Sezon świąteczny zaczyna się w Hameryce co roku w ostatni czwartek listopada indorem. Ze względu na rodzinny charakter ptasiego dnia i znaczenie obiadokolacji w której pieczony olbrzym odgrywa główne danie, Święto Dziękczynienia pełni tu podobną rolę, jak w Polszcze Wigilia. Ludzie przejeżdżają ogrome dystanse żeby być z bliskimi. Jest (ma być) miło, ciepło, życzliwie, familijnie.
Co prawda kilka Mikołajów i bałwanów zaobserwować można jeszcze zanim zdążyło się być wdzięcznym, główne natarcie rozwija się jednak już po miłym święcie. Początek grudnia i nie ma litości – żadne wyższe uczucia, żadne rodzinne ciepło, żadne sympatyczne nastroje – tylko reklamy, kupowanie, durne piosenki, jeszcze głupsze reklamy, kupowanie, dekoracje kiczowate nawet jak na standarty choinkowe, idiotyczne reklamy, piosenki już wylewają się człowiekowi uszami, kupowanie, kretyńskie reklamy, kupowanie, idiotyczne piosenki, znikąd pomocy i donikąd ucieczki, reklamy, piosenki, kupowanie, dekoracje, piosenki, reklamy… aaaaaaaaa!!!! NIENAWIDZĘ HAMERYKAŃSKIEGO BOŻEGO NARODZENIAAAAAA!!!!
Nieprawda. Z Bożym Narodzeniem ten zajob nie ma nic wspólnego. To jest X-MAS.
I tej wersji będziemy się trzymać.
I proszę mi wierzyć – przedświąteczny zajob w Polszcze i Europie Środkowej niczym się ma do tego festiwalu upierdliwości i złego gustu.
***
Jakżeś trafił(a) między wrony… Użyjmy żywota na ile sytuacja pozwala. Poleźliśmy wczoraj na pierwszą w tym sezonie imprezę z cyklu X-mas party. Nie chciało się nam ruszać z domu jak nie wiem co. Byłam jakaś taka na wodzie budowana, bo to te pieprzone choinki i światełka jakoś mi się tak z barszczem kojarzą, a barszczu znowu w tym roku nie będzie, to już piąty raz pod rząd barszczu nie będzie (bo tej własnej produkcji z tortelini w roli uszek to liczyć nie mogę, bo jedzony z nowoczesnych miseczek a nie serwisu z lat trzydziestych, co to ręce się człowiekowi pocą, jak bierze do rąk taki talerz, bo całe życie mu mówili, żeby nie ruszał(a), bo rozbije…) Ale stwierdziłam, że trzeba iść. Impreza organizowana przez prawie-że-nieformalny klub niemieckojęzyczny. Raz w tygodniu spotyka się kto chce w pewnej knajpie w mieście i rozmawia sobie po niemiecku i pije piwo albo colę. Atmosfera niewymuszona i takaż impreza. A zebrało się wszystkiego ponad sto osób! Grzane wino zadziałało katarystycznie (to mojej produkcji przymiotnik od słowa: katharsis, jak ktoś zna lepszy, to niech mi podpowie). Jak zwykle kiedy mój organizm ma do czynienia z większą ilością alkoholu wpadłam w doskonały nastrój, trudny do zniesienia dla otoczenia, ale ponieważ było dużo ludzi dookoła, to trochę odciążyli Mojego, który dobrym człowiekiem jest i za kierowcę dla wyznawczyni zimowego Dionizosa robi.
Następna impreza będzie w Centrum (językowym), a ponieważ jedzenie zamawia mój szef, który ma obsesję pod tytułem: tylko żeby niczego nie było za mało, stoły się bedą uginały. Fajny jest. Bardzo dumnie obdzwania wszystkich i zapraszając życzy "Merry Christmas!" (Wesołego Bożego Narodzenia). Na delikatną uwagę kogoś bardziej przestrzegającego wymogów poprawności politycznej, że powinien właściwie mówić "Happy Holidays!" (Wesołych Świąt), żeby nie narażać się nie-chrześcijanom, odpowiada zarykując się ze śmiechu (i zgodnie z prawdą): "ale ja jestem Żydem i ja mogę wszystkim życzyć Merry Christmas, Christmas, Christmaaaaaas!"
Dzień później będzie impreza w pracy Mojego – na tą pójdziemy w garniturach i pod krawatami. Wymóg ten przypomina mi imprezy w mojej dawnej fabryce w Warszawie, kiedy to ku własnemu obrzydzeniu musiałam kupić sobie długą kieckę wieczorową. Ale poza tym atmosfera będzie na szczęście zupełnie inna.
I tak jedząc i pijąc, tudzież się weseląc dociągniemy do magicznego wieczoru 24 grudnia, kiedy to nawet gdybym upadła na głowę i własnoręcznie ulepiła uszka z prawdziwków, barszcz nie będzie się liczył, bo nie wystygnie nalany w (przecież ogrzaną!) wazę od zdekompletowanego serwisu z lat trzydziestych.
Nie lubię dalekosiężnych planów, ale chyba trzeba będzie w nadchodzącym sierpniu zarezerwować grudniowe bilety do Królewskiego Miasta…