… Wszystkich Krajów – Łączcie się!
To, że mam wiele wspólnego z Moją Ukraińską Koleżanką Nadią tłumaczyć można zarówno wspomnieniem zimnego tchnienia Imperium, jak i względną geograficzną bliskością. mam tu na myśli m.in. tradycje cesarsko-królewskie. Ostatnio miałam jednakże okazję przekonać się o łączącej narody sile oddziaływania bloku sowieckiego.
Byłam mianowicie na imprezie przedświątecznej nieformalnej grupy ludzi, którzy, najprościej mówiąc, mają coś wspólnego z Niemcami. Impreza była dość duża, na 70 może osób i oprócz znajomych spotkać tam można było dużo nieznajomych, w celu uczynienia z nich znajomych. Doglądając procesu grzania wina uderzyłam w gadkę z gościem o wyraźnie azjatyckich rysach. Mówił dobrze po angielsku i świetnie po niemiecku. Na pytanie, skąd jest odpowiedział, że z… Mongolii. Zanim przyjechał tutaj, mieszkał 10 lat w Niemczech, tam też skończył studia.
W miarę produkcji grzańca robiło się nam coraz weselej. Porównywaliśmy doświadczenia niemieckie – ja znam zachodnią część Niemiec, podczas gdy on mieszkał w Lipsku. Opowiadał trochę o "Ostalgii" – nostalgii mieszkańców byłego NRD za nieistniejącym państwem. W tym kontekście naskrobał coś na serwetce i podał mi z szelmowskim uśmiechem. Napis był cyrylicą, ale po niemiecku. Głosił: "Jeśli możesz to przeczytać, to nie jesteś głupim Wessie" (Wessie – mieszkaniec Niemiec Zachodnich). Mój kolega mówił, że w Lipsku można kupić koszulki z takim napisem.
Gdy z czubów już się dobrze kurzyło, wesoła rozmowa zeszła na temat doświadczeń z życia w bloku sowieckim. Wtedy też zapytałam, czy może zna wspaniały serial "Czterej pancerni i pies". Oczywiście!!! Wymienił mi wszystkie imiona, oraz barwnie opowiedział o tym, jakim był fanem Szarika. Brzuch mnie bolał od śmiechu i tylko przysłuchujący się tej prowadzonej w jego ojczystej mowie Mój niczego nie rozumiał.
A ironią losu jest to, że to dzięki Imperium mamy z moim mongolskim znajomym tyle wspólnego, ale dowiedzieć się o tym mogliśmy tylko dlatego, że wyzionęło ono ducha.
Święto Dziękczynienia
Halloween w szczególe
Skoro już jesteśmy przy niedawno minionym święcie – 31 października organizuje się tu imprezy kostiumowe. Tematycznie są one przeważnie uipiorno-wampiryczno-strachowe, ale w gruncie rzeczy można się przebrać, za co człowiek chce. Dom, w którym taki bal się odbywa, też jest odpowiednio udekorowany, często zaciemniony i wygląda, jakby w nim naprawdę straszyło.
To tyle w kwestii ogólnej. W kwestii szczególnej zaś dwie moje koleżanki, które są parą, wprowadziły się ostatnio do lesbijskiej dzielnicy Wielkiego Hamerykańskiego Miasta. Od początku nieco odstawały od sąsiadek – są, m.in. jedynym gospodarstwem domowym w okolicy nie posiadającym półciężarówki. Tym niemniej jednak zaproszone zostały na imprezę z okazji Halloween. Postanowiły, obie badzo ładne dziewczyny, wystąpić jako damy lekkich obyczyjów. Założyły więc kiecki z dekoltami do pępka i rozcięciami pod szyję, nałożyły na głowy peruki blond-błękitne, otynkowały twarze i poszły się świetnie bawić.
Na miejscu okazało się, że cała reszta przebrana jest za futbolistów, pije piwo (jedyną serwowaną zresztą rzecz, do jedzenia nie ma nic) i skoncentrowana jest na telewizorze, w którym leci sport. Z naszymi sierotkami nikt nie chciał gadać, usiadły więc w kącie, wysączyły piwo i po niedługim czasie trwania owej szampańskiej zabawy, rade-nierade, udały się do domu.
Sezon na pająki
Ciemno, zimno i ponuro. Sezon na wampiry i pająki. W kraju, który mnie gości ostatnie tygodnie października opromieniane są przez dekoracje na Halloween. Obok wielkich podświetlanych dyni na miotłach latają czarownice, grzbiety prężą czarne koty i wszystkimi ośmioma nogami wygrażają mi nadnaturalnych rozmiarów pająki.
Jakby nie dość, że te prawdziwe, wielkie jak woły, postanawiają przezimować w naszym garażu (w związku z czym ściśle przestrzegam, żeby nie zostawiać w aucie otwartych okien, żeby mi tam dziadostwa nie nalazło, a Mój się ze mnie śmieje). Na każdym dosłownie kroku (np. w oknach restauracji) można podziwiać takie ponawieszane o średnicy pół metra z nogami. Milusińskie pluszowe zaś nabyć można o tej porze roku w każdym supermarkecie.
Kilka dni przed Halloween byliśmy w sklepie ze sprzętem remontowo-domowym i ogrodowym. Wśród dekoracji do kupienia zobaczyliśmy ogromną, nadmuchiwaną i podświetlaną od środka bestię. Ponieważ nadmuchiwany pająk, jakby nie było, ma w sobie coś groteskowego, z uśmiechem zrobiłam kilka kroków w jego kierunku gdy… stanęłam jak wryta i nie rozdarłam się tylko dlatego, że przerażenie zaparło mi dech w piersiach: potwór zaprogramowany był mianowicie w ten sposób, że co kilkadziesiąt sekund wykonywał nagły zwrot, jakby chciał rzucić się na przechodzących, czyli w tym wypadku – zjeść mnie.
Co można powiedzieć o społeczeństwie, które funduje sobie takie dekoracje?
Z pamiętnika grupie
Hamerykańsko-niemiecką konferencję na temat (ewentualnego) zmierzchu Zachodu, wykładem na Dużym Uniwersytecie w Wielkim Hamerykańskim Mieście otwiera Adam Michnik. Po raz pierwszy widzę i słyszę go bez pośrednictwa telewizora, co też, dziękując mu po wykładzie, nadmieniam. "Ale ja przy bliższym poznaniu bardzo tracę" – odpowiada, jak zawsze szlagfertig, mój idol i… bucha mnie w mankiet!
Moje bezgraniczne uwielbienie dla niego jest jednak tak ślepe, że odebrałam ten kontrowersyjny w dzisiejszych czasach gest, jako przejaw czarującej galanterii minionego stulecia, a nie rzężący dech zdychającego patriarchatu. Nie wytarłam więc natychmiast wierzchu dłoni w spodnie, przeciwnie, postanowiłam nie myć jej przez jakiś czas.
A na poważnie, to wykład był arcyciekawy i tylko żałowałam, że nie było czasu na zadawanie pytań, bo publiczność też była interesująca i gorąca dyskusja wisiała w powietrzu.
Dalej o Kanionie
Można oglądać zdjęcia i filmy przyrodnicze. Można stać nad brzegiem i chłonąć widoki. Ale dopiero gdy w mocnych butach, kapeluszu z szerokim rondem (słońce!) i z litrem wody wyliczonym na każdą godzinę wędrówki po spieczonym szlaku, zaczniemy schodzić w dół – nie musi być daleko, bo szlaki, choć przestronne (muszą zmieścić się na nich muły) i dobrze utrzymane, są strome i wyżłobione w kamieniu, stanowiąc wyzwanie dla kolan – dotrze do nas cała potęga Kanionu. Kanion pod nami, Kanion nad nami, ściana Kanionu z jednej strony, urwisko w dół Kanionu z drugiej, szlak w dół Kanionu przed nami, szlak w górę Kanionu za nami. Płonące słońce wyciska litry potu, ale zanim choćby jedna kropla zdąży pojawić się na skórze, wysusza ją mocny wiatr pustyni. Bohatersko poprzyczepiane do pionowych ścian sosenki ustępują miejsca pustynnej roślinności. Czerwony kurz osiada na butach. Cisza. Tylko wiatr. Cisza, wiatr i przestrzeń. I szybujące w dole (w dole!) wielkie ptaki.