Niedaleko Bardzo Dużego Hamerykańskiego Miasta jest pewne Małe Hamerykańskie Miasteczko. Mieści się w nim niewielka uczelnia, w której miałam kiedyś trochę do popracowania. Uzbrojona w opis drogi i mapę wyruszyłam tam w promieniach porannego słońca (samochodem oczywiście). Już wcześniej obiło mi się o uszy, że nie jest to najlepsza okolica, chciałam więc dotrzeć na, z natury rzeczy bezpieczny, kampus, bez zbędnego kluczenia. Nie było z tym żadnego problemu, napisy z nazwą uczelni znajdowały się już przy zjeździe z autostrady, a potem na kolejnych skrzyżowaniach. Wszystko sprawnie załatwiłam i ruszyłam w drogę powrotną. Najpierw z powrotem na autostradę. Nie była daleko, ale wjazd na nią okazał się być w remoncie. Zamknięty. Zaczęłam więc kluczyć w poszukiwaniu innego. Po opuszczeniu niewielkiego czworokątnego kampusu, w obrębie którego znajdują się budynki uczelniane, akademiki, stołówka, regularnie strzyżony trawnik, bezpieczne parkingi i czyste uliczki, wjeżdżamy w inny świat – na dziurawych ulicach walają się śmieci, leciwe domki chylą się ku upadkowi, chodniki porasta zielsko. Jeżdżąc tak sobie nerwowo, z zaryglowanymi drzwiami i pozamykanymi oknami, torebką (antyzłodziejskim zwyczajem warszawskim) na podłodze pod siedzeniem, wpakowałam się w ślepą ulicę. Zawracając slalomem pomiędzy porozrzucanymi czarnymi workami ze śmieciami, pobiłam zapewne jakiś rekord prędkości w przerzucaniu: jedynka-wsteczny-jedynka-wsteczny i dziarskim kręceniu kierownicą. A bardzo uważałam, żeby żadnego wora nie przejechać, obawiając się, że mogłoby to wzbudzić uzasadnioną, ale kto wie, czy nie przesadzoną, agresję wśród przyglądającej mi się miejscowej gawiedzi. Czy muszę mówić, że byłam jedyną białą poza kampusem? Wreszcie, straciwszy nadzieję na znalezienie bram raju na własną rękę, pojechałam gdzieś dalej i zobaczywszy rząd sklepów, a przed nimi parking wjechałam nań i zatrzymawszy się jak najbliżej wejścia do sklepu wysiadłam i zapytałam w środku o drogę. Pojechałam jak mi poradzili i horror się skończył. Nigdy przedtem nie zauważyłam, jak przytulnym i bezpiecznym miejscem może być autostrada!
Jakiś czas później miałam okazję usłyszeć relację pewnej Europejki, przebywającej na tejże uczelni na gościnnych występach, którą na kilkutygodniowy czas pobytu zakwaterowano w domku stojącym po przeciwnej niż kampus stronie ulicy. Przeżyła tam ona ciekawe chwile, leżąc plackiem na podłodze w pokoju podczas wieczornej strzelaniny za oknem.
Zadbany kampus z niezłą uczelnią jak wyspa w morzu slumsów.