Czytelnictwo 5

Trudna chwila w Centrum (Jezykowym), usilujemy przebic glowa mur i sie nie da, naczalstwo z Kwatery Glownej rzuca nam klody pod nogi, a do tego przypadek jest zlosliwy, przekierowane telefony przestaja byc przekierowane, maile nie dochodza, fax umarl, Galaktyka sprzysiegla sie przeciwko nam. Opadam na krzeslo I juz, juz mam zawolac do szefa: „to jest jak u Kafki!”, gdy mityguje sie, ze rozmawiam z Hamerykaninem. Zmieniam wiec tekst na ostrozne: „Czytales kiedys Kafke?”

Odpowiedz nastepuje natychmiast I bardzo glosno: „My whole fucking life is Kafka!!!” (Moje cale pieprzone zycie to jest Kafka!!!)

Coz, trzeba sie bedzie wyzbyc pewnych uprzedzen…:-)

 

Byc i miec

Hamerykanska kolezanka, ktora przeprowadzila sie niedawno z Florydy na polnocna czesc Wschodniego Wybrzeza:

Co prawda nie jest tu tak fajnie cieplo, ale za to nie ma huraganow. No i szkoly sa lepsze (ma dwoje dzieci). Na Florydzie tak duzy odsetek dzieci nie mowi po angielsku, ze skutecznie zaniza to poziom szkol panstwowych (Berlin Kreuzberg sie klania). Prywatne sa niesamowicie drogie – pierwsza klasa dla jednego malucha kosztuje do 20 tysiecy dolarow. Rok przedszkola – 15 tysiecy. Zostaja szkoly wyznaniowe. Nie sa one jednak idealnym rozwiazaniem dla ludzi chcacych zapewnic dziecku przyzwoite wyksztalcenie, ale niekoniecznie pragnacych wychowac je w duchu bardziej lub jeszcze bardziej religijnym. Lub, w skrajnych wypadkach, narazac je na pranie mozgu…

Cichy wagon

O hamerykanskich pociagach cos jeszcze. W tych dalekobieznych mozna sie spotkac z wynalazkiem zwanym "cichy wagon". Poniewaz nacja tutejsza nie sklada sie z milczkow (sa glosniejsi od Wlochow, z calym szacunkiem dla wszystkich:-) i wiekszosc jest niezwykle kontaktowa, wprowadzono tu wagony, w ktorych prowadzenie rozmow przez telefony komorkowe jest wzbronione. Rozmowy z wspolpasazerami, jezeli juz, prowadzic nalezy sciszonym glosem.

Cichy wagon koi nerwy…

Cudzoziemski akcent

Firma (duuuza, miedzynarodowa) postanowila zasponsorowac lekcje angielskiego pracownikowi. Czlowiek pochodzi z Chin, ale mieszka w Hameryce i pracuje w tej firmie juz od wielu wielu lat. Teraz ktos z przelozonych postanowil go doszkolic. Przyszedl wiec do Centrum (Jezykowego) na ewaluacje znajomosci angielskiego.

Nauczyciel po rozmowie zdawal relacje: nie bardzo wiem, czego oni od niego chca. Jego angielski jest bez zarzutu. Faktem jest, ze ma troche dziwny akcent ale to dlatego, ze on mieszka … no… to po prostu jest akcent z New Jersey:-)

Srodek Europy

Srednio zaawansowana grupa na niemieckim. Szesciu facetow (to tutaj podobno prawidlowosc, ze niemieckiego uczas sie w wiekszosci chlopcy, a francuskiego dziewczynki:-) miedzy 35 a 60 lat. Pierwsze zajecia, przedstawiamy sie. Kazdy ma powiedziec kilka slow o sobie. Wiekszosc jest tutejsza, biznesmen, nauczyciel, reszta to inzynierowie. Tylko jeden cudzoziemiec, z Izraela. Pytam, dlaczego ucza sie niemieckiego. Odpowiedzi standartowe: przyda sie w pracy, podrozach do srodka Europy. Izraelczyk: niemiecki byl jezykiem mojego ojca. Zaciekawiona pytam, skad ojciec pochodzi. Spod Krolewca. Aha, Prusy Wschodnie! Tlumacze patrzacej na nas wielkim oczami reszcie, ze to ten kawalek miedzy Polska a Litwa, ktory teraz nalezy do Rosji, a przed wojna byl niemiecki…

Karaiby I

Karaiby. A wlasciwie Meksyk. Znowu Yucatan, znowu Mala Miescina poza sezonem turystycznym, za to w sezonie huraganowym (mielismy piekna pogode, zaden wiatr z deszczem nas stamtad nie przegonilJ Slonce. Slonce. Slonce. Morze gladkie jak stol. Woda blekitna i ciepla. Jasno, jasno takze i na 20-tu metrach glebokosci. Ryby kolorowe jak rajskie ptaki. Ogromne zolwie plywajace, jakby lataly, wielkie kraby chodzace bokiem, langusty groznie ruszajace czulkami, zupelnie, jakby marszczyly nos. Machajaca „skrzydlami” plaszczka. Ryby male, ryby duze, okragle, podluzne, oble i troche kanciaste. Wszystko w trzech wymiarach, my tez, inaczej niz na ziemi, poruszamy sie w trzech wymiarach: glowa do przodu, glowa w gore, glowa w dol…

A pierwsza wiadomosc nie byla dobra. Przyjechalismy do Malej Miejscowosci i udali sie do Sklepu Nurkowego, zeby przywitac sie ze znajomymi sprzed roku. Po radosnej wymiane usciskow Brad-Instruktor powiedzial: Mark nie zyje.

Poznalismy Marka w zeszlym roku. Mlodziutki blondyn z polnocnych rejonow swiata, dla ktoregoMala Miescina z jej Rafa Koralowa staly sie ojczyzna z wyboru. Jesli akurat nie nurkowal, mozna go bylo spotkac na „rynku”. Przewaznie boso i bez koszuli, po drodze do albo z morza. Co sie stalo? Odpowiedz zawsze jest jedna: nie byl wystarczajaco ostrozny. Nurkowal powierzchniowo, czyli bez butli, tylko z maska i rurka do oddychania. Wstrzymywal oddech i zanurzal sie na chwile glebiej, a wszystko w miejscu bliskim plazy. Penetrowal miejsce, gdzie slodka woda z porosnietych mangrowcami moczarow uchodzi do morza tworzac w dnie „oczko wodne. Hipotezy na temat smierci Marka sa rozne: wplywajac do „oczka” sploszyl zyjaca tam duza rybe, a ta, rzucajac sie do wyjscia wepchnela go na kamienie, uderzyl glowa, zemdlal… Albo przesadzil z hiperwentylacja przed zanurzeniem, stracil pod woda przytomnosc… Albo po prostu przeliczyl sie ze swoimi mozliwosciami, z tym, na jak dlugo jest w stanie wstrzymac oddech, wplynal za daleko do „oczka”, nie wydostal sie na czas… No a przede wszystkim – byl sam. Podreczniki zas mowia, ze zawsze trzeba nurkowac we dwojke…

 

Kurs nurkowania II

Wody otwarte. Zalew przystosowany specjalnie do cwiczen i szkolen nurkowych. Woda slodka, chlodna i zielona. Zwlaszcza ponizej glebokosci 5-ciu metrow zielona i 20-tu metrow chlodna. Szczypalo w policzki, bo tylko one mialy kontakt ze srodowiskiem – reszta zapakowana w przylegajacy kombinezon, kaptur, rekawice, a wszystko z neopremu. Oczy i nos pod maska.

Poza tym nie bylo tak ciemno i klaustrofobicznie, jak sie spodziewalam. Poogladalismy specjalnie w tym celu zatopione: szkolny autobus (ten zolty, jak z filmu "Cudowne lata"), maly samolot, ciezarowke, samochod… Wszystko osnute szlamem.

Cztery nurkowania na wodach otwartych zaliczone, licencja zrobiona – dalej, na Karaiby!

Wizyta u Pana Doktora

Jak co roku nadeszła pora na wizytę u Pana Doktora. Starszy Kot jak zwykle wyczuł już pół godziny wcześniej, że coś się szykuje i uczynił wszystko, żeby zniknąć z powierzchni ziemi. Nie całkiem mu się udało, bo odkryłam go zaszytego w ciemnym wnętrzu sofy… Po krótkiej gonitwie na trasie: jadalnia – łazienka – jadalnia, został, wbrew swojej silnej woli wsadzony do kociego Pudełka Transportowego. Młodszemu Kotu odrobinę udzielił się niepokój, ale zanim zdążył poddać się panice, włożony został do drugiego Pudełka Transportowego.

Po przebyciu osłodzonej rozdzierającym serce miauczeniem trasy, Starszy jak zwykle sparaliżowany strachem pozwolił Panu Doktorowi zrobić ze sobą wszystko bez najmniejszych problemów. Młodszy natomiast jak zwykle bardziej był zainteresowany niż zaniepokojny sytuacją. Obwąchiwał kąty, wykorzystał, że byłam do jego drapalno-głaskalnej dyspozycji i walcował się po podłodze, ocierał o Kocią Panią Pielęgniarkę, sprawdzał, co Pan Doktor notuje w karcie na jego temat. Absolutnym hitem było, że przy pobieraniu krwi wolną łapką "łapkował", jak zwykł to czynić przy głaskaniu… Ot i charakter – wszystko jedno, co z nim robią, byle był w centrum zainteresowania:-)

Dla Kocich Znawców: Hamerykańskie Towarzystwo Weterynaryjne zaleca badanie okresowe kotów, które ukończyły dwa lata, co sześć miesięcy. Raz w roku pobiera się do badania krew, drugi raz – mocz (strzykawką, prosto z pęcherza. Miewa to ten skutek uboczny, że kociszcze się czasem zsika w drodze do domu, bo mu się sygnały pomieszają). A wszysto to po to, by jak najwcześniej wykryć możliwe choroby, w których długotrwałym ukrywaniu koty są mistrzami. (Oraz, co tu ukrywać, zapewnić regularny dochód Kocim Panom i Paniom Doktorom:-)

Po powrocie do domu Starszy, obrażony, zaszył się na kilka godzin pod łóżkiem, natomiast Młodszy rozciągnął się wygodnie w salonie, jakby nigdy z domu nie wychodził. A badanie przebyły jednakowe…

Kurs nurkowania I

Robimy kurs nurkowania. Ponieważ nie znam polskich fachowych zwrotów, wyjątkowo posłużę się tu pojęciami angielskimi: nasz kurs to jest "open water diver". Mieliśmy ostatnie zajęcia w basenie, następnym razem wyjdziemy już na otwarte wody.

Z nie do końca wyjaśnionych przyczyn zużywam powietrze pod wodą bardzo powoli i taka sama ilość wystarcza mi na wiele dłużej niż innym uczestnikom wygłupów. Tak to, podczas gdy oni po zużyciu zawartości butli dryfują sobie słodko w słońcu na powierzchni, mnie dostaje się dodatkowe szkolenie w głębinach. I tak ostatnio znowu ostałam się na dnie sama. Pan Instruktor zdjął BCD (to jest taka napełniana powietrzem kamizelka, do której przytwierdzona jest butla ze sprężonym powietrzem) i odłączony od źródła życiodajnego tlenu począł robić rundy przepływając pomiędzy bramkami (które służyły nam wcześniej do spokojnego przepływania w pełnym rynsztunku). Gdy to zobaczyłam, wiedziałam już, kto jest następny w kolejce…

Nie czekałam już nawet, aż mi powie, że mam powtórzyć, czego właśnie dokonał, od razu odłączyłam się od butli, zakręciłam ją i wykonałam rundę honorową przez bramkę. Zajęło to, nie ukrywajmy, nieco czasu, w związku z czym do butli wracałam już na wyraźnej rezerwie i dość pospiesznie… No i jak to w takich wypadkach bywa, w pośpiechu ogromnym (bo przecież zaraz się uduszę!:-), zamiast uważnie wziąć do ust regulator (to ten ustnik, przez który się oddycha) i pewnym ruchem odkręcić butlę, ja, rzucając się (jak wyjęta z wody ryba, hahaha:-) wsadziłam sobie w pysk regulator odwrócony o 180 stopni oraz zabrałam się nerwowo za odkręcanie pokrętła przytwierdzającego regulator do butli… Logicznym skutkiem tej działalności było, że spragnione bynajmniej nie wody usta jak najbardziej wodę pociągnęły… Kiedy zaczęłam się (kontrolowanie) krztusić, obserwujący moje wyczyny Pan Instruktor uratował mi życie podając swój regulator i pokazał, na czym polegał problem. Gdy już dokręciłam jedno pokrętło, odkręciłam drugie, założyłam z powrotem BCD i popłynęłam dokasłując sobie spokojnie w regulator nagle… skończyło mi się powietrze!!! Odwróciłam głowę i gdy zobaczyłam Pana Instruktora już wiedziałam o co chodzi – zapłynął mnie od tyłu i zakręcił mi powietrze w butli! Dałam odpowiedni sygnał, a on z sardonicznym uśmiechem najpierw znowu użyczył swojego źródła prany, a potem odkręcił z powrotem moje:-)

Gdy szczęśliwie wynurzyliśmy się na powierzchnię, zaraz zdał Mojemu relację z dodatkowego szkolenia z niespodzianką, jakie mi zaserwował (utrzymuje, że mam gdzieś ukryte skrzela i chce mnie zdemaskować:-). Mój miał oczywiście ubaw miał po pachy, a teraz z dumą rozpowiada, jaki to ja mam talent i że dokonuję wyczynów godnych szkoleń hamerykańskich marines… No i za to szerzenie legend między innymi go wielbię:-)))