Z Meksyku 2

Człowiek w łachmanach, o wygarbowanej słońcem twarzy, najwyraźniej trochę pomylony, pojawia się rano na przystani, żeby pomóc przy wnoszeniu  na łódź butli i innych nurkowych propitetów. Dostaje za to parę groszy, które, nikt nie ma co do tego wątpliwości, od razu zainwestuje w alkohol. Staram się uprzejmie schodzić mu z drogi w obawie przed zapachem, który zapewne wydziela. No cóź, w tej strefie klimatycznej ludzie jego kondycji nie muszą się przynajmniej obawiać, że zamarzną na Gwiazdkę pod czyimiś schodami.
Dopiero później dowiaduję się o nim czegoś więcej. Nie zawsze chodził w łachmanach. Był kapitanem łodzi rybackiej. Pewnego razu łódź się zapaliła i poszła na dno, a jemu coś stało się z głową i zaczął wieść obecne życie. Szare szmaty, które służą mu za odzienie, rzucają wszakże mylne światło na jego prawdziwą sytuację majątkową. Jest mianowicie właścicielem rozległych gruntów w bezpośrednim sąsiedztwie lotniska. Jego dorosłe dzieci nie marzą o niczym innym, jak o sprzedaniu ich za ciężkie pieniądze, które nieraz im już oferowano. Nagabują go regularnie o podpis na właściwych dokumentach, ale on nie chce o niczym słyszeć i goni je do wszystkich diabłów.
Patrząc na jego składające się z samych strzępów spodnie i sieć, która kiedyś była swetrem, jak pogodnie coś pod nosem mamrocząc szczerzy resztki sczerniałych zębów, zadaję sobie pytanie, na ile on tak naprawdę jest pomylony?

Z Meksyku 1

W moim prywatnym raju beżowy piesek chihuahua wskakuje na przykryty białym obrusem stolik, żeby przejść na kolana gościa, którego najbardziej lubi. Na sąsiednim stoliku drobny kocur o egipskich rysach mruży oczy i mruczy w takt przesuwającej się po jego szorstkim futrze ręki. Upalny wieczór świąta Niepodleglości Meksyku.  Występy działających przy lokalnym domu kultury ludowych zespołów tanecznych, na specjalnie w tym celu na Centralnym Placu ustawionej scenie, dobiegły końca. Było prawie jak na Festiwalu Folkloru Ziem Górskich. Nie sprzedawano tu, co prawda, piernikowych serc, ale każdy zna tu każdego i przedzierając się przez wiejski tłum z naszym Naczelnym Nurkiem, który przeprowadził się tu pięć lat temu z deszczowego Seatle, robimy przystanek co trzy kroki, żeby wymienić ceremonialne pozdrowienia. Stajemy przed zaryglowanymi na czas poza sezonem drzwiami najlepiej na całym, obejmującym trzy meksykańskie stany, półwyspie, zaopatrzonej księgarni. Cholera, że też nie mam przy sobie klucza, moglibyśmy się tu wysikać (do kolacji wypiliśmy trochę piwa, które teraz domaga się wyjścia), mruczy żona Naczelnego Nurka, która, jak się okazuje, opiekuje się i tą nieruchomością pod nieobecność właścicieli. No cóż, trzeba nadłożyć drogi i pójść pięć minut do Sklepu Nurkowego. Wszystko znajduje się tu o rzut beretem, więc po chwili siedzimy już znowu w ogródku pod palmami, oglądamy fajerwerki oraz wszystkich wracających z Placu Krewnych i Znajomych Królika. W Kolonii, czyli oddalonej od morza części wsi, po drugiej stronie moczarów z krokodylami, krótko przed północą zaczną się tańce i fiesta potrwa do piątej rano. 
Jutro nie nurkujemy – w całej wsi nie będzie można znaleźć jednego trzeźwego kapitana łodzi.

Nasz Bacchus

Przez siedemdziesiąt kilka lat udało mu się omijać te topiele i możnaby pomyśleć, że bez dzieci i z żoną jedynie byłą, oraz przyjaciółką w wieku mu zbliżonym na podobne stresy nie będzie już narażony. Ale po kolei.
Żeby dorobić do nędznawej emerytury (niespełniony artysta w kraju gospodarki, ach jakże rynkowej) uczy cudzoziemców w Centrum (Językowym) swego języka ojczystego. Gdyby Centrum (Językowe) miało wystawiać mitologię, przypadłaby mu rola Bacchusa. Nie musielibyśmy go nawet specjalnie charakteryzować: posturą o iście rubensowskich kształtach zajmuje należne mu miejsce, zaś wdzięczną gestykulacja powoduje, że niedopinająca się na brzuchu koszula rozsuwa się, ukazując coraz to większe połacie białego brzucha. Koszula na brzuchu niedopina się na skutek, można powiedzieć, zrządzenia losu, na porośniętej siwym włosem piersi niedopięta jest natomiast rozmyślnie, w celach czarodziejsko-uwodzicielskich. Siwe resztki drobnych loczków okalają mu głowę na podobieństwo wieńca laurowego. Płytko osadzone w mięsistej twarzy, lekko wypukłe, łagodne, niebieskie oczęta bez rzęs harmonizują z wydatnymi wargami, które zawsze wydają się być lekko tłuste. Podobne wrażenie robią też serdelkowate palce, może zresztą nie jest to jedynie wrażenie, biorąc pod uwagę wygląd papierów, z którymi wchodzi w kontakt. Uwielbia skupiać na sobie uwagę, bawiąc otoczenie niezwykle wyszukanym angielskim, a gdy zdarzy się to przy zastawionym stole, dosięga olimpu.
Centrum (Językowe) przydzieliło mu do nauczania młode latynoskie małżeństwo. On pracuje w międzynarodowej korporacji i ciągle jest w zagranicznych podróżach i bardzo już dobrze mówi po angielsku, natomiast Ona zaczęła się uczyć angielskiego dopiero gdy dowiedziała się o przeprowadzce do goszczącego mnie kraju. W związku z tym jej znajomość angielskiego jest dość ograniczona. Ponieważ zaś jest w ciąży, chce móc porozumiewać się bez problemu na tematy ginekologiczno-położnicze. Odpowiednie pytania są więc zadawane naszemu Bacchusowi, do którego obowiązków tak czy inaczej należy wprowadzanie nowych słówek i wyrażeń. Na niektóre z tych, znacznie przekraczających naznaczone purytanizmem hamerykańskie granice tabu pytań, udaje mu się odpowiadać rzeczowo, choć ze spoconym czołem. Od odpowiedzi na inne wykręca się natomiast jak może, na niektóre zaś, jako facet i do tego starej daty, całkiem po prostu odpowiedzi nie zna, tym bardziej, że jak zaznaczyliśmy na początku, życie mu do tej pory pewnych doświadczeń oszczędziło. Do tej pory. Ponieważ On wraca dopiero za dwa tygodnie, Bacchus ma wielkie szanse na odbycie w międzyczasie kontrolnej wizyty u ginekologa. Przedsiębiorcza przyszła matka chce być bowiem pewna, że dokładnie rozumie wszystkie zalecienia władającego jedynie angielskim lekarza.

Godziny ciszy

Kiedy mieszkałam w Niemczech, szokowały mnie tamtejsze zarządzenia dotyczące zachowywania ciszy w niedziele i święta, oraz w określonych godzinach dni powszednich. Na placach zabaw na przykład, widniały tabliczki zabraniające zabawy w godzinach pomiędzy dwunastą a czternastą. Podobne ograniczenia dotyczyły też kontenerów na puste butelki –  ponieważ korzystanie z nich wiąże się z wytwarzaniem określonej ilości decybeli, nie wolno było wyrzucać szkła w niedzielę i święta, oraz w nocy.
Teraz goszczę w kraju słynącym z zapewniania wolności wszystkim dookoła. Gdy w upalne niedzielne popołudnie, wypełnione sennym brzęczeniem pszczół, wyrywa mnie regularnie ze słodkiej drzemki w hamaku na werandzie warkot kosiarki do trawy coraz to innego sąsiada, wzdycham do niemieckiego zniewolenia obywateli i zakazu hałasów wszelkich przez połowę weekendu…

Anszlus Szwajcarii

Mój (który jest Niemcem) dokonał anszlusu Szwajcarii. Siedzieliśmy sobie przy sobotnim śniadaniu i prowadzili akademickie rozważania na temat, które wariactwo jest bardziej zrozumiałe: wspinanie się na śmiercionośne góry typu K2, czy też nurkowanie do wraków leżących w oceanach na głębokościach do których nie dociera już światło dzienne. Zdania były podzielone, albowiem Mój rozumie tych pozbawionych instynktu samozachowawczego nurków głębinowych, podczas gdy ja jestem w stanie wyobrazić sobie, że wspinaczki wysokogórskie mogą być sensem życia (przynajmniej zanim nie staną się przyczyną śmierci). Cóż, jedni nurkują Andrea Doria, inni włażą zimą północną ścianą na Eiger.
– Eiger w Niemczech, wiesz, ta najtrudniejsza z gór w Alpach – naprowadzał mnie Mój.

– A jesteś ty pewien, że Eiger jest w Niemczech?
– No albo Matterhorn, najwyższa góra w Niemczech.
– Mój drogi, przecież Matterhorn nie jest w Niemczech…
– Ależ jest, to najwyższa góra…
– No przecież wasza najwyższa góra to jest Zugspitze!
– Ooooops…
No i musiałam wziąć atlas i pokazać mu, że tak Matterhorn, jak i Eiger są w Szwajcarii.

Wpis ten dedykują mojemu Tatusiowi, który w czasach szkolnych zwykł mnie był nazywać Słynnym Geografem:-)

„Redukcja akcentu”

– Ci wszscy ludzie (no, może 99%), którzy nauczyli się obcego języka jako dorośli, powinni pogodzić się z twardym prawem natury, że wciąż mówią z obcym akcentem i będą tak mówić do śmierci – mruczę zniecierpliwiona pytaniami naszych uczniów o możliwości "redukcji akcentu".

– Ergo: im szybciej człowiek umrze, tym szybciej pozbędzie się obcego akcentu – dodaje moja koleżanka Nadia Ukrainka.

Wiewiórki w Hameryce są szare

Na środku skweru w centrum Wielkiego Hamerykańskiego Miasta stoi niewielki sześcian z różowego marmuru, służący za cokół dla metalowego niedźwiedzia. Duża, szara hamerykańska wiewiórka podbiega do marmurowego bloku, wspina się na tylne łapki, wyciąga łepek jak się na najwyżej – może uda się wspiąć po tej gładkiej jak lustro ścianie? Obiega sześcian, powtarza ten sam manewr z drugiej strony. Oddala się trochę, znowu staje na tylnych łapkach i zagląda – wyraźnie chce zobaczyć, co znajduje się na sześcianie. Czyżby przedmiotem jej zainteresowania rzeczywiście był metalowy misiek? Po chwili odchodzi. Znowu przybiega. Wyraźnie nie może zostawić sześcianu.

Alejką od wejścia niespesznie podąża pitbull prowadzony na krótkiej smyczy przez umięśnionego, ubranego w czarną skórę osobnika z tatuażem na łysej głowie i w nabijanych ćwiekami mitenkach. Powolnym krokiem zbliżają się do cokołu, uszy pitbula (lub raczej to, co z nich zostało) zdrazają niejakie zainteresowanie stojącą teraz znowu na dwóch łapkach wiewiórką. Osobnik prowadzi psa do marmurowego sześcianu. Wiewiórka odskakuje na bezpieczną odległość. Osobnik schyla się i bierze leżący na sześcianie kawałek suchego bajgla. Delikatnie rzuca go wiewiórce, która porywa go i w radosnych podskokach oddala się na trawnik. Osobnik i pitbull odchodzą w upalne lipcowe miasto.

Floryda. Key Largo.

Samolotem na Florydę, a stamtąd wynajętym samochodem najdalej jak się da na południe. Podoba mi się architektura po drodze – okazuje się, że żeby zobaczyć murowane domy niekoniecznie trzeba jechać aż do Meksyku. Autostradą zbudowaną na palach wjeżdżamy na największą z wysp na południowym krańcu Florydy – Key Largo. Całe życie kręci się tu wokół morza i wszystkiego, co z tego wynika – żeglowania, nurkowania, łowienia ryb, ich jedzenia… Przypomina mi się Wenecja, bo zamiast bocznych ulic są tu kanały. Tyle, że żeglowne, wypełnione białymi jachtami.

Pierwszy dzień nurkowania po ponad rocznej przerwie i pierwsze w życiu doświadczenie choroby morskiej. Wszystko było w porządku, dopóki łódź płynęła. Ale gdy zacumowaliśmy przy boi i postali tak chwilę… Przestało działać patrzenie na horyzont, nie pomogło głębokie oddychanie, zaciskanie zębów – skapitulowałam i przechylając się przez burtę (i mocno trzymając, bo te dwumetrowe fale…) oddałam Oceanowi Atlantyckiemu moje hamerykańskie śniadanie, o które zatychmiast zatroszczyła się kolorowa chmara rybek prosto z rafy koralowej:-)

Oprócz raf koralowych (płaszczki, żółwie, homary i mnóstwo ryb, których polskich nazw pewnie nigdy się nie dowiem – czy istnieje w ogóle angielsko-polski słownik ichtiologiczny?) zanurkowaliśmy też raz do wraka Spiegel Grove i mogłam zapisać w dzienniku nurkowań najgłęsze z dotychczasowych – 96 stóp (niecałe 30 metrów), odbyte fachowo, z wzbogaconym w tlen powietrzem (32%) nurkowanie. Mimo że nurkowaliśmy na rafie również wieczorem, ciągle jeszcze nie spotkałam ośmiornicy. Może uda mi się zobaczyć ją jesienią w Meksyku?

Alarm w chacie

Akcja z mulchem miała miejsce w początkach maja. Pod koniec maja Mój znów pojechał. Siedzę sobie wieczorem w domu, coś tam czytam, koty wokół mnie na podłodze jak tygrysie skóry leniwie porozkładane, dopijam herbatę, późno jest więc zaraz pójdę spać, gdy… jak się nie zacznie!!! Świdrujące dźwięki kakofonicznych wysokich tonów, przenikające do środka mózgu – alarm!!! Koty mało nóg nie pogubiły uciekając przed tym piskiem gdzie pieprz rośnie. Na szczęście po kilkudziesięciu sekundach pandemonium ustało. Nie wiedziałam dobrze, co to za alarm się włączył – przeciwpożarowy czy przeciwwłamaniowy? No nożem w ręku posprawdzałam najpierw wszystkie drzwi i okna – żadnych śladów włamywania. Ale skąd tu alarm przeciwpożarowy, kiedy ciepło, ogrzewanie wyłączone, nic się nie pali, przecież nawet niczego nie gotowałam! Ledwo trochę ochłonęłam i jeden z kotów zdecydował się wyłonić na powierzchnię ziemi, gdy – jaaazdaaa!!! Rozstrojone piszczałki w momencie wypałniły dom świdrującym jazgotem, budząc chyba ludzi w sąsiednich domach. Nie było żadnego dymu, ale na wszelki wypadek, jeśli to jednak miałby być czad (wy się tam zaczadzicie! – pamiętam te rodzicielkskie próby zatrzymania nas w domu, gdy we wczesnej młodości wybieraliśmy się na zimowy biwak do chatki w górach), pootwierałam okna i drzwi na balkon, włączyłam wentylator pod sufitem. Nie wiem, skąd miałby się wziąć czad w upalny wieczór, chyba tranzytem ze środka piekieł? Kilkanaście sekund hałasu – i cisza. Gdy świsty włączyły się po raz trzeci stwierdziłam, że w czujniku znajdującym się w salonie wyczerpuje się pewnie bateria i to są objawy. Czujnik znajduje się pod samym niebiem, musiałam więc przynieść z garażu drabinę, wdrapać się na nią i dopiero mogłam zabrać się za wymienianie baterii. Po udanej operacji świsty włączyły się jeszcze raz na pożegnanie, a potem nastąpiła cisza, w związku z czym mogłam się wyspać i nie musiałam spędzać nocy w samochodzie zaparkowanym z dala domu wypełnionego diabelskim gwizdem.

W piątek Mój przyjechał późno w nocy (a właściwie wcześnie rano w sobotę), umordowany chciał pospać do południa, a tu… o siódmej rano – piszczałki!!! Powtórka z rozrywki. Po dłuższym czasie znaleziono w czym rzecz – to nie w czujniku w salonie, lecz w piwnicy wyczerpywała się bateria. A że one wszystkie połączone są ze sobą uwielbieniem szatańskiego gwizdu, więc gdy ten się włączał, natychmiast wtórowały mu wszystkie pozostałe.

Żeby powiedzieć cała prawdę o hamerykańskich alarmach – tak trochę to byliśmy sobie sami winni. Kilka tygodni wcześniej słyszeliśmy mianowicie "ćwierkanie" – krótkie dźwięki wydawane co ileś tam minut przez godzinę czy dwie, meldujące, że w danym czujniku bateria jest już słaba. Ponieważ jednak, jak już teraz wiemy, był to czujnik umieszczony w piwnicy, nie udało się nam go wtedy zidentyfikować (ja to nie wiedziałam, że w piwnicy w ogóle jest czujnik!) i zignorowaliśmy ostrzeżenie…

Mulch

Ilekroć mój ojciec wyjeżdżał na delegację wielkie było prawdopodobieństwo, że skończy się gaz pod kuchenką oraz że mój młodszy brat się rozchoruje. Dziwnym trafem w moim obecnym życiu sytuacje, z którymi łatwiej byłoby sobie poradzić z pomocą Mojego zdarzają się gdy gdześ wyjedzie.

W goszczącym mnie Imperium (a przynajmniej w tej części, w której mieszkam) obsypuje się grządki z kwiatami i ziemię dookoła drzew w ogrodach czymś co tu się nazywa mulch, a z czym w Europie się nie zetknęłam. Mulch jest rodzajem bardzo grubych, zleżałych trocin. Występuje w różnych odcieniach od jasnobrązowego do czarnego. Nawozi glebę, zapobiega nadmiernemu jej wysychaniu, rozsiewaniu się chwastów, a także całkiem estetycznie wygląda. Kupuje się go na worki w sklepach ogrodniczych albo na jardy sześcienne w sadach i innych ogrodnictwach. W tym roku zdecydowaliśmy się po raz pierwszy na tę drugą eventualność jako bardziej ekonomiczną. Po przeliczeniu ilości worków, jakie zużyliśmy w zeszłym roku, wyszło nam, że potrzeba nam pięć jardów. Mój wyjeżdżał służbowo na 4 dni, ale zanim wyjechał, zdążył jeszcze w upatrzonym sadzie zamówić ten mulch. Zawiadomił mnie, że produkt dostarczony będzie jeszcze tego samego dnia i zrzucony przed garażem. Fajnie, pomyślałam sobie, jest ładna pogoda, to wieczorem po pracy mogę zacząć tę kupkę rozprowadzać.

Gdy zajechałam wieczorem pod dom, oczom moim ukazała się czarna hałda niepokojącej wielkości. Przebrałam się i zaczęłam ładować to na taczki i rozsypywać na grządki. Ładowałam, woziłam, ładowałam, woziłam, ładowałam, woziłam, dzień miał się ku końcowi, wiał ożywczy wiaterek, powietrze przepełniał zapach kwitnących krzewów i radosny śpiew ptaków, sąsiedzi wyprowadzali psy na spacer, słońce schodziło coraz niżej, niebo na zachodzie krwawo się czerwieniło, a czarna hałda jak się piętrzyła, tak się piętrzyła, jak te zwalane jesienią do piwnic w moich rodzinnych stronach po drugiej stronie oceanu góry węgla przypominała, tak przypominała. Gdy już się do cna zećmiło, dałam za wygraną i poszłam wziąc gorący prysznic i napić się wiadra herbatki oraz szklaneczki tequili (to w celu zapobieżenia zakwasom), oraz udać na zasłużony odpoczynek.

Zakwasów faktycznie nie miałam. A góra mulchu? Po powrocie Mojego podsypaliśmy go jeszcze szczodrze pod krzaczki wzdłuż ścieżki, dali jednym sąsiadom, którzy potrzebowali do ogródka, wmusili drugim, którym też jakoś się przydał… Ostatecznie obyło się bez aukcji na e-bayu.