Jest taki cyrk światowej sławy z międzynarodową załogą i bez zwierząt, podróżujacy właśnie po kraju, który mnie gości. Aktualnie przebywa w Wielkim Hamerykańskim Mieście. Centrum (językowe) dostało za zadanie zorganizowanie kilkunastu lekcji angielskiego w ramach kontynuowania kursów jakie część cyrkowców pobiera w miejscach swego postoju.
Angielski cyrkowców na bardzo różnym jest poziome, toteż grupy są trzy – jedna zaawansowana i dwie mniej lub bardziej początkujące. Grupa zaawansowana składa się z przedstawicieli różnych nacji i kontynentów. Natomiast grupy początkujące są dość homogeniczne. Składają się z Rosjan.
Pracodawca zafundował akrobatom te lekcje na wniosek tych zaawansowanych. Poprosili oni mianowicie o lekcje dla Rosjan, bo się z nimi przy wywijaniu linami 10 metrów nad ziemią i innych ciekawych czynnościach, dogadać nie mogą. Kierownictwo szczodrym gestem zakupiło więc lekcję Rosjanom, a przy okazji też tym, co na pomysł szkolenia owych Rosjan wpadli.
Teraz sytuacja wygląda tak, że grupa zaawansowana pilnie się uczy – pewnie że im łatwiej, bo już wysoki poziom znajomości języka osiągnęli i teraz tylko szlifują. Rosjanie natomiast specjalnie się do nauki nie przykładają, wagarują i wstydzą jeden przed drugim otworzyć gębę w innej, niż ukochana słowiańska mowa…
I żeby nie było – ja absolutnie nic nie chcę przez to powiedzieć.