Kolory

Moja czarna koleżanka pamięta, jakie wrażenie zrobiło na niej, gdy będąc w Europie, po raz pierwszy w życiu postrzegana była przede wszystkim jako Hamerykanka, a dopiero potem jako Murzynka. W jej własnym kraju jest bowiem odwrotnie.
Natomiast gdy jej znajoma pojechała do Afryki, gdzie ma krewnych, cała wioska traktowała ją jak białą: no jak to? Z białego kraju przyjechała przecież!

Mała Wyspa II

Za restauracją jest niewielki, ale głęboki basen, w którym odbywają się pierwsze lekcje początkujących nurków. Basen i jego bezpośrednie otoczenie to jedyne miejsce na terenie hotelu, gdzie docierają promienie słoneczne. Reszta tonie w głębokim, tropikalnym cieniu.
Pierwszego dnia było mi dane usiąść pod pajęczyną, której autor(ka) rozmiarami swoimi znacznie przekraczała wszystkie te potwory mieszkające za słomianą matą w pokoju mojego dzieciństwa. Nie miała jednak owłosionych nóg, w związku z czym nie odbiegłam z krzykiem, tylko ze stoickim spokojem się jej przyjrzałam. Odkryłam z zainteresowaniem, że wszystkie jej stawy (32?) wcale nie są czarne, jak reszta ciała, lecz zielono-żółte. Miał(a) też jakieś pasujące plamki na korpusie.
Ale absolutnym hitem wyspy są kraby. Wyglądają jak zrobione z taniego odpustowego plastiku w różnych kolorach: wyblakłym żółtym, różowym, beżowym, a najwięcej jest niebieskich. Mają wyłupiaste oczy jak wizjery czołgu i bardzo szybko biegają, ale wyłącznie w bok. Idąc drogą widzi się na poboczu dziury trochę takie, jak robią nornice. Z dziur tych zaś łypią na nas żwawo ruszające się różnokolorowe oczy. Często cała armia siedzi na zewnątrz. Robi to trochę niesamowite wrażenie, gdy nagle wszyscy, bez wzglądu na kolor, zaczynają biec w bok, każdy do swojej dziury.
Po jakimś czasie człowiek przyzwyczaja się do huku mango. Wysnuliśmy przypuszczenie, że spadające te pociski są największym zagrożeniem dla odwiedzających wyspę. I że poza ubezpieczeniem dla nurków, należy też wykupić polisę od uszkodzenia przez spadające z wysokości drugiego piętra mango…
Zaliczyliśmy też trzęsienie ziemi, nawet nie takie słabe: 5,7. Dowiedzialiśmy się o nim jednak z drugiej ręki, bo akurat byliśmy pod wodą na rafie koralowej. Naoczni świadkowie znajdujący się na lądzie opowiadali, że najpierw z drzew posypały się wszystkie w miarę dojrzałe mango, potem słychać było dziwny, do niczego niepodobny odgłos, któremu towarzyszyło ogólne drżenie wszystkiego. Pokojówka, która akurat sprzątała pokój znajomej zamarła na tę chwilę stojąc w futrynie drzwi, a po chwili wszystko ucichło, jakby nigdy nie miało miejsca. Na rafie zaś widać kilka połamanych koralowców i głębokie rysy spowodowane silnym trzęsieniem, które miało miesce w zeszłym roku.

Mała wyspa I

W połowie czerwca przylecieliśmy na małą wyspę, w pobliżu większej wyspy u wybrzeża Hondurasu. Samolocik, który nas wiózł z kontynentu miał urok i rozmiary starego autobusu PKS-u. Leciał na tyle nisko, że piloci nie pozamykali okien, bo w upalne tropikalne południe dobrze jest mieć nawiew powietrza. Nawet, jeśli jego temperatura grubo przekracza 30 stopni Celsjusza. Z przypominającego boisko do gry w nogę w mojej starej podstawówce lotniska dotarliśmy do hotelu złożonego z drewnianych chatek ustawionych w bujnym zwrotnikowym ogrodzie, przypominajacym ujarzmioną dżunglę. Dżungla ta produkuje głęboki cień o każdej porze dnia, w związku z czym zawsze miło jest powisieć w hamaku na werandzie chatki. Czasem zdaje się człowiekowi, że wisi w łaźni parowej, ale słońce nie dopieka tam nigdy. Komarów jest bez liku, ale nie przenoszą podobno żółtej febry, a poza tym od czego "Off"? 

Na środku hotelowej dżungli znajduje się restauracja pod blaszanym dachem i bez ścian. Odświeżywszy się po przyjeździe usiedliśmy tam by, sącząc alkohol, poczekać na kolację. Siedzimy, rozmawiamy, a tu nagle: BUM!!!! Ktoś strzelił z pistoletu zaraz koło ucha. Jednocześnie nad stołami rozsnuł się dym wskazujący na użycie ślepaka. Nie zdążyliśmy jeszcze zdecydować, czy rzucić się na ziemię, czy też podnieść przezornie ręce do góry, gdy obfita bufetowa powiedziała spokojnie: – Aaaa, bo wy jesteście nowi, to nie wiecie: to mango spadają z drzewa na blaszany dach i robią taki huk. Przyzwyczaicie się i po kilku dniach nie będziecie tego zauważać.
No, a że właśnie rozpalano w piecu na pizzę, lekki wiatr zawiał dymem z wilgotnego drewna w naszą stronę…

Ernesto

Ernesto zawsze był niesłychanie towarzyski. Gdy tylko nadarzała się okazja,  wybiegał dobliższych lub dalszych sąsiadów, albo też odwiedzał Babette. Ernesto bardzo lubi Babette. Z czasem zaprzyjaźnił się z nią tak bardzo, że spędzał u niej więcej czasu niż u siebie w domu.

Poza tym lubił zwiedzać świat. Czasami wyprawiał się bardzo daleko – na własnych, krótkawych nogach docierał nawet do sąsiedniego hrabstwa. Anne szukała go na piechotę, szukała samochodem i w końcu znajdowała, ale z czasem stało się dla niej jasne, że są miejsca, gdzie Ernesto czuje się lepiej niż u niej. No a jednym z tych miejsc była, bez wątpienia, posiadłość Babette. Widząc, że na dłuższą metę próby zatrzymania Ernesto skazane są na niepowodzenie, dała mu odejść. Zgodnie z przypuszczeniami przeprowadził się on wtedy prosto do Babette.
Babette, będąc kobietą zamożną, posiada dom na Florydzie, gdzie spędza zimy. Ponieważ jest ona usportowioną zamożną kobietą, posiada też konia pod wierzch. Koń także spędza zimy na Florydzie. No a skoro Batette wiezie już koniowóz z koniem przez pół Stanów, nie robi większej różnicy, że i Ernesto się z nimi zabiera.
W ten oto sposób Ernesto, niczym Hamerykański emeryt, co roku gdy złota Hamerykańska jesień ma się ku końcowi, zwija manele i kieruje się na upalną Florydę. Nie byłoby w tym zresztą niczego dziwnego, gdyby nie fakt, że Ernesto jest… zwykłą domową świnią.
Przez pewien czas myślałam, że Anne i Babette są jedynymi ludźmi, którzy zamiast świnie jeść, trzymają je w zagrodach dla towarzystwa. Ostatnio jednak usłyszałam następującą historię: znajomy był na przyjęciu z okazji wyremontowania domu (coś w rodzaju parapetówy, znaczy). Goście z eleganckimi drinkami w dłoniach podziwiają właśnie wykafelkowaną kuchnię, a tu przez uchylone drzwi z ogrodu wchodzi świnia.
– Idź do siebie! – zawołał właściciel, a świnia posłusznie oddalila się w sobie tylko znanym kierunku. 

Jak wywalili mojego szefa i co z tego wynikło

Mój szef (teraz już były) słynął w całej organizacji z niesubordynacji. Miał jednego przełożonego – doprowadził go, w kolejności: do szału, rozpaczy, łez. Drugiego, który się jąkał, do takiego  wkurwu, że ten nie był w stanie wymówić ani jednego pełnego słowa. Trzecia z kolei osoba, płci żeńskiej, stwierdziła zapewne, że nie będzie ryzykować zawodowej katastrofy i pozbędzie się gorącego ziemniaczka przy pierwszej nadarzającej się okazji. I tak też zrobiła. Szef (teraz już były) musiał pozbierać zabawki i opuścić biuro w ciągu godziny.

Ponieważ urodził się on po to, żeby sprzedawać ludziom przedmioty, których potrzebują, lub o których na skutek jego perswazji myślą, że ich potrzebują, a nie po to, żeby siedzieć w biurze i udawać mądrzejszego niż jest, w ramach rozrywek weekendowych dorabiał sobie jako sprzedawca w sklepie meblowym. Wyszło mu to na dobre, nie spędził bowiem na zielonej trawce, na którą go posłano, ani chwili – od razu na drugi dzień po wylocie uzgodnił warunki współpracy z właścicielem przybytku kanap i foteli.

Na trzeci zaś dzień do sklepu przyszedł trudny klient. Tutaj podkreślić należy, że szefa mojego (teraz już byłego), jeżeli chce się użyć parlamentarnych eufemizmów, określić można starożytnym mianem "gorączki" lub "kawalera z mokrą głową". Starego. Kawalera. W porównaniu zaś z właścicielem przybytku meblowego, odznacza się on zimną krwią i wielkim opanowaniem. Trudny klient zaczął wybrzydzać, czepiać się, wreszcie i podnosić  głos (kto kiedykolwiek pracował z ludźmi, ten wie, jacy potrafią być upierdliwi). Musiał przy tym stanąć na odcisk właścicielowi ruchomości, bo ten też zaczął krzyczeć. Od słowa do słowa, awantura gotowa, nawet zaczęli się przepychać. Tutaj szef mój (teraz już były), stanął na wysokości zadania, zmitygował właściciela, który odwrócił się na pięcie i poszedł na zaplecze, uspokoił klienta i wszystko byłoby dobrze gdyby właściciel nie wrócił z kantorka z… pistoletem gazowym w ręce!!!

Dla niewtajemniczonych – pistolet gazowy na wygląd nie różni się właściwie od prawdziwego. Nic więc dziwnego, że klientka podniosła wrzask, a klient zadzwonił na policję. Radiowozy z całego hrabstwa (śmiesznie to brzmi, a chodzi o "county", mniej-więcej odpowiednik naszego powiatu) okrążyły sklep. W powietrzu zawisły dwa policyjne helikoptery. Wyprowadzono właściciela, mojego szefa (teraz już byłego), oraz pana sprzątającego sklep sznureczkiem w kajdankach do samochodu i na policję. Wszystko to zaś sfilmowała lokalna telewizjia i podała do wiadomości w czasie największej oglądalności.

Nieobliczalną załogę sklepu zwolnili po spisaniu zeznań, bo nic się nikomu nie stało. Tym niemniej mój szef (teraz już były), jak zobaczył akcję ze sklepu w wiadomościach, poczuł, że w ciągu trzech dni stracił dwie posady.

Rano poszedł jednak do sklepu, choćby po to, żeby pozbierać swoje rzeczy, a tu… klienci walą drzwiami i oknami! Wszyscy widzieli sklep w telewizji i teraz chcą zobaczyć, kto to też tu sprzedaje i co tu można kupić i w ogóle, przedtem nigdy nie zauważyli, że w tym miejscu jest sklep meblowy…

Przy pomocy policji i wiadomości lokalnych (oraz pistoletu gazowego) bohaterowie nasi zrobili sobie darmową reklamę o wartości wielu tysięcy dolarów! No czy ta Hameryka to nie jest kraj nieograniczonych możliwości?

Dalej o tulipanach. I nie tylko

Zimno było, dwa tygodnie temu widziałam nawet szybujące w powietrzu płatki śniegu, sezon tulipanowy uległ więc wydłużeniu. Ciągle jeszcze kwitną, a niektóre dopiero kwitnąć będą. 

Zaczarowany Ogród, o którym tutaj na początku bloga pisałam, organizuje różne seminaria, kursy i wykłady, a w tym roku proponuje także kilka spotkań pod nazwą: za kulisami. Pierwsze z tych spotkań, poświęcone wiosennym kwiatom, a szczególnie roślinom cebulkowym, odbyło się wczoraj. O ósmej rano – co za pora, zważywszy, że to sobota! – zanim Ogród otworzył swoje podwoje dla ogółu zwiedzających, zainteresowana grupka spotkała się z ogrodnikiem, który oprowadził nas po swojej części raju, mieniącej się kolorami setek tysięcy tulipanów. Oprócz wielu cennych informacji rzeczowych, ciekawe były opowieścio tym, co się nie udaje, udaje nie tak, jak planowano i jakie przeszkody przyroda ożywiona i nieożywiona stawia przed realizującymi marzenie o perfekcyjnych grządkach fachowcami. Nasz bohater ma trzydziestoletnią praktykę w zawodzie, z czego dwadzieścia lat przypada na Zaczarowany Ogród, będący jedną z najbardziej cenionych tego typu instytucji jeśli nie w całej Hameryce, to na pewno na Wschodnim Wybrzeżu . No a jak wiadomo, Hameryka wielkim krajem jest i miejsca pod ogrody ci na niej dostatek. Miło jest więc słyszeć od kogoś takiego, że: dwa lata temu posadziliśmi tyle to i tyle tysięcy  (tutaj nazwa łacińska cebulki), ale się nie udały  i wzeszło tylko pięć procent roślin (sic!) Zaraz się człowiek na swoich pięciu metrach ogródka uspokaja – jak im, z takim doświadczeniem, wiedzą i środkami, nie wszystko wychodzi, to i ja mogę sobie dać luz i próbować różnych rzeczy w spokoju, a nie pod presją sukcesu.
Innymi ciekawymi opowieściami były oczywiście te o doświadczeniach z praktykantami, jak to, być może chcąc wziąć odwet na goniącym ich do roboty szefie, powsadzali którejś jesieni część cebulek do góry nogami (względnie korzeniem) i dotknięta tą akcją część ogrodu wzeszła o dziesięć dni później niż cała reszta.
Albo jak zamówione cebulki przyszły źle opisane i na grządce zaprojektowanej jako tulipanowa kompozycja przechodząca łagodnie od jaśniutkiego różu do ciemnego, prawie czarnego fioletu, w samym środku zakwitła nagle frakcja w kolorze kogla-mogla…
Wróciłam naładowana pomysłami i pozytywną energią nakierowaną na rewolucyjne zmiany na grządce przed domem. No skoro oni każdej wiosny wykopują setki tysięcy cebulek i wsadzają na to miejsce rośliny kwitnące latem, każdej jesieni wykopują te właśnie i wsadzają mające kwitnąć kolejnej wiosny cebulki (i nie są to te same, które wykopali wiosną, tylko nowe, mające stworzyć inną od minionej kompozycję kolorów i kształtów), to i ja mogę zrobić małe zamieszanie. Powyrywałam kilka wiecznie zielonych krzaczków, które nie ja sadziłam i które dotknięte były jakimś czymś co powodowało żółknięcie listków i usychanie gałązek, wymyśliłam, że posadzę na to miejsce krzaki różane i zobaczymy, co mi z tego wyjdzie, puściłam mimo uszu uwagę Mojego, który zna się na programach komputerowych, ale nie na roślinach i który stwierdził, że te wszystkie róże muszą być w jednym kolorze, bo inaczej to nie będzie pasowało, a potem wzrok mój padł na też coś żółknącego ostatnio iglaka, po moim ostatnim przycinaniu (no bo usuwałam żółknące pędy) mierzącego nie więcej niż pół metra wysokości. No przecież on mi tu bardziej przeszkadza niż ozdabia. Jak go wywalę, to będzie miejsce na więcej lawendy, a to miejsce jest jak widać dobre pod lawendę, bo ta obok pięknie się rozrasta! No więc poszłam po łopatę. Podkopałam z wszystkich stron. Iglaczek nawet nie drgnął. Podkopałam bardziej. Nie dało się go ruszyć. Poszłam po kilof…
Jeśli ktoś myśli, że praca przy wyrębie tajgi syberyjskiej, albo karczowaniu dżungli amazońskiej jest lekkim zajęciem na świeżym powietrzu, to jest w błędzie. Iglak, aczkolwiek na powierzchni, dzięki mojemu regularnemu przycinaniu, nie duży, korzenie miał jak stąd do Rzymu. Co ja się tym kilofem namachałam! Jak górnik przodkowy! W ostatecznym rozrachunku odniosłam zwycięstwo, ale okupione było ono pracą, ciężką pracą drwala!!!

Tulipany 4

Jesienią zasadziłam przed domem cebulki tulipanów. Teraz tulipany pięknie wykiełkowały, rekordziści osiągnęli w zeszłym tygodniu 10 cm wzrostu. Ale w nocy z soboty na niedzielę sarny urządziły sobie imprezę pod naszymi drzwiami. Niepomne na fakt, że tulipany uchodzą w literaturze fachowej za rośliny przez nie omijane, zgoliły kilka pędów, kilka innych przeżuły, parę cebulek wygrzebały kopytkami i zagrały w bilard… A wszystko to 2-3 metry od drzwi wejściowych. Cóż, symbole Niederlandów nie są jak widać przed nimi bezpieczne.
Najpierw trafił mnie szlag, potem pojechałam do sklepu i nabyłam płyn, którym spryskuje się rośliny, żeby stały się dla kopytnych nieatrakcyjne. Sprzedawca przysięgał, że działa, sam zlewa nim ogródek.
Już o tym wspominałam – te sarny to takie trochę sarny, a trochę jelenie. Większe od europejskich saren i bardziej szaro-bure. A jest ci ich tutaj dostatek, bo wilków nie stało i jedynym ich wrogiem naturalnym jest teraz samochód. Mówię z doświadczenia.

Po peknieciu banki

Nie bedzie mrozacych krew w zylach opowiesci o wyprowadzce na 30-to stopniowy mroz. W prawdziwie plotkarski sposob zdam jedynie relacje z sytuacji mojego bezposredniego otoczenia.

Jakis czas temu pisalam o Mojej Kolezance Pod Szescdziesiatke, o kredytach jej i jej meza, ktore dzieki wspanialemu rozwojowi jego firmz mieli splacic w ciagu najblizszych dwoch-trzech lat, a potem przejsc na mloda emeryture i zaczac wreszcie zyc i spedzac czas razem, poniewaz do tej pory on byl w wiecznych rozjazdach. W miedzyczasie banka spekulacyjna pekla, a z nia ich prywatna banka mydlana. Firma meza zbankrutowala i, poki co, jest bezrobotny i jest w domu. I jest w lekkiej depresji. Kredytow w najblizszym czasie nie splaca, na wyspy szczesliwe tez tak od razu sie nie przeniosa i jedyna pozytywna strona ich obecnej nieciekawej sytuacji finansowej jest fakt, ze nie musza placic alimentow jego bylej zonie. Alimentow w wysokosci mojej pensji dla zdrowej osoby, ktorej dzieci juz tez dawno sa dorosle (to skutek brania rozwodu w Kalifornii, bo tu kazdy stan ma inne uregulowania prawne.) Fakt zas, ze polowa ich planow na przyszlosc juz teraz sie urzeczywistnila, a mianowicie, ze wreszcie maja czas dla siebie nie wydaje sie byc tak latwy do zniesienia…

Moja kolezanka Ukrainka natomiast, w trzy lata po przeprowadzce do ojczyzny kapitalizmu zostala jedyna zywicielka rodziny zlozonej z niej i jej meza Hamerykanina. Nie mialo to bezposredniego zwiazku z banka – po prostu na poczatku zeszlego lata maz wzial urlop dwa razy dluzszy niz mu chcieli dac (10 dni zamiast 5), zeby pojechac w odwiedziny na Ukraine. No i po powrocie sie z nim pozegnali. Teraz robi jakies kursy handlowe, co nie jest chyba najlepszym pomyslem na znalezienie pracy w sytuacji, gdy handlowcy w wielkim doswiadczeniem i kontaktami znajduja sie na bruku (patrz historia opisana powyzej).

Gdy tak sobie w kontekscie powyzszych zmian obserwuje zachowanie naszego pracodawcy (firmy jako calosci, nie poszczegolnych ludzi), przypomina mi sie to, czego nauczylam sie juz w Polsce: ze najlepsza ochrona pracownika jest – brak kryzysu. Bo ten sam pracodawca zaczyna zachowywac sie zupelnie inaczej, gdy tylko zorientuje sie, ze nikt mu juz nie trzasnie drzwiami bez zastanowienia, bo za rogiem nie czeka piec innych miejsc pracy. Pewnie w nastepnej notce podepre te niezwykle odkrywcza mysl przykladem.

Policja i społeczeństwo

Zaufanie, jakim spora część Hamerykanów
darzy swoją policję, stanowi oczywisty kontrast z moją, ukształtowaną w innej
części świata i innych realiach, postawą, którą można zawrzeć w następującym
zdaniu: z władzą lepiej nie zadzierać, a jeszcze lepiej od niej z daleka.

Moja tutejsza znajoma znalazła kiedyś w
szafie na poddaszu smacznie sobie śpiącego nietoperza. Jak przystało na
dorodnego jankesa, ów „aniołek myszy” przypominał bardziej „aniołka szczura”.
Moja znajoma zadzwoniła więc po policję. Postawiony w obliczu wiszącego na
pięterku wyzwania muskularny stróż prawa bez namysłu wyciągnął z kabury
pistolet i wymierzył w złoczyńcę. Gospodyni podniosła wrzask: prosiłam, żeby go
stąd zabrać, nie zabijać! Pomijając już humanitarną stronę całej akcji,
wystrzelona wewnątrz takiego tutejszego, wybudowanego z dykty, domku, kula, przeszłaby
przez ścianę na wylot. Policjant obruszył się: „droga pani, my nie jesteśmy z
ochrony zwierząt!”

Dopiero jej mąż po powrocie do domu
pradził sobie z wiszącym głową w dół gościem: podstawił wiaderko, rąbnął kilka
razy kijem w drążek na którym gacek wisiał, ten wpadł do wiaderka, wiaderko zostało
nakryte pokrywką i wyniesione na swieże powietrze, gdzie delikwenta wypuszczono.
W jaki sposób zaś nietoperz w ogóle dostał się do szafy? Tego nie wie nikt.

W goszczącej mnie części Hameryki nie
ma wielkich opadów śniegu, ale w zimie drogi regularnie pokrywają się lodem.
Wjazd do garażu i wejście do  domu znajomych
są dość strome (dom położony jest niżej niż ulica). Gdy widziałam się z nimi
ostanio, skarżyli się, że wszystkie mięśnie ich bolą, bo przez cały weekend
usuwali zaklejający cały podjazd koci żwirek. Dla osób nie mających doświadczeń
ze żwirkiem używanym w kocich ubikacjach: istnieją najrozmaitsze rodzaje tego
produktu, ale większość z nich ma tę właściwość, że w kontakcie z wilgocią natychmiast skleja się i tworzy grudy  (żeby łatwiej je
było usuwać z kibelka). Niezbyt jasne dla mnie było, skąd tyle żwirku wzięło
się na ich podjeździe. To żeby się nie ślizgać. Zamast wysypywania soli na lód.
Przyznali, że nie był to najlepszy pomysł. A pochodził z tak dobrego źródła!
Kto poddał im tę myśl? Ano policja!

Żeby oddać rację policji – ktoś
wspomniał, że rekomendowała ona wożenie ze sobą worka żwirku w bagażniku na
wypadek utknięcia na lodzie gdzieś w drodze. Dlaczego zaś koci żwirek jest tu
łatwiej dostępny niż piasek do posypywania drogi, to już pozostaje tajemnicą
okolicy, w której mieszkam…

Sukces polskiego serialu

Wśród serialowych hitów mojej wczesnej młodości, jakie zażyczyłam sobie w tym roku pod choinkę (Eumol, no jakby to brzmiało: "pod drzewko"???) znaleźli się "Czeterej Pancerni i Pies". Nie liczyłam na to, że na płytach będą jakiekolwiek obcojęzyczne napisy, mile byłam więc zaskoczona, gdy okazało się, że owszem, są napisy: angielskie, niemieckie, rosyjskie oraz… węgierskie! Po powrocie z Kraju oznajmiłam więc Mojemu (który jest Niemcem, no tak, w tym kontekście to ważne, jest Niemcem Zachodnim:-), że jest taki, przesycony komunistyczną ideologią kultowy serial wojenny z lat sześćdziesiątych i czy chce, czy nie, będzie musiał przynajmniej pierwszy odcinek ze mną zobaczyć. Potem może zadecydować, czy chce oglądać dalej, czy mam mu dać spokój. Ponieważ Mój, jak większość facetów, nade wszystko ceni sobie bierne gapienie się w jakikolwiek ekran, zwerbowanie go nie nastręczało szczególnych trudności. Po obejrzeniu kilku odcinków został zadeklarowanym fanem Szarika, a wyjeżdżając ostatnio w podróż służbową zastrzegł sobie, że mam kojenych odcinków bez niego nie oglądać.
Gdy jednak kiedyś określiłam produkcję ową jako serial dla dzieci, zaprotestował gwałtownie: no to zdecydowanie nie jest do oglądania dla dzieci! Cóż, o ile pamiętam, "Czterej Pancerni" pokazywani byli zawsze w Telerankach i innych Sobótkach, no ale w pierwszej chwili zgodziłam się z nim, że faktycznie być może był to bardziej serial dla młodzieży niż dzieci. Gdy jednak chwilę się zastanowiłam, przypomniałam sobie dokładnie, że gdy pierwszy raz oglądałam rzeczoną epopeję, miałam nie więcej niż osiem lat. Wszyscy w mojej klasie ją wtedy oglądali!
Strasznie militarnie was wychowywano! W gruncie rzeczy powinienem być zadowolony, że mnie jeszcze nie zastrzeliłaś! A po chwili dodał: no ale nie mów hop, póki nie przeskoczysz…