Gospel

– Odkąd się tu przeprowadziłam, ciotka mnie męczy, żeby pójść z nią do kościoła – zaczęła Moja Czarna Koleżanka – a ja nie mam najmniejszej ochoty. Kościół mnie nie interesuje. Tobie za to mogłoby się to podobać – zwróciła się do mnie – gospel i w ogóle. Czarna kultura w pigułce. Cała masa odświętnie ubranych ludzi.
Ożywiłam się:
– To może jednak raz wyjątkowo z nią do tego kościoła pójdziesz, a ja wam potowarzyszę?
– Zapomnij. Pójdę raz i potem będę musiała chodzić co niedzielę. Dasz jej palec, a ona całą rękę weźmie i już mnie ze swoich szponów nie wypuści. Całe Wielkie Hamerykańskie Miasto nie jest wystarczająco duże, żeby się przed nią schować. Wiesz, to ta wariatka, co była tłumaczką…
Ciotka była bardzo cenioną tłumaczką z języka migowego. Dopóki nie zstąpił na nią, jak sama zeznaje, Duch święty  i nie porzuciła pracy zastępując ją religią 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Gdy bardziej przyziemnie patrząca na świat część rodziny spytała ją o powód tej decyzji, ciotka wyjaśniła, że nie może już pomagać głuchoniemym, bo skoro są głusi, to najwyraźniej sobie czymś na takie potraktowanie przez pana Boga zasłużyli. Nie zasłużyli sobie natomiast na jej pomoc, bo ona krzyżować bożych planów nie zamierza.
– Ale ty jak najbardziej możesz z nią pójść, dam ci jej numer telefonu, będzie wniebowzięta. Przygotuje ci takie przyjęcie, że cała wspólnota wyjdzie przed kościół, żeby cię przywitać. Już sobie wyobrażam jej przemówienie: "I oto zawitała do nas Haneczka z odległej Polski. Albowiem nieznane są wyroki boskie i wielkie miłosierdzie Pana! Duch święty przeprowadził ją przez ocean prosto do naszej wspólnoty! Módlmy się, bo to znak, że Jezus ją i nas kocha!" Będziesz bardzo popularna. Zorganizują ci wszystkie niedziele. Wiesz, że takie nabożeństwo trwa od pięciu do sześciu godzin?
– Cooooo?
– No, w międzyczasie jest przerwa na kawę i ciastka…
A ja, będąc dzieckiem, myślałam, że skracanie moich niedziel przez godzinną mszę świętą jest ciężkim przestępstwem! No, chyba jednak się nie zdecyduję na towarzyszenie ciotce Mojej Czarnej Koleżanki. Uwolnienie się od rodzimego katolicyzmu zajęło mi wiele lat, nie będę się pakować w pazury kogoś, przed kim w całym Wielkim Hamerykańskim Mieście nie ma ucieczki!
Trochę jednak szkoda – fajnie byłoby być główną postacią na nabożeństwie gospel…

… Wszystkich Krajów – Łączcie się!

To, że mam wiele wspólnego z Moją Ukraińską Koleżanką Nadią tłumaczyć można zarówno wspomnieniem zimnego tchnienia Imperium, jak i względną geograficzną bliskością. mam tu na myśli m.in. tradycje cesarsko-królewskie. Ostatnio miałam jednakże okazję przekonać się o łączącej narody sile oddziaływania bloku sowieckiego.

Byłam mianowicie na imprezie przedświątecznej nieformalnej grupy ludzi, którzy, najprościej mówiąc, mają coś wspólnego z Niemcami. Impreza była dość duża, na 70 może osób i oprócz znajomych spotkać tam można było dużo nieznajomych, w celu uczynienia z nich znajomych. Doglądając procesu grzania wina uderzyłam w gadkę z gościem o wyraźnie azjatyckich rysach. Mówił dobrze po angielsku i świetnie po niemiecku. Na pytanie, skąd jest odpowiedział, że z… Mongolii. Zanim przyjechał tutaj, mieszkał 10 lat w Niemczech, tam też skończył studia.

W miarę produkcji grzańca robiło się nam coraz weselej. Porównywaliśmy doświadczenia niemieckie – ja znam zachodnią część Niemiec, podczas gdy on mieszkał w Lipsku. Opowiadał trochę o "Ostalgii" – nostalgii mieszkańców byłego NRD za nieistniejącym państwem. W tym kontekście naskrobał coś na serwetce i podał mi z szelmowskim uśmiechem. Napis był cyrylicą, ale po niemiecku. Głosił: "Jeśli możesz to przeczytać, to nie jesteś głupim Wessie" (Wessie – mieszkaniec Niemiec Zachodnich). Mój kolega mówił, że w Lipsku można kupić koszulki z takim napisem.

Gdy z czubów już się dobrze kurzyło, wesoła rozmowa zeszła na temat doświadczeń z życia w bloku sowieckim. Wtedy też zapytałam, czy może zna wspaniały serial "Czterej pancerni i pies". Oczywiście!!! Wymienił mi wszystkie imiona, oraz barwnie opowiedział o tym, jakim był fanem Szarika. Brzuch mnie bolał od śmiechu i tylko przysłuchujący się tej prowadzonej w jego ojczystej mowie Mój niczego nie rozumiał.

A ironią losu jest to, że to dzięki Imperium mamy z moim mongolskim znajomym tyle wspólnego, ale dowiedzieć się o tym mogliśmy tylko dlatego, że wyzionęło ono ducha.

Święto Dziękczynienia

Gdybym miała zdefiniować hamerykańskie Święto  Dziękczynienia to powiedziałabym, że jest to coś pomiędzy polską Wigilią a Wszystkimi Świętymi. Rodzinne niemalże jak nasza Wigilia, najada się człowiek tak, że się ruszać nie można, no a że burą i paskudną jesienia i ludzie przemierzają wielkie dystanse,to ma w sobie coś z naszego 1. Listopada. 
Jak co roku od pięciu już lat zaproszeni zostaliśmy na świąteczną obiadokolację do Dużego Domu. Pani Dużego Domu co roku zaprasza coraz więcej osób i tym razem było nas prawie czterdzieści ludzi. Licząc dzieci, ale zawsze. Zapraszanymi osobami są cudzoziemcy pracujący w tej samej firmie co ona, a Mój się do nich zalicza. Z racji naszego Dziękczynnego stażu oboje traktowani już jesteśmy jak kuzynostwo. Miałam szczęście w pierwszym roku, bo zrobiłam ciasto orzechowe, takie niby hamerykańskie (przepis z hamerykańskiej książki wzięłam! Peacan pie – dla wtajemniczonych), ale o niestandartowej konsystencji i wyjątkowo intensywnym smaku (to dlatego, że te wszystkie miary: cup, half a cup, uncja etc. nic mi nie mówiły i robiłam na oko:-) i Pan Dużego Domu stwierdził, że jest boskie i mam je przynosić co roku. Więc muszą nas zapraszać co roku, jak chcą ciasto.
Zaczęło się koło szesnastej przystawkami na stojąco i napojami alkoholowymi i bez. Większość osób znałam, było dużo Niemców (no cóż, firma Mojego), trochę Hindusów, Meksykanie no i ja. Miałam okazję ochronić meksykańskiego trzylatka od bliskiego spotkania 3-go stopnia z czekoladowym labradorem (mieszkanką Dużego Domu), lub też, jak to ujął Mój, ochronić czekoladowego labradora przed bliskim spotkaniem z trzylatkiem. Chodziło o to, że labrador bardzo się ucieszył, że oto stoi w drzwiach ktoś, z kim można wreszcie twarzą w twarz porozmawiać, a trzylatek nie widział jeszcze nigdy w życiu z bliska tak dużego zwierza. No i się cofał, cofał i ryczał. Labrador merdając ogonem i usiłując polizać go po policzkach podążał za nim, a dorośli nie wiedzieli, kogo najpierw łapać.
Jak już wszyscy się nagadali, a indyki doszły w pierkarniku, zasiedliśmy za stołem. Można go sobie łatwo wyobrazić, jeśli zwiedzało się kiedyś stare zamki i widziało tam stół przy którym może usiąść czterdziestu rycerzy – z jednego końca nie widać drugiego! Oczywiście w dzisiejszej Hameryce nie robią takich mebli i stół był sztukowany, ale bardzo umiejętnie i pięknie przykryty obrusami, wszystkimi w jednym kolorze.
Wybierając sobie miejsce za stołem chodzi o to, żeby: a) nie siedzieć koło dyrektorów firmy (nudno), b) nie siedzieć koło dzieci (głośno), c) nie siedzieć koło ojca Pani Dużego Domu (zagada człowieka na śmierć). No cóż, po czwartkowym przyjęciu Mój jeszcze żyje, ale ledwo. Tak planował, tak kombinował, a tu go dostało. Dobrze mu tak (ja siedziałam w rezultacie koło Pana Dużego Domu, co zawsze jest dobrym wyjściem).
Do tradycji tej rodziny należy, że przy jedzeniu każdy powinien powiedzieć, za co dziękuje (losowi, Panu Bozi, czy komu tam jeszcze). W tym roku dziękowałam gospodarzom, że ciągle jeszcze nas zapraszają i Mojemu, że wytrzymuje ze mną na codzień.
Ponieważ desery tradycyjnie przynoszone są przez gości, mieliśmy okazję skosztować m.in. kilka ogromnych tortów autorstwa jednego z dyrektorów. Albowiem małomówny ów facet w średnim wieku z zaczątkami brzuszka pracujący po 14 godzin na dobę ma za hobby pieczenie ciast. Robi to niesłychanie profesjonalnie i w czwartek pojawił się ze stosem trzech albo czterech ogromnych pudeł. Jednakże gdy ktoś zapytał Pana Dużego Domu, jak smakował mu deser, odpowiedział uprzejmie: no ujdzie… Wtedy do mnie dotarło – on nie dostał mojego placka!!! Pani Dużego Domu chciała go mianowicie zachować dla niego na później (gwoli ścisłości – od naszego drugiego u nich świętowania przynoszę dwa takie same placki – jeden ogólny, drugi do zostawienia na później). A że on nie widział, jak je wnosiłam, doszedł do wniosku, że ich nie ma i przez bite pół godziny w cichości duszy mnie nienawidził. Gdy tylko zorientowałam się w sytuacji, szybko powiedziałam mu, że materiał jak najbardziej jest, tylko schowany, i że musi się upomnieć. Co też natychmiast zrobił i znowu mnie polubił. 
Po kawie część osób (małe niemieckie dzieci, dyrektorzy) się pożegnała, a reszta poszła przed telewizor grać w Wii. Kręgle. Widać miałam we krwi odpowiedni procent alkoholu, bo niesłychanie wysoko ograłam wszystkich trzech facetów, z którymi udało mi się dzielić partię. Mama Pani Dużego Domu była ze mnie bardzo dumna.
Najedzeni i z pudełkiem załadowanym kawałkami rozmaitych ciast udaliśmy się w okolicach północy do domu.

Halloween w szczególe

Skoro już jesteśmy przy niedawno minionym święcie – 31 października organizuje się tu imprezy kostiumowe. Tematycznie są one przeważnie uipiorno-wampiryczno-strachowe, ale w gruncie rzeczy można się przebrać, za co człowiek chce. Dom, w którym taki bal się odbywa, też jest odpowiednio udekorowany, często zaciemniony i wygląda, jakby w nim naprawdę straszyło.

To tyle w kwestii ogólnej. W kwestii szczególnej zaś dwie moje koleżanki, które są parą, wprowadziły się ostatnio do lesbijskiej dzielnicy Wielkiego Hamerykańskiego Miasta. Od początku nieco odstawały od sąsiadek – są, m.in. jedynym gospodarstwem domowym w okolicy nie posiadającym półciężarówki. Tym niemniej jednak zaproszone zostały na imprezę z okazji Halloween. Postanowiły, obie badzo ładne dziewczyny, wystąpić jako damy lekkich obyczyjów. Założyły więc kiecki z dekoltami do pępka i rozcięciami pod szyję, nałożyły na głowy peruki blond-błękitne, otynkowały twarze i poszły się świetnie bawić.

Na miejscu okazało się, że cała reszta przebrana jest za futbolistów, pije piwo (jedyną serwowaną zresztą rzecz, do jedzenia nie ma nic) i skoncentrowana jest na telewizorze, w którym leci sport. Z naszymi sierotkami nikt nie chciał gadać, usiadły więc w kącie, wysączyły piwo i po niedługim czasie trwania owej szampańskiej zabawy, rade-nierade, udały się do domu.

Sezon na pająki

Ciemno, zimno i ponuro. Sezon na wampiry i pająki. W kraju, który mnie gości ostatnie tygodnie października opromieniane są przez dekoracje na Halloween. Obok wielkich podświetlanych dyni na miotłach latają czarownice, grzbiety prężą czarne koty i wszystkimi ośmioma nogami wygrażają mi nadnaturalnych rozmiarów pająki.

Jakby nie dość, że te prawdziwe, wielkie jak woły, postanawiają przezimować w naszym garażu (w związku z czym ściśle przestrzegam, żeby nie zostawiać w aucie otwartych okien, żeby mi tam dziadostwa nie nalazło, a Mój się ze mnie śmieje). Na każdym dosłownie kroku (np. w oknach restauracji) można podziwiać takie ponawieszane o średnicy pół metra z nogami. Milusińskie pluszowe zaś nabyć można o tej porze roku w każdym supermarkecie.

Kilka dni przed Halloween byliśmy w sklepie ze sprzętem remontowo-domowym i ogrodowym. Wśród dekoracji do kupienia zobaczyliśmy ogromną, nadmuchiwaną i podświetlaną od środka bestię. Ponieważ nadmuchiwany pająk, jakby nie było, ma w sobie coś groteskowego, z uśmiechem zrobiłam kilka kroków w jego kierunku gdy… stanęłam jak wryta i nie rozdarłam się tylko dlatego, że przerażenie zaparło mi dech w piersiach: potwór zaprogramowany był mianowicie w ten sposób, że co kilkadziesiąt sekund wykonywał nagły zwrot, jakby chciał rzucić się na przechodzących, czyli w tym wypadku – zjeść mnie.

Co można powiedzieć o społeczeństwie, które funduje sobie takie dekoracje?

Z pamiętnika grupie

Hamerykańsko-niemiecką konferencję na temat (ewentualnego) zmierzchu Zachodu, wykładem na Dużym Uniwersytecie w Wielkim Hamerykańskim Mieście otwiera Adam Michnik. Po raz pierwszy widzę i słyszę go bez pośrednictwa telewizora, co też, dziękując mu po wykładzie, nadmieniam. "Ale ja przy bliższym poznaniu bardzo tracę" – odpowiada, jak zawsze szlagfertig, mój idol i… bucha mnie w mankiet!

Moje bezgraniczne uwielbienie dla niego jest jednak tak ślepe, że odebrałam ten kontrowersyjny w dzisiejszych czasach gest, jako przejaw czarującej galanterii minionego stulecia, a nie rzężący dech zdychającego patriarchatu. Nie wytarłam więc natychmiast wierzchu dłoni w spodnie, przeciwnie, postanowiłam nie myć jej przez jakiś czas.

A na poważnie, to wykład był arcyciekawy i tylko żałowałam, że nie było czasu na zadawanie pytań, bo publiczność też była interesująca i gorąca dyskusja wisiała w powietrzu.

Dalej o Kanionie

Można oglądać zdjęcia i filmy przyrodnicze. Można stać nad brzegiem i chłonąć widoki. Ale dopiero gdy w mocnych butach, kapeluszu z szerokim rondem (słońce!) i z litrem wody wyliczonym na każdą godzinę wędrówki po spieczonym szlaku, zaczniemy schodzić w dół – nie musi być daleko, bo szlaki, choć przestronne (muszą zmieścić się na nich muły) i dobrze utrzymane, są strome i wyżłobione w kamieniu, stanowiąc wyzwanie dla kolan – dotrze do nas cała potęga Kanionu. Kanion pod nami, Kanion nad nami, ściana Kanionu z jednej strony, urwisko w dół Kanionu z drugiej, szlak w dół Kanionu przed nami, szlak w górę Kanionu za nami. Płonące słońce wyciska litry potu, ale zanim choćby jedna kropla zdąży pojawić się na skórze, wysusza ją mocny wiatr pustyni. Bohatersko poprzyczepiane do pionowych ścian sosenki ustępują miejsca pustynnej roślinności. Czerwony kurz osiada na butach. Cisza. Tylko wiatr. Cisza, wiatr i przestrzeń. I szybujące w dole (w dole!) wielkie ptaki.

Gdzieś w Arizonie

Jedziemy przez bardzo suchy las iglasty. Jest całkiem płasko, choć, jak się domyślamy, dość wysoko, bo po drodze cały czas pukało nam w uszach. Kupujemy bilet wstępu do Parku Narodowego, ważny przez siedem dni. Dalej las szpilkowy i ciągle płasko i wysoko – płaskowyż. Już teraz wiemy, że to dwa tysiące metrów n.p.m. Wjeżdżamy na parking. 
Od samochodu jest już tylko kilka kroków i w prominiach zachodzącego słońca nagle rozstępuje się przed nami ziemia jak Morze Czerwone. Otwiera się skaliście, koronkowo, różowo i pomarańczowo, na półtora kilometra w dół i na dwadzieścia kilometrów od brzegu do brzegu. Wygląda jak na wszystkich widokówkach, zdjęciach i filmach, tylko że zionie nam teraz pod stopami w rzeczywistości, paraliżując ogromem. Zduszonym szeptem mówię do Mojego:
– Patrz, jest. Wielki Kanion jest.

Czubek góry lodowej

Wraz z czterema innymi osobami w pracy co dwa tygodnie prowadzimy krótkie szkolenia i konferencje przez internet. Każdy ma przydzieloną grupę ludzi, z którą się wirtualnie kontaktuje. W tej chwili jest nas cztery babki i facet. Jedna z dziewczyn (Marokanka, od ośmiu lat w Hameryce) jest w ciąży i za miesiąc idzie na macierzyński. Kilka tygodni temu przesłała e-mail z prośbą-pytaniem, czy nie mogłybyśmy podzielić się jej sesjami i zastąpić ją podczas nieobecności. Zauważyłam wprawdzie, że wśród adresów w e-mailu nie ma naszego kolegi, ale pomyślałam, że pewnie niedawno rozmawiała z nim przez telefon i przy okazji zapytała. Poza tym – mnie proszą o pomoc, to ja odpowiadam (pozytywnie, ma się rozumieć). Reszta i tak się wyświetli, bo naczalstwo zapyta oficjalnie wszystkich nas na kolejnym zebraniu.
Jedna z koleżanek (rodzona Hamerykanka) nie wytrzymała jednak i w miłym tonie, zgadzając się na zastępstwo, zapytała pół-żartem, czy pominęła naszego kolegę, bo jest facetem? Za niedługo przyszła odpowiedź Arabki: tak, niezręcznie jest jej go o to prosić ze względu na płeć.
Gdy piszę tu "Arabka" nie należy wyobrażać sobie pozawijanej od stóp do głów w czarne szmaty kobieciny bez twarzy i z piątką dzieci. Nasza koleżanka wygląda jak każda inna kobieta Zachodu. Gdy się z nią rozmawia, też nie zauważa człowiek niczego specjalnie ją od nas różniącego.
I dokładnie na tym czasem polega trudność.

Niedaleko Wielkiego Hamerykanskiego Miasta

Sarny pojawiają się o świcie jak kopytne zjawy. Siedząc na balkonie w słabym świetle odchodzącej nocy najpierw dostrzegam ruch na skraju ogrodu. Podnoszę głowę znad śniadania i widzę płowe duchy – trzy, cztery, kiedyś naliczyłam siedem wysłanników Mannitou.
Młodszy kot boi się teraz chodzić do piwnicy. Najpierw zawraca głowę, żeby otworzyć drzwi, ale po zapuszczeniu głębszego żurawia w dół nie decyduje się zejść po schodach. Myślę, że powodem tego jest cykada, którą słychać i przez zamknięte drzwi piwnicy aż do kuchni.
Duże ptaki z rudymi brzuszkami, takie nieco większe od kosa, wyprowadziły się po odchowaniu potomstwa i mogłam wreszcie przyciąć wymykającą się po kolumnie na dach i spod wszelkiej kontroli wisterię, oraz zlikwidować gniazdo. Zdążyło się już rozeschnąć i trudno sobie wyobrazić, że w tej jako-tako sklejonej kupce siana mieściły się aż cztery żółtodzioby – tyle przynajmniej kuperków naliczyliśmy, patrząc wraz z kotem przez okno na parterze. Przez te kilka tygodni ptasiej aktywności koty moje miały prawdziwe kino domowe. Albo raczej reality show.