziemcami. Pytanie dotyczące faceta, który zarabiał na życie ucząc obcokrajowców angielskiego, zadane w szkole języków obcych rojącej się od cudzoziemskich uczniów i nauczycieli i wreszcie skierowane do osoby, której akcent nie pozostawia żadnych wątpliwości, co do tego, że się tu nie urodziła… Kończąc zdanie, niczym nie wyróżniająca się pani musiała zdać sobie sprawę z tego, jak kuriozalnie ono brzmi i sprostowała: czy nie uważam, że mógł się znajdować w sytuacji, w której mógł być szantażowany. Przez cudzoziemców.
Mam nadzieję, że tego typu pytania nie będą mi nigdy zadawane w kontekście Mojego Drogiego Przyjaciela, bo tego, będąc cudzoziemką, jak najbardziej szantażuję, mówiąc mu, że nie pójdę z nim na piwo, jeśli nie odda planu lekcji w terminie…