Mała Wyspa II
Mała wyspa I
W połowie czerwca przylecieliśmy na małą wyspę, w pobliżu większej wyspy u wybrzeża Hondurasu. Samolocik, który nas wiózł z kontynentu miał urok i rozmiary starego autobusu PKS-u. Leciał na tyle nisko, że piloci nie pozamykali okien, bo w upalne tropikalne południe dobrze jest mieć nawiew powietrza. Nawet, jeśli jego temperatura grubo przekracza 30 stopni Celsjusza. Z przypominającego boisko do gry w nogę w mojej starej podstawówce lotniska dotarliśmy do hotelu złożonego z drewnianych chatek ustawionych w bujnym zwrotnikowym ogrodzie, przypominajacym ujarzmioną dżunglę. Dżungla ta produkuje głęboki cień o każdej porze dnia, w związku z czym zawsze miło jest powisieć w hamaku na werandzie chatki. Czasem zdaje się człowiekowi, że wisi w łaźni parowej, ale słońce nie dopieka tam nigdy. Komarów jest bez liku, ale nie przenoszą podobno żółtej febry, a poza tym od czego "Off"?
Ernesto
Ernesto zawsze był niesłychanie towarzyski. Gdy tylko nadarzała się okazja, wybiegał dobliższych lub dalszych sąsiadów, albo też odwiedzał Babette. Ernesto bardzo lubi Babette. Z czasem zaprzyjaźnił się z nią tak bardzo, że spędzał u niej więcej czasu niż u siebie w domu.
Jak wywalili mojego szefa i co z tego wynikło
Mój szef (teraz już były) słynął w całej organizacji z niesubordynacji. Miał jednego przełożonego – doprowadził go, w kolejności: do szału, rozpaczy, łez. Drugiego, który się jąkał, do takiego wkurwu, że ten nie był w stanie wymówić ani jednego pełnego słowa. Trzecia z kolei osoba, płci żeńskiej, stwierdziła zapewne, że nie będzie ryzykować zawodowej katastrofy i pozbędzie się gorącego ziemniaczka przy pierwszej nadarzającej się okazji. I tak też zrobiła. Szef (teraz już były) musiał pozbierać zabawki i opuścić biuro w ciągu godziny.
Ponieważ urodził się on po to, żeby sprzedawać ludziom przedmioty, których potrzebują, lub o których na skutek jego perswazji myślą, że ich potrzebują, a nie po to, żeby siedzieć w biurze i udawać mądrzejszego niż jest, w ramach rozrywek weekendowych dorabiał sobie jako sprzedawca w sklepie meblowym. Wyszło mu to na dobre, nie spędził bowiem na zielonej trawce, na którą go posłano, ani chwili – od razu na drugi dzień po wylocie uzgodnił warunki współpracy z właścicielem przybytku kanap i foteli.
Na trzeci zaś dzień do sklepu przyszedł trudny klient. Tutaj podkreślić należy, że szefa mojego (teraz już byłego), jeżeli chce się użyć parlamentarnych eufemizmów, określić można starożytnym mianem "gorączki" lub "kawalera z mokrą głową". Starego. Kawalera. W porównaniu zaś z właścicielem przybytku meblowego, odznacza się on zimną krwią i wielkim opanowaniem. Trudny klient zaczął wybrzydzać, czepiać się, wreszcie i podnosić głos (kto kiedykolwiek pracował z ludźmi, ten wie, jacy potrafią być upierdliwi). Musiał przy tym stanąć na odcisk właścicielowi ruchomości, bo ten też zaczął krzyczeć. Od słowa do słowa, awantura gotowa, nawet zaczęli się przepychać. Tutaj szef mój (teraz już były), stanął na wysokości zadania, zmitygował właściciela, który odwrócił się na pięcie i poszedł na zaplecze, uspokoił klienta i wszystko byłoby dobrze gdyby właściciel nie wrócił z kantorka z… pistoletem gazowym w ręce!!!
Dla niewtajemniczonych – pistolet gazowy na wygląd nie różni się właściwie od prawdziwego. Nic więc dziwnego, że klientka podniosła wrzask, a klient zadzwonił na policję. Radiowozy z całego hrabstwa (śmiesznie to brzmi, a chodzi o "county", mniej-więcej odpowiednik naszego powiatu) okrążyły sklep. W powietrzu zawisły dwa policyjne helikoptery. Wyprowadzono właściciela, mojego szefa (teraz już byłego), oraz pana sprzątającego sklep sznureczkiem w kajdankach do samochodu i na policję. Wszystko to zaś sfilmowała lokalna telewizjia i podała do wiadomości w czasie największej oglądalności.
Nieobliczalną załogę sklepu zwolnili po spisaniu zeznań, bo nic się nikomu nie stało. Tym niemniej mój szef (teraz już były), jak zobaczył akcję ze sklepu w wiadomościach, poczuł, że w ciągu trzech dni stracił dwie posady.
Rano poszedł jednak do sklepu, choćby po to, żeby pozbierać swoje rzeczy, a tu… klienci walą drzwiami i oknami! Wszyscy widzieli sklep w telewizji i teraz chcą zobaczyć, kto to też tu sprzedaje i co tu można kupić i w ogóle, przedtem nigdy nie zauważyli, że w tym miejscu jest sklep meblowy…
Przy pomocy policji i wiadomości lokalnych (oraz pistoletu gazowego) bohaterowie nasi zrobili sobie darmową reklamę o wartości wielu tysięcy dolarów! No czy ta Hameryka to nie jest kraj nieograniczonych możliwości?
Dalej o tulipanach. I nie tylko
Zimno było, dwa tygodnie temu widziałam nawet szybujące w powietrzu płatki śniegu, sezon tulipanowy uległ więc wydłużeniu. Ciągle jeszcze kwitną, a niektóre dopiero kwitnąć będą.
Tulipany 4
Po peknieciu banki
Nie bedzie mrozacych krew w zylach opowiesci o wyprowadzce na 30-to stopniowy mroz. W prawdziwie plotkarski sposob zdam jedynie relacje z sytuacji mojego bezposredniego otoczenia.
Jakis czas temu pisalam o Mojej Kolezance Pod Szescdziesiatke, o kredytach jej i jej meza, ktore dzieki wspanialemu rozwojowi jego firmz mieli splacic w ciagu najblizszych dwoch-trzech lat, a potem przejsc na mloda emeryture i zaczac wreszcie zyc i spedzac czas razem, poniewaz do tej pory on byl w wiecznych rozjazdach. W miedzyczasie banka spekulacyjna pekla, a z nia ich prywatna banka mydlana. Firma meza zbankrutowala i, poki co, jest bezrobotny i jest w domu. I jest w lekkiej depresji. Kredytow w najblizszym czasie nie splaca, na wyspy szczesliwe tez tak od razu sie nie przeniosa i jedyna pozytywna strona ich obecnej nieciekawej sytuacji finansowej jest fakt, ze nie musza placic alimentow jego bylej zonie. Alimentow w wysokosci mojej pensji dla zdrowej osoby, ktorej dzieci juz tez dawno sa dorosle (to skutek brania rozwodu w Kalifornii, bo tu kazdy stan ma inne uregulowania prawne.) Fakt zas, ze polowa ich planow na przyszlosc juz teraz sie urzeczywistnila, a mianowicie, ze wreszcie maja czas dla siebie nie wydaje sie byc tak latwy do zniesienia…
Moja kolezanka Ukrainka natomiast, w trzy lata po przeprowadzce do ojczyzny kapitalizmu zostala jedyna zywicielka rodziny zlozonej z niej i jej meza Hamerykanina. Nie mialo to bezposredniego zwiazku z banka – po prostu na poczatku zeszlego lata maz wzial urlop dwa razy dluzszy niz mu chcieli dac (10 dni zamiast 5), zeby pojechac w odwiedziny na Ukraine. No i po powrocie sie z nim pozegnali. Teraz robi jakies kursy handlowe, co nie jest chyba najlepszym pomyslem na znalezienie pracy w sytuacji, gdy handlowcy w wielkim doswiadczeniem i kontaktami znajduja sie na bruku (patrz historia opisana powyzej).
Gdy tak sobie w kontekscie powyzszych zmian obserwuje zachowanie naszego pracodawcy (firmy jako calosci, nie poszczegolnych ludzi), przypomina mi sie to, czego nauczylam sie juz w Polsce: ze najlepsza ochrona pracownika jest – brak kryzysu. Bo ten sam pracodawca zaczyna zachowywac sie zupelnie inaczej, gdy tylko zorientuje sie, ze nikt mu juz nie trzasnie drzwiami bez zastanowienia, bo za rogiem nie czeka piec innych miejsc pracy. Pewnie w nastepnej notce podepre te niezwykle odkrywcza mysl przykladem.
Policja i społeczeństwo
Zaufanie, jakim spora część Hamerykanów
darzy swoją policję, stanowi oczywisty kontrast z moją, ukształtowaną w innej
części świata i innych realiach, postawą, którą można zawrzeć w następującym
zdaniu: z władzą lepiej nie zadzierać, a jeszcze lepiej od niej z daleka.
Moja tutejsza znajoma znalazła kiedyś w
szafie na poddaszu smacznie sobie śpiącego nietoperza. Jak przystało na
dorodnego jankesa, ów „aniołek myszy” przypominał bardziej „aniołka szczura”.
Moja znajoma zadzwoniła więc po policję. Postawiony w obliczu wiszącego na
pięterku wyzwania muskularny stróż prawa bez namysłu wyciągnął z kabury
pistolet i wymierzył w złoczyńcę. Gospodyni podniosła wrzask: prosiłam, żeby go
stąd zabrać, nie zabijać! Pomijając już humanitarną stronę całej akcji,
wystrzelona wewnątrz takiego tutejszego, wybudowanego z dykty, domku, kula, przeszłaby
przez ścianę na wylot. Policjant obruszył się: „droga pani, my nie jesteśmy z
ochrony zwierząt!”
Dopiero jej mąż po powrocie do domu
pradził sobie z wiszącym głową w dół gościem: podstawił wiaderko, rąbnął kilka
razy kijem w drążek na którym gacek wisiał, ten wpadł do wiaderka, wiaderko zostało
nakryte pokrywką i wyniesione na swieże powietrze, gdzie delikwenta wypuszczono.
W jaki sposób zaś nietoperz w ogóle dostał się do szafy? Tego nie wie nikt.
W goszczącej mnie części Hameryki nie
ma wielkich opadów śniegu, ale w zimie drogi regularnie pokrywają się lodem.
Wjazd do garażu i wejście do domu znajomych
są dość strome (dom położony jest niżej niż ulica). Gdy widziałam się z nimi
ostanio, skarżyli się, że wszystkie mięśnie ich bolą, bo przez cały weekend
usuwali zaklejający cały podjazd koci żwirek. Dla osób nie mających doświadczeń
ze żwirkiem używanym w kocich ubikacjach: istnieją najrozmaitsze rodzaje tego
produktu, ale większość z nich ma tę właściwość, że w kontakcie z wilgocią natychmiast skleja się i tworzy grudy (żeby łatwiej je
było usuwać z kibelka). Niezbyt jasne dla mnie było, skąd tyle żwirku wzięło
się na ich podjeździe. To żeby się nie ślizgać. Zamast wysypywania soli na lód.
Przyznali, że nie był to najlepszy pomysł. A pochodził z tak dobrego źródła!
Kto poddał im tę myśl? Ano policja!
Żeby oddać rację policji – ktoś
wspomniał, że rekomendowała ona wożenie ze sobą worka żwirku w bagażniku na
wypadek utknięcia na lodzie gdzieś w drodze. Dlaczego zaś koci żwirek jest tu
łatwiej dostępny niż piasek do posypywania drogi, to już pozostaje tajemnicą
okolicy, w której mieszkam…