Byłam daleko, ale już wróciłam II

Na Ojczyzny łonie miło mi było. Przez dwa tygodnie zjadłam około 20 litrów barszczu i dopiero pod koniec pobytu przerzuciłam się na żurek. Ponadto pochłaniałam wszystkie inne przyciężkawe artykuły spożywcze w ilościach ogromnych, żeby odbic sobie za nie wiem już ile lat niebywania TAM w zimie. Krewni i Znajomi Królika stanęli na wysokości zadania i, korzystając z tej urzędowej drogi, oficjalnie wszystkim obwieszczam, że nie, nie wyszłam od Was głodna i wszystko niesłychanie mi smakowało!!!

Cóż, Ojczyzna ma w zimie niebywały wprost urok. Nawet przy tych  minus 15 Celsjusza, jakimi dane mi się było rozkoszować. Pod warunkiem, że nie pojedziemy na przeszywające nas orzeźwiającym zefirkiem prosto z Syberii równiny Mazowsza, lecz rozsądnie zatrzymamy się w jednym lub drugim Mieście Królewskim, które od zimnych wiatrów, tudzież co bardziej porywczych wiatrów historii, odpowiednio są osłonięte. 
Jadąc z mniejszego do większego Miasta Królewskiego zbudowaną za c.k. czasów trasą kolejową i słuchając niepowtarzalnej melodii rozmów tutejszego ludu, po raz kolejny utwierdzilam się w przekonaniu, że miejsce, z którego pochodzę, to może i Jeszcze Polska, ale chyba już Górne Węgry.
W dużym Królewskim otoczył mnie inny akcent i dane mi było odnowić kontakt z europejską kinematografią za pomocą jednego filmu polskiego, jednego czeskiego i jednego niemiecko-polskiego. Otulające nas grubym płaszczem zimy wieczory, spędzałam zaś na piciu alkoholu i (biernym) paleniu papierosów w, ach jakże bliskich sercu, a rodowymi maszynami do szycia, lub też ukrytymi w szafach do następnych pomieszczeń przejściami, zdobionych miejscach. 
Wracając zaś spacerem pod niebem pełnym gwiazd i wietrząc płuca z dymu tytoniowego rześkim powietrzem przetykanym igiełkami mrozu, po raz kolejny doszłam do wniosku, że cywilizowany człowiek nie powinien mieszkać w większej odległości od gospody, niż jest ją w stanie pokonać na własnych chwiejnych nogach. Nie bez znaczenia jest tu też infrastruktura, albowiem co przyszłoby nam z gospody mieszczącej się w pobliżu, gdy po drodze chodnika nie ma i nawet absolutnie trzeźwi spacerowicze narażeni są na natychmiastową śmierć przez przejechanie!

Byłam daleko, ale już wróciłam I

Byłam daleko, ale już wróciłam. Na dłuższą metę, to jednak tylko teleportacja rozwiąże moją sytuację. Myślę zresztą, że dane nam będzie korzystać z tego udogodnienia prędzej, niż się w tej chwili ktokolwiek spodziewa. Wystarczy przypomnieć, jaką nowością był w połowie lat dziewięćdziesiątych Internet, i że tylko wyjątkowo technicznie zaawansowane jednostki posługiwały się e-mailem. Zresztą co tam – zwykła rozmowa telefoniczna pomiędzy goszczącą mnie w owym czasie Republiką Federalną, a świeżo odrodzoną Rzeczpospolitą, dochodziła do skutku, albo też i nie, zależnie od tego, czy kierunkowy był wolny. A dzisiaj rozmawiam sobie godzinami z Rodziną (moją, nie Radia Maryja) przez Skypa za frajer. I jeszcze ich widzę na ekranie komputera! Tak więc ja naprawdę wierzę w rychłe nadejście ery teleportacji i nikt tej wiary mi nie odbierze, jak jej nie odebrał urodzonej w Karłowicach na Morawach Annie Czilak, co to wierzyła w maść na porost włosów i po jej użyciu zaczęła porastać. Porastać. Porastać. Tak i ja zacznę się teleportować. 

Oczywiście początki będą trudne i kosztowne, podobnie jak to miało miejsce w przypadku wszystkich innych zdobyczy techniki, ale technologia ta wkrótce się spopularyzuje i będzie sobie można wyskoczyć na weekend, nie tracąc cennego czasu, zdrowia i nerwów na lotniskach i w samolotach.  
Skutek uboczny nie do zlekceważenia: Al-Kaida będzie musiała poszukać sobie innych celów.

Auto u mechanika

Moje auto zaczęło wydawać dziwne odgłosy. Co prawda byłam jedyną osobą. która je słyszała, tym niemniej byłam przekonana, że silnik Ambrożego od kilku dni dźwięczy inaczej. No a że tak czy inaczej przyszła pora przeglądu, zadzwoniłam do moich mechaników, żeby się umówić na wizytę. To od nich kilka lat temu, 4-tego lipca (który jest tutejszym 3-cim maja – świętem konstytucji) kupiłam Ambrożego i zawsze do nich jeżdżę, gdy musi on iść do doktora. Zmotoryzowana część czytelników wie, że dobry mechanik samochodowy jest na wagę złota. Znalezienie takowego stanowi podobne wyzwanie, co znalezienie dobrego kostiumu kąpielowego. 

Moi mechanicy są braćmi, a treścią ich życia jest grzebanie we wnętrznościach samochodów europejskich, głównie Volvo. Do zaglądania od maskę takiego np. z całym szacunkiem Forda w ogóle się nie zniżają. Mają biblijne imiona, egzotyczne nazwisko i akcent, którego przez kilka lat nie byłam w stanie zaklasyfikować. Ponieważ jasne jest, że mieszkają w kraju mnie goszczącym od połowy wieczności, głupio mi było ich pytać, skąd pochodzą. Tym niemniej za każdym razem zachodziliśmy z Moim w głowę, skąd oni się wzięli. W tym miejscu nadmienić należy, że bycie świetnymi fachowcami nie jest jedyną cechą wyróżniającą ich z ogółu ludzkości. Są niezwykle towarzyscy i uwielbiają rozprawiać, głównie o samochodach, ale w miarę jak znajomość się rozwija, repertuar ich kwiecistych wypowiedzi znacznie się poszerza.
Jakieś dwa lata temu jeden z nich zniknął, ku utrapieniu drugiego, ktory został sam z całą robotą. Dowiedzieliśmy się najpierw, że ten pierwszy pojechał za ocean i ma kłopoty z powrotem. Ponieważ i nam dane było przeżyć swego czasu mrożące krew w żyłach historie w urzędzie imigracyjnym przy przekraczaniu granicy tego raju na ziemi, jakim niektórym zdaje się być USA, pokiwalićmy tylko ze zrozumieniem głowami i w myśl zasady: mniej wiesz – mniej zeznasz, lub też, jak cytując starożytnych Rosjan mówi moja koleżanka Ukrainka – znajesz miensze, żywiosz łuczsze, nie zadawaliśmy więcej pytań.
Okazuje się jednak, że cierpliwość popłaca. W jakiś czas później bracia sami powiedzieli nam, skąd pochodzą. Mało to, zostało nam dane wysłuchać opowieści młodszego o owej nie całkiem dobrowolnie przedłużonej wizycie w domu – w Syrii. 
Otóż problem polegał na tym, że dobrych dwadzieścia parę lat temu wyfrunął on do Stanów nie odsłużywszy w ojczyźnie wojska. Dlatego też, jak już raz po tylu latach wreszcie się zjawił, służby nie chciały go wypuścić, zanim nie odsłuży zaległości. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że dowiedział się on o tym wymaganiu, gdy stał z bagażem na lotnisku w drodze powrotnej do Hameryki. Szwagier, który był go na to lotnisko odwiózł, wielce się zdziwił, gdy ten zadzwonił do niego po kilku godzinach z prośbą o odebranie z lotniska… Sprawa nabrała biegu urzędowego. Kilka kolejnych tygodni znajomy nasz spędził na szlifowaniu posadzek rozmaitych urzędów i wypełnianiu milionów formularzy. W końcu sprawa przybrała pomyślny obrót i wydano mu zezwolenie na (wielokrotne) przekraczanie granicy. Nie musiał on w zamian za to jechać na poligon. Wystarczyło, że uiścił urzędową opłatę w wysokości… 5 (pięciu!) tysięcy dolarów.
No ale wróćmy do mojego auta – w sobotę pojechałam żeby je odebrać i odebrałam – czołobitność! Powiedziano mi mianowicie, że z samochodem faktycznie coś było nie tak, ale że 80 procent mechaników by tego nie wyłapało. Nie mówiąc już o zwykłych kierowcach. A ja to usłyszałam! Mój usiłował nie pokazać po sobie, jak zżera go zazdrość z powodu mojego unikalnego talentu słyszenia delikatnych skarg silników benzynowych, a ja sobie myślę, że nawet jeśli wypowiedź ta była bliskowschodnią przesadą w stylu: chód tych wielbłądów jest tak miękki, że można położyć na ich garbach garść durry, a żadne ziarnko nie spadnie (cytuję z pamięci, więc niedokładnie, czy ktoś pamięta z czego to jest?), to i tak jestem zadowolona, że wyczaiłam problem i mi auto naprawili.

A nie mówiłam?

Gdy Moja Koleżanka Pod Sześćdziesiątkę zaczęła u nas ponad rok temu pracować, skarżyła się, że jej obecny mąż więcej czasu spędza w podróżach służbowych, niż w domu i ona nie może się już doczekać, kiedy oboje przejdą na emeryturę i zaczną wreszcie żyć dla siebie i spędzać razem więcej czasu. W międzyczasie przyszedł Kryzys (bo Ramzes umarł – no, kto pamięta, z czego to?) i okazało się, że po pierwsze oboje muszą jeszcze znacznie dłużej popracować, zanim będą mogli przejść na wyśnioną emeryturę, a po drugie sytuacja w firmie jej męża zmieniła się i teraz nie wysyłają go już  w niekończące się podróże dookoła świata, tylko każą kontaktować się z klientami i Centralą za pomocą telefonu i internetu. Za miejsce pracy służyć zaś ma mu własny dom.
Konsekwencją załamania się gospodarki światowej jest więc to, że Moja Koleżanka Pod Sześćdziesiątkę ma teraz męża cały czas w domu. Spełnienie marzenia, jakby nie było. No i co? No i wychodzi na moje. Bo jak mi rok temu opowiadała, że czuje się samotna, to jej powiedziałam, żeby uważała z tymi planami emeryckimi, bo jak tak nagle, po latach takiej niepodległości zostaną skazani na swoje towarzystwo, to jeszcze różnie to może być. No i co? No i nie trzeba było długo czekać, żeby zeznała, że ta ciągła obecność jej, ukochanego skądinąd, męża, cokolwiek jest męcząca. Ponadto on, będąc człowiekiem uczynnym, skoro już spędza w domu tyle czasu, to chce być przydatny. Skutkiem czego, między innymi, bielizna Mojej Koleżanki Pod Sześćdziesiątkę przestała być biała, a zrobiła się szara. Chyba ktoś wyprał ją razem z ciemnymi rzeczami… A kilka jej ulubionych swetrów może teraz poczekać, aż wnuczka trochę podrośnie, bo skurczyły się do rozmiarów dziecięcych w gorącej suszarce… Rolkę tapety zaś, którą Moja Koleżanka Pod Sześćdziesiątkę właśnie zamierzała użyć do oblepienia obdartej ściany w kuchni po długich poszukiwaniach udało się zanaleźć w koszu na śmieci…
Trzeba w życiu cholernie uważać, bo nasze gorące życzenia mogą się czasami spełniać!

Klient Na Całe Życie

Mój szef ma na karku firmę windykacyjną. Nie, nie ma to nic wspólnego z moją pracą. To jego prywatny "dług". 
Otóż kilka lat temu zapisał się był (od kiedy umarł Jerzy Waldorff nikt już nie pielęgnuje tradycji i nie używa czasu zaprzeszłego w języku polskim i dlatego, Drogie Dzieci, forma ta wydaje się Wam taka dziwna) na siłownię. Podpisano z nim umowę na preferencyjnych warunkach jako z Klientem Na Całe Życie. Miesięczną opłatę pobierano automatycznie z karty kredytowej. Niecałe dwa lata temu Szef przeprowadził się do innego miasteczka i po roku nieodwiedzania owej siłowni (i automatycznego uiszczania opłat) stwierdził, że to nie ma sensu, bo jak do tej pory się tam nie wybrał, to już się nie wybierze, że to jednak za daleko, trzeba się wypisać. Zadzwonił tam, powiedział jak jest i żeby od przyszłego miesiąca nie sciągali już opłat. A tu nie tak łatwo. Nie kazali mu się, co prawda, stawić co Rzymu, a jedynie przysłać odpowiednie pismo i obiecali, że po upływie sześciu miesięcy od wpłynięcia owego pisma (!!!)  siłownia uzna jego rezygnację i przestanie pobierać opłatę… Szef, jaki jest porywczy, tak od razu stwierdził, że chyba sobie z niego jaja robią i zablokował sciąganie opłat z karty kredytowej przez rzeczoną instytucję od pierwszego kolejnego miesiąca. 
Najpierw była cisza, potem ktoś do niego zadzwonił, tłumacząc, że pismo i sześciomiesięczna kwarantanna wymagana jest do zerwania owej preferencyjnej umowy zawartej z nim jako z Klientem Na Całe Życie, Szef niedelikatnie powiedział im, co myśli o tej kwarantannie, a teraz dostał brzydki list od firmy windykacyjnej, która ściga go za niezapłacone w ciągu sześciu miesięcy od pierwszej rozmowy telefonicznej z siłownią opłaty.
Jest taki reżyser, Krauze sie nazywa…

Wielka sprawa

Starzy ludzie w Wielkim Hamerykańskim Mieście pamiętają czasy, kiedy to istniały tu restauracje, do których części ludności wstęp był wzbroniony, na podstawie koloru skóry. 
Dotyczyło to nie tylko restauracji.
Barbarzyńskie przepisy zostały zniesione, zaprowadzono nowe, mające na celu wyrównać, a nierzadko w ogóle dać, sporej części społeczeństwa życiowe szanse.
Prawo można zmienić, nie ma w nim już segregacji. Proszę jednak przejechać przez Wielkie Hamerykańskie Miasto! Dzielnice białe. Dzielnice czarne. Dzielnice latynoskie. 
Hameryka gości mnie już od pięciu lat. Z racji pracy mam kontakt z wieloma różnymi ludźmi. Spotkałam tu przez ten czas tylko dwa (dwa!) biało-czarne małżeństwa. W każdym z nich jedna z osób pochodzi spoza Stanów Zjednoczonych. Większość moich hamerykańskich znajomych nie zna ani jednej biało-czarnej pary.
Taki między innymi jest kontekst wtorkowego wyboru Hameryki. I niech mi ktoś powie, że to nie jest wielka sprawa!

Bank ma!

– Ale skąd na to weźmiesz? Przecież nie masz tyle pieniędzy!

– Ja nie mam, ale bank ma!

Praktyczną tę zasadę, umożliwiającą zakup mieszkań, samochodów, budowę domów, powstawanie i funkcjonowanie firm, Hamerykanie doprowadzili do osteczności.

Weźmy taką moją koleżankę pod sześćdziesiątkę. Wedle jej własnych słów czeka ją praca do osiemdziesiątki. Oprócz wielkiego domu z basenem, nowego Volvo i nieco starszego mini-vana, dwóch córek po studiach, z których jednej wyprawiła huczne wesele 3 lata temu, przemiłego drugiego męża, który płaci wysokie alimenty swojej byłej żone, marzeniu o przejściu na emeryturę, posiada ona bowiem również ponad sto tysięcy dolarów osobistego kredytu do spłacenia. To jej prywatny kredyt, zaciągnięty na utrzymanie córek gdy były na studiach, huczne wesele jednej z nich i wspomniane Volvo. Ponieważ jest osobą ambitną, chce go spłacić bez pomocy drugiego męża (córki są z pierwszego małżeństwa a Volvo jest do jej wyłącznego użytku). Razem z nim ma bowiem inny kredyt, zaciągnięty na rozbudowę dużego domu w wielki dom, basen i co ja tam wiem jeszcze co.

Inna moja koleżanka, w okolicach trzydziestki, w ogóle nie ma teraz konta bankowego. Powód jest taki, że zdążyła już pozaciągać tyle długów, że gdy tylko otworzyłaby jakieś konto i przelała na nie pieniądze z wypłaty, zostałyby one natychmiast skonfiskowane.

Siostrzenica Bardzo Bogatej Kobiety zaś, całe swoje (niemałe) przychody wydaje na obsługę długu na karcie kredytowej. Ponieważ płaci te złodziejskie odsetki regularnie, może dalej korzystać z karty, co skwapliwie robi, co miesiąc powiększając monstrualny dług.

Jak się tak człowiek porozgląda dookoła, to dziwne się wydaje, że ten kryzys przyszedł tu dopiero teraz…

Z Meksyku 5

Rumcajs porzucił Stumilowy Las i przeprowadził się na Riwierę Majów. Zrobił licencję kapitana łodzi i pracuje u Naczelnego Nurka. Kapelusz ma nie czerwony, tylko khaki i zakłada go tylko, gdy deszcz leje na morzu, ale wtedy jedno spojrzenie wystarcza, by się przekonać – to Rumcajs we własnej osobie. Nie trudzi się już, co prawda zawodowo rozbojem, ale co jakiś czas stare przyzwyczajenia się w nim odzywają. Szczególnie niebiezpieczne są momenty, gdy dostanie za dużo pieniędzy na raz. Idzie wtedy do portu i ze zbójecją fantazją stawia każdemu, kogo spotka. Oczywiście forsa kończy się w trzy sekundy i Rumcajs musi chodzić na pożyczki, żeby go żona z domu nie wyrzuciła. Sytuacji nie ułatwia fakt, że w pijanym widzie wdaje się w bójki i Naczelny Nurek musi go potem wykupywać z więzienia.

Jeden z jego pięciu czy sześciu braci bardzo chciałby pracować u Naczelnego Nurka. Ilekroć Rumcajs zapije i nie przyjdzie do roboty, brat zjawia się raniutko na zastępstwo. Naczelny Nurek zwalniał Rumcajsa już kilka razy. Kiedyś przyjął na jego miejsce brata. W odpowiedzi na tę nieprzemyślaną decyzję kadrową Rumcajs sprał brata tak, że ten zrezygnował z posady. Teraz namawia Nurka, żeby, kiedy znowu nadejdzie czas na wyrzucenie Rumcajsa, przyjał na krótko kogoś innego, szybko go zwolnił i wtedy przyjął jego. Liczy, że manewr ten powstrzyma Rumcajsa od dalszych rękoczynów.

Z Meksyku 4

Czym różni się kraj Trzeciego Świata od przodującego kraju krwiożerczego kapitalizmu? Na przykład rachunkami za prąd.

Przez pewien czas wynajmowaliśmy hamerykańskie mieszkanie w dość dużym budynku. Ponieważ, w odróżnieniu od 99 procent Hamerykanów nie używamy w domu klimatyzacji, bardzo nas dziwiło, że rachunki za energię płacimy latem wyższe niż mroźną zimą. Kiedy doszło do tego, że firma energetyczna podsumowała nas bardzo wysoko za letni miesiąc, który spędziliśmy w Europie, wyświetliliśmy wreszcie, jak cwaniaki naliczają prąd: koszt zużytej przez cały budynek energii dzielą równo przez ilość mieszkań. W ten sposób sponsorowaliśmy wyjącą koło naszego balkonu klimatyzację sąsiada z poddasza. Ponieważ nie mieliśmy dostępu do liczników, a miła pani w dziale obsługi klienta obstawała przy tym, że doskonale widzi w swoim komputerze, iż w minioną sobotę zużycie prądu u nas było wyjątkowo duże (w weekend ów nie było nas w ogóle w domu), nie pozostawało nic innego, jak przestać płacić i kazać im zrobić wewnętrzne dochodzenie. Niestety Mój, gdy nie było żadnych wyników owej kontroli, a rachunki zaczęły zalegać, złamał się i ze strachu, że nas Wujek Sam odłaczy kompletnie, owe zawyżone rachunki popłacił (nie przyznał mi się zresztą do tego od razu. Ciekawe, dlaczego?)

Nasi mieszkający w Meksyku hamerykańscy znajomi przeprowadzili się ostatnio do większego domu. Wszystko już zostało przerejestrowane, czekają jeszcze tylko, aż zamontowane zostaną liczniki na prąd. Czekają już czwarty miesiąc. Co jakiś czas sprawie nadany zostaje kolejny urzędowo-energetyczny numer i fachowcy mają przyjść w określonym terminie. Następnie termin mija, a fachowców ani śladu. Procedura nadawania sprawie numeru i umawiania fachowców zaczyna się od nowa, fachowcy znowu się nie zjawiają, czas mija, a nasi znajomi nie płacą za prąd ani peso. Bardzo ich to denerwuje, nie mogą zrozumieć, że zakład energetyczny nie jest zainteresowany ściąganiem należności. Zakład energetyczny nie ściąga zresztą należności od większej ilości odbiorców. Na przykład właściciel knajpy z najlepszą na Półwyspie paellą, znając kogoś odpowiedniego w energetyce zapobiegł zamontowaniu licznika zaraz na początku i teraz światło, roztańczone wentylatory i kuchnia działają już trzeci rok za friko…

Z Meksyku 3

Wieczorem znalazłam w łazience chrząszcza imponujących rozmiarów. Poszłam po gazetę, żeby go wytransportować za okno. Wprawnym ruchem podsunęłam mu pod czułki papier ratunku. Jak nie wyparzył! Zamiast wejść rozważnie na gazetę pogalopował zygzakiem w przeciwną stronę rozwijając prędkość światła. O ty!!! Takiś ty!!! No to trzeba się będzie ciebie pozbyć inaczej…

Poszłam po buta. Przyszłam z butem. Mimo, że taki był ogromny, wcale nie łatwo było go trafić, tak się, skubany, uwijał. Biegał jak szalony i bałam się, że mi wbiegnie na bose stopy.

Poszłam po klapki. Przyszłam w klapkach i z dwoma butami w rękach. Waliłam w podłogę, aż drżały solidne meksykańskie ściany. Udało się go w końcu przygwoździć, jednak dopiero, gdy wbiegł pod zwinięty dywanik. Zrobiłam z niego marmoladę!!!

A gdy emocje opadły pomyślałam, że gdyby był trzy razy mniejszy i czarny, a nie jasno-beżowy, to od razu wiedziałabym, z kim mam do czynienia i nie wygłupiała się z próbą wypraszania go za okno…

To był, proszę Państwa, karaluch wielkości chomika.