Cyrk i języki obce

Jest taki cyrk światowej sławy z międzynarodową załogą i bez zwierząt, podróżujacy właśnie po kraju, który mnie gości. Aktualnie przebywa w Wielkim Hamerykańskim Mieście. Centrum (językowe) dostało za zadanie zorganizowanie kilkunastu lekcji angielskiego w ramach kontynuowania kursów jakie część cyrkowców pobiera w miejscach swego postoju.

Angielski cyrkowców na bardzo różnym jest poziome, toteż grupy są trzy – jedna zaawansowana i dwie mniej lub bardziej początkujące. Grupa zaawansowana składa się z przedstawicieli różnych nacji i kontynentów. Natomiast grupy początkujące są dość homogeniczne. Składają się z Rosjan.

Pracodawca zafundował akrobatom te lekcje na wniosek tych zaawansowanych. Poprosili oni mianowicie o lekcje dla Rosjan, bo się z nimi przy wywijaniu linami 10 metrów nad ziemią i innych ciekawych czynnościach, dogadać nie mogą. Kierownictwo szczodrym gestem zakupiło więc  lekcję Rosjanom, a przy okazji też tym, co na pomysł szkolenia owych Rosjan wpadli.

Teraz sytuacja wygląda tak, że grupa zaawansowana pilnie się uczy – pewnie że im łatwiej, bo już wysoki poziom znajomości języka osiągnęli i teraz tylko szlifują. Rosjanie natomiast specjalnie się do nauki nie przykładają, wagarują i wstydzą jeden przed drugim otworzyć gębę w innej, niż ukochana słowiańska mowa…

I żeby nie było – ja absolutnie nic nie chcę przez to powiedzieć.

Hamerykanskie znaki stopu

O znakach stopu (ze sa ich tu zastraszajace, nie mowiac juz o tym, jak spowalniajace jazde, ilosci) juz troche bylo. W praktyce zastepuja one europejska zasade, ze pierwszenstwo przejazdu ma samochod z prawej strony – tutaj ma pierwszenstwo ten, kto pierwszy podjedzie na obwarowane z czterech stron swiata stopami skrzyzowanie. Znak drogi podporzadkowanej bardzo rzedko sie tu widuje i wiekszosc kierowcow nie wie, co on oznacza…

W jednym wszakze wypadku musze oddac tutejszym kierowcom (o ktorych malo Europejczykow ma pochlebne zdanie) sprawiedliwosc. Otoz w momencie, gdy wysiada swiatla regulujace ruch, zadna katastrofa tutaj nie nastepuje – cwiczeni w systemie: kto pierwszy na skrzyzowaniu, ten ma pierwszenstwo przejazdu kierowcy bardzo ladnie sami sobie reguluja ruch. Obywa sie z reguly bez policjanta z gwizdkiem, ktory, jak wiemy z doswiadczenia oraz filmow z Luisem de Fines, wprowadza zupelny zamet….:-)

Hamerykanskie pociagi

Blizej mi znane – te podmiejskie.

W polnocnej czesci Wschodniego Wybrzeza sa miasta, do ktorych mozna sie dostac pociagiem podmiejskim. Ciufcie takie (bez ciufci, jednakze:-) zatrzymuja sie przewaznie na wszystkich stacjach, wypelnione sa w godzinach szczytu ludzmi dojezedzajacymi do pracy, ktorzy sie znaja, bo codziennie, albo i dwa razy dziennie sie widuja. Miejsc siedzacych wystarcza dla wszystkich, co mozna wyjasnic w sposob nastepujacy: do stacji trzeba dojechac samochodem, ten samochod potem gdzies zostawic, a miejsc parkingowych ilosc jest ograniczona… Nie dotyczy to oczywiscie jedynych zywicieli rodzin, ktorych do pociagu podwoza niepracujace zony.

Sam pociag jest przestrzenia w zimie w miare ogrzewana, a w lecie ponad miare klimatyzowana. Okien otworzyc sie nie da – jeszcze by ktos wyskoczyl i pozwal potem firme transportowa do sadu! Ilosc swiatla wpadajaca przez zaciemnione szyby wielce jest ograniczona, tym bardziej, ze okna sa male – mniej wiecej o polowe mniejsze niz w wagonach PKP. Dlatego tez wnetrze wagonu o kazdej porze oswietlaja rzeskie jarzeniowki. Gdy pociag jest w ruchu, przechodzenie z wagonu do wagonu jest wzbronione (patrz: dlaczego nie otwieraja sie okna). Sposob okazywania biletow do kontroli: w oparciu siedzen od strony przejscia znajduja sie specjalne zaszywki, w ktore mozna wsunac bilet na poczatku i nie grzebac w torbie za kazdym razem, gdy sumienny/a konduktor/ka zechce zobaczyc, czy aby ktos nie jedzie na gape (a chce czesto, bardzo trudno byloby przejechac tu kilka przystankow bez biletu). Posiadacze biletow miesiecznych przypinaja je sobie czasami do ubrania, albo wieszaja na szyi w plastikowych oslonkach uzywanych na konferencjach do "opisywania" uczestnikow.

Niedostatek dziennego swiatla i mroz klimatyzacji rownowazone sa czystoscia wnetrz (mozna podrozowac w bialym ubraniu, oprzec sie na parapecie i ubranie ciagle jeszcze jest czyste!) oraz pasazerow – tutaj ludzie sie myja i piora ubrania (bo ze zbieraja z chodnikow kupy za swoimi psami, to juz pisalam…:-)

Przechodnie Różnych Krajów w Akcji

Tak sobie ostatnio rozmawialiśmy o różnicach między kulturami (różnicach znikomych, bo wszystkich w obrębie podobno tej samej, judeochrzescijańkiej, hihihi:-)))) Zeszło nam na różne reagowanie przechodniów, a własciwie na to, jak różne zachowania wywołują różne reakcje w różnych krajach.

W Niemczech na ten przykład można oberwać parasolką od przechadzających się starszych pań, gdy jedzie się rowerem po ścieżce nie oznaczonej jako ścieżka rowerowa. Można też być pewnym, że gdy zaparkuje się samochód niezgodnie z przepisami, wiadomość o tym szybko dotrze do odpowiednich organów porządkowych.

W Hameryce zaś to nie osoby łamiące przepisy wszelkich maści wydają się być na cenzurowanym. Tutaj na cenzurowanym są… matki małych dzieci. Moja europejska koleżanka, mama małej dziewczynki, opowiadała o swojej drodze po ulicach Wielkiego Amerykańskiego Miasta z córeczką w wózku. Mała jadła banana. Już go właśnie domamlała do reszty, w łapce pozostała skórka. Zanim mama zdążyła dotoczyć wózek do najbliższego kosza na śmieci, już ktoś zdążył jej zwrócić uwagę: dziecko skończyło jeść, trzeba wyrzucić skórkę! Mojej porywczej koleżance na takie dictum nasunęła się tylko jedna odpowiedź…

Innym razem, było to zimową porą, pod wiatr, który jak to zwykle zimową porą w Wielkim Amerykańskim Mieście niesłychanie był porywczy, nos małej odpowiednio zaś czerwony – wracały z przedszkola. Po drodze kilka osób zwróciło uwagę: małej jest zimno, oj, zaraz się przeziębi, ma zupełnie czerwony nosek… Chyba nie tylko mojej porywczej koleżance nasunęłaby się jedna konkretna odpowiedź…

Takie komentarze można pewnie usłyszeć w każdym kraju. Charakterystyczna dla Hameryki jest nie tyle ich treść, ale nasilenie. No i to, że jako osoba dorosła, możesz na ulicy Wielkiego Hamerykańskiego Miasta robić wszystko (np. mieszkać) i nikt nawet na ciebie nie spojrzy. Spróbuj jednak dopuścić się jakiegokolwiek niedopatrzenia (które czasem jest niedopatrzeniem w bardzo subiektywnym ujęciu) wobec pięciolatki, a do akcji wkroczą miliony!

W Kraju Tym 6

Przerazajaca sytuacja polityczna podobno nie szkodzi gospodarce. Wladza kretynow ma te dobra strone, ze po 15-letnim letargu odzyly kawaly polityczne.

Do kurzu na butach trudno sie przyzwyczaic. Jasne spodnie zaklada sie najwyzej dwa razy.

Duzo mlodych kobiet rozmawia przez telefon komorkowy z mama. Czasem babcia.

W budce z hotdogami sprzedawczyni mogaca pamietac komune jedynie z bardzo wczesnego dziecinstwa nie chce sprzedac ostatniego Kubusia – bo z wystawy.

W miescie bedacym osrodkiem kulturalnym i kulinarnym na czas wizyty pewnego dygnitarza wprowadzono prohibicje. Tetniace zazwyczaj wieczornym zyciem dzielnice zamykaja smutno drzwi pustych knajp. Wyjatkiem sa imprezy zamkniete i restauracje przy hotelach – udajac gosci hotelowych udaje sie zjesc pyszna, suto zakrapiana kolacje :-)))

Krolik bardzo chwalil sobie lozowanie* na Lonie. Moglby jeszcze zostac troche na wylegiaturze* wsrod swych Krewnych i Znajomych. Poki co jednak upalnym rankiem idzie do pracy przez ulice pachnaca jajkami na bekonie. Swiezo umyty asfalt paruje w sloncu, na butach Krolika przez caly dzien nie zbierze sie zaden kurz.

*eee, nie bede wyjasniac, mozna sie z kontekstu domyslic, co znacza te dawne galicyjskie slowa:-)

Tytuł 7

Jednodniowe seminarium na temat roznic kulturowych, a dokladnie – jak pracowac z ludzmi w Indiach i ograniczyc nieporozumienia do minimum. Dowiadujemy sie mase ciekawych rzeczy.

Hamerykanie maja wiele trudnosci w porozumiewaniu sie z mieszkancami Subkontynentu. Moze nawet wiecej niz Europejczycy? Jednym z problemow jest, jak to ujmuja: "syndrom-tak". Juz wyjasniam:

Hamerykanka: Na kiedy bedzie pan w stanie przygotowac ten projekt?

Hindus: Slucham?

Hamerykanka: Mysli pan, ze 3 tygodnie wystarcza?

Hindus: Oczywiscie, prosze pani.

Hamerykanka: Czy jest pan pewien? Wiekszosci oddzialow zajmuje to okolo szesciu tygodni.

Hindus: Trzy tygodnie w zupelnosci nam wystarcza.

Oczywiscie po trzech tygodniach okazuje sie, ze projekt jest w lesie (czy tez dzungli). Czemu od razu nie powiedzieli, ze trzy tygodnie to za malo? Bo mowiac przelozonej "nie", stracilby twarz. Ludzie Zachodu nie do konca rozumieja, w czym utrata twarzy przez mowienie "nie" gorsza jest od utraty twarzy przy zawaleniu terminu…

Seminarium bylo dlugie i nie bede go streszczac, napisze jeszcze tylko o firmie w kontekscie rodzicow pracownikow. Otoz gdy firma decyduje sie zatrudnic mlodego czlowieka, zanim udzieli on wiazacej odpowiedzi, konsultuje sie z rodzicami. Bez ich blogoslawienstwa lepiej sie bowiem za robote nie zabierac. Mozna sobie wyobrazic, ze firmy odpowiednio zabiegaja o rodzicow dobrze wyksztalconych mlodych ludzi. Zapraszaja na rozmowy wstepne, oprowadzaja po biurowcach etc. A potem… czesta praktyka jest automatyczne przelewanie 10% pensji takiego mlodego, dobrze jak na tamtejsze warunki zarabiajacego informatyka na konto jego rodzicow!

Gdyby wprowadzic podobne rozwiazanie w cierpiacej na ujemny przyrost naturalny Europie Srodkowej, posiadanie dzieci przestaloby sie nam pewnie kojarzyc z heroicznym altruizmem bez powodu…

Hamerykanskie (nie) uczenie sie jezykow obcych

Wielu mieszkancom ogromnego jednojezycznego kraju, w ktorym poslugiwanie sie obcym jezykiem w przewazajacej wiekszosci wypadkow wiaze sie z brakiem pieniedzy i wyksztalcenia (meksykanscy imigranci), trudno sobie wyobrazic, ze sa na tej ziemi miejsca, w ktorych podstawowa przynajmniej znajomosc jezyka innego niz ich wlasny konieczna jest do prowadzenia normalnego trybu zycia. I kupowania rogalikow.

Moja francuska kolezanka chciala przekonac jednego z nich do skorzystania z oferowanych mu indywidualnych lekcji francuskiego (za ktore placi firma jego zony). Z czarujacym zabozerczym akcentem usilowala przemowic mu do rozumu: "Wie pan, my sie obcokrajowcami nie przejmujemy, w znajomosci angielskiego nie jestesmy orlami. U nas kazdy oczekuje, ze osoba przyjezdzajaca z zagranicy bedzie umiala sie z nami przynajmniej w podstawowym zakresie porozumiec. Zreszta – prosze sobie wyobrazic, to jest tak, jakbym ja przyjechala tutaj i oczekiwala od ludzi dookola, ze beda ze mna rozmawiac po francusku. Czy bylabym w stanie cokolwiek tu zalatwic? Nie moglabym nawet kupic sobie biletu na metro!"

Nie wiadomo, co odgrywa wieksza role w odrzucaniu przez rzeczonego Tubylca pomyslu zostania poliglota – arogancja, czy lenistwo. Tepota? Tak, czy inaczej, jest jeszcze jedna szansa na nawrocenie go na jedynie wlasciwa droge lingwistyczna – pojechali wlasnie cala rodzina (bo to cala rodzina sie przeprowadza w zwiazku z kontraktem zony) za kaluze, ogladac mieszkanie. Wracaja w przyszlym tygodniu. Jezeli i po tym krotkim pobycie w miejscu czasowego swego przeznaczenia gosciu nie zmieni zdania, pozostaje mu jedno z dwojga: zycia a’la turecka gospodyni domowa w Niemczech (czyt. calkowite zdanie sie na rodzine, nawet do doktora sie bez meza (w jego wypadku – zony:-) nie wybierze, albo zycie w szklanej kuli wsrod innych Hamerykanow w Europie. Jakby nie bylo – getto.

Hamerykanska wiosna w miescie

W Wielkim Hamerykanskim Miescie dogrzewa slonce i kwitna drzewa. Rankiem wysiadajacych z pociagow podmiejskich wita rzeskie solo gospel slawiace stworce w podziemiach dworca. Cala ludzkosc wylega w poludnie (lunch time!) na ulice i ociaga sie z powrotem do spietrzonych w wiezowcach klimatyzowanych biur bez okien. Czlowiek-orkiestra grajacy na wszystkich garnkach i wiadrach swiata dudni na ludnym skrzyzowaniu jednokierunkowych ulic. Przez duzy skwer, albo – jak kto woli – malenki park, na ktorym platany nie wypuscily jeszcze lisci, ale rozowe magnolie gotowe sa juz do skoku, nie mozna przedostac sie na druga strone – nie tylko gesto ustawione lawki, ale i wolne od psich odchodow (uklon w strone sakramencko zasranej, odpowiednio o tej porze roku smierdzacej Warszawy) trawniki obsiedziane sa szczelnie. Alejkami sunie roznobarwny tlum.

W tym kontekscie od razu moge dobrze o Hamerykanach: to, ze nie ma tu psich kup w roznych stanach rozkladu pokrywajacych miejskie powierzchnie plaskie, to nie wynik braku psow, tylko konsekwentego zbierania gowienek przez ich wlascicieli. Psow wlascicieli:-)

C.d.n.

Hamerykańskie sztućcami się posługiwanie

To duże szczęście, że sztućce tu są takie same jak na Starym Kontynencie. Nie oznacza to jednak, że Tubylcy posługują się nimi w ten sam sposób, co Europejczycy!

Łyżka to łyżka i technika jedzenia zupy nie odbiega od znanej nam z Rodzinnego Kontynentu. Ciekawie robi się natomiast, gdy drugie danie wymaga użycia noża i widelca. Siedzącemu w tutejszej restauracji człowiekowi wydać się w pewnym momencie może, że znalazł się na stołówce przedszkolaków. Początki są niewinne: widelec w lewej, nóż w prawej. Ale szybko robi się ciekawiej: cała sztuka mięsa krojona jest zaraz na początku na drobne kawałeczki. Następnie nóż jest odkładany, widelec wędruje do prawej ręki, lewa ręka wędruje pod stół (i nie wiem, czym się tam zajmujeJ)) i – wiosłujemy!

Długo zastanawiałam się, dlaczego Oni się tak zachowują. Wreszcie przeczytałam gdzieś wyjaśnienie, które nawet jeżeli nie jest historycznie potwierdzone, to jednak nosi cechy wszelkiego prawdopodobieństwa. Otóż w siedemnastym wieku, kiedy biali zaczęli się tutaj z Europy przeprowadzać, do jedzenia wszystkiego używano łyżki. Widelca jeszcze wtedy nie wynaleziono. Większe kawałki kroiło się na początku posiłku nożem trzymanym w prawej ręce, zaś przytrzymywane one były łyżką trzymaną w ręce lewej, następnie nóż odkładano i łyżka wędrowała do prawej ręki. Tubylcom ten sposób jedzenia pozostał do dziś. W miarę upływu czasu przyswoili sobie co prawda instytucję widelca, ale sposóbu posługiwania się nim już nie…

Hamerykanska egzotyka

O zachodzie slonca laduje zakupy z wozka do bagaznika. Zatrzaskuje klape, podnosze glowe, w odleglosci kilkunastu metrow widze na plycie parkingu przy samochodzie czarna zwinieta postac. Postac sie porusza. Patrze dalej – acha, obrazek znany mi ze Stambulu. Ona (szczelnie, razem z twarza zawinieta w czarna szate) sie modli. I nie byloby w tym nic tak znowu wartego napisania, gdyby nie jej towarzystwo – najwyrazniej niepraktykujaca kolezanka siedzi trzy metry od niej na krawezniku, rozowy dres, wstazki we wlosach, czekajac na koniec modlitwy pali papierosa.