Czas zaprzeszły

Ja się tu w Romka Budynka przemienię!* W tytule artykułu "Wyborczej" z zeszłego tygodnia Bush mówi: "Powinniśmy zbombardzować Auschwitz". Cooo? Już mu szajba te niewyżarte alkoholem resztki szarej masy do reszty wybiła i muzeum chce bombardować???

Dopiero w trakcie dalszej lektury okazuje się, że jego wypowiedź odnosi się nie do dnia dzisiejszego, a do czasów II Światowej (Wojny, nie Międzynarodówki). W tym samym wydaniu Wyborczej Dawid Warszawski komentuje rzeczoną wypowiedź używając adekwatnej formy gramatycznej: "Alianci powinni byli** zbombardować Auschwitz".

Czy w tym pierwszym aktykule korekta zawiodła, czy też dzisiejsza polszczyzna naprawdę może obyć się bez czasu zaprzeszłego? Ja tu na obczyźnie, to wypadam z obiegu. Jak ten Romek Budynek…

*Romek Budynek (imię i nazwisko zmienione przez redakcję) był szkolnym kolegą mojego Dziadka. W czasie wojny wylądował w Anglii, gdzie też i pozostał. W latach osiemdziesiątych Dziadek i Romek po czterdziestoletniej przerwie nawiązali kontakt listowny. Zapamiętana z lat trzydziestych przepiękna, poprawna, ale przedwojenna polszczyzna Romka, a zwłaszcza jego o nią natarczywa dbałość, która przejawiała się w korygowaniu "błędów" Dziadka (np: "Człowieku, ty nie mieszkasz na ulicy Kościuszki, tylko przy ulicy Kościuszki!!!!") była powodem poważnych epistolarnych kłótni.

**Podkreślenie moje.

Dygresja – Barcelona

Ja tu na obczyźnie jestem i nie wszystkie bestsellery od razu po ukazaniu się czytam, no ale przecież to "Lubiewo" w końcu jednak, a dokładniej w ciągu ostatnich dwóch dni, przeczytałam. Przeczytałam, pochłonęłam i wciągłam.*

Czytając przypomniała mi się taka jedna Emerytka, com ją widziała w Barcelonie. Był koniec wieku, świat jawił się jako miejsce bezpieczne i otwarte, ja byłam go strasznie ciekawa (nie, żebym teraz była mniej ciekawa, ale z niesmakiem muszę przyznać, że się o wiele ostrożniejsza zrobiłam. Nie będziemy tu zgłębiać zagadnienia, jaki wpływ na to miała Hameryka, w ogóle na czas tego wpisu zostawimy Hamerykę na uboczu, czyli tam, gdzie, poniekąd, jej miejsce:-)

Zanim napiszę o Emerytce, muszę trochę rozwinąć wstęp. Byliśmy w Barcelonie i nie chcąc ograniczać się do oglądania zapierających dech w piersiach zabytków i absolutnie odjechanego Gaudiego (kto nie był w Barcelonie, ten nie wie, ale jak ma szansę, to niech pojedzie), w porze obiadowej zeszliśmy ze szlaków turystycznych w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia i Kolorytu Lokalnego. Ponieważ kolega, który miał dwa metry wzrostu i ćwiczył karate stwierdził, że z wariatami szukać guza nie będzie, ostaliśmy się we trójkę z równie jak ja ciekawą świata koleżanką i kolegą wzrostu, jak sam o sobie mówił, siedzącego psa. Cóż – ducha nie wedle powłoki cielesnej się mierzy. Szliśmy sobie tak, szli podejrzanymi zaukami, aż w końcu jedna z obszczanych uliczek doprowadziła nas na niewielkich rozmiarów plac, na którym rosły palmy, stał kontener na śmieci i młodzi tubylcy grali w piłkę. W rogu placu zauważyliśmy krzesła i stoliki – knajpa z ogródkiem! Miejsce zdało egzamin na nieturystyczność, więc usiedliśmy przy stoliku, dogadując się po części na migi (mój hiszpański był jeszcze wtedy w powijakach, a karty dań w tym zajeździe w ogóle nie mieli, trzeba było zamawiać z tego, co wypisano kredą na czarnej tablicy u wejścia) i dostali całkiem przyzwoite jedzenie i wino.

Ludzie siedzący w ogródku byli miejscowi i trochę się nam przyglądali, a trochę nie. My przyglądaliśmy się im, oczywiście zachowując europejskie standarty dobrego wychowania, ile wlezie. Emerytka siedziała dwa stoliki dalej. Miała pełną fryzurę ułożoną w fale i pofarbowaną na kolor czarno-rudawy. Na palcach dzikie pierścienie. Koszulę letnią hawajską, długie lniane spodnie. Na nogach klapusie plastikowe, brudnoróżowe, z kwiatkiem typu margaretka też w brudnym różu, już cokolwiek schodzone. Najprawdopodobniej nie jest łatwo dostać podobne obuwie w takim rozmiarze. A może były to po prostu jego ulubione klapusie i nie ważne, że już podniszczone? Jednak najważniejszym akcentem był wąs. To musi być coś hiszpańskiego. Ostatecznie Salvador Dali też miał bardzo ważne wąsy. I inni. Franco? No dobrze, zostawmy historię Iberii. Wąs emerytki przypominał mi jako żywo tę małą szczotkę do nakładania czarnej pasty na buty, co jest w domu moich rodziców. Taki był gęsty, czarny i szeroki. Widać było, że jest jej dumą i ukochaniem, najprawdopodobniej też znakiem firmowym. Założę się, że o fryzurę na głowie, też przecież zadbaną, nie troszczyła się ani w połowie tyle, co o tego wąsa. Jasne było, że go sobie farbuje, nie byłam tylko pewna, czy również szczotkuje.

Zjedliśmy, wypili, posiedzieli tak jeszcze trochę w miłym towarzystwie, ale że nie mieli tam deserów (knajpa była nastawiona na zaspokajanie li tylko bardzo podstawowych potrzeb), zebraliśmy się, żeby iść dalej. Po drodze jeszcze widzieliśmy, jak mieszkaniec trzeciego piętra jednej z kamienic otaczających plac rzuca pustą flaszką i mało nie trafia przechodzącego akurat koło kontenera na śmieci faceta o hebanowym kolorze skóry.

*Dla purystów: wiem, że poprawna forma, to "wciągnęłam", to tutaj to stylizacja, zainspirowana zresztą genialnym językiem książki.

Bluegras i hamerykańskie szkoły

Bezpośrednio przed świętami byliśmy u mojego hamerykańskiego kumpla, niech będzie, że dziwaka. Impreza odbywała się w dom(k)u w którym wynajmuje pokój, znajdującym się w o wiele lepszej dzielnicy Wielkiego Hamerykańskiego Miasta, niż mieszkał poprzednio. Mimo to, gdy przyjechaliśmy w te okolice Mój rozglądając się niespokojnie stwierdził: o Boże, tu można znaleźć miejsce do parkowania – to zły znak! (Była sobota wieczorem.)

Powodem imprezy, o ile takowy w ogóle jest potrzebny, był występ zespołu, w którym kumpel mój gra pierwsze skrzypce. No, może nie tyle skrzypce, ile gitarę. I śpiewa. Tytułowy bluegras (niebieska trawa) to nie tylko nazwa gatunku trawy, ale właśnie rodzaj muzyki przez nich grany, folku rodem z Kentucky. Mój pochodzący z północnego New Jersey kumpel dokłada wszelkich starań, by jego sfingowana gwara brzmiała w tych piosenkach autentycznie. Udaje mu się to lepiej lub gorzej, ale zawsze jest śmiesznie. Występ otwarli piosenką pod tytułem „My Favorite Overalls” – „Moje ulubione ogrodniczki”. Ogrodniczki w sensie spodnie na szelkach.

W przerwach miałam szansę dowiedzieć się, jak się mu wiedzie w nowej pracy. Wymyślił sobie bowiem, po półtora roku pracy w biurze, że właściwie to chciałby uczyć w szkole, żeby mieć więcej wolnego. Ponieważ zna niemiecki, załapał się na cztero miesięczne zastępstwo za nauczycielkę w szkole odpowiadającej naszemu gimnazjum. Przypadło mu w udziale uczenie słodkich dziatek w wieku 13-tu i 14-tu lat. Ci czternastoletni to podobno spoko, ale rozpoczynające naukę niemieckiego trzynastolatki dały mu już tak popalić, że znów zdezorientowany spogląda w przyszłość, nie widząc się już jednak w roli pedagoga. Oczywiście chcieliśmy wiedzieć, jakie to horrory mają miejsce w nienajgorszym przecież, dystrykcie szkolnym (najgorszy to on nie jest, bo dziatki przychodzą bez broni do szkoły.)  

Uczniowie mieli za zadanie powtarzać chórem za nauczycielem słówka w celu nauczenia się poprawnej wymowy. Jeden z byskotliwych chłopaczków, zamiast powtórzyć ładnie: „der Bleistift” (ołówek), powiedział na cały głos: „shut the fuck up” (wyrażenie nieco mocniejsze od naszego: „stul pysk”. Może: „stul, kurwa, pysk”, oddałoby lepiej moc owego związku frazeologicznego.) Ponieważ wyrażeń takich na lekcji języka myślicieli i poetów tolerować nie sposób, kumpel mój sięgnął po pomoc stojących wyżej od niego organów dyscyplinujących (dyrekcji) i w rezulatacie wygadany młodzieniec został na trzy dni zawieszony, bez prawa pokazywania się w tym czasie w szkole. Nie wdając się w dywagacje, czy tego typu kara to dla takiego „elementu” faktycznie kara, czy raczej nagroda, przejdźmy do dnia jego powrotu i lekcji niemieckiego. Mój kumpel, wchodząc do klasy, zauważył na biurku kartkę papieru. Podszedł bliżej, i przeczytał: „Suck the dick and die, Mr. …tu nazwisko mojego kumpla” („Ssij fiuta i zdychaj”).  

Żona faceta od harmonijki ustnej, pracownica naukowa jednego z lepszych tutejszych uniwersytetów, przekonywała mojego kolegę, żeby może się tak łatwo nie poddawał i spróbował znaleźć pracę w jakiejś, należącej do naprawdę dobrego dystryktu szkole. – Tamte dzieciaki są pod odpowiednią presją rodziców. Oczywiście żadna szkoła nie jest idealna i tamci uczniowie też mają problemy. Pewnie najpoważniejszym z nich są, od czasu do czasu realizowane, myśli samobójcze…

Sztuka plastyczna

Byliśmy na pewnego rodzaju wernisażu. Znajoma Mojego z pracy ma kuzynkę malarkę. Kuzynka ma bogatą przeszłość (podobno swego czasu nawet mieszkała na ulicy) i talent malarski. Koleżanka Mojego co roku organizuje imprezę w swoim przestronnym domu w celu wspomożenia wiernych, czyli znalezienia kilku kupców na prace kuzynki. Zostaliśmy zaproszeni i Mój ostrożnie się mnie zapytał, czy może nie chciałabym pójść. Ponieważ przez te wszystkie przedświąteczne imprezy wpadłam w rytm towarzyski, od razu się zgodziłam. Przy tym byłam autentycznie ciekawa, jakie też to malarstwo dane nam będzie podziwiać. Drzwi otworzyła sama malarka. Można ją sobie wyobrazić jako przeciwieństwo Jana Matejki. Matejko – mężczyzna malutki. Malarka – kobieta ogromna. Środkowi Europejczycy z pokolania mojej babci określiliby jej strój mianem ekscentrycznego. Ja powiem, że odważne łączenie różnych materiałów, kolorów i struktur dawało efekt ożywczego kolażu. Gospodarzom zależało na miłej atmosferze, niezwłocznie wręczono mi więc pełny kieliszeczek i pojawił się znajomy gospodyni z talerzem pełnym Różnych Interesujących Rzeczy na Ciepło. Po chwili przyszedł znów z talerzem Różnych Interesujących Rzeczy na Zimno. Następnie pokazano nam, gdzie te i inne Interesujące Rzeczy można znaleźć na własna rękę i przedstawiono kilkorgu gości.

Prace wisiały na ścianach, oblegały (zgaszony) kominek, opierały się o stopnie i meble, kilka stało na rozstawionych sztalugach. Zażyczyliśmy sobie oprowadzenia przez Malarkę. Prace zgromadzone były w różnych pomieszczeniach zależnie od tematyki. Z grubsza wyróżnić można było trzy kierunki: zwierzęcy, chrześcijański i abstrakcyjny. Obrazy należące do pierwszego kierunku to, moim zdaniem, świetny, iście hamerykański pomysł na zarobienie paru groszy pracą, którą się lubi. Malarka, sama wielka przyjaciółka czworonogów, maluje im portrety. A ponieważ wielu ludzi ma psy i koty, to może chcieliby mieć portret własnego zwierza w domu? Spora część tych prac była więc niedokończona – gdy ktoś zażyczy sobie portret ulubieńca, mistrzyni odwiedzi domostwo i uzupełni wybrany uprzednio projekt malując na szkicu pyszczek danego osobnika z charakterystycznym dlań wyrazem i w odpowiednich kolorach.

W obrazach z drugiej grupy chrześcijaństwo przejawiało się właściwie tylko obecnością ryb (czyli na upartego mogły to być obrazy dla zapalonych wędkarzy albo nurków:-) oraz krzyży, przy czym te ostatnie  tak wkomponowane były w całość, że trzeba było wiedzieć, że tam są, żeby je w ogóle zobaczyć. Kolorystycznie rzeczy te niesłychanie do mnie przemawiały i pewnie zdecydowałabym się na niebieskiego karpia w układzie pionowym, gdyby Mój nie oznajmił od razu, że żadne ryby i żadne krzyże w grę nie wchodzą. Dziwne to trochę, bo normalnie to ja, a nie on mijam kościoły i ich objawy wielkim łukiem.

Pozostałe obrazki abstrakcyjne Mojemu kojarzyły się z Miró. Ja tam z Miró nic wspólnego nie widziałam, ale szczególnie przypadły mi do gustu te przypominające lampy glutowe*. Wiele było ładnych, ale tak naprawdę to trzeba by było kilka połączyć w jedno, żeby stworzyć perfekcyjny obraz. Wdałam się więc z Malarką w pogawędkę i z pomocą katalogu oraz kilku otaczających nas obrazów wyobraziłyśmy sobie Obraz Który Chcę. Wpłaciliśmy zaliczkę i za kilka tygodni okaże się, jak wielka była różnica między moim a jej wyobrażeniem owego dzieła…

*Przykład pięknej lampy glutowej zobaczyć można w "Porozmawiaj z nią" Almodóvara oraz (nie wiem czy ciągle jeszcze, bo dawno tam nie byłam) w pewnym pubie znajdującym się w bezpośredniej bliskości Rynku Nowomiejskiego w Mieście Stołecznym, oraz w lepiej (bardziej kiczowato?) zaopatrzonych sklepach elektrycznych. Jeden egzemplarz znajduje się ponadto w mieszkaniu Mojego Brata, ale lampa ta teoretycznie należy do mnie, więc nie będę tu uprawiać autoreklamy (już uprawiłam:-)

Wiater(ek) wieje

Po ciepłej i pięknej jesieni przyszło to, co przyjść musiało. Skończyło się "ciepło" i "pięknie", "długo" będzie trwało…

Ponieważ na kontynencie mnie goszczącym góry wypiętrzyły się w niewłaściwym kierunku (zamiast równoleżnikowym, to południkowym), nic nie zatrzymuje rześkiego zefirku podążającego żwawym tempem od Koła Podbiegunowego. Lodowaty i rozpędzony przybywa do nas w podskokach i przejmuje do szpiku kości.

Byłam wczoraj wieczorem u znajomej, której dom położony jest niemalże w lesie. Zbieraliśmy się już do wyjścia, gdy okręcając się szalikiem usłyszałam straszny hałas, dobiegający gdzieś z góry. Najpierw myślałam, że to kumpel zrzucił coś w łazience (i rozbił przy tym wannę w drobny mak, tak to było słychać), ale po chwili koleżanka, która wyszła chwilę wcześniej wróciła i oznajmiła, że drzewo spadło na dom! Wybieglismy natychmiast i rzeczywiście – niegruby dąb, złamany u samej nasady wspierał się malowniczo na dachu nad łazienką, leżąc pod kątem 45 stopni.

Muszę powiedzieć, że byłam pod wrażeniem. Zawsze myślałam, że jak coś spadnie na taki hamerykański dom z dykty, to przebije się przez dach prosto do piwnicy. A tu – konstrukcja cała! Na ile dach jest nienaruszony, okaże się dzisiaj, przy świetle dziennym, ale jakby nie było, dzielnie się utrzymał!

To już trzeci wypadek wśród moich znajomych z drzewem spadającym na dom/taras. W tym kontekście niezrozumiałym dla mnie pozostaje tutejsze hamerykańskie zamiłowanie do sadzenia dużych drzew w odległości kilku metrów od domu. Obok mojego też posadzili jakiś jesion czy coś, tak ze cztery metry od garażu. Przytnę dziada przy najbliższej okoliczności, bonsai z niego zrobię, nie będzie mi się tu w czasie wichury na dachu wykładał!

Sezon świąteczny

Sezon świąteczny zaczyna się w Hameryce co roku w ostatni czwartek listopada indorem. Ze względu na rodzinny charakter ptasiego dnia i znaczenie obiadokolacji w której pieczony olbrzym odgrywa główne danie, Święto Dziękczynienia pełni tu podobną rolę, jak w Polszcze Wigilia. Ludzie przejeżdżają ogrome dystanse żeby być z bliskimi. Jest (ma być) miło, ciepło, życzliwie, familijnie.

Co prawda kilka Mikołajów i bałwanów zaobserwować można jeszcze zanim zdążyło się być wdzięcznym, główne natarcie rozwija się jednak już po miłym święcie. Początek grudnia i nie ma litości – żadne wyższe uczucia, żadne rodzinne ciepło, żadne sympatyczne nastroje – tylko reklamy, kupowanie, durne piosenki, jeszcze głupsze reklamy, kupowanie, dekoracje kiczowate nawet jak na standarty choinkowe, idiotyczne reklamy, piosenki już wylewają się człowiekowi uszami, kupowanie, kretyńskie reklamy, kupowanie, idiotyczne piosenki, znikąd pomocy i donikąd ucieczki, reklamy, piosenki, kupowanie, dekoracje, piosenki, reklamy… aaaaaaaaa!!!! NIENAWIDZĘ HAMERYKAŃSKIEGO BOŻEGO NARODZENIAAAAAA!!!!

Nieprawda. Z Bożym Narodzeniem ten zajob nie ma nic wspólnego. To jest X-MAS.

I tej wersji będziemy się trzymać.

I proszę mi wierzyć – przedświąteczny zajob w Polszcze i Europie Środkowej niczym się ma do tego festiwalu upierdliwości i złego gustu.

***

Jakżeś trafił(a) między wrony…  Użyjmy żywota na ile sytuacja pozwala. Poleźliśmy wczoraj na pierwszą w tym sezonie imprezę z cyklu X-mas party. Nie chciało się nam ruszać z domu jak nie wiem co. Byłam jakaś taka na wodzie budowana, bo to te pieprzone choinki i światełka jakoś mi się tak z barszczem kojarzą, a barszczu znowu w tym roku nie będzie, to już piąty raz pod rząd barszczu nie będzie (bo tej własnej produkcji z tortelini w roli uszek to liczyć nie mogę, bo jedzony z nowoczesnych miseczek a nie serwisu z lat trzydziestych, co to ręce się człowiekowi pocą, jak bierze do rąk taki talerz, bo całe życie mu mówili, żeby nie ruszał(a), bo rozbije…) Ale stwierdziłam, że trzeba iść. Impreza organizowana przez prawie-że-nieformalny klub niemieckojęzyczny. Raz w tygodniu spotyka się kto chce w pewnej knajpie w mieście i rozmawia sobie po niemiecku i pije piwo albo colę. Atmosfera niewymuszona i takaż impreza. A zebrało się wszystkiego ponad sto osób! Grzane wino zadziałało katarystycznie (to mojej produkcji przymiotnik od słowa: katharsis, jak ktoś zna lepszy, to niech mi podpowie). Jak zwykle kiedy mój organizm ma do czynienia z większą ilością alkoholu wpadłam w doskonały nastrój, trudny do zniesienia dla otoczenia, ale ponieważ było dużo ludzi dookoła, to trochę odciążyli Mojego, który dobrym człowiekiem jest i za kierowcę dla wyznawczyni zimowego Dionizosa robi.

Następna impreza będzie w Centrum (językowym), a ponieważ jedzenie zamawia mój szef, który ma obsesję pod tytułem: tylko żeby niczego nie było za mało, stoły się bedą uginały. Fajny jest. Bardzo dumnie obdzwania wszystkich i zapraszając życzy "Merry Christmas!" (Wesołego Bożego Narodzenia). Na delikatną uwagę kogoś bardziej przestrzegającego wymogów poprawności politycznej, że powinien właściwie mówić "Happy Holidays!" (Wesołych Świąt), żeby nie narażać się nie-chrześcijanom, odpowiada zarykując się ze śmiechu (i zgodnie z prawdą): "ale ja jestem Żydem i ja mogę wszystkim życzyć Merry Christmas, Christmas, Christmaaaaaas!"

Dzień później będzie impreza w pracy Mojego – na tą pójdziemy w garniturach i pod krawatami. Wymóg ten przypomina mi imprezy w mojej dawnej fabryce w Warszawie, kiedy to ku własnemu obrzydzeniu musiałam kupić sobie długą kieckę wieczorową. Ale poza tym atmosfera będzie na szczęście zupełnie inna.

I tak jedząc i pijąc, tudzież się weseląc dociągniemy do magicznego wieczoru 24 grudnia, kiedy to nawet gdybym upadła na głowę i własnoręcznie ulepiła uszka z prawdziwków, barszcz nie będzie się liczył, bo nie wystygnie nalany w (przecież ogrzaną!) wazę od zdekompletowanego serwisu z lat trzydziestych.

Nie lubię dalekosiężnych planów, ale chyba trzeba będzie w nadchodzącym sierpniu zarezerwować grudniowe bilety do Królewskiego Miasta…

Wschodni akcent

Pracuję z Ukrainką ze Lwowa. Mówi po polsku, a akcent ma znany mi z czasów wakacji spędzanych na Kresach Wschodnich Trzeciej Rzeczypospolitej, już za Przemyślem, gdzie po jednej stronie wsi był kościół, po drugiej cerkiew a większość mieszkańców dwujęzyczna. Akcent ten potocznie nazwalibyśmy "ruskim". Lwowianka podobny akcent ma też gdy mówi po angielsku, więc wiele osób pyta ją, czy jest Rosjanką, doprowadzając ją tym samym do szału (gdyby ktoś nie wiedział jakie jest nastwienie Ukraińców do Wielkiego Brata, chętnie skontaktuję go z Nadją:-) Nie jest Rosjanką i rosyjski nie jest jej językiem ojczystym. Mało tego – po rosyjsku mówi z obcym akcentem – ukraińskim…

W tym wypadku potoczna polszczyzna w sposób przez użytkowników niezamierzony i nieuświadomiony oddaje jej rację: w dawnej polszczyźnie "ruski" to ukraiński, nie rosyjski.

Obrazki z Centrum W.H. Miasta

Moja praca mieści się przy eleganckiej ulicy w Centrum Wielkiego Hamerykańskiego Miasta, na nastym piętrze budynku z początku ubiegłego wieku. Od stacji kolejki podmiejskiej idę spacerkiem kilka minut, z rozwianym włosem biegnę mniej niż kilka minut. Po drodze mijam bezdomnych na ich zimowych kwaterach – kratach przez które wylatuje ciepłe powietrze z metra. Posiedzą tak do wiosny, kiedy to zrobi się cieplej i będą mogli wrócić na zadbany skwer otoczony najdroższymi budynkami mieszkalnymi w całym stanie.

Czekając ostatnio na windę w wymuskanym holu art deco spotkałam dużego rudego pudla z sympatyczną właścicielką. Pudel miał na sobie fioletowy sweter, co wywołało przychylnie żartobliwy komentarz portiera. Już w windzie właścicielka poczuła się w obowiązku wyjaśnienia, dlaczego ubiera pudla: "ona jest na chemioterapii i straciła dużo sierści". Zrobiło mi się żal chorej na raka suczki i poskrobałam ją po głowie. "Ona nie ma języka" – brzmiała kolejna radosna nowina. No Jurand ze Spychowa, normalnie, tyle, że jeszcze widzi. "To jak pani ją karmi?" – "Najpierw była karmiona przez rurkę, ale teraz nauczyła się tak podrzucać głową, ze rozgotowane kawałki kurczaka od razu wpadają jej do gardła" – i właścicielka demonstruje zarzucając własną czupryną.

Owinięci w kołdry bezdomni i kaleki pudel na kosztującej krocie chemioterapii – produkty jednego i tego samego społeczeństwa, w którym najważniejsze jest indywidualne dążenie do własnego szczęścia.

Śliskie tory

Jeździłam pociągami w Polsce, jeździłam pociągami w Niemczech, ale dopiero w Hameryce dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak śliskie tory. Paradoksalnie śliskość, o której mowa nie pojawia się zimą i nie ma nic wspólnego z oblodzonymi szynami. Sezon na nią jest teraz – jesienią, a powodują ją opadłe na tory liście. Liście owe, miażdżone przez przejeżdżające pociągi, wydzielają jakaś śliska substancję (bleee) i redukują tarcie na szynach. Kolejarze walczą z tym zjawiskiem za pomocą innych substancji rozprowadzanych po szynach (i nie jest to, zdaje się, piasek:-) ale z jesiennymi opóźnieniami pociągów na skutek poślizgów (tautologia, wiem) należy się liczyć.

Może hamerykański liście są inne niż europejskie i mamy tu do czynienia z fenomenem przyrodniczym, a może tory robią się jesienią śliskie także i w Europie, tylko że tam nikt nie rozwiesza na peronach odpowiednich ulotek informujących. W tym drugim wypadku mamy do czynienia z fenomenem socjologicznym.

Halloween

W Hameryce nie obchodzi się Wszystkich Świętych. Zresztą rozświetlone milionami ogników cmentarze na których 1 listopada spotyka się wszystkich żywych i zmarłych Krewnych i Znajomych jest specjalnością polską. Podobno nawet zagraniczni etnolodzy przyjeżdżają, żeby ten zwyczaj studiować. Hamerykanie słyszeli jednak najwyraźniej coś o śmierci i jej powiązaniach z późną jesienią, a ponieważ nade wszystko (nade zadumę, nade smutek i nade żałobę) cenią sobie zabawę, rozwinęli tu nową, świecką tradycję, czyli Halloween.

Zaczyna się od przystrajania domów. O ile wszechobecne dynie możnaby jeszcze podciągnąć pod obyczaje jesienne, o tyle podświetlane, wypełniane powietrzem duchy, czarownice i czarne koty jednoznacznie wskazuję na kontakty z zaświatami. W tym roku moi dalsi sąsiedzi wystawili na ganek olbrzymiego (tak ze 3-metrowego) nadmuchanego czarnego kota, wspartego przednimi łapami o nadmuchiwaną dynię o średnicy tak na oko półtora metra. Czy można się dziwić, żę przejeżdżając tamtędy zatrzymałam samochód i otwarłam usta z zachwytu?

31. października, a najczęściej w sobotę dzień ten poprzedzającą, urządza się tu Halloweeen Party. Dom, w którym impreza ma miejsce, ma wystrój trumienny, z każdego kąta wygląda kościotrup, zaciemnione wnętrze wypałnia zielonkawa poświata lub blask świec. Całość opleciona pajęczynami ma robić wrażenie jak najbardziej niesamowite. Ponieważ jest to zabawa w stylu hamerykańskim, tańce są raczej rzadkością, aktywność ogranicza się przeważnie do jedzenia i rozmów. Jedynie dzieci robią użytek z niecodziennej scenografii i pohukując biegają po domu strasząc się nawzajem.

To dzieci są też bohaterami wieczoru Halloween, czyli w wigilię Wszystkich Świętych. Przebierają się w najrozmaitsze, najczęściej strachowo-duchowe kostiumy i z nastaniem zmierzchu chodzą od domu od domu wołając trick or treat! I nastawiają plastikowe halloweenowe pojemniki w które wrzuca się im czekoladki. Jeśli zapomnieliśmy nakupić snikersów i hershey’s, nie zapalamy światła nad drzwiami i uduchowiona dziatwa omija nasze lokum. Całkiem małe dzieci robią obchód pod eskortą często także przebranych rodziców, a nastolatki powoli powinny rezygnować z czekoladowych żniw. Największą aktywność obserwuje się między godziną 19 a 20. Później dzieci idą spać.

W Wielkim Hamerykańskim Mieście organizowane są parady wampirów, 31 października sprzedawcy w wielu sklepach noszą kostiumy, na ulicach też spotkać można zmaterializowane duchy właściwie przez cały dzień.

Jest to dość miły sposób na odpędzenie jesiennej chandry. Bo skończyć z niepotrzebną śmiercią jak na razie się Hamerykanom nie udaje: w tegoroczne Halloween, w czasie porannego obchodu zastrzelony został policjant – wszedł do Dunkin Donuts (taki tutejszy rodzaj cukierni) akurat w czasie napadu. Bandyta strzelił do niego uciekając. Nie znaleziono go do tej pory. Był to już trzeci policjant zastrzelony od niedzieli w Wielkim Hamerykańskim Mieście. W tym roku Halloween przypadało w środę…