Ameryka, kraj rzeczy dużych, a więc i dużych mieszkań. Jak dużych? Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta, bo ich wielkości nie mierzy się w metrach kwadratowych, tylko w sypialniach. (Od razu zaznaczę, że nie mówię tu o mieszkaniach w wielkich miastach, które z oczywistych względów są ograniczone powierzchniowo.)
W centrum amerykańskiego mieszkania (lub domu) znajduje się zwykle pokój dzienny, najczęściej połączony z otwartą kuchnią (witajcie wszystkie smażeniowe zapachy!) i jadalnią. Czasem część jadalniana jest bardziej w kuchni, czasem bardziej w pokoju. Reszta pokojów to sypialnie. Wiele z nich ma osobną łazienkę (patrz: Amerykańska łazienka). W idealnym układzie przy każdej sypialni jest też szafa na ubrania, czyli niewielkie pomieszczenie do którego wchodzi się drzwiami. W środku jest drążek na wieszaki i czasami jakaś półka. Okna z reguły tam nie ma, choć widziałam wyjątek.
W sypialniach pod sufitem wiszą wentylatory. Bardzo je sobie w lecie cenię, stanowią sensowną alternatywę dla klimatyzacji.
Amerykańskie drzwi nie mają klamekJ Mają pokrętła. W związku z tym sprytne zwierzęta domowe, które w Europie dawno by się już nauczyły je otwierać, tutaj są bez szans. Amerykańskie drzwi wewnątrz mieszkania nie mają progów. Są za to pod nimi szpary dochodzące do, nie przesadzam, czasami i kilku centymetrów.
Amerykańskie okna otwiera się przesuwając w górę dolną część. (O.K, przyznaję, w Bostonie spotkałam się też z otwieranymi prawie „po europejsku” oknami. Ale Boston w ogóle jest europejski.) W wielu zamontowane są na stałe moskitiery, w związku z czym nie można przez nie wystawić głowy. Nie można ich też umyć od zewnątrz, nawet tych bez moskitiery. (To akurat jakoś specjalnie mnie nie martwi.) Zaskakujące, ale w wielu, zwłaszcza starszych budynkach, okna są dość małe, a co za tym idzie mieszkania ciemne. Niektórzy zawieszają w nich dodatkowo misternie upięte rokokowe zasłony, izolując się w ten sposób skutecznie od światła dziennego. Niech żyje sztuczne światło i klimatyzacja o każdej porze dnia i nocy! Firanek niet, albo prawie niet. Życie sąsiadów można po zmroku śledzić bez wysiłku. Wszystkie okna, jakie do tej pory widziałam, były pojedyncze. Że w zimie jest zimno? A od czego ogrzewanie?
Modele ogrzewania są najróżniejsze. Najśmieszniejszy jest taki: przez zamontowane w suficie kratki dmucha ciepłe powietrze. Jak łatwo się domyślić, ono tam pod tym sufitem zostaje… Ogrzewanie takie wysusza powietrze na pieprz. Najlepiej wyobraźcie sobie zamotowane pod sufitem duże suszarki do włosów, a będziecie mieli pełny obraz tego mechanizmu. Za to jako klimatyzacja system ten działa znakomicie (przez te same kratki można w lecie włączyć nawiew zimnego powietrza). Ogólnie nieco lepszym rozwiązaniem są kratki umieszczone w podłodze. Ich wadą może być ilość wydmuchanego w atmosferę domową kurzu, gdy je po letniej przerwie jesienią włączymy. Ale ten problem większości Amerykanów nie dotyczy, bo przez całe lato używają klimatyzacji (znowu te same kratki, tylko powietrze zimne). Są też i sympatyczniejsze rodzaje ogrzewania – niskie grzejniki zamotowane zaraz nad podłogą przy zewnętrznych ścianach domu. No albo całkiem podobne do europejskich (tych starszych modeli) kaloryfery. A grzać (lub w lecie chłodzić, jeśli ktoś lubi) trzeba dużo, bo domy z cienkich są deseczek zbudowane, ściany zewnętrzne grubości parunastu centymetrów…
P.S. Nie wiem, jak sobie radzą Kanadyjczycy – zima u nich cięższa i tak na zdrowy rozum powinni mieć jakieś lepsze ogrzewanie i izolacje. Czy ktoś wie?