Robimy kurs nurkowania. Ponieważ nie znam polskich fachowych zwrotów, wyjątkowo posłużę się tu pojęciami angielskimi: nasz kurs to jest "open water diver". Mieliśmy ostatnie zajęcia w basenie, następnym razem wyjdziemy już na otwarte wody.
Z nie do końca wyjaśnionych przyczyn zużywam powietrze pod wodą bardzo powoli i taka sama ilość wystarcza mi na wiele dłużej niż innym uczestnikom wygłupów. Tak to, podczas gdy oni po zużyciu zawartości butli dryfują sobie słodko w słońcu na powierzchni, mnie dostaje się dodatkowe szkolenie w głębinach. I tak ostatnio znowu ostałam się na dnie sama. Pan Instruktor zdjął BCD (to jest taka napełniana powietrzem kamizelka, do której przytwierdzona jest butla ze sprężonym powietrzem) i odłączony od źródła życiodajnego tlenu począł robić rundy przepływając pomiędzy bramkami (które służyły nam wcześniej do spokojnego przepływania w pełnym rynsztunku). Gdy to zobaczyłam, wiedziałam już, kto jest następny w kolejce…
Nie czekałam już nawet, aż mi powie, że mam powtórzyć, czego właśnie dokonał, od razu odłączyłam się od butli, zakręciłam ją i wykonałam rundę honorową przez bramkę. Zajęło to, nie ukrywajmy, nieco czasu, w związku z czym do butli wracałam już na wyraźnej rezerwie i dość pospiesznie… No i jak to w takich wypadkach bywa, w pośpiechu ogromnym (bo przecież zaraz się uduszę!:-), zamiast uważnie wziąć do ust regulator (to ten ustnik, przez który się oddycha) i pewnym ruchem odkręcić butlę, ja, rzucając się (jak wyjęta z wody ryba, hahaha:-) wsadziłam sobie w pysk regulator odwrócony o 180 stopni oraz zabrałam się nerwowo za odkręcanie pokrętła przytwierdzającego regulator do butli… Logicznym skutkiem tej działalności było, że spragnione bynajmniej nie wody usta jak najbardziej wodę pociągnęły… Kiedy zaczęłam się (kontrolowanie) krztusić, obserwujący moje wyczyny Pan Instruktor uratował mi życie podając swój regulator i pokazał, na czym polegał problem. Gdy już dokręciłam jedno pokrętło, odkręciłam drugie, założyłam z powrotem BCD i popłynęłam dokasłując sobie spokojnie w regulator nagle… skończyło mi się powietrze!!! Odwróciłam głowę i gdy zobaczyłam Pana Instruktora już wiedziałam o co chodzi – zapłynął mnie od tyłu i zakręcił mi powietrze w butli! Dałam odpowiedni sygnał, a on z sardonicznym uśmiechem najpierw znowu użyczył swojego źródła prany, a potem odkręcił z powrotem moje:-)
Gdy szczęśliwie wynurzyliśmy się na powierzchnię, zaraz zdał Mojemu relację z dodatkowego szkolenia z niespodzianką, jakie mi zaserwował (utrzymuje, że mam gdzieś ukryte skrzela i chce mnie zdemaskować:-). Mój miał oczywiście ubaw miał po pachy, a teraz z dumą rozpowiada, jaki to ja mam talent i że dokonuję wyczynów godnych szkoleń hamerykańskich marines… No i za to szerzenie legend między innymi go wielbię:-)))