W góry

Wybraliśmy się w góry. Niskie, bo niskie, ale zawsze to góry, te Poconos. W przewodniku wyszukałam dwie niedługie trasy, które wydały mi się interesujące i kazałam wybrać Mojemu, którą woli. Jedną skreślił z miejsca, gdy przeczytał, że tam są niedźwiedzie. No to pojechaliśmy pospacerować tą drugą.

Wysiadamy z samochodu (jazda 2 godziny w jedną stronę, nie żebyście myśleli, że ja w górach mieszkam, niestetyL podchodzimy pod szlak, tam tablica informacyjna, a na tablicy: „PROSIMY NIE KARMIĆ NIEDŹWIEDZI”…

Poszliśmy do góry. No co – w Tatrach też są miśki, a czy komuś przez to przyjdzie do głowy, żeby tam nie chodzić?

Kocia poranna niedziela

Starszy Kot zwykle wskakuje o poranku na łóżko, sprawdza, czy jeszcze śpimy, pokręci sie trochę, pomruczy, a następnie układa się w nożnej części i zasypia.

Ale dzisiaj rano przyszedł Młodszy Kot. Pokręcił się, podreptał i ułożył w górnej części łóżka, dokładnie między nami. Głaskany leżał sobie spokojnie, mruczał, gdy przyszedł Starszy Kot. Wskoczył na łóżko, z zamiarem zrobienia zwykłego obchodu, wychylił się zza nóg Mojego gdy… zobaczył zwiniętego Młodszego. Nastroszył wąsy, zmarszczył brwi z wyrazem pyszczka: a co to tu, k..wa za sielanka?! Następnie położył się niemalże na Młodszym. Ten zaś, nauczony doświadczeniem, oddał mu grzecznie plac bez boju…

Amerykańskie mieszkanie

Ameryka, kraj rzeczy dużych, a więc i dużych mieszkań. Jak dużych? Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta, bo ich wielkości nie mierzy się w metrach kwadratowych, tylko w sypialniach. (Od razu zaznaczę, że nie mówię tu o mieszkaniach w wielkich miastach, które z oczywistych względów są ograniczone powierzchniowo.)

W centrum amerykańskiego mieszkania (lub domu) znajduje się zwykle pokój dzienny, najczęściej połączony z otwartą kuchnią (witajcie wszystkie smażeniowe zapachy!) i jadalnią. Czasem część jadalniana jest bardziej w kuchni, czasem bardziej w pokoju. Reszta pokojów to sypialnie. Wiele z nich ma osobną łazienkę (patrz: Amerykańska łazienka). W idealnym układzie przy każdej sypialni jest też szafa na ubrania, czyli niewielkie pomieszczenie do którego wchodzi się drzwiami. W środku jest drążek na wieszaki i czasami jakaś półka. Okna z reguły tam nie ma, choć widziałam wyjątek.

W sypialniach pod sufitem wiszą wentylatory. Bardzo je sobie w lecie cenię, stanowią sensowną alternatywę dla klimatyzacji.

Amerykańskie drzwi nie mają klamekJ Mają pokrętła. W związku z tym sprytne zwierzęta domowe, które w Europie dawno by się już nauczyły je otwierać, tutaj są bez szans. Amerykańskie drzwi wewnątrz mieszkania nie mają progów. Są za to pod nimi szpary dochodzące do, nie przesadzam, czasami i kilku centymetrów.

Amerykańskie okna otwiera się przesuwając w górę dolną część. (O.K, przyznaję, w Bostonie spotkałam się też z otwieranymi prawie „po europejsku” oknami. Ale Boston w ogóle jest europejski.) W wielu zamontowane są na stałe moskitiery, w związku z czym nie można przez nie wystawić głowy. Nie można ich też umyć od zewnątrz, nawet tych bez moskitiery. (To akurat jakoś specjalnie mnie nie martwi.) Zaskakujące, ale w wielu, zwłaszcza starszych budynkach, okna są dość małe, a co za tym idzie mieszkania ciemne. Niektórzy zawieszają w nich dodatkowo misternie upięte rokokowe zasłony, izolując się w ten sposób skutecznie od światła dziennego. Niech żyje sztuczne światło i klimatyzacja o każdej porze dnia i nocy! Firanek niet, albo prawie niet. Życie sąsiadów można po zmroku śledzić bez wysiłku. Wszystkie okna, jakie do tej pory widziałam, były pojedyncze. Że w zimie jest zimno? A od czego ogrzewanie?

Modele ogrzewania są najróżniejsze. Najśmieszniejszy jest taki: przez zamontowane w suficie kratki dmucha ciepłe powietrze. Jak łatwo się domyślić, ono tam pod tym sufitem zostaje… Ogrzewanie takie wysusza powietrze na pieprz. Najlepiej wyobraźcie sobie zamotowane pod sufitem duże suszarki do włosów, a będziecie mieli pełny obraz tego mechanizmu. Za to jako klimatyzacja system ten działa znakomicie (przez te same kratki można w lecie włączyć nawiew zimnego powietrza). Ogólnie nieco lepszym rozwiązaniem są kratki umieszczone w podłodze. Ich wadą może być ilość wydmuchanego w atmosferę domową kurzu, gdy je po letniej przerwie jesienią włączymy. Ale ten problem większości Amerykanów nie dotyczy, bo przez całe lato używają klimatyzacji (znowu te same kratki, tylko powietrze zimne). Są też i sympatyczniejsze rodzaje ogrzewania – niskie grzejniki zamotowane zaraz nad podłogą przy zewnętrznych ścianach domu. No albo całkiem podobne do europejskich (tych starszych modeli) kaloryfery. A grzać (lub w lecie chłodzić, jeśli ktoś lubi) trzeba dużo, bo domy z cienkich są deseczek zbudowane, ściany zewnętrzne grubości parunastu centymetrów…

 

P.S. Nie wiem, jak sobie radzą Kanadyjczycy – zima u nich cięższa i tak na zdrowy rozum powinni mieć jakieś lepsze ogrzewanie i izolacje. Czy ktoś wie?

Czego tu nie ma

Miałam napisać o bolesnych brakach. Nie będzie to długa lista, bo „w Ameryce jest wszystko”. Z wyjątkiem:

1) wspominanych wcześniej krówek;

2) Prince Polo;

3) przyzwoitego chleba. Standartowy tutejszy chleb to biała tostowa guma. Dziękujemy. Wychowaliśmy się na aromatycznych złocistobrązowych bochenkach żytniego z kminkiem, a potem pobyt w Niemczech i tamtejsza pełnoziarnista chlebowa różnorodność na zawsze ustawiła wysoko naszą pieczywną poprzeczkę. Co robimy? Jeździmy do pewnego dziwnego sklepu, w którym można dostać bardzo dobry pumpernikiel, w normalnym supermarkecie kupujemy bliskowschodni wynalazek – chlebek pita, sięgamy po bajgla (z krakowskim bajglem ma wspólne tylko pochodzenie i okrągły kształt. Acha, no i to, że czasem może być z makiem lub sezamem), a gdy upały nie obrzydzają nam myśli o piekarniku – pieczemy chleb w domu;

4) białego sera, który można kroić nożem. Są wyroby podobne: coś takiego jak polski „serek wiejski” w okrągłym pudełku, no albo kremowe sery homogenizowane. Od biedy można z tego zrobić sernik, ale nie będzie taki fajny twardy jak w Polsce. Zresztą ten problem pojawia się już w Niemczech, to nawet do Hameryki nie trzeba jechać, żeby twarogu nie było…;

5) papierówek. A w każdym razie jeszcze ich nie odkryłam. Wszystkie jabłka świata, ale nie papierówki;

6) ogórków kiszonych. Konserwowych są tryliony rodzajów i smaków. Kiszonych niet.

 

Wiele rzeczy ma nieco inną formę (nie mówiąc o treści), albo występuje tylko w określonych miejscach. Na początku wydawało mi się, że całej masy rzeczy tu nie ma, ale z czasem albo w końcu przypadkiem się na nie w sklepie nadziewałam, albo znajomi dawali mi namiary, gdzie ich szukać. Takie szukanie to czasami cała wyprawa, np. po (bardzo dobre zresztą) kabanosy jechaliśmy kiedyś ponad godzinę w jedną stronę. No ale nie sposób teraz napisać, że tu kabanosów nie ma. Bo są…

Tłuczenie talerzy

Byliśmy na Polterabend. Ślązacy znają ten niemiecki zwyczaj pod nazwą „skorupiorze”, czy jakoś tak. Reszcie świata wyjaśniam: dzień przed ślubem urządza się imprezę na którą goście przynoszą porcelanę i fajans. I tłuką to, rzucając przy wejściu na ziemię. Młoda para zaś uwija się z miotłą i szufelką i cały czas sprząta skorupy. Im więcej tłuczenia i hałasu, tym lepiej wróży to przyszłemu małżeństwu.

Tak to wygląda w oryginale. W wersji zmodyfikowanej impreza odbyła się kilka dni przed ślubem. Niemcem był narzeczony, narzeczona pochodzi z Argentyny. A wszystko miało miejsce w Hameryce. Z racji pochodzenia firmy, w której oboje pracują i z której przyszło na imprezę najwięcej znajomych, większość gości znała obyczaj ze swojej europejskiej ojczyzny. Młoda para poszła ze sprzątaniem iście po tutejszemu na łatwiznę – rozłożyli dużą folię, położyli na niej kilka mini-głazów w które należało celować, żeby zdrobnomaczyć i zadowoleni. Wyłgali się z całoimprezowego zamiatania!

Ale i tak było fajnie. Znam osoby, których marzeniem dzieciństwa było rzucić sobie talerzem. Faktem jest, że tłuczenie statków sprawia przyjemność większości ludzi, nie tylko dzieciom. Najlepiej widoczne było to w przypadku Amerykanów, tradycynie dających głośny wyraz swojej radości. (Nie pisałam, że Amerykanie są jednym z głośniejszych narodów świata? Są!) Argentyńczyków było mało, a szkoda. Argentyński tata objął stanowisko za grillem, ale dane mu było grillować jedynie hamburgery i plastikowe kiełbaski. W głębi ducha musiał cierpieć pochylając się nad tymi mięsopodobnymi wyrobami. Z przyzwoitym asado (grilowanym mięsem) byłoby mu bardziej do twarzy…

Charakterystyczne dla tego rodzaju imprez jest, że niewiele osób może porozumieć się ze wszystkimi ich uczestnikami. Inaczej też rozkłada się uwaga gości i inaczej można się zakumplować. Odbywa się to najczęściej na bazie znajomości języka danej grupki.

Napis

Jadę sobie, jadę i czytam "FRESH OIL AND CHIPS"

A to wcale nie sprzedaż artykułów spożywczych! To napis na pomarańczowej tablicy informującej o ruchu drogowym i o tym, co na drodze.

A na drodze wysypany świeży żwirek. Podklejony. Olejem?

Amerykańskie supermarkety

Dla przybysza z Europy, nawet tej zachodniej, pierwsze zrobienie zakupów żywnościowych w Stanach jest dużym przeżyciem. Nieważne, że dane nam było kupować we wszystkich większych sieciach europejskich. To nic, że jesteśmy stałymi klientami Makro lub Metro. Widok wnętrza amerykańskiego sklepu z jedzeniem odciska niezatarte znamię na psychice konsumenta, któremu przy okazji zaczyna świtać, dlaczego to społeczeństwo takie tłuste.

Nawet jeżeli przywykliśmy do sklepów o wielohektarowych powierzchniach, podaż tutejsza zwali nas z nóg. Względnie – uniemożliwi dokonanie zakupów w czasie krótszym niż kilka godzin. O co chodzi?

Chodzi o wielorakość. Wchodząc, o przepraszam, wjeżdżając wózkiem o gabarytach wózka widłowego na stoisko np. owocowo-warzywne poczujemy się oszołomieni ogromem wyboru. Nieskończona ilość zielonych sałat, gatunków pomidorów, brzoskwiń, cebul (nie, nie moi drodzy, jeśli myślicie, że znając żółtą, białą, fioletową i szalotkę jesteście znawcami, grubo się mylicie! Jest ich o wiele więcej), winogron, marchewek, cukinii… Polska i Niemcy, jako kraje wysoce ziemniakożerne powinny umrzeć z zazdrości na widok tych nie kilku, a kilkunastu gatunków wdzięcznej bulwy wystawionych tu na sprzedaż. Są też jednostki (o bulwach mowa) pojedynczo opakowane w przeźroczystą folię. Jak ktoś ma życzenie, może sobie kupić np. jeden ziemniak. Proszę nie pytać, ja też nie rozumiem. Gdy do tego dodamy jeszcze sporą ilość warzyw i owoców tak egzotycznych, że o ich istnieniu w najlepszym wypadku czytaliśmy w książkach typu „W pustyni i w puszczy” zarysuje się nam w miarę pełny obraz stoiska.

A przecież przed nami jeszcze cały sklep! I z wszystkim sprawa ma się podobnie! Makarony. Chcemy kupić, dajmy na to, spagetti. Możemy je wybrać spośród produktów sześciu-siedmiu różnych firm makaronowych. W asortymencie każdej firmy są ze trzy rodzaje spagetti. Chcemy kupić lody – oszklone lodówki z lodami ciągną się na całą szerokość tego ogromnego sklepu. Co do smaków brak tylko czosnkowych, a ilości firm nigdy nie byłam się w stanie doliczyć. Chipsy. Najlepszym wyjściem jest podejście z zamkniętymi oczami do stoiska i kupienie tych, które pierwsze dotknęliśmy wyciągniętym palcem. Inaczej nie sposób dokonać wyboru. Rodzaje bekonu, jajek, jogurtów, tuńczyka w puszkach – oczopląsu można dostać! Przy czym prawie każdy produkt można kupić w różnej wielkości opakowaniach.

Zresztą wielkości opakowań to osobny rozdział. Najmniejszy kartonik mleka ma pojemność pół galona, czyli – prawie dwa litry! Standartowy to galon – niecałe cztery litry.

Są tu też mniej lub bardziej egzotyczne specjały kuchni śródziemnomorskiej, blisko- i dalekowschodniej, kiszona kapusta w pięciu rodzajach (bardzo „prawdziwie” smakuje!), gotowe pierogi…

No i co? No i wcale nie ma tu wszystkiego. Na przykład brakuje krówek. Ale o bolesnych brakach będzie następnym razem.

Wody Mississippi

To był maj w Nowym Orleanie. Późnym popołudniem spacer nad brzeg Mississippi. Weszłam na wysoki wał. Za moimi plecami ozłocone nisko stojącym słońcem dachy Vieux Carre (starego miasta), przede mną, znacznie wyżej od tych dachów, ogromna rzeka pędząca swe brunatne wody. W mieście z jeszcze przez chwilę odroczonym wyrokiem leniwie kończyła się pogodna niedziela.

Amerykańskie jeżdżenie samochodem

Prowadzenie samochodu nie jest dla Amerykanów czynnością samą w sobie. Samochód prowadzi się wykonując szereg innych życiowych zadań: jedząc, pijąc, rozmawiając przez telefon… widzialam ludzi czytających gazety (na światłach). Jest to możliwe dzięki automatycznej skrzyni biegów i obyczajom panującym na tutejszych drogach.

Nikt nie jeździ tu naprawdę szybko (zaznaczam, że moje obserwacje prowadzone są na dość zatłoczonych drogach Północnego-Wschodu, być może gdzieś dalej na Zachód sprawa przedstawia się inaczej). W takiej Pensylwanii prędkość jest ograniczona do 55 mil/h (ok. 90km/h), czyli że jeździ się mniej-więcej 60-70 mil/h. Niektórym udaje się tu mknąć i 80 mil/h, ale to już jest bohaterstwo i brak litości dla samochodu. Bo nawierzchnia przypomina tu nader często… polskie drogi! Jasne, że są odcinki lepsze i gorsze, ale te gorsze zaiste nielepsze są od polskich gorszych!

Całe szczęście, że ci ludzie nie jeżdżą zbyt szybko, bo gdyby nagle zaczęli rozwijać prędkości znane z autostrad w Niemczech, trup słałby się gęsto! Otóż kierunkowskaz jest tu dla wielu (połowy? więcej niż połowy?) dziwnym gadżetem, nie wiadomo do czego służącym – przecież, gdy staniemy zdecydowanie na hamulec, to jadący za nami zorientują się, że planujemy jakiś manewr – np. skręt! Nic to, że przeoczyliśmy wszystkie trzy tablice informujące o naszym zjeździe z autostrady – przecież zawsze jeszcze będzie można przeciąć trzy pasy autostrady pod kątem prostym, żeby jeszcze się na ten zjazd załapać! (Dla częściowego usprawiedliwienia tutejszych kierowców dodam – niegdzie indziej nie spotkałam się ze zjazdami z autostrady odchodzącymi z LEWEJ strony). Poza centrum miasta: cóż z tego, że światło przeskoczyło już na zielone? Przecież najpierw musimy dokończyć ważną rozmowę telefoniczną, a potem zdecydować, czy jedziemy prosto, czy w lewo!

Znaki drogowe, to osobny rozdział. Część to znane z Europy piktogramy. Ale prawie tyle samo co piktogramów jest też tablic, na których napisane jest, co powinniśmy, a czego nie powinniśmy w danym momencie robić. Czasami na odcinku 20 metrów postawionych jest kilka takich tablic. Jakby do człowieka ktoś listy po drodze pisał! Napisy są po angielsku – to oczywiste. Ale wiedzieć trzeba, że można tu (Pensylwania, a i wiele innych stanów) zdawać egzamin na prawo jazdy po hiszpańsku. Czy dalej wszystko jest oczywiste?

A egzamin na prawo jazdy to właściwie formalność. Część teoretyczna przy komputerze, nie do oblania jeśli ktoś zaznajomił się z ichnią specyfiką (należy do niej m.in. school bus. Cały rozdział w podręczniku jest o school busie. Jest to znany nam z filmów w rodzaju „Cudowne lata” żółty potwór o olbrzymim promieniu skrętu, który jak tramwaj – prawie zawsze ma pierwszeństwo. Gdy wystawi uszy, czyli odegną mu się przytwierdzone po bokach znaki stopu, cały świat zamiera, tzn. zatrzymuje się, bo potwór wypluwa, bądź połyka dzieci. Ponownie ruszyć można dopiero, gdy uszy zostaną z powrotem położone po sobie.) A część praktyczna egzaminu jest jeszcze łatwiejsza. W moim przypadku jedyna trudność polegała na zrozumieniu tego, co mój egzaminator do mnie mówi.

Nikt tu nie robi kokosów na egzaminach na prawo jazdy, są bardzo tanie. To zrozumiałe – chodzi o to, żeby jak najwięcej ludzi jeździło samochodami. Spędzało czas w samochodach. Żyło w samochodach. Co i ja czynię…

Amerykańska łazienka

Stany Zjednoczone są duże i wszystko tu jest duże. Jeden z nielicznych wyjątków stanowi łazienka. Przeciętna amerykańska łazienka wcale nie jest większa od polskiej. Bywa mniejsza. Wanna jest wanną tylko z nazwy. Niska, dorosłemu człowiekowi, stojącemu na podłodze sięga do kolan. Wąska. Nie służy do kąpieli. Amerykanie biorą prysznic. Dlaczego w takim razie nie zamienią wanny na brodzik? Tego nie wie nikt. Prysznic uczepiony jest nieruchomo pod sufitem. Najwygodniejszą pozycją do porządnego umycia sobie intymnych części ciała jest w związku z tym stanie na głowie. Którą i tak za każdym razem się, chcąc nie chcąc, zmoczy. Muszla klozetowa w prywatnych domach jest często iście przedszkolnych rozmiarów. W jaki sposób radzą sobie na niej osoby „super size”, których w tym kraju nie brakuje, nie mam pojęcia. Zresztą ubikacja, a raczej spłukiwanie wody, też działa inaczej niż w Europie. Gdy tu pierwszy raz przyjechałam, ciągle mi się wydawało, że muszla jest zatkana. Nic podobnego! Jest tak skonstruowana, że zawsze stoi w niej dość dużo wody. Przy spłukiwaniu wszystko zostaje zassane, podobnie jak w ubikacjach w samolotach albo lepszych pociągach. Potem czysta woda napływa do wysokości połowy muszli i zostaje. Zaprawde, dziwne wrażenie robi to na początku.

Trzeba Amerykanom jednak oddać sprawiedliwość, że przy wannach i umywalkach zawsze jest jeden kran, w którym można regulować temperaturę wody. Nie tak, jak na pewnych Wyspach, na których to ciągle jeszcze w użytku są osobne – kran z gorącą i kran z zimną wodą. I jak tam myje się ręce?

Nie należy też zapominać, że mimo iż standartowe wyposażenie jest mniej-więcej takie, jak opisałam powyżej, to jest to jednocześnie kraj, w którym jest wszystko. W naszym mieszkaniu wanna jest bardzo przyzwoitych rozmiwarów, nawet jak dla Europejczyków (nie ukrywam, odegrało to niemałą rolę przy wyborze mieszkania). Ruchomy prysznic można zaś po dłuższych lub krótszych poszukiwaniach kupić i przykręcić. Zwisa sobie potem taki wąż spod sufitu…