Na Ojczyzny łonie miło mi było. Przez dwa tygodnie zjadłam około 20 litrów barszczu i dopiero pod koniec pobytu przerzuciłam się na żurek. Ponadto pochłaniałam wszystkie inne przyciężkawe artykuły spożywcze w ilościach ogromnych, żeby odbic sobie za nie wiem już ile lat niebywania TAM w zimie. Krewni i Znajomi Królika stanęli na wysokości zadania i, korzystając z tej urzędowej drogi, oficjalnie wszystkim obwieszczam, że nie, nie wyszłam od Was głodna i wszystko niesłychanie mi smakowało!!!
Byłam daleko, ale już wróciłam I
Byłam daleko, ale już wróciłam. Na dłuższą metę, to jednak tylko teleportacja rozwiąże moją sytuację. Myślę zresztą, że dane nam będzie korzystać z tego udogodnienia prędzej, niż się w tej chwili ktokolwiek spodziewa. Wystarczy przypomnieć, jaką nowością był w połowie lat dziewięćdziesiątych Internet, i że tylko wyjątkowo technicznie zaawansowane jednostki posługiwały się e-mailem. Zresztą co tam – zwykła rozmowa telefoniczna pomiędzy goszczącą mnie w owym czasie Republiką Federalną, a świeżo odrodzoną Rzeczpospolitą, dochodziła do skutku, albo też i nie, zależnie od tego, czy kierunkowy był wolny. A dzisiaj rozmawiam sobie godzinami z Rodziną (moją, nie Radia Maryja) przez Skypa za frajer. I jeszcze ich widzę na ekranie komputera! Tak więc ja naprawdę wierzę w rychłe nadejście ery teleportacji i nikt tej wiary mi nie odbierze, jak jej nie odebrał urodzonej w Karłowicach na Morawach Annie Czilak, co to wierzyła w maść na porost włosów i po jej użyciu zaczęła porastać. Porastać. Porastać. Tak i ja zacznę się teleportować.
Auto u mechanika
Moje auto zaczęło wydawać dziwne odgłosy. Co prawda byłam jedyną osobą. która je słyszała, tym niemniej byłam przekonana, że silnik Ambrożego od kilku dni dźwięczy inaczej. No a że tak czy inaczej przyszła pora przeglądu, zadzwoniłam do moich mechaników, żeby się umówić na wizytę. To od nich kilka lat temu, 4-tego lipca (który jest tutejszym 3-cim maja – świętem konstytucji) kupiłam Ambrożego i zawsze do nich jeżdżę, gdy musi on iść do doktora. Zmotoryzowana część czytelników wie, że dobry mechanik samochodowy jest na wagę złota. Znalezienie takowego stanowi podobne wyzwanie, co znalezienie dobrego kostiumu kąpielowego.
A nie mówiłam?
Klient Na Całe Życie
Wielka sprawa
Bank ma!
– Ale skąd na to weźmiesz? Przecież nie masz tyle pieniędzy!
– Ja nie mam, ale bank ma!
Praktyczną tę zasadę, umożliwiającą zakup mieszkań, samochodów, budowę domów, powstawanie i funkcjonowanie firm, Hamerykanie doprowadzili do osteczności.
Weźmy taką moją koleżankę pod sześćdziesiątkę. Wedle jej własnych słów czeka ją praca do osiemdziesiątki. Oprócz wielkiego domu z basenem, nowego Volvo i nieco starszego mini-vana, dwóch córek po studiach, z których jednej wyprawiła huczne wesele 3 lata temu, przemiłego drugiego męża, który płaci wysokie alimenty swojej byłej żone, marzeniu o przejściu na emeryturę, posiada ona bowiem również ponad sto tysięcy dolarów osobistego kredytu do spłacenia. To jej prywatny kredyt, zaciągnięty na utrzymanie córek gdy były na studiach, huczne wesele jednej z nich i wspomniane Volvo. Ponieważ jest osobą ambitną, chce go spłacić bez pomocy drugiego męża (córki są z pierwszego małżeństwa a Volvo jest do jej wyłącznego użytku). Razem z nim ma bowiem inny kredyt, zaciągnięty na rozbudowę dużego domu w wielki dom, basen i co ja tam wiem jeszcze co.
Inna moja koleżanka, w okolicach trzydziestki, w ogóle nie ma teraz konta bankowego. Powód jest taki, że zdążyła już pozaciągać tyle długów, że gdy tylko otworzyłaby jakieś konto i przelała na nie pieniądze z wypłaty, zostałyby one natychmiast skonfiskowane.
Siostrzenica Bardzo Bogatej Kobiety zaś, całe swoje (niemałe) przychody wydaje na obsługę długu na karcie kredytowej. Ponieważ płaci te złodziejskie odsetki regularnie, może dalej korzystać z karty, co skwapliwie robi, co miesiąc powiększając monstrualny dług.
Jak się tak człowiek porozgląda dookoła, to dziwne się wydaje, że ten kryzys przyszedł tu dopiero teraz…
Z Meksyku 5
Rumcajs porzucił Stumilowy Las i przeprowadził się na Riwierę Majów. Zrobił licencję kapitana łodzi i pracuje u Naczelnego Nurka. Kapelusz ma nie czerwony, tylko khaki i zakłada go tylko, gdy deszcz leje na morzu, ale wtedy jedno spojrzenie wystarcza, by się przekonać – to Rumcajs we własnej osobie. Nie trudzi się już, co prawda zawodowo rozbojem, ale co jakiś czas stare przyzwyczajenia się w nim odzywają. Szczególnie niebiezpieczne są momenty, gdy dostanie za dużo pieniędzy na raz. Idzie wtedy do portu i ze zbójecją fantazją stawia każdemu, kogo spotka. Oczywiście forsa kończy się w trzy sekundy i Rumcajs musi chodzić na pożyczki, żeby go żona z domu nie wyrzuciła. Sytuacji nie ułatwia fakt, że w pijanym widzie wdaje się w bójki i Naczelny Nurek musi go potem wykupywać z więzienia.
Jeden z jego pięciu czy sześciu braci bardzo chciałby pracować u Naczelnego Nurka. Ilekroć Rumcajs zapije i nie przyjdzie do roboty, brat zjawia się raniutko na zastępstwo. Naczelny Nurek zwalniał Rumcajsa już kilka razy. Kiedyś przyjął na jego miejsce brata. W odpowiedzi na tę nieprzemyślaną decyzję kadrową Rumcajs sprał brata tak, że ten zrezygnował z posady. Teraz namawia Nurka, żeby, kiedy znowu nadejdzie czas na wyrzucenie Rumcajsa, przyjał na krótko kogoś innego, szybko go zwolnił i wtedy przyjął jego. Liczy, że manewr ten powstrzyma Rumcajsa od dalszych rękoczynów.
Z Meksyku 4
Czym różni się kraj Trzeciego Świata od przodującego kraju krwiożerczego kapitalizmu? Na przykład rachunkami za prąd.
Przez pewien czas wynajmowaliśmy hamerykańskie mieszkanie w dość dużym budynku. Ponieważ, w odróżnieniu od 99 procent Hamerykanów nie używamy w domu klimatyzacji, bardzo nas dziwiło, że rachunki za energię płacimy latem wyższe niż mroźną zimą. Kiedy doszło do tego, że firma energetyczna podsumowała nas bardzo wysoko za letni miesiąc, który spędziliśmy w Europie, wyświetliliśmy wreszcie, jak cwaniaki naliczają prąd: koszt zużytej przez cały budynek energii dzielą równo przez ilość mieszkań. W ten sposób sponsorowaliśmy wyjącą koło naszego balkonu klimatyzację sąsiada z poddasza. Ponieważ nie mieliśmy dostępu do liczników, a miła pani w dziale obsługi klienta obstawała przy tym, że doskonale widzi w swoim komputerze, iż w minioną sobotę zużycie prądu u nas było wyjątkowo duże (w weekend ów nie było nas w ogóle w domu), nie pozostawało nic innego, jak przestać płacić i kazać im zrobić wewnętrzne dochodzenie. Niestety Mój, gdy nie było żadnych wyników owej kontroli, a rachunki zaczęły zalegać, złamał się i ze strachu, że nas Wujek Sam odłaczy kompletnie, owe zawyżone rachunki popłacił (nie przyznał mi się zresztą do tego od razu. Ciekawe, dlaczego?)
Nasi mieszkający w Meksyku hamerykańscy znajomi przeprowadzili się ostatnio do większego domu. Wszystko już zostało przerejestrowane, czekają jeszcze tylko, aż zamontowane zostaną liczniki na prąd. Czekają już czwarty miesiąc. Co jakiś czas sprawie nadany zostaje kolejny urzędowo-energetyczny numer i fachowcy mają przyjść w określonym terminie. Następnie termin mija, a fachowców ani śladu. Procedura nadawania sprawie numeru i umawiania fachowców zaczyna się od nowa, fachowcy znowu się nie zjawiają, czas mija, a nasi znajomi nie płacą za prąd ani peso. Bardzo ich to denerwuje, nie mogą zrozumieć, że zakład energetyczny nie jest zainteresowany ściąganiem należności. Zakład energetyczny nie ściąga zresztą należności od większej ilości odbiorców. Na przykład właściciel knajpy z najlepszą na Półwyspie paellą, znając kogoś odpowiedniego w energetyce zapobiegł zamontowaniu licznika zaraz na początku i teraz światło, roztańczone wentylatory i kuchnia działają już trzeci rok za friko…
Z Meksyku 3
Wieczorem znalazłam w łazience chrząszcza imponujących rozmiarów. Poszłam po gazetę, żeby go wytransportować za okno. Wprawnym ruchem podsunęłam mu pod czułki papier ratunku. Jak nie wyparzył! Zamiast wejść rozważnie na gazetę pogalopował zygzakiem w przeciwną stronę rozwijając prędkość światła. O ty!!! Takiś ty!!! No to trzeba się będzie ciebie pozbyć inaczej…
Poszłam po buta. Przyszłam z butem. Mimo, że taki był ogromny, wcale nie łatwo było go trafić, tak się, skubany, uwijał. Biegał jak szalony i bałam się, że mi wbiegnie na bose stopy.
Poszłam po klapki. Przyszłam w klapkach i z dwoma butami w rękach. Waliłam w podłogę, aż drżały solidne meksykańskie ściany. Udało się go w końcu przygwoździć, jednak dopiero, gdy wbiegł pod zwinięty dywanik. Zrobiłam z niego marmoladę!!!
A gdy emocje opadły pomyślałam, że gdyby był trzy razy mniejszy i czarny, a nie jasno-beżowy, to od razu wiedziałabym, z kim mam do czynienia i nie wygłupiała się z próbą wypraszania go za okno…
To był, proszę Państwa, karaluch wielkości chomika.