Głosowanie w Hameryce

Przyczyniłam się do tej niebywałej frekwencji, a jakże! Inaczej niż dwa lata temu, kiedy to, żeby dać głos musiałabym jechać do Ogromnego Hamerykańskiego Miasta i mi się nie chciało, tym razem zobaczyłam, że nie ma żartów i postanowiłam wziąć udział w zabawie, choćby mi przyszło iść do Ogromnego na nogach. Ostatecznie nie było jednak takiej potrzeby, bo punkt zorganizowano tym razem także i w pobliskim Wielkim Hamerykańskim Mieście.

Dotarłam tam (samochodem, nie na nogach:-) przed piątą po południu. Budynek Towarzystwa Przyjaźni przesycony był, najwyraźniej charakterystycznym dla Towarzystw Przyjaźni (patrz: niemieckie), zapachem naftaliny. Z flagą na zewnątrz, strzałkami w środku, dalejże do windy, a windą "DO KOMISJI WYBORCZEJ". Komisja miła: pani z głębokim dekoltem, pan z niepoprawnym politycznie komentarzem o pięknych kobietach, inny pan w drodze na papierosa. A wszystko z nudów, bo pustawo, większość zarejestrowanych już podobno była. W tych odświętnych okolicznościach upalnej jak na tę porę roku soboty obowiązek obywatelski spełniłam.

Kraj nieprzyjazny dla pieszych

Mam w grupie na niemieckim dla średnio zaawansowanych Australijczyka. Facet plasuje się (wraz z moją nauczycielką hiszpańskiego pochodzącą z Kolumbii) na liście najpogodniejszych ludzi na świecie. Gatunek w Polsce rzadko spotykany, charakteruzuje się tym, że gdy wchodzi do pomieszczenia, to jakby słońce wschodziło. Poważnie. Dla lingwistycznego ucha też jest wybitny, bo niemieckiego uczył się w Szwajcarii, gdzie przez pewien czas mieszkał. W związku z tym mówi z tym ich rozbrajającym i nie bardzo nadającym się do brania na poważnie akcentem. I kompletnie niegramatycznie, bo uczył się głównie ze słuchu, a wiadomo, jak to jest z nauką obcego języka ze słuchu u dorosłych*.

Ale nie o tym. Ostanio była lekcja (niemiecka książka, więc temat europejski) na temat poruszania się (pociągiem, autobusem, rowerem, samochodem, etc.) Podręcznik niemiecki i temat w Europie nadający się do dyskusji. A w Hameryce? Za odpowiedź niech posłuży wypowiedź mojego Australijczyka:

-Szkoła mojego piętnastoletniego syna znajduje się 500 metrów od naszego domu. Gdy się tu sprowadziliśmy, myślałem, że będzie mógł chodzić tam na nogach**. Ale tu nie ma chodników!!! Przeszedłem się raz sam na próbę. Mało mnie nie przejechali! Pomyślałem, że rower może być rozwiązaniem. Zapytałem w szkole. Mowy nie ma! Nie wolno! No i skutek jest taki, że albo ja muszę go wozić do szkoły, albo jeździ szkolnym autobusem***. No przecież to jest kompletny absurd!!! Pięciuset metrów tu nie można przejść, bo nie ma chodnika!

Ponieważ według mnie Nowy Świat (nie mylić z ulicą w Warszawie) to Nowy Świat, a już ten kolonizowany przez Anglosasów to naprawdę powinien wyglądać wszędzie jednakowo, wyraziłam powątpiewanie w istnienie chodników w Australii. Uczeń mój zeznał, że chodniki są i jak najbardziej można się z miejsca na miejsce przenosić siłą własnych nóg. Także mieszkając poza granicami wielkich miast.

Zresztą z hamerykańkimi wielkimi miastami sprawa też nie jest jednoznaczna, bo poza kilkoma, głównie na Wschodnim Wybrzeżu, gdzie jest metro i przyzwoita sieć autobusów, też się bez auta chleba na kolację nie kupi. 

Opowieść ta przypomniała mi moje własne początki tutaj. To była najtrudniejsza dla mnie rzecz do zaakceptowania – że samochód zastępuje mi nogi. Pomimo, że lubię jeździć samochodem, musiało minąć kilka miesięcy, zanim opuściło mnie uczucie nieprzyjemnego niepokoju z powodu tego uzależnienia od przyjaciela w garażu. Nie mówiąc już o zbyt małej ilości ruchu na codzień i, co za tym idzie, zbyt małej ilości spalanych kalorii. W ciągu pierwszego roku tutaj przytyłam 5 kilo. Potem je zrzuciłam, ale faktem jest, że mieszkając tutaj muszę uważać, ile jem. W Europie nigdy nie musiałam. A nie odżywiam się w fast foodach!

Jest jeszcze jeden aspekt tego przykucia do samochodu. Otóż moim zdaniem nie ma się co dziwić, że młodzież, która samodzielnie opuszczać dom może dopiero po uzyskaniu prawa jazdy, jest infantylna (a infantylna jest niewyobrażalnie, patrz wpisy na kilku innych polskich hamerykańskich blogach). Cóż – szczęśliwi, których młodość upłynęła w Europie (nawet jeżeli był nią tylko ten najweselszy barak obozu…:-)

*jeśli uczą się wyłącznie ze słuchu, nie biorąc lekcji, nie wyłapują prawidłowości gramatycznych i nawet gdy dochodzą do płynności językowej, mówią z dużą ilością błędów. Dlatego dorosłym zawsze potrzebne są lekcje, w przeciwieństwie do małych dzieci. Dlaczego, o tym napisano tomy, a na pytanie nikt nie odpowiedział.

**wiem, że w Polsce Centralnej i Innej mówi się: pieszo, ale ja trzymam się oboczności południowopolskiej:-)

***to te żółte znane m.in. z serialu "Cudowne lata" i wielu innych hamerykańskich filmów.

Kartki z podziękowaniami

Z mojego środkowoeuropejskiego, południowopolskiego domu wiem, że jak się było u kogoś z kilkudniową wizytą, to po powrocie do domu elegancka osoba wysyła kartkę z podziękowaniem za gościnę. Oczywiście jest jeszcze kilka innych sytuacji, w których wysła się pisemne podziękowania, ale są to raczej wyjątkowe okazje.

A w Hameryce? Otóż w Hameryce wysyła się kartki z podziękowaniami w najmniej dla Środkowoeuropejki spodziewanych okolicznościach. Na przykład:

1) Od osoby, która przyszła na rozmowę kwalifikacyjną wszyscy w biurze – pięć osób – po kilku dniach dostają kartki z podziękowaniami. Za to, że byli tacy mili i że umożliwili poznanie firmy. Gdy pierwszy raz zobaczyłam taką kartkę, moja reakcja była dokładnie odwrotna do reakcji moich hamerykańskich kolegów. Podczas gdy ja pomyślałam, że kobieta obrzydliwie kadząc nam wszystkim, chce w ten włazidupski sposób już po fakcie, bo po rozmowie zwiększyć swoje szanse na pracę, ergo, że jest wstrętny lizusem, którego do roboty na pewno przyjmować nie należy, moi tutejsi koledzy stwierdzili, że to miły gest z jej strony. Zderzenie kultur.

Ad1) Pracę i tak dostała inna osoba i ja nie maczałam w tym palców:-)

2) Nowi sąsiedzi zapraszają człowieka na imprezę. Człowiek łapie, co tam ma pod ręką – dobre czekoladki i niezłe wino i idzie się uspołeczniać. Po kilku dniach w skrzynce na listy znajdujemy przemiłą kartkę z podziękowaniami od tychże sąsiadów, za (wyszczególnione): odwiedziny, czekoladę i wino. Zaraz, zaraz, jeżeli już ktoś, to raczej my powinniśmy byli wysłać kartkę z podziękowaniami za gościnę! Gdybym nie miała już pewnego doświadczenia z tymi tutejszymi kartkami, podejrzewałabym jakąś niezrozumiałą, a straszliwą w swoim wyrazie ironię… Kolizja kultur.

Ad2) Kartkę z podziękowaniami my też jak najbardziej wysłaliśmy, tylko że ich była pierwsza.

3) Moja hamerykańska przyjaciółka in spe miała urodziny. Wręczywszy prezent – dwie książki o których wiedziałam, że się jej spodobają, zabraliśmy ją na spacer do Zaczarowanego Ogrodu*, a potem do przemiłej pizzerii. Jeszcze w sklepie Ogrodowym kupiła kartkę i w drodze z pizzerii ją zredagowała! No ja się cieszę, że spędziła miły wieczór, ale żeby zaraz kartka z podziękowaniami???

Z tymi podziękowaniami to tak trochę jak z tym ichnim wychwalaniem wszystkiego pod niebiosa. W konsekwencji, jeśli powie się tu o czymś, że jest dobre, to znaczy, że to coś jest poniżej wszelkiej krytyki. Inaczej powiedzielibyśmy przecież: super! wyśmienite! doskonałe! Słowa ulegają dewaluacji i słowne podziękowania też najwyraźniej uległy dewaluacji. Teraz, żeby miały jakąkolwiek wartość, trzeba je tu przesyłać na piśmie.

* O Zaczarowanym Ogrodzie przeczytać można w notatce z 11 sierpnia 2005, czyli tu: http://kuko.blox.pl/html/1310721,262146,169.html?2

Skwer wśród wieżowców.

Parne hamerykańskie lato. Lubię lato i lubię słońce, a ponieważ spędzam znaczną część życia w klimatyzowanych pomieszczeniach bez okien, lubię też już nawet jak jest parno i duszno. Dochodzi ósma rano, wychodzę po schodach z klimatyzowanych podziemi, do których dowiozła mnie moja klimatyzowana kolejka. Wita mnie przyjazne i ciepłe żółte słońce, które  jeszcze nie miało czasu rozgrzać się do białości. Na skrzyżowaniu skręcam w prawo – nic mnie nie goni, mogę sobie przed pracą pozwolić na krótki spacer. Dochodzę do pięknego, dużego skweru w jednym z najdroższych rejonów miasta. Skwer jest starannie zaprojektowany i dobrze utrzymany – można usiąść na gęstym trawniku nie brudząc się psimi odchodami. Wzdłuż alejek ustawione są średnio wygodne drewniane ławki cieszące się wielką popularnością wśród pracowników pobliskich biur w czasie przerwy obiadowej.

Ale do przerwy obiadowej mamy jeszcze cztery godziny. Pora tak wczesna, to prawie noc dla mieszkańców skweru. Nie, nie mówię o wiewiórkach. Mówię o tych, dla których ławki nie są tak niewygodne, żeby nie można było na nich przespać nocy. Niektórzy już się obudzili, z wolna siadają, przecierają twarze. Kobieta owinięta w długi ciemnopomarańczowy płaszcz z grubej dzianiny układa sobie włosy. Inni jeszcze śpią z nakrytmi głowami, zzutmi butami. Z jednej ławki dochodzi głośne chrapanie.  

To także czas spacerów z psami. Najmodniejsze rasy wychodzą zrobić małe albo i trochę większe conieco. Właściciele karnie podążają za nimi z plastikowymi torebkami w ręce. Przebiegają miłośnicy porannej gimastyki, czasem jakiś biznesmen z gazetą i kawą w jednorazowym kubku przysiądzie na chwilę na ławce naprzeciwko bardziej niż stałego bywalca parku, który, zdarza się, coś do niego zagada. Służby miejskie podlewają kwitnące krzewy, opróżniają kubły ze śmieci. Przesycone wilgocią, ciepłe powietrze zaczyna kleić mi się do skóry. Pora dotrzeć już wreszcie do pracy.

ZAGWOZDKA

Długi intensywny program indywidualnej nauki angielskiego. Uczniem jest pracownik jednej z firm Wielkiej Piątki. Wielkiej Szóstki? A może Siódemki? Zależy kto liczy.

Facet jest z Południowej Korei, angielski zna dobrze, ale ma znać lepiej. Posiedzi u nas półtora miesiąca po siedem godzin dziennie. Przeważnie dajemy mu dwóch nauczycieli dziennie – jednego rano, drugiego po południu. No a nasi nauczyciele to przecież panoptikum (sama też uczę, więc wolno mi tak mówić). Jest taki jeden, nazwijmy go Jack. Jack jest po sześćdziesiątce, niespełniony artysta i wielki łakomczuch. Ma gargantuiczny brzuch, kręcone siwe włosy, nieco żabie niebieskie oczy, wiecznie zroszoną potem otwartą twarz, zasób słownictwa Wielkiego Słownika Webstera, płynną wymowę (pluje, jak mówi) i niczym nieuzasadnione powodzenie u kobiet (jego aktualna dziewczyna wygląda jak Grace Kelly na emeryturze). Jackowi przytrafiają się różne katastrofy. Ostatnio pękł mu mostek podtrzymujący dolne przednie zęby, wymowa stała się więc jeszcze bardziej płynna, a jej nauczanie groteskowe. Jack wydziela dziwny zapach, znany mieszkańcom Wielkich Hamerykańskich Miast – jest to trochę zapach tutejszego metra, przewodów wentylacyjnych, zastałej wody w kałużach i nie wiem czego jeszcze. Na jednostki zapachowo wrażliwe działa odstręczająco, ale co bardziej toporne nosy w ogóle go nie zauważają. Są jednak dni, kiedy powietrze poruszone przez Jacka owiewa człowieka miłą wonią olejku sandałowego. Prawidłowości żadnej nie stwierdzono.

Ostatnio Jack uczył Koreańczyka po południu. Uczeń wyszedł na chwilę. Po piętnastu minutach Jack się zaniepokoił. Po pół godzinie zaczął go szukać. Po trzech kwadransach był już na skraju wyczerpania nerwowego. Po godzinie dorwał go na dole budynku, gdzie pocąc się w dwójnasób wyczekiwał na jego powrót. Koreańczyk przeprosił i wytłumaczył, że przypomniało mu się, iż zostawił portfel w hotelu. Pobiegł poń i nie zauważył, że minęło aż tyle czasu. W rozmowie z naszym koordynatorem mówił, że jest z lekcji zadowolony i żeby źle go nie zrozumieć, bo naprawdę lubi Jacka. Kolejnego popołudnia podczas zajęć z Jackiem źle się jednak poczuł i musiał pójść wcześniej do domu.

Albo mieliśmy do czynienia ze zbiegiem okoliczności, albo nie może znieść przydługawego sam na sam z Jackiem, a będąc człowiekiem Dalekiego Wschodu za nic w świecie nie powie nam tego wprost, bo nie chce żeby Jack stracił twarz. Sprawa nie jest prosta, bo mieliśmy już też do czynienia z jego rodaczką, która bez obciachu po dwóch lekcjach zażądała zmiany nauczycielki dokładnie nam wyłuszczając, co się jej nie podobało. Ot zagwozdka.

Na wszelki wypadek postanowiliśmy dawać mu innych nauczycieli, nie Jacka. Przynajmniej w najbliższym czasie, dopóki mostek nie zostanie naprawiony…

Syndrom college’u

Trzydzieści, czterdzieści, pięćdziesiąt lat – jakie to ma znaczenie, skoro ciągle jeszcze nosimy fryzurę identyczną jak wtedy, gdy byłyśmy w college’u?

Na początku myślałam, że te pocieniowane w sposób nasuwający bliższe lub dalsze skojarzenia z "Aniołkami Czarliego" włosy niektórych Hamerykanek to jakaś tutejsza moda retro. Nic z tych rzeczy! Nie jest to powracający żartem chwilowy szyk sprzed lat. To stanowiący niezrozumiały powód do dumy szyk śmiertelnie poważnie TRWAJĄCY od dwudziestu czy trzydziestu lat!

Czy te fryzury mają za zadanie chronić właścicielki przed upływem czasu? Wydaje się, że tak, zwłaszcza w przypadkach, gdy fryzura rodem z czasów dinozaurów podkreśla mimikę charakterystyczną dla afektowanej piętnastolatki. Te słodko podciągnięte do góry kąciki powleczonych różowiutką szmineczką usteczek, to niewinne, zdziwione wielkim światem spojrzenie szeroko otwartych bławatnych oczek… To ten głos, wysoki i donośny, ale ustawiony na "słodko" dziewczęco, tak właśnie, jak co głupsze piętnastki sobie paplusiają…

A przecieże większość z tych kobiet nie jest ani smarkata, ani naiwna, ani głupawa. Dlaczego więc robią wszystko, żeby robić takie wrażenie?! Czasami naprawdę przykro jest mi na nie patrzeć…

Mnogość błogosławieństw

Różne są języki nauczane w Centrum (Językowym) i różni są nasi uczniowie. Ostatnio na indywidualny arabski zapisał się John. John ma nazwisko zaczynające się na Mc, urodę świńskiego blondyna i jest księdzem katolickim. Zamierza robić doktorat i do tego potrzebny mu Koran, a do Koranu potrzebny mu arabski.

Zapisując się na kurs uderzył w gadkę z szefem. Usłyszałam, że rozmowa zchodzi na temat doświadczeń z wojska i wyszłam na przerwę. Gdy po niecałej godzinie wróciłam dialog katolicko-żydowski na tle militarnym osnuty toczył się w najlepsze. Widać było, że wspomnienia bardzo uczestników zbliżyły. Po kolejnych trzech kwadransach uzgodniono podział godzin i rozpromieniony John opuścił nas, by pojawić się nazajutrz w pełnej gotowości do nauki.

Uczy się już od kilku tygodni i jak do tej pory bardzo jest z kursu zadowolony, czemu daje wyraz, gdy wychodząc z lekcji za każdym razem udziela nam wszystkim, niezależnie od zaangażowania w sprawę, rodzaju wyznania lub jego braku, promiennych, wielokrotnie złożonych błogosławieństw.

Ocalone podreczniki

Materiały do rosyjskiego zostały na stacji. Nauczycielka pojechała na lekcję. Godzinę później szef z rozwianą resztką włosów pobiegł ich szukać.

– I co?

– Udało się. Ktoś zabrał je z ławki i oddał dyżurnemu ruchu. Zdziwiłem się, bo myślałem, że już je ktoś zakosił.

Eeee, do ruskiego do by nawet i w Polsce nie zakosili….

Makowa Panienka

Makowa Panienka, albo raczaj Chabrowa Królowa. Konkurs organizowany przez kilka towarzystw niemieckich działających w okolicach Wielkiego Hamerykańskiego Miasta. Większość tych towarzystw założona została sto i więcej lat temu przez imigrantów niemieckich. Od tego czasu życie (także i w Niemczech:-) poszło do przodu, ale nie znajduje to odbicia w działalności tych kółek: dzisiejsi członkowie niekoniecznie znają nazwisko pani kanclerz (dobrze, gdy wiedzą, że to babka!), po niemiecku najczęściej mówią słabo albo wcale, ich pojęcie o niemieckiej literaturze i kulturze trzyma się w granicach grubo poniżej normy, zaś fascynacja niemieckimi ludowymi tańcami i strojami przerasta wyobrażenie dzisiejszych mieszkańców Bundesrepubliki. Wszystko to składa się na obraz obficie zakrapianej piwem cepelii w skórzanych spodniach do kolan i kapeluszu z piórkiem, takim, jakie były znakiem rozpoznawczym volksdeutschów w polskich filmach kultowych pewnej epoki.

A skoro już przy tym jesteśmy, zrobię małą dygresję i przytoczę mrożącą krew w żyłach opowieść mojego kolegi, który miał kiedyś okazję zwiedzić lochy innego staroniemieckiego towarzystwa mieszczącego się w centrum Wielkiego Hamerykańskiego Miasta. Sama kiedyś przy okazji Weihnachtsmarkt, czyli jarmarku bożonarodzeniowego to towarzystwo zresztą odwiedziłam. Długo tam nie pobyłam, bo wypłoszył mnie wszechobecny zapach naftaliny i dlatego też nie zwiedziłam piwnic, w których mieści się biblioteka (z ręką na sercu – nie spodziewałam się, że takową posiadają:-) Sama biblioteka, jak biblioteka – książki stare i zakurzone, ale ta mapa na ścianie! Mapa przedstawiająca ni mniej ni więcej, tylko Rzeszę w granicach z roku 1937! Jest to jedyna mapa wisząca w całym lokalu. Grzeczną uwagę mojego kolegi, że jest to produkt kartograficzny cokolwiek nieaktualny, puszczono mimo uszu. Nawet żywiołowa reakcja kilkorga przebywających z wizytą w Wielkim Hamerykańskim Mieście młodych Niemców (Przecież tak nie można! Ta mapa jest nieaktualna! Wywieszanie jej tu tak, jakby była aktualną mapą Niemiec to nadużycie!) nie wywołała pożądanych efektów. Mapa wisi dalej.

No ale do rzeczy, czyli kółek spoza miasta, nie dysponujących biblioteką i starymi mapami:-) Zostałam poproszona o udział w jury wybierającym Chabrową Królową na dorocznie organizowanej imprezie. Najpierw trzeba było ocenić prace pisemne finalistek (których było trzy). Pomimo że pisane po angielsku, poprawność językowa jednej z nich pozostawiała nawet na moje nieanglicystyczne wykształcenie, dużo do życzenia. Następnym etapem było spotkanie z dziewczynami oko w oko. W pierwszej turze miała miejsce nieformalna rozmowa przy kawie i drożdzówce. Rozmownością wyróżniała się jedna, z zawodu pielęgniarka. Druga, pielęgniarka in statu nascendi wyróżniała się dopracowanym wyglądem nasuwającym skojarzenie z hamerykańskimi filmami z lat 50-tych:-) Trzecia nie wyróżniała się niczym i nie robiła żadnego wrażenia. Okazało się, że pracuje na stacji benzynowej. Naszą faworytką po pierwszej turze została pielęgniarka numer 1.

W drugiej turze celam szanownej komisji było sprawdzenie wiedzy o Niemczech i świecie współczesnym. Dziewczyny występowały w dirndlach – niemieckich strojach ludowych:-))) Zadano im kilka konkretnych pytań przy których dotychczasowa faworytka, wciąż dużo i sprawnie mówiąc, olśniła komisję ignorancją i lenistwem intelektualnym. Pielęgniarkę numer 2 zjadły nerwy, ale nawet gdyby nerwy miała lepsze, nie pomogłyby one, bo głowa pusta. Dziewczyna ze stacji benzynowej zaś okazała się ambitną młodą osobą, z którą i o literaturze, i o muzyce można było zamienić słów kilka. Ona też, jako jedyna w ogóle trochę mówiła po niemiecku. Jasne jest, że została Chabrową Królową.

Szanowne jury bardzo było z tego finału zadowolone – nieuctwo zostało wykasowane, a autentyczne zainteresowania i pasja do ich poszerzania nagrodzone. Iście bajkowe zakończenie. No i nie mówiłam, że Makowa Panienka?

Uczcie się dziewczyny

Jest około pięćdziesiątki. Zadbana, dobrze utrzymana, niegłupia żona biznesmena. Mieszkała już w wielu miejscach. Przeprowadzki motywowane były zawsze pracą męża. Jakiś czas temu postanowiła pójść na studia, zrobić magisterium. Chapeau bas, bo wcale nie musi wystawiać swego intelektu i pilności na próbę wobec dwa razy młodszego od siebie towarzystwa, ale chce się rozwijać, cieszy ją zdobywanie wiedzy. Wśrod wymogów na zaliczenie kolejnego roku jest coś, co nazwalibyśmy lektoratem. Język może sobie wybrać i może chodzić na zajęcia, albo pójść tylko na egzamin. Zajęcia są przez pięć dni w tygodniu po półtorej godziny (jak tak sobie to wyobrażę, to dochodzę do wniosku, że ludzie się na nich nawet czegoś nauczą:-), czyli że koliduje to z reprezentatywnymi obowiązkami żony biznesmena – okazuje się, że jest ich wiele i są poważne, trudno jest wymigać się od nich mówiąc, że idzie się na zajęcia… (Ciekawe, co by było, gdyby taka żona biznesmena pracowała zawodowo? Ale, jak powiedział pewien Eskimos na widok wielbłąda: takich zwierząt nie ma.)

Ponieważ żona i jej biznesmen mieszkali kiedyś w Niemczech, gdy przyszło wybrać język, zdecydowała się na niemiecki. Ktoś mógłby pomyśleć, że po ośmiu (sic!) latach spędzonych pod Frankfurtem nad Menem pójdzie na egzamin z ulicy i pozagina profesorów. Tym bardziej, że firma męża wyłożyła swego czasu na jej naukę języka grube tysiące marek. Wyrzuciła grube tysiące marek… Nasza bohaterka rozumie bowiem conieco, posługując się stylem Kalego jest w stanie trochę przekazać, ale tak naprawdę to trzeba było zacząć z nią pracę od podstaw… Ambitna jest i pilna, więc dzielnie w domu zakuwa i na niezwykle intensywnych lekcjach bardzo się stara, ale obu nam stale towarzyszy wypowiadana przez nią od czasu do czasu na głos myśl: gdybym ja się byla wtedy uczyła…

Mówiłaby dziś po niemiecku lepiej od swojej nauczycielki:-)))