Hamerykański życiorys

O. jest w wieku  lekko emerytalnym. W  Centrum (Językowym) poducza cudzoziemców angielskiego. Z (pierwszego) wykształcenia jest inżynierem. Pochodząc z Maine, odpowiednik naszych studiów politechnicznych skończył w Bostonie. Zaczął pracować w zawodzie, a potem został oficerem marynarki i przeniół się z żoną i pierwszym dzieckiem do Południowej Karoliny (proszę sprawdzać na mapie, bo wędrówki O. robią wrażenie). W marynarce wypełniał zadania zgodne ze swoim wykształceniem, jak twierdzi. Urodziło mu się drugie dziecko, przenieśli go do Kalifornii, potem do Misouri, Północnej Dakoty (o ile dobrze pamiętam, ale chyba to była Północna, nie Południowa) i znowu na Środkowy Zachód, czyli w Środek Niczego. Rodziły mu się kolejne dzieci. W Środku Niczego zdobył kolejny zawód – został pastorem. Jako pastor pracował w Kalifornii, w kilku parafiach (przeprowadzki). Pastorowanie też nie okazało się jednak zawodem jego życia, bo wrócił do szeroko rozumianej techniki. Ponieważ elektrykiem został zbyt późno, raczej nie ma już szans na zostanie niczyim prezydentem. Z Kalifornii wrócili na Wschodnie Wybrzeże przeprowadzając się kilkukrotnie z Pensylwanii do New Jersej, Delaware, znowu Pensylwanii… Utrzymuje, że jak dotąd przeprowadzał się w życiu trzydzieści razy. Kiedy dał sobie spokój z kablami i śrubokrętami, został nauczycielem. Najbardziej lubi uczyć dorosłych. Na wypadek włamania (mieszka w bardzo dobrej i bezpiecznej okolicy – opinia moja) ma w domu dwie spluwy. Jak wielu Hamerykanów pije hektolitry kawy (tyle, że w Centrum po europejsku mocna kawa chyba niekoniecznie dobrze mu robi). Ma sześcioro dorosłych dzieci, sztuczne kolano i przeszedł dwa zawały. Z wszystkich miejsc w których mieszkał, Pensylwania najbardziej mu sie podoba, bo nie jest ani za gorąco, ani za zimno (opinia O.), ludzie mili, no i znaleźli kościół, w którym się dobrze czują (kościoły odgrywają w życiu wielu Hamerykanów rolę ośrodka społecznego o wadze nawet w Polsce dla większości ludzi niezrozumiałej). Ostatnio był jednak trochę przybity, po pastor z tego kościoła: a)okazał się gejem, b) zgarnął kasę (równowartość małego domku jednorodzinnego) i wypruł na Florydę. Zaciętość, z jaką O. mówi o byłym pastorze: "mam nadzieję, że zgnije w więzieniu", daje wiele do myślenia. Nie jestem w stanie ocenić, który z punktów: a), czy b) doprowadza O. do większego szału, a zapytać się nie odważyłam (strzelać mnie co prawda na PO nieźle nauczyli, ale pukawki takowoż nie posiadam…)

Hamerykanski zwyczaj

Przyszlam wczoraj rano do Centrum (Jezykowego) i zobaczylam, ze jeden z naszych uczniow ma czolo ciemnosine. Juz juz mialam zapytac, gdzie sie tak urzadzil, ale ktos mnie zagadal i nie zapytalam.

W poludnie wyszlam na miasto i zobaczylam na ulicy ludzi z czarnymi krzyzami wymalowanymi na czolach. I to wcale nie byli satanisci! Po chwili intensywnego wysilku umyslowego skojarzylam wreszcie, ze to najpewniej chodzi o Popielec. Zapytalam znajoma tubylke, ktora to religia takie ma dziwaczne obyczaje. No i sie dowiedzialam, ze to tutejsi katolicy…

Wieczorem dalej prowadzilam dochodzenie i przepytalam znajomego Irlandczyka na okolicznosc znakow malowanych na fizjonomiach wiernych w Srode Popielcowa. Okazalo sie, ze na Zielonej Wyspie tez maluja sobie czarne krzyze. Musze przyznac, ze ciekawie to wyglada i zywcem nasuwa skojarzenia z mrokami sredniowiecza…

A mowia, ze polski katolicyzm zacofany (LOL)!

Wewnetrzna ucieczka z Hameryki

Czasem czlowieka rzeczywistosc tak ze wszystkich stron zalewa, ze trzeba poszukac wyspy. Dla wytchnienia i odreagowania. W dawnych czasach w innym swiecie kupowano do tego celu "nic". Czyli pol litra na dwoch:-)

A co moze zrobic czlowiek za oceanem? Moze przeleciec sie od Europy i nawdychac innego powietrza. Moze tez pojsc na proszona kolacje.

Jesli zas chcemy, jedzac dobre rzeczy, dac dosadny wyraz swemu zwatpieniu w dalsze losy goszczacej nas polowy kontynentu, najlepiej wybrac sie do przedstawicieli narodu kojarzonego powszechnie z pewnymi plazami. Wychwalajac zdobycze cywilizacyjne La Republique, pod ktore podciaga sie w patriotycznym uniesieniu cala EU, wraz z najnowszymi jej czlonkami (no niech bedzie, ze to tak troche: przyczepio sie gowno okretu i mowi – plyniemy!) spedzamy przy stole mily wieczor i polowe nocy. Zaczynajac po dwudziestej od kir royal (wytrawne biale wino zabarwione sokiem z czarnej porzeczki) zagryzanego oliwkami, wloskim salami i przeszmuglowanym przez gospodarzy PRAWDZIWYM pasztetem, przesiadajac sie do duzego stolu, zeby sprobowac, czy panu domu udaly sie muszle w bialym winie i zapijajac je takowym, dalej pijac biale wino do zapiekanego w porach lososia, upajajac sie uplywajacym na czarujaco zlosliwej konwersacji czasem, przechodzac do serow i nieodlacznego czerwonego wina, w godzine po zmianie daty decydujemy sie na kawe (badz herbate – tacy to rewolucyjni gospodarze!) i mus czekoladowy. Posiedzenie konczymy miedzy druga a trzecia i dajemy sie wiezc Mojemu (ktory z racji funkcji musial ograniczac ilosc wina) do domu, zasypiajac Mu w samochodzie.  To byl upojny wieczor…

Hamerykanski snieg

Hamerykanski snieg jest bialy, prosze panstwa:-))) I ostatnio jest go duzo, napadalo w nocy z soboty na niedziele i zaskoczylo drogocow. Trzeba cwiczyc kreatywne parkowanie miedzy bialymi gorami usypanymi przez plugi. Dzisiaj zrobilo sie cieplej, wiec to pewnie na szczescie dosc szybko splynie. Musze przyznac, ze w Polszcze mi snieg mniej przeszkadzal – moim subiektywnym zdaniem lepiej jestesmy do niego przygotowani niz wschod stanu zwanego Puszcza Penna.

Moje koty sa kotami wylacznie domowymi – na pole wychodza tylko na balkon (wiem, ze dla Ludzi Polnocy zwrot ten bedzie cokolwiek trudny do zrozumienia:-))) Mlodszy sniegu jeszcze w zyciu nie widzial, a do zimna w ogole nie jest przyzwyczajony (cale zycie na pokojach), jak zawieje od otwieranych drzwi albo okna, to zaraz po kociemu otrzasa lapki. Otwarlam drzwi na balkon, ktory bardzo lubi i jak slyszy otwierane drzwi pedzi w podskokach. Przypedzil. Zobaczyl snieg (balkon jest pod dachem, ale ze wialo, wiec nawialo tak z 5 cm). Zahamowal. Wystawil lapke. Pomacal. Zimne. Mokre. Usiadl na progu i mysli. Wystawil lapke i pomacal kawalek dalej. Zimne. Mokre. Wstal, przesunal sie na prawo, tam pomacal. Hm, ciagle zimne i mokre. Pomacal jeszcze kilka razy w innych miejscach stojac na progu, wreszcie sie zdenerwowal i dal susa na srodek balkonu. Oj, we wszystkie cztery lapki zrobilo sie zimno i mokro!!!! Zeby zmniejszyc dyskomfort stanal na trzech, prawa przednia trzymajac przed soba jak pies mysliwski. Potem zmienil na lewa przednia. Zaczal macac dookola, ostroznie przesuwajac sie w poszukiwaniu miejsca, ktore nie byloby tak mokre i zimne. Ale nigdzie nie bylo lepiej! Biale obrzydlistwo pokrylo caly balkon!!! W koncu dal za wygrana i wydluzonym susem wrocil do mieszkania. Czujac znow miekki cieply dywan pod "paputkami" wystartowal jak rakieta i z zakrzywionym ogonem zrobil trzy ekspresowe rundy honorowe, przy czym za bieznie sluzyla nie tylko podloga, ale i fotel z kanapa. Suche i cieple:-)

Pomieszane języki

Mieszkam w Hameryce, gdy odzywam się do obcej osoby w sklepie, na ulicy, w knajpie, na basenie, gdziekolwiek – odruchowo „włącza mi się” angielski. Mechanizm ten działa także przez jakiś czas, gdy wyjeżdżam z tego cudnego kraju. Podobnie było, gdy mieszkałam w Niemczech – „ustawiony” do rozmowy z obcymi ludźmi niemiecki włączał mi się jeszcze po przyjeździe do Polski. Teraz i w Niemczech do ludzi na ulicy odruchowo odzywam się po angielsku… Z rozmów z wielojęzycznymi przyjaciółmi wiem, że nie jest to tylko moje doświadczenie.

Najbardziej narażonym na wpływy innych języków elementem jest słownictwo. Ojczystym językiem mojej mieszkającej od wielu lat w Niemczech przyjaciółki jest albański. Jest lekarką, szpital ma z niej użytek podwójny, bo w razie potrzeby tłumaczy niekumaszczym pacjentom, co im dolega. Czasem zdarzają się trudności. W rozmowie z pacjentką wyleciało jej z głowy, jak po albańsku jest woreczek żółciowy. Próbowała opisywać, jaki to organ, gdzie ulokowany i jakie spełnia funkcje, ale że nie trafiła na osobę oblataną z biologii, więc nic to nie dało. Ostatecznie chwyciła za telefon i zadzwoniła do matki (która zresztą mieszka w Niemczech od jakichś trzydziestu lat BEZ znajomości niemieckiego). Moja przyjaciółka po albańsku na tematy medyczne mówi bardzo rzadko (stąd problem z woreczkiem), wiem, że zna też turecki, więc zapytałam, na ile udaje jej się podtrzymywać znajomość tureckiego. Z tym nie ma kłopotów, po turecku mówi często, zawsze pogada z pielęgniarkami na oddziale, ma regularne konwersacje na tematy medyczneJ

W obrębie jednego języka też zresztą bywa ciekawie. Widziałam się ostatnio z pewnym naszym niemieckim znajomym. Przeważnie widujemy się wszyscy czworo: jego dziewczyna, on, Mój i ja. Tym razem rozmawialiśmy tylko we dwójkę. Zrobiłam odkrycie – mówił literackim niemieckim z lekkim tylko badeńskim akcentem. Gdy rozmawiamy we czwórkę (wszyscy troje są z Badenii), jego język ma o wiele wyraźniejsze dialektowe zabarwienie.

Mój zresztą też zmienia natężenie gwarowego akcentu i słownictwa w swoim niemieckim, zależnie od tego, z kim i gdzie rozmawia. W większości wypadków robi to nieświadomie.

Hameryka korporacyjna I

Baaardzo duza miedzynarodowa firma, niezle stojaca w notowaniach wszelkich. Wieczorem w knajpie jedna pracujaca tam od kilku lat pani ma dol i zwierza sie drugiej pracujacej tam pani, ze boi sie, ze ja wywala (wywalic powinni byli ja juz dawno, bo za glupia jest na stanowisko, ktore zajmuje). Pani wysluchujaca dobrym jest czlowiekiem, wiec “nasyla” na nia wspolnego szefa (wszystkie osoby w okolicach trzydziestki), zeby ja podtrzymal na duchu. Szef, znany z bezposredniego obejscia, rzuca smiejac sie: – nie boj sie, nikt cie nie wyrzuci, jakbysmy chcieli, tobysmy cie juz dawno wywaliliJ Nastepnie z wlasnej kasy placi za napitki uczestnikow biesiady.

Na drugi dzien wedruje na dywanik. Pani Co To Wczoraj Miala Dol poskarzyla sie w kadrach. I kadry reaguja. Jak mogl sie tak odezwac? Co to za pomysly? To nie jest sposob, w jaki mozna traktowac pracownika! Itd. itp.

Dlaczego kurwy po prostu nie wyrzuca? Bo ona pojdzie do sadu. Pracuje w firmie juz od szesciu lat i do tej pory nikt nic do niej nie mial. Zeby uniknac placenia odszkodowania w wysokosci 300 000 (trzystu tysiecy) dolarow za nieuzasadnione wyrzucenie, firma musialaby udowodnic przed sadem, ze pani jest niekompetenta. A to podobno trudne zwazywszy, ze do tej pory skarg na nia nie bylo. Fakt, firma sama sobie winna, trzeba bylo nierobow (bo takich jest tam niestety wiecej) wywalic juz dawno – zanim sie zasiedzieli i nabrali szans przed ewentualnym sadem.

Czy sie stoi, czy sie lezy… – w krwiozerczym kapitalizmie udaje sie to czasem lepiej niz w panstwie najbardziej opiekunczym…

 

Hamerykanska zaleta

Jakis czas temu kupilam torebke. Nie uzywalam jej wiele, nie przeciazalam (chyba musialabym tam nosic sztabki olowiu, zeby ja przeciazyc) az tu ostatnio spadla mi z ramienia – pasek sie urwal. Paragon oczywiscie dawno temu wyrzucilam.

W Polsce poszlabym z tym do szewca, zaplacila kilka zlotych, poczekala pare dni i odebrala naprawiona.

W Niemczech dobrze bym sie zastanowila, czy koszt naprawy nie przerosnie kosztu torebki (nie na darmo jezdza tam nasi fachowcy – ichni sa nie do oplacenia).

A w Hameryce – poszlam do sklepu w ktorym ja bylam kupilam, powiedzialam co i jak, i ze nie mam paragonu, a tam bez zastanowienia, krecenia, sie krzywienia, konsultacji z kwatera glowna i panem bogiem – po prostu kazali mi sobie wybrac inna torebke w ramach wymiany. Bez zadnych ograniczen cenowo-kolorowo-materialowo-jakichkolwiek.

I tak tu jest czesciej. W restauracji – nie smakuje ci jedzenie (mimo ze obiektywnie jest w porzadku)? Co innego sobie wyobrazalas pod nazwa tiramisu? Dostaniesz cos innego, bardziej ci odpowiadajacego, po tej samej cenie.

I akurat to mi sie tutaj, co zrozumiale, bardzo podoba.

Hamerykanska pralka – c.d.

Moj przepytywal ostatnio znajomych w pracy na okolicznosc bardziej cywilizowanych pralek (patrz wpis: Hamerykanska pralka). Chcialby taka z okraglymi drzwiczkami z przodu, a nie klapa z gory. Ktos z rozmowcow zaprotestowal:

– Alez taka z klapa od gory o wiele lepiej plucze!

– Bzdura! Tylko niszczy ubrania!

– A coz za ubrania ty pierzesz?

– Moje stroje pilkarskie! (Moj kolekcjonuje stroje pilkarskie z roznych krajow, a takze gra w nich regularnie w pilke:-)

Radosci nie bylo konca. A mogl powiedziec, ze ofiara pralki pada koronkowa bielizne jego zony – przynajmniej by mu zazdroscili… Moze:-)

Hamerykanskie zyczenia

Moj sie podsmiechiwal z tego amerykanskiego poprawnego politycznie zyczenia: “Happy Hollidays” zamiast: “Merry Christmas” na Boze Narodzenie. Az ostatnio mial okazje sie przekonac o jego sensownosci.

Grali w pilke. Zgonieni ale szczesliwi, bo wygrywaja. Grala z nimi jedna dziewczyna. W czasie krotkiej przerwy kolega Mojego, naladowany energia sportowej walki, bieganiem i kopaniem pilki, w ramach niewinnej proby podrywu krzyknal do atrakcyjnego dziewczecia:

         “And how was your Christmas???!!!”

         I am Jewish – padla lodowata odpowiedzJ

Paradoksalnie (zwazywszy otwartosc naszego spoleczenstwa na “Innych”), po polsku by sie facet tak nie byl zblaznil, a w kazdym razie nie w tym roku – Swieta Chanukowe zaczely sie 25 grudnia.

Nigdy przedtem nie przyszlo mi do glowy, jak wspanialym zwrotem jest ekumeniczne mimo woli zyczenie “Wesolych Swiat”. I jak bezpieczne moze byc niezobowiazujace pytanie: “Jak tam Swieta?”

Hamerykańskie kontrasty c.d.

Drążąc temat kontrastów. Rozmowa z miejscowymi zeszła na Małe Hamerykańskie Miasteczko. Jest źle. Nie zawsze tak było. Nie? Ano nie. Jeszcze w kilka lat po wojnie (II światowej) można tam było spokojnie ulicami chodzić, większe zakupy robiło się jak nie w Wielkim Hamerykańskim Mieście, to właśnie tam. Ekskluzywna ta okolica nie była nigdy, ot, przemysłowa miejscowość, ludność pod względem kolorów wymieszana, głównie robotnicza. No to co się stało?

Jeden z moich rozmówców opisał zapamiętaną z dzieciństwa scenę. Wracając z ojcem z zakupów czekali na peronie na podmiejski pociąg. Na jeden z sąsiednich torów wjechał dalekobieżny skład, dobrze pilnowany. Na schludnych drewnianych ławkach siedzieli w nim pozbierani z „frontów całego świata” niemieccy jeńcy. W tym samym czasie na inny tor wtoczył się pociąg z przeciwnego kierunku. W niemożebnie brudnych, cuchnących na odległość bydlęcych wagonach przyjechali nim czarni mieszkańcy Głębokiego Południa. Nie umiejący czytać ani pisać, zatrudniani do prac typu łopata-ziemia. Bez żadnego wykształcenia, bez perspektyw zostali tam, gdzie ich, nie troszcząc się o nich dalej, wysadzono – w Małym Hamerykańskim Miasteczku.