Pisząc amerykańska mam na myśli nie tylko tradycyjny tutejszy steakhouse, w którym podają niewyobrażalnej wprost wielkości kawały mięsa, ale każdą tutejszą restaurację, niezależnie od gatunku jedzenia i kraju pochodzenia szefa kuchni: włoskie, meksykańskie, francuskie, hiszpańskie, arabskie, ogólnie śródziemnomorskie, chińskie, japońskie i wszystkie inne.
Jesteśmy głodni, idziemy jeść. Wchodzimy do wybranego lokalu. Przechodzimy obok stojącej przy wejściu osoby… nie! stop! Nie można! Tutaj nie wchodzi się na salę i nie wybiera samodzielnie stolika. Należy podejść do hostessy (albo hostessa – jak brzmi rodzaj męski?) i powiedzieć, dla ilu osób stolik sobie życzymy. Miła osoba porywa karty dań i prowadzi nas w odpowiednie według niej miejsce. Jeśli jesteśmy poza Nowym Jorkiem, zadane nam będzie uprzednio pytanie, czy chcemy siedzieć w sali dla palących, czy niepalących. W Wielkim Mieście nie ma możliwości palenia w restauracji. Ani barze. Ani pubie. Ani dyskotece. Ani putyce (czy wszyscy wiemy, co to jest putyka?J.
Oczywiście zdarzyć się może, że knajpa jest pełna i należy poczekać, aż ktoś skończy się opychać i zwolni stolik. W wielu miejscach dostajemy w takim wypadku do ręki plastikowy przedmiot. Gdy nasz stolik się zwalnia, przedmiot ów zaczyna wydzielać światło… tzn. przważnie mrugać na czerwono. Amerykanie sprawiają wrażenie, że nie przeszkadza im, a czasami, że wręcz lubią czekanie. Nieraz czekają przed restauracją i po trzy kwadranse, godzinę i, mimo że głodni, nie dochodzi tam do zamieszek!
No dobrze – przyprowadzono nas do stolika, siadamy, otwieramy kartę (na którą nie musieliśmy czekać, hostessa ma ją ze sobą gdy nas sadza), chcemy zacząć czytać… nie! stop! przybiega kelner/ka i z szerokim uśmiecham zaczyna: dzieńdobry! Mam na imię…, dzisiaj będę się o waszą/ym kelnerką/em. Nasze specjalności w dniu dzisiejszym to… (tutaj następuje dłuższa lub krótsza lista dań, nieraz opisanych bardzo dokładnie niezwykle poetyckim językiem). Czy mogę podać coś do picia?
Wielką zaletą tutejszych knajp jest, że gdy już usiądziemy przy stoliku, wszystko dzieje się szybko – karta dań, napoje, zamówienie, jedzenie – wszystko przynoszone jest szybko i sprawnie. Wiele restauracji nie ma koncesji na alkohol (amerykański stosunek do alkoholu to zresztą materiał na osobny wpis). Stąd też pomysł BYOB (Bring Your Own Bottle – przyjdź se z własną flaszką). Kupujemy w sklepie butelkę wina i każemy kelnerowi/ce przynieść odpowiednie kieliszki. Ma to tę wadę, że już w sklepie trzeba zdecydować, co będziemy jedli i tę zaletę, że nie płacimy za alkohol lokalowej marży.
Bez względu na to, co oprócz tego zamawiamy, zawsze podadzą nam do picia wodę. Kranówę z lodem. Z dużą ilością lodu. Gdy upijemy pół szklanki, osoba biegająca po sali z dzbankiem pełnym owego nektaru dolewa nam do pełna. Do picia tak zimnej wody przy jedzeniu większość Europejczyków musi się przyzwyczaić. Na początku zdaża się, że lodowacieje nam żołądek. Góry lodu dodawane są zresztą także i do coli, fanty i tym podobnych. Europejczyka w pierwszej fazie pobytu tutaj poznać można po nerwowym: ale bez lodu, BEEEZ lodu proszę!!!
W trakcie jedzenia nie jesteśmy zostawieni na pastwę losu. Miły/a kelner/ka podchodzi co jakiś czas pytając, czy wszystko dobrze smakuje i czy mamy jeszcze jakieś życzenia. Dla nieprzyzwyczajonych bywa to trochę stresujące, bo zjawia się zawsze wtedy, gdy akurat nabraliśmy nowy kęs jedzenia. Starając się nie opluć osoby siedzącej naprzeciwko i nie zakrztusić na śmierć, przybieramy miły wyraz twarzy chomika (wypchane panicznie przesuwanym tam jedzeniem policzki) i na przemian kiwamy i kręcimy głową – tak, nie, wszystko w porządku, dziękuję…
Zdarza się, że porcja jest wystarczająca dla trzech kopaczy. A jedzenie dobre. Możnaby je też na zimno, albo odgrzać w mikrofalówce… Żaden problem! Gdy kelner/ka widzi, że dość dużo zostawiliśmy na talerzu, od razu zapyta, czy życzymy sobie pudełko. Na resztki. Jeśli tak, dostajemy zgrabne styropianowe pudełeczko i możemy do niego przeładować to, co w żołądku się już nijak nie zmieści, a zostawiać żalJ
Zjedliśmy. Deser już też zjedliśmy. Kawę pijemy. Mile gawędzimy. Trawimy. Wtem – buch! na naszym stole ląduje rachunek. Nikt go nie zamawiał!!! Otóż rachunek to kolejna rzecz, po karcie, napojach, jedzeniu, która przynoszona jest szybko i sprawnie. Nie trzeba tu wcale o niego prosić, gdy na kolejne pytanie, czy czegoś jeszcze sobie życzymy odpowiadamy przecząco – zjawia się na stole.
Płacimy. Kartą kredytową można prawie wszędzie. Oczywiście można też gotówką. Tak czy inaczej, nie należy zapomnieć o napiwku. Jest konieczny i wynosi – 15-20%. Żadne zaokrąglanie należnej sumy, 10% to ochłap. Szanujący się gość nie schodzi poniżej 15%!
Dziękujemy za wizytę, proszę zajrzeć do nas znowu, miłego dnia/wieczoru Państwu życzymy!