Hamerykanie i bakterie

Sezon przeziębieniowy co prawda dobiegł końca, ale zaczęły się wzmożone alergie, kichanie więc nadal jest w modzie. W tym kontekście wyżyję się trochę na hamerykańskim sposobie obchodzenia się z bezpośrednim zagrożeniem życia, jakim wydaje się być dla nich kontakt z najdrobniejszym zarazkiem. Z jakichś przyczyn znaczna część tutejszego społeczeństwa nie stawia na wzmocnienie własnego systemu odpornościowego, lecz na wybicie do nogi zarazków znajdujących się w otoczeniu. W syzyfowym swym wysiłku zaopatrują się w dezynfekujące chusteczki, nasączone mordującym życie płynem i przecierają nimi telefony, komputery, biurka, klamki w biurze i własne ręce co dwie sekundy. Specjalnym odkażającym aerozolem spryskują kilka razy dziennie pomieszczenia. U szczytu sezonu grypowego niektóre supermarkety oferują przy wejściu odkażające chusteczki z sugestią, żeby przecierać nimi uchwyt wózka i nie narażać się na niebiezpieczeństwo dotknięcia czegoś, co przed chwilą dotykane było przez kogoś innego. W toaletach biurowych pojawiają się wydrukowane maczkiem na formacie zbliżonym do A4* porady, co robić, żeby nie nabawić się kataru, kaszlu, bólu gardła, grypy, zapalenia płuc, śmierci. Punktów jest wiele, jednym ze sprawiających mi szczególną radość jest zalecenie, aby w niebezpiecznym okresie zrezygnować z podawania ludziom ręki na przywitanie. Jeśli zaś nie udało się nam uniknąć nieszczęścia i na przykład musimy zakaszleć, to nie powinniśmy zasłaniać ust dłonią, tylko rękawem z przedramienia. W ten sposób, gdy jakiś nieuświadomiony samobójca poda nam jednak rękę, ograniczymy ryzyko zarażenia go naszą dżumą, cholerą i tyfusem. Jazda windą w towarzystwie człowieka kaszlącego lub  zakatarzonego, jest dopustem bożym i mili pasażerowie po wyjściu z windy głośno wymieniają uwagi na temat tego, ile dni potrzeba będzie, by wylęgła się u nich straszna choroba, której się właśnie nabawili.

Oczywiście nie wszyscy obywatele Imperium zachowują się w ten sposób. Odsetek dewiacji objawiającej się donkiszotową walką z mikrobami wydaje mi się jednak być tu "nieco" wyższy niż w Europie. No ale, ostatecznie, przecież wszystko tu jest większe!

*Tutaj wszystko jest inne niż na całym cywilizowanym świecie, więc papier też jest w innym, hamerykańskim, formacie.

Porozumienie miedzynarodowe

Mamy takiego nauczyciela angielskiego, hamerykańskiego republikanina do szpiku kości. Nauczyciel z niego niezły, pracownik lojalny, trzeba tylko za wszelką cenę unikać pewnych tematów. Ale posłuchać komentarzy, najlepiej nie włączając się do dyskusji, można.

Ostatnio konwersując z nauczycielką francuskiego rozmowa zeszła im na to, jaki obcy język jest najbardziej przydatny w tej krainie cudów, w której aktualnie mieszkam. Stwierdzili zgodnie, że hiszpański, przy czym kolega, nazwijmy go A., zacząłsie momentalnie nakręcać:

– Tak, oczywiście, hiszpański jest niezbędny, jak się pójdzie do takiego Wal-Martu (ogromny i bardzo tani supermarket), to tam nikt nie rozumie po angielsku! Do tego żeśmy doszli! Ja bym chciał, żeby ci ludzie doświadczyli tego we własnym kraju, jak to jest, gdy wszyscy mówią tylko obcym językiem!

Komentarz mojej koleżanki Ukrainki:

– No cóż, taka dola imperialistów…

Dla Hadarech

Nie wiem, w czym rzecz, ale nie udaje mi sie komentowac cudzych blogow – ciagle dostaje wiadomosc, ze URL jest niepoprawny, albo prosze mnie o podanie poprawnego kodu z obrazka.

Na blogu Hadarech wpisalam ten kod z milion razy i nie chwycilo, a chcialam powiedziec w kontekscie ostatniej notki:

Hadarech,

A wiesz, ze to Twoje wyjaśnienie do mnie przemawia? Tzn. wyjaśnia. I jakkolwiek przestrzeganie koszernosci jedzenia nie byloby dla mnie, to uwazam, ze nikomu nie zaszkodziloby zastanowic sie chwile nad tym, co i jak sie je i czemu/komu sie zawdziecza to, ze nie burczy nam w brzuchach. Pozdrowienia.

Uprzedzająco grzeczny

Zastanawiałam się ostatnio nad zwrotem: "uprzedzająco grzeczny". Skąd właściwie wzięło się i co tak dokładnie znaczy to "uprzedzająco"?

Ktoś jest tak grzeczny, że uprzedza wszelkie ewentualne życzenia innych i robi wszystko, by uczynić ich codzienność milszą?

Czy też jest tak przesadnie grzeczny, że tą grzecznością ludzi do siebie uprzedza?

Baby shower i ślady Wielkanocy

Do niefortunnych uregulowań w Hameryce należy brak wolnego dnia w poniedziałek wielkanocny. Jutro grzecznie idziemy do pracy. Ale świetować zaczeliśmy już wczoraj, albowiem zaproszono nas na baby shower.

Baby shower jest tutejszym zwyczajem i jak wiele hamerykańskich zwyczajów jest niezwykle praktyczny. Tak na miesiąc-dwa przed planowanym rozwiązaniem organizuje się imprezę dla przyszłej mamy i jeszcze nie widzącego świata dziecka. Zaproszeni goście mają prawo i obowiązek przynieść prezent przydatny do obróbki niemowlaka. Sama impreza też często jest podarunkiem od kogoś z przyjaciół lub rodziny i organizowana w domu innym od tego należącego do mającej się powiększyć rodziny. Dominującymi tematami na takim przyjęciu są zwykle opowieści i wymiana doświadczeń związanych z ciążami, porodami i niemowlakami. Nietrudno sobie wyobrazić, że osoby nie posiadające dzieci czują się w tej atmosferze nieco wyalienowane.

Tym razem było jednak inaczej. Wczorajsze Baby shower było niespodzianką mającą miejsce w odpowiedniej wielkości domu jednej koleżanki, urządzoną przez obdarzone talentem organizacyjnym dwie inne koleżanki. Zaproszono wszystkiego około dwudziestu osób, które stawiły się punktualnie, chodziło bowiem o zaskoczenie przyszłej mamy, którą mąż sprowadził tam pod jakimś mało wiarygodnym pretekstem. Na początku rozdano wszystkim po jednej miniaturowaj klamerce do bielizmy i oznajmiono, że jest to jedna z gier – chodzi o to, żeby nie wymawiać słowa: baby. Kto się zapomni musi oddać swoją klamerkę osobie która najszybciej zareagowała na użycie zabronionego słowa. Wygrywa ten, kto na końcu wieczoru będzie mógł pochwalić się największą ilością klamerek.

Impreza poza piciem, jedzeniem, rozpakowywaniem prezentów, obfitowała w różne wychowawcze gry, takie jak przebieranie na wyścigi i z zawiązanymi oczami lalek, krótki, nie całkiem poważny quiz na temat związany z rodzicielstwem, oraz  wyścig zręcznościowy brzuchatych. Obecnym na wieczorku facetom przywiązano do brzuchów nadmuchane balony i kazano w kolejności i na wyścigi: siedząc ubrać (ooops, przepraszam, w standartowym polskim: założyć) buty, dalej siedząc wypolerować je szmatką, zrobić pięć przysiadów i uściskać serdecznie trzy osoby, wszystko z balonowym brzuchem wielkości dziewiątego miesiąca. Zwycięzca dostawał czekoladowe jajko (bliskość Wielkanocy). Na końcu odbyło się ciągnięcie losów w postaci pampersów. Zapowiedziano, że część z tych pampersów zawiera nagrody i że jeżeli wyciągniemy taki szczęśliwy los, musimy zjeść zawartość. Hmm, dziewczyny się postarały – nutella rozsmarowana w pampersie naprawdę robi piernikowe wrażenie, ale moim zdaniem jeszcze obrzydliwsze jest masło orzechowe… Miałam szczęscie – wylosowałam całe, zawinięte w sreberko czekoladowe jajko:-)

Wczorajsze baby shower było dość wyjątkowe z uwagi na fakt, że nikt, słownie NIKT z obecnych nie ma dzieci. Było to o tyle niefortunne dla przyszłej mamy, że nie ma ona w bliższej i dalszej okolicy (oboje z mężem są ze środkowej Europy i w Hameryce tylko na kilka lat) nikogo z dzieciowym doświadczeniem. Pod koniec zamieniłam z nią kilka słów w cztery oczy i zeznała, że czuje się dość samotna i bardzo niepewna. Życzyłaby sobie mieć w zasięgu jakąś choćby trochę bardziej doświadczoną matkę. A tu tylko dziesięciu ryczących ze śmiechu brzuchaczy z balonami w chustach…

Kot bez worka

Zdarzyło się to jakiś czas temu mojej koleżance. Otóż pojechała kiedyś na randkę do małego miasteczka niedaleko Wielkiego Hamerykańskiego Miasta. Siedzieli na ławeczce, ptaszki śpiewały i było bardzo miło. W pewnym momencie, ni z tego ni z owego, na kolana jej wskoczył czarny kot. Przymilny i mruczący dał się głaskać i stanowił dopełnienie sielanki. Wtedy spadły pierwsze krople dżdżu. Moja koleżanka i jej randka wstali z ławki, postawili kota na ziemi i udali się do zaparkowanego w pobliżu samochodu. Była nim corvetta, samochód o bardzo niskim zawieszeniu, do którego wsiadając schodzi się z chodnika w dół. Gdy byli przy samochodze padał już ulewny deszcz. Moja koleżanka czym prędzej wsiadła do środka, ale zanim zdążyła zamknąć drzwi – miała kota na kolanach. Strugi deszczu spływały po szybach, nic nie było widać na wyciągnięcie ręki. No przecież nie wyrzuci biednego zwierza w taką ulewę! Wszyscy razem pojechali do domu.

Moja koleżanka miała już dwa koty, w związku z czym na okoliczność wizyty czarnego gościa, który nie schodził jej z kolan, izolowała domowników, którzy darli się i drapali drzwi. Próbowała kotaktować się z administracją parku, z którego zabrała kota (albo z którego kot sam się z nią zabrał), ale tam powiedzieli jej, że w okolicy pełno jest gospodarstw i bardzo dużo dzikich albo półdzikich kotów i że spokojnie może sobie tego przymilnego zatrzymać…

Następnego dnia siedzą sobie na kanapie, moja koleżanka myśli, co zrobić z przymilną przybłędą, aż tu patrzy, kanapa jest mokra! Przybłęda zrobiła siku na kanapę?! Chwyciła kota, a tu patrzy – to nie było siku: z dużego kota wystaje mały kot. Plup – wyszedł! Za chwilę wychodzi drugi… No i trzeba było urządzić porodówkę w kartonowym pudełku z ręcznikami, a potem żłobek i przedszkole w jednym z pokoi, do którego pozostali domownicy, mimo miauczenia i drapania drzwi nie mieli wstępu. A po sześciu, czy siedmiu tygodniach znaleźć domy dla każdego z członków niespodziewanej rodziny. Co zresztą, dzieki wielkiej obrotności mojej koleżanki, się udało, tym niemniej pozostaje faktem, że przez prawie dwa miesiące miała w domu wszystkiego dziewięć kotów, z czego siedem – czarnych.

Ręce opadają

Wszyscy słyszeliśmy podobne historie, wydaje mi się, że szczególnie obfite były w nie lata osiemdziesiąte i kraje pewnego bloku, ale oko w oko z bohaterem takiej opowieści stanęłam dopiero teraz. Zadziwiające jest to tym bardziej, że mamy już inne tysiąclecie, a sam zainteresowany nigdy z owym blokiem nic wspólnego nie miał.

Jest w okolicach pięćdziesiątki. Żonaty, troje dzieci. Pochodzi ze Stuttgartu. W rodzinnych stronach mieli z żoną firmę zajmującą sie organizowaniem różnego rodzaju wystaw. Artystyczne zacięcie widać zresztą po kształcie oprawki okularów, butach i podręcznym naramiennym worku. Z jakichś powodów, chcieli rodzinną Szwabię opuścić. Rozważali Kanadę, do głowy przyszła im Polska, ale zanim podjęli ostateczną decyzję, przyszła wiadomość, że żona wygrała Zieloną Kartę i Hameryka zaprasza. Sprzedali więc wszystko, co mieli w Niemczech i pełni ufności w świetlaną przyszłość przefrunęli nad Atlantykiem. Wierzyli, że z ich doświadczeniem, umiejętnościami, papierami wszystkie drzwi w Hameryce będą im stały otworem.

Nie trzeba było wiele czasu, żeby przekonać się, że z ich doświadzeniem, umiejętnościami, papierami, a przede wszystkim oczekiwaniami, wszystkie drzwi w Hameryce są przed nimi zamknięte. I oto są już tutaj od piętnastu miesięcy. Mieszkają na północno-wschodnim krańcu Wielkiego Hamerykańskiego Miasta, gdzie co prawda nikt nie strzela, ale jest to jedyna zaleta tej depresyjnej dzielnicy, przy której Osiedle Za Żelazną Bramą w Warszawie to szczyt osięgnięć architektonicznych, dobrego gustu i optymizmu przelanego w beton. Żyją z oszczędności, z pieniędzy pochodzących ze sprzedanego dorobku życia w Stuttgarcie. On dostał bardzo prostą i nie bardzo płatną pracę w dużym muzeum, ona jest akurat w Niemczech, bo musi poddać się operacji, a nie mogą sobie na nią w Hameryce pozwolić. Może by tak wrócili do domu, póki jeszcze nie stracili wszystkich pieniędzy? No ale jak to tak teraz wrócić do Stuttgartu, gdy dumnie pożegnało się wszystkich, żeby zacząć Nowe Wspaniałe Życie?

Komentarz Mojego: dumm geboren und nichts dazu gelernt (w wolnym tłumaczeniu: jaki stary, taki głupi…)

Z North Face nie ma żartów

Pewien mój kolega Niemiec, mieszkający aktualnie w Hameryce, postanowił wysłać swemu bratu nad Renem upominek. Nie licząc się z kosztami nabył drogą kupna kurtkę firmy The North Face, zrobił zgrabną paczuszkę i wysłał za ocean. Nie minęło czasu wiele, brat w Reichu otrzymuje wezwanie do okręgowego urzędu celnego. Chwyta za telefon, dzwoni na podany na wezwaniu numer aby dowiedzieć się, co się za owym urzędowym działaniem kryje. Pani po drugiej stronie lini rozmawia z nim jak z przestępcą. Czy często otrzymuje tego rodzaju przesyłki? I czy zdarzyło się mu już wwozić towary nielegalnie?!

Widząc, że przez telefon sprawy nie wyjaśni, bierze wolne z pracy (urzędy celne nie pracują przecież wieczorami, ani w weekendy) i idzie. Najpierw musi odczekać swoje, bo panowie kończą kontrolowanie paczki faceta,  który był przed nim w kolejce. Schodzi im tak ze trzy kwadranse. Wreszcie proszą kumplowego brata. Najpierw ma poświadczyć, że zamówił przesyłkę w firmie wysyłkowej w USA. Oczywiście nie zamawiał, a już na pewno nie w żadnej firmie! Proszą go, żeby otworzył paczkę. “Acha! Kurtka!” Wykrzykuje celnik. Następnie czyta załączoną kartkę z pozdrowieniami. “Acha! The North Face! To nie jest tania rzecz!” Celnik wystukuje coś w komputerze. Drukarka wypluwa kilka drobno zapisanych kartek. Celnik uważnie je studiuje i zakreśla markerem co ważniejsze kawałki. Następnie, z pomocą dwóch innych celników, dokładnie sprawdzają, czy każdy szew jest w odpowiednim kolorze i czy guziki odpowiadają standartom, czy wydrukowane na metkach kody faktycznie zgodne są z wytycznymi firmy The North Face podanymi na wydruku. Wreszcie pada stwierdzenie: „Najprawdopodobniej kurtka jest oryginalna”.

Najprawdopodobniej. Na sto procent wykluczyć podróbki nie można. Dzwonią do urzędu celnego we Frankfurcie nad Menem. Oooo, przez telefon też nie się nie da wykluczyć fałszerstwa. Trzeba kurtkę do Frankfurtu przesłać. Jak długo to potrwa, chce wiedzieć kumplowy brat. 10 do 20 dni. Czy w takim razie urząd we Frankfucie mógłby przesłać mu kurtkę do domu po zweryfikowaniu jej prawdziwości. Jak najbardziej, prosimy w tym celu dokładnie wypełnić te trzy formularze. Kumplowy brat dziękuje i odmawia…

Ten akcent…

Jest taki gatunek. Nie bardzo  rozpowszechniony, ale dość uciążliwy. Są w okolicach czterdziestki, tutaj od jakichś dwudziestu lat, dobrze wykształcone,studia kończyły jeszcze tam albo już tu, zdążyły tutaj osiągnąć dobrą pozycję zawodową i… przychodzą do nas po lekcje angielskiego.

Niewiele możemy dla takiej pani adwokat z dyplomem jednego z najlepszych amerykańskich uniwersytetów zrobić. A ona oczekuje cudu. Oczekuje, że pozbędzie się swojego chińskiego albo środkowoafrykańskiego akcentu i zacznie mówić jak WASP (biała, anglosaska, protestancka Hamerykanka). Czy to możliwe? Może i możliwe. W przypadku wyjątkowo zdolnych, niesłychanie pracowitych i bardzo pokornych jednostek. Do pracy nad wymową potrzeba mianowicie dużo pokory: tyle razy trzeba słowa, zdania całe powtarzać, przyjmować do wiadomości, że nie brzmią one jak powinny, słuchać, znowu powtarzać, znowu nie tak, znowu słuchać, powtarzać, słuchać, nie słyszeć, dalej słuchać, wreszcie słyszeć, zaraz potem powtarzać i słyszeć, że we własnym wykonaniu to jeszcze nie tak, ciągle jeszcze nie tak, znowu nie tak…

A przedstawicielki gatunku, o którym mowa czym jak czym, ale pokorą nie grzeszą. Dość naupokarzano je w kraju wyjścia, teraz są na etapie odbijania sobie. Za straconą w Rewolucji Kulturalnej młodość, za niemalże stracone życie, gdy w rodzinnej równikowej Afryce otoczenie dowiedziało się o jej homoseksualnych skłonnościach…

Więc gdyby tę pokorę, o którą ich nie posądzam, cierpliwość i wytrwałość, którą by może i miały, ale praca zajmuje za dużo z ich dnia i na ćwiczenia nie ma czasu, a lekcje ciągle trzeba przesuwać, wyjątkowy talent, który jak do tej pory nie ujawnił się na tyle, żeby zredukować mniej lub bardziej wyraźny akcent, miały, to i tak nie znajdą u nas, czego szukają. Je trzeba posłać do szkoły aktorskiej na zajęcia dykcji i wymowy dla profesjonalistów. My uczymy języka. My nie uczymy, jak stać się inną osobą.

Opowieści Mojego Szefa

Dawno temu Mój Szef był młodym człowiekiem i zaczynał karierę sprzedawcy w sklepie meblowym. Klientela była różna, a najczęściej nieszczególnie sympatyczna.

-I wchodzi ta baba w futrze, widać, że zimna od pieniędzy, szpilki stukają po podłodze, do dzisiaj słyszę to "klik klik klik". Podchodzę, otwieram usta, żeby powiedzieć dzień dobry, a ona na mnie nawet nie patrzy, tylko z pogardą odgania ręką jak uprzykrzoną muchę. Ogląda, ogląda te meble potem mnie woła. O cenę ostatniej kanapy z wyprzedaży się targuje. Staram się jak mogę panować nad wyrazem twarzy (jak znam Mojego Szefa, to nie bardzo mu się to udało), odpowiadam na pytania no i ogólnie profesjonalnie się zachowuję. A ta wypytuje o wszystko, przetestowała mnie ze znajomości całego asortymentu normalnie! A coraz to mi udowadnia, że się na niczym nie znam i jestem idiotą.  Ze dwie godziny mnie męczyła, nic nie kupiła, polazła. Przez ten czas mój kolega sprzedał komplet wypoczynkowy młodemu małżeństwu. No a wiesz – w takim sklepie zarobisz tylko, jak coś sprzedasz, myśmy tam na prowizji byli. Za kilka dni szef mi mówi, że baba była rano i żeby przygotować kanapę do wysyłki, bo ją kupiła. Szef ją obsługiwał więc nikt nie dostał prowizji. No to mnie krew zalała na torbę jedną, poleciałem po książeczkę czekową, wypisuję czek na sumę o 30% wyższą niż ta co baba ją ma płacić, rzucam szefowi na stół i mówię: JA tę kanapę kupuję, ona jej nie dostanie!!! Na kij mi ta kanapa, stać mnie na nią nie było, ale się zawziąłem na cholerę, przepłacę, byle ona jej tylko nie dostała!

-I co, kupiłeś tę kanapę?

-Nie, no szef mnie wziął na stronę, obrócił sprawę w żart i wytłumaczył, że tego, co te tyfusy (czytaj klienci) mówią i jak się zachowują, to absolutnie do siebie brać nie można, bo by człowiek nigdy niczego nie sprzedał…