Teleubiś – Nihil novi sub sole

Dostaję e-maile ze zmanipulowanym Teletubisiem: a to mówi, że będzie nosił damską torebkę no i chuj, a to pojawia się w wersji specjalnej na rynek polski: zamiast torebki – kadzidło, antenka na głowie w kształcie krzyża, zamiast ekranu w brzuchu – koloratka pod szyją, no i cały nie liliowy jest, tylko czarny…:-)

Chcąc podzielić się radością z hamerykańskimi kolegami w pracy wprowadziłam ich w tubisiową paranoję niedawnych dyskusji w Polszcze. Dobrze zrobiłam, bo otworzyli mi oczy na świat – w swoim zaściankowym zadufaniu myślałam bowiem, że to tylko moi oszołomscy rodacy mogli wymyślić, że Tubiś nakłania do homoseksualizmu. Nic z tych rzeczy! Pewien tutejszy (zmarły zresztą w zeszłym roku) polityk, wielkie natchnienie i donośny głos tutejszego ciemnogrodu (a duży to ciemnogród, oj duży…), oskarżył Tubisia o pedalstwo i psucie dziatwy już w 1999 roku! Chcącym się pośmiać i znającym angielski czytelnikom podlinkowuję małe conieco: http://news.bbc.co.uk/2/hi/entertainment/276677.stm

W skrócie: Teletubiś winny jest propagowania homoseksualizmu wśród trzylatków ponieważ: 1) nosi damską torebkę 2) ma na głowie trójkąt będący gejowskim symbolem 3) jest w pedalskim kolorze.

No to ja już teraz przynajmniej wiem, czemu ja się w tej Hameryce czuję jak w domu:-)))

A najbardziej mnie wkurzyło, że cała, jak mi się wydawało, bardzo oryginalna, do szpiku kości polsko-katolicka afera, okazała się marnym plagiatem pionierskiej myśli zrodzonej na hamerykańsko-purytańskim gruncie! Cóż, ci nasi to już nawet idiotyzmu nie są w stanie sami wymyślić!

Jak mówił taki mój jeden tęczowy znajomy: nie dość, że plebs, to jeszcze głupi!!!

Amen

Taxi driver

Sięgnęłam po to Metro* tylko dlatego, że moją uwagę przykuł tytuł: „Taksówkarz w Wielkim Hamerykańskim Mieście aresztowany”. Pomyślałam, że może przymknęli tego, który wiózł ostatnio moją koleżankę.

Moja koleżanka jest Francuzką, mieszka tu już od niepamiętnych czasów, ale akcent ma ciągle jeszcze taki, jak na pierwszej lekcji angielskiego – wystarczy, że powie dzień dobry i już wiadomo, skąd pochodzi. Pracuje w liniach lotniczych i kończy pracę koło pierwszej w nocy, zwykle z lotniska wraca do domu kolejką podmiejską. Ostatnio nie zdążyła i postanowiła wziąć taksówkę. Kierowca już przy wsiadaniu zrobił nieprzyjemne wrażenie, no ale przecież nawet i w takiej Hameryce nie wszyscy muszą być mili. Władowała się do środka. Zawsze ciągnie ze sobą miliony toreb, zupełnie nie wiadomo, co w nich nosi. Tym razem nie było inaczej – założyła nimi tylne siedzenie i zaczęła kopać wytrwale czegoś w jednej z nich szukając (kluczy od domu?) Zagłębiona w odmęty pakunku nie zauważyła, gdzie jadą. Gdy po jakimś czasie podniosła oczy zobaczyła mroczną okolicę: odrapane mury, powybijane okna byłych fabryk, obskurne odludzie, na którym wiatr przerzuca śmieci. Gdy zapytała kierowcę, dokąd ją wiezie, ten zaczął krzyczeć, przeklinać i waląc ręką w plexi oddzielającą przód od tyłu samochodu** i obiecywać jej, że zrobi z niej miazgę.

Moja koleżanka żegnała się z życiem. Była przekonana, że to już koniec – na tym odludziu nie miała najmniejszych szans na ucieczkę (pomijając, że trudno jest uciec z jadącego samochodu). W głowie świdrowała jej myśl, że nawet nie pożegna się ze swoimi dziećmi. W wyobraźni widziała już nas wszystkich dowiadujących się z artykułu w gazecie, co się z nią stało. I wtem, mówi, że nie ma pojęcia, jak jej to przyszło do głowy, bo tego rodzaju trzeźwe reakcje nie leżą jej naturze, powiedziała dobitnie:

– Jasne, możesz mnie zabić, żeden problem. Ale pomyśl, że niezależnie od tego, czy policja znajdzie moje zwłoki, dojdą do ciebie jak po sznurku – tyle osób widziało mnie na lotnisku wsiadającą do twojej taksówki. Ktoś z nich będzie pamiętał. Znajdą cię.

Głupawy psychol nie był wyraźnie przygotowany na takie dictum, a co za tym idzie, na ewentualność, że go znajdą, bo zawrócił taksówkę i odwiózł ją do domu. Grożąc po drodze, żeby nie ważyła się składać skargi na policji, bo on wie, gdzie mieszka (niefortunna sytuacja z tymi taksówkarzami – zawsze znają nasz adres…)

Acha – nie była to „dzika” taksówka: należała do korporacji, z nazwą firmy i duuużym numerem telefonu na dachu, przyjmująca vouchery…

 

*Takie jak to dostępne w Warszawie: jedna szata graficzna i pomysł na biznes (cieniutka darmowa gazetka rozdawana na ludnych rogach ulic) oraz spółka.

**Tak tu jest w taksówkach, najwyraźniej ma to swoje przyczyny…

 

Ofiara patriarchatu

Mój hamerykański znajomy w okolicach czterdziestki. Gdy sie poznali on miał dom, ona wynajmowała mieszkanie. Po pewnym czasie przeprowadziła się do niego. Zaręczyli się. Oboje pracowali, ona awansowała, on mniej. Ona zarabiała coraz więcej, on nie. Między nimi zaczęło się psuć. Zmienił pracę – nie pomogło. Daleko dojeżdżał, ona dużo pracowała, prawie się nie widywali. Podjęli decyzję o rozstaniu. Wynajął mieszkanie bliżej miejsca pracy, dom wystawił na sprzedaż.

Utrzymywali sporadyczne kontakty przez telefon. Po kilku miesiącach pojechał ją odwiedzić. Przyjęła go w domu, który właśnie kupiła. Ugotowała kolację. Pogadali.

Gdy kończył opowiadać mi o tym, miłym w gruncie rzeczy, spotkaniu, powiedział: nie mogę podtrzymywać tej znajomości. To zbyt ponizające: ona we własnym domu – ja w wynajmowanym mieszkaniu…

Kubeczki

W Centrum (Jezykowym) mozna sie napic kawy, zrobic sobie herbaty, albo napuscic do kubeczka wody z filtra. Nie mamy umyslnej, ani tez umyslnego do mycia naczyn, wiec kubeczki sa, nolens volens, jednorazowe. Poniewaz naczalstwo nie pozwala nam kupowac niczego odrobine chocby przekraczajacego bardzo ograniczony budzet, przez dlugi czas straszyly w kuchni okropne styropianowe smieci, ktore zamawialam przez internet wraz z innymi materialami.

Opatrznosc, w skorze pewnej nieco nawiedzonej, ale jakze milej kolezanki, czuwa jednakze nade mna. Tak dlugo wiercila mi dziure w brzuchu (Opatrznosc, ustami kolezanki), az znalazlam kubeczki w cenie zblizonej do styropianowego ohydztwa, a zrobione z kartonu powleczonego czymstam (czyli tez nie tak calkiem ekologiczne, ale lepszy rydz niz nic). Zamowilam zwykla ilosc OPAKOWAN – bo kubeczki nie na sztuki tylko na opakowania sie kupuje. Na drugi dzien wjezdza dostawa – pan ma ustawiona na wozeczku gore pudel – zeby sie zmiescic pod futryna musial dobrze te wieze przechylic. A, to pewnie kolega zamowil jakies straszne ilosci ksiazek. Ale okazuje sie, ze pudeleczka bardzo sa lekkie – cos w nich chyba nie ma ksiazek? Na domiar zlego, facet zsuwa pudla z wozka i mowi: zaraz wroce, jeszcze kilka zostalo w samochodzie… Otwieram pudlo i co widza moje piekne oczy? KUBECZKI! CALA MASE KUBECZKOW! Zamowilam dokladnie 10 000, slownie: DZIESIEC TYSIECY KUBECZKOW!!!

Teraz pudla z kubeczkami pietrza sie w jednej szafie (walk-in-closet), zajmuja pokazna czesc drugiej (dobrze, ze robi sie cieplo i ludzie nosza lzejsze kurtki), stoja pod stolem w pomieszczeniu do nauki samodzielnej, barykaduja dostep do czesci podrecznikow w magazynku…

Jak to sie stalo? Ano jak to z zamawianiem przez internet bywa: w jednym sklepie pod nazwa „opakowanie” kryla sie zgrzewka zawierajaca 20 kubeczkow (styropianowego nieprzyjaznego srodowisku horroru), w innym zas „opakowanie” oznaczalo pudlo z 25 takimi zgrzewkami… No, a ze akurat byla promocja, to cena za pudlo jednych rownala sie niemalze cenie za zgrzewke drugich… Czy ktos nie potrzebuje kubeczkow? J

Hamerykanskie przyjecie

Zostalam zaproszona na okragle urodziny nieco zaawansowanej wiekiem kolezanki. Wyprawiane dla niej przez inna dorosla kolezanke w tejze innej kolezanki mieszkaniu. Pozchodzily sie pracowniki naukowe, spokrewnione belfry i inne takie ludzie wyksztalcone, kilka zwierzat egzotycznych, czyli Europejczykow, wsrod nich ja. Wino (albo sok) na powitanie pustego zoladka – dzialanie preferowane, zeby sie wypita na samym poczatku lampka zdazyla wykurzyc z glowy zanim czlowiek siadzie za kolko w drodze powrotnej (przysiegam, w tym kraju to nawet prohibicji nie trzeba!)

Mile takie ple ple na stojaco i koreczki, i zakaski. Po jakims czasie sygnal: kolacja podana! Kolacja podana to znaczy: nalezy wziac talerz i sztucce i ustawic sie do garnka z ktorego roztaczaja sie wonnosci i gospodarze nakladaja kopiate lychy dobrych rzeczy. Lubie takie towarzyskosci, w ktorych nie jest sie przypisanym do jednego sztywnego miejsca przy stole miedzy jakimis nudziarzami i mozna sobie wybrac kacik konsumpcji i towarzystwo wedle wlasnej wolnej i nieprzymuszonej.

Cieniem jednakze sie kladzie na imprezie milej, ze talerze jednorazowe z plastikopapieru sa zrobione. W jakim to kontekscie zabawnie brzmia zgorszone glosy „oswieconych” Wschodniego Wybrzeza o dzikusach z Teksasu, ktorzy nawet smieci nie sortuja…

Szef sam w biurze

W Hameryce śniegi, mrozy, wielki wiatr zawieje. Wszystkie zajęcia ze środy odwołane, szef jako jedyny dotarł do Centrum (Językowego) i odbiera telefony. Siedzi zam jak ten palec, wtem, późnym popołudniem, drzwi się otwierają i wchodzi nasza nauczycielka japońskiego. Śliczna dziewczyna rodem z Nipponu. Miała jakąś sprawę, jej omówienie poszło szybko, a że jest towarzyska, szef też lubi rozmawiać z ludźmi, uderzyli w gadkę. W pewnym momencie Japonka, nazwijmy ją Kaiko, mówi:

-Powiedziałabym ci coś, ale się obrazisz.

Szef: – Nie, nie obrażę się.

Kaiko: – Nie, bo to coś o tobie i jeszcze mnie wyrzucisz z pracy.

Szef: – Nie, na pewno nie, moje ego nie gra tu takiej roli (w domyśle: jak moja ciekawość!!!)

Kaiko: – No dobrze. Więc na początku, jak cię tu widywałam, zawsze w koszuli i pod krawatem, to myślałam, ale nie obrazisz się? To myślałam… że jesteś gejem… … … (Z uśmiechem:) Ale jak cię widzę teraz (dzień był mroźny, a Szef w swetrze) już tak nie myślę!!! To co, obraziłeś się?

Tutaj konieczne są didaskalia. Szef należy do tej niewielkiej grupy facetów, która w najgorszym swetrze wygląda o niebo lepiej niż w najlepszej koszuli i krawacie. Jeszcze nie doszłam do tego, o co chodzi (głowa? szyja?), ale w koszuli przypomina trzymanego za szyję oskubanego z pior kurczaka, natomiast w swetrze zbiera uczciwe komplementy od najbardziej obiektywnych widzów.

Rozmowa toczyła się dalej na tematy inne niż seksualna orientacja Szefa (didaskalia: Szef nie jest gejem). Wtem:

Kaiko: – A wiesz, jak kiedyś będę miała kasę, to powiększę sobie cycki!

Szef: – ???

Kaiko: -Bo ja mam takie marzenie: iść po plaży w stroju kąpielowym i żeby mi się przedsięwzięcie tak porządnie kołysało za każdym krokiem!

Tutaj Szef rozpaczliwie próbował zmienić temat bełkocząc coś o tym, że nie lato, ale zimę srogą teraz mamy i w ogóle to ciekawe, czy ulice odśnieżyli, gdy nastąpiła kontynuacja:

Kaiko: – A drugie moje marzenie, to jest pójść z tym wielkim biustem do knajpy i tak go wyłożyc na barze!!!

Nie wiem, czy dziewczyna faktycznie ma takie marzenia, czy też był to występ aktorski zorganizowany w określonym (a nieosiągniętym jak dotąd) celu, ciekawie jest jednak obserwować, jak różnie zachowuje się, w zależności od tego, czy mówi po japońsku, czy po angielsku. Po japońsku kuli się w sobie, ten jej niewielki biust (moja boziu, teraz wszyscy będziemy zawsze myśleć przede wszystkim o jej cyckach:-) zapada się jeszcze bardziej w klatce piersiowej, delikatnie się uśmiecha, cały czas kiwa wdzięczną główką, cała jest jedną wielką uniżoną, nieśmiałą uprzejmością, która trochę przeprasza, że żyje. Po angielsku zaś mówi (bardzo) głośno, gestykuluje, śmieje się na całe gardło.

W tej specyficznej, związanej z językami i kulturami schizofrenii nie jest zresztą osamotniona. Kumpel (Amerykanin płynnie znający francuski) ma znajomego Brytyjczyka, który gdy rozmawia się z nim po angielsku jest bardzo miłym człowiekiem, natomiast mówiąc po francusku (mieszka od lat we Francji) staje się kompletnym dupkiem. Ja sama pamiętam też wypowiedź pewnej mieszkającej w Niemczech Rumunki, że gdy mówi po niemiecku, to ma wrażenie, że to co mówi jest jakby nierealne, to co dzieje się wokół niej po niemiecku jakby nie działo się naprawdę… Klucz do zrozumienia zachowania Kaiko?

Przerazajace wentylatory

Nie tak dawno temu zmienilismy lokum na (duzo) wieksze i jestesmy w trakcie urzadzania. Bedziemy w tym trakcie jeszcze przez jakis czas. Ostatnio pod sufitami zainstalowane zostaly smigla, czyli wentylatory. Teraz jest zima, wiec w uzytku sa tylko w charakterze lamp, ale w lecie bardzo sie tu przydaja, zwlaszcza osobie palajacej taka antypatia do klimatyzacji w domu, jak ja.

Jak to zwykle bywa, gdy fachowcy przychodza, zeby cos zamontowac lub naprawic, koty zaszywaja sie w najciemniejsza glebie specjalnie w tym celu podziurawionej (przez koty podziurawionej) kanapy i wynurzaja dopiero, gdy nabeda pewnosci, ze niebezpieczenstwo zostalo zazegnane. Tak tez bylo i tym razem. Starszy wyszedl i powrocil do swoich zwyklych zajec (z ktorych glownym jest spanie), Mlodszy natomiast… Mlodszy wyczolgal sie z otomany i na podkurczonych nogach, szorujac brzuchem po ziemi uciekl z salony. Zupelnie nie wiedzialam, co wywolalo te panike, po chwili jednakze zobaczylam, ze ostroznie wraca. Wystawil lebek zza zakretu, spojrzal pod sufit – obraz jaki zobaczyl zjezyl mu wlos na ogonie – nastapil odwrot na z gory upatrzona pozycje (pod lozko w sypialni na gorze).

Przesiedzial tam wieksza czesc dnia. Gdy poszlam z nim pogadac, ucieszyl sie, wysunal spod lozka, ale rzuciwszy kontrolne spojrzenie pod sufit – w sypialni szczerzylo sie nei tak moze straszne jak to w salonie, ale jednak smiglo – szybko wrocil pod lozko. Nawet kolacji nie zjadl. Na drugi dzien zaczal ostroznie poruszac sie po pietrze – tamtejsze wentylatory sa biale i widac nie tak straszne. Ale na zejscie na dol ciagle jeszcze nie mogl sie zdecydowac. Jednoczesnie brak mu bylo towarzystwa – wszyscy, wlaczajac Starszego Kota, byli na dole. Siedzial na szczycie schodow i miauczal. Dopiero pod wieczor zdecydowal sie przyjsc do kuchni. Zerkal stamtad od czasu do czasu na brazowy wentylator w salonie i ciarki chodzily mu po grzbiecie.

Zachowanie Mlodszego Kota o tyle jest godne odnotowanie, ze w dawnym mieszkaniu tez mielismy wentylatory, latem krecily sie one na wszystkich mozliwych obrotach nie wywylujac zadnej kociej reakcji. No coz, jak powiedzial kiedys ktos znajacy sie na rzeczy: instrukcja obslugi zaginela dawno, dawno temu. Instrukcja obslugi kotow, oczywiscie…

Alarm pozarowy

Moja kolezanka mieszka w centrum Wielkiego Hamerykanskiego Miasta, w starym (z poczatku XX-wieku) budynku, na 10-tym pietrze. Na swieta przyjechala do niej mama. Moja kolezanka ma problemy ze spaniem, lyka ziolka i inne prochy nasenne i spi ze stoperami w uszach.

Ktorejs nocy matka szarpie ja, szczypie, sila wyrywa z lozka: co sie dzieje? Po wyciagnieciu stoperow w uszy wbija sie szpila alarmu pozarowego. Pierwszy odruch – wlozyc stopery czym predzej z powrotem do uszu i wrocic do lozka. Nie z mama te numery!!! Juz naciaga kolyszacej sie na nogach corce przez glowe bluze z kapturem, rzuca w nia butami – chodzze, trzeba sie stad natychmiast wynosic!!! I tak z 10-ego pietra ciasnymi i dusznymi schodami w dol…

Na dole spotkaly cztery inne osoby. Cztery osoby na 12-to pietrowa kamienice! Cala reszta, przyzwyczajona do tych falszywych alarmow, jak zwykle sprawe zignorowala. Bo jesli alarm wlacza sie tak czesto, to jakby go w ogole nie bylo – stopery do uszu i w kimono…

Hamerykanskie drzewko

Zarowno kupowanie i strojenie drzewek, jak i okrecanie domow i ogrodkow kolorowymi swiatelkami zaczyna sie w Hameryce nazajutrz po Dniu Dziekczynienia (Dzien Dziekczynienia przypada na ostatni czwartek listopada). Komercyjne Mikolaje i Rudolfy (Rudolf – renifer z czerwonym nosem, tutejszy bohater bozonarodzeniowy) pojawiaja sie w sklepach i na ulicach czasem juz i wczesniej.

Poniewaz w tym roku nigdzie nie wyjezdzamy i mamy duzo miejsca, postanowilismy kupic drzewko. Ja poczekalabym z tym pewnie do wigilii Wigilii, ale Moj juz od tygodnia panikowal, ze wykupia i pozniej nie bedzie. (Dziwilo mnie to, ale okazuje sie, ze w Hameryce, zwlaszcza przed Swietami jak najbardziej mozliwy jest brak okreslonych towarow…) Udalismy sie wiec na poszukiwania. W jednym miejscu bylo duzo roznych drzewek, polowa z nich nie wystepujaca w Europie, a juz na pewno nie w charakterze bozonarodzeniowej dekoracji. Jakos nie mialam ochoty na eksperymenty w tym zakresie, a poniewaz wszystkie okazy przypominajace jodle byly nawet jak na nasz wysooooki sufit w salonie za duze, pojechalismy dalej. Dalej bylo duzo bardzo pieknych, gestych jodelek w wielu rozmiarach. Szybko wybralismy jedna 2,5-metrowa, kazali przyciac cal (ok. 2 cm) od dolu i zapakowac.

Po co ten cal? Ha! Pierwsza informacje na ten temat zdobylam przypadkiem, czytajac "Paris to the Moon" Adama Gopnika. Jest to rodzaj pamietnika pisanego przez autora – Hamerykanina w czasei kilkuletniego pobytu w Paryzu. Dziwi sie on tam miedzy innymi francuskiemu zwyczajowi wbijania drzewka w krzyzak i stawiania go tak "o suchym pysku" w pokoju – przeciez drzewko w ten sposob szybciej usycha! W Hameryce stawia sie mianowicie drzewko w pojemniku z woda. Przypomnialam sobie te historie gdy byla mowa o kupnie drzewka, a co za tym idzie – stojaka. Powiedzialam Mojemu, ktory uwielbia zakupy i w zwiazku z tym czesto zostaje desygnowany do ich robienia, ze z tym stojakiem to tu podobno zupelnie inaczej funkcjonuje niz w Europie. Oczywiscie w zadna wode dla drzewek mi nie uwierzyl (naczytalas sie teorii:-)) Mnie nie uwierzyl, ale uwierzyl hamerykanskiej znajomej, ktora w jego obecnosci na te okolocznosc przepytalam. Potwierdzila wszystkie moje teorie i udzielila rady, jaki typ stojaka najlepiej sie u niej sprawdzil i ze trzeba koniecznie przyciac cal od dolu pnia, na tej samej zasadzie, co przycina sie kwiaty w wazonie.

Tak wiec w duzym pokoju stoi gesta jodelka, pachnie i pije wode ze stojaka, ktory wyglada jak plastikowa, niezwykle stabilna miska. Drzewko wstawia sie w te miske i z czterech stron dokreca tepo zakonczone sruby. Nie wchodza one w pien, tylko go przytrzymuja. Wlasciciele kotow wiedza, ze kot i drzewko to uklad dynamiczny. Balismy sie, ze nasze, zwlaszcza Mlodszy, bedzie sie na nie wdrapywal. Jest jednak tak gesta, ze do tej pory nie udalo musie wcisnac pomiedzy galezie. Znajomi opowiadali, ze ich kot wypija wode ze stojaka, ale galezie w naszym sa tak nisko, ze blokuja dojscie do wodopoju. Niemniej jednak przyznac trzeba, ze drzewko jest obiektem wzmozonego zainteresowania i nie wiadomo, jak sie sytuacja rozwinie po zawieszeniu ozdob…

Parking w miescie

Po kilkukrotnym telefonowaniu i przesuwaniu terminu potencjalny nauczyciel arabskiego przychodzi do Centrum (Jezykowego) na rozmowe kwalifikacyjna. Po drodze dzwoni: przeprasza, ale sie spozni, nie moze znalezc miejsca do parkowania. Wreszcie wbiega z lekkim obledem w oczach: znowu przeprasza, musi jeszcze raz na dol (jestesmy na 17-tym pietrze), bo zostawil auto otwarte – i juz go nie ma.

Zostawil auto otwarte? Na ulicy? W Wielkim Hamerykanskim Miescie? W polskim miescie zrobilby to tylko raz:-) Nie minely trzy pacierze, wbiega z jeszcze wiekszym obledem w oczach: ukradli mi samochod, ukradli mi samochod!!! Wspolczuje mu, ale nie probuje nawet udawac zdziwienia. Czy moze skorzystac z telefonu? Komorke tez mu ukradli i portfel, zostawione na dole w otwartym aucie… Z fragmentow rozmowy telefonicznej jakie do mnie docieraja wnosze, ze osoba (jak sie pozniej okazuje – tesciowa) na drugim koncu linii nie wierzy w kradziez – kaze mu rozejrzec sie za szyldem informujacym o numerze telefonu, na ktory nalezy zadzwonic, zeby odzyskac odtransportowane z zakazu parkowania auto. Nasz pechowiec (?) nie pamieta rejestracji swojego samochodu, na szczescie wie w ktorej szufladzie znajduje sie odpowiednia informacja i zdalnie kieruje tam tesciowa.

W ciagu kolejnych 15 minut okazuje sie, ze bezposrednio na wprost drzwi wejsciowych (przepisy przeciwpozarowe!!!) zaparkowany samochod faktycznie zostal odtransportowany przez strozow prawa, dzialajacych w tym akurat wypadku szybciej niz zlodzieje. Parkowanie okazalo sie dosc drogie, ale samochod jednak nie zginal.